V. Co mówią nam Adam i Zuzanna Brokowie?

Wróćmy do Wildsteina. Jego „Czas niedokonany” to powieść dużo lepsza niż „Dolina nicości”. Spokojniejsza, ze zdecydowanie mniejszą ilością mielizn.

Muszę przyznać, że rozmach opowieści robi wrażenie. To książka udrapowana na Mannowską sagę z elementami (czemuż sobie żałować?) Babela i Dostojewskiego. Nie ma wątpliwości, że pisanie takiej prozy to akt polityczny bardzo asertywny, podkreślanie wiary w to, że wciąż, mimo wszystko, jest się panem historii i ma się na nią wpływ. Wildstein jest tytanem pracy i ma niezłe pomysły na powieści. Jego proza to dzieło intelektu, spójne, przemyślane od A do Z.

Będę się jednak upierała: autor „Czasu niedokonanego” nie ma w sobie pewnej iskry Bożej, co sprawia, że jego język nie uwodzi i nie wciąga. Zabiegi literackie pojawiają się wówczas, kiedy naprawdę powinny. Są wystudiowane i nie ma w nich artystycznej niewinności. Kiedy potrzebujemy poznać przeszłość bohatera, on dostaje list, w którym ta przeszłość jest streszczona. Albo spotyka przyjaciela, który ni stąd ni zowąd wygłasza tyradę o jego historii. Obrazy na ścianach i cytowane książki niemal zawsze są znaczące i budują dodatkowe sensy. Wszystko jest pod zimną, chirurgiczną wręcz kontrolą autora. Ten warsztat jest widoczny, a nie powinien.

Ale tak, „Czas niedokonany” przeczytałam z zainteresowaniem. Głównie z powodu Zuzanny i Adama Juniora.

Moje zainteresowanie ma charakter pokoleniowy. Bo kim jest Zuzanna? To silna kobieta, zdecydowanie silniejsza od swojego męża. Znamy takie, było ich sporo w życiu każdego z nas, w moim na pewno. To samotne matki, opuszczone przez swoich mężów, z zaciśniętymi zębami przedzierające się przez życie osobiste i zawirowania polityczne końca PRL. Zabierające dzieci na spotkania Komitetów Obywatelskich, zabijające samotność bujnym życiem towarzyskim. Impulsywne, robiące maślane oczy do Michnika czy Balcerowicza. Wypaczające i córki, i synów, chociaż każdego inaczej. A więc Wildstein to dostrzega.

Nie żeby Zuzanna była postacią o do końca przekonującej psychologii. Składa się głównie z wydarzeń, w których uczestniczy, i z fraz, które wypowiada. Widać jednak, że Wildstein szkicuje z natury. Przekonuje nas jej droga życiowa, bo wszyscy takie kobiety widzieliśmy i całą resztę możemy sobie opowiedzieć sami.

Są także dzieci tych kobiet, takie jak Adam. Pod koniec książki trafimy bowiem znowu, metaforycznie i dosłownie, do „Doliny nicości”. Pojawią się nawet ci sami bohaterowie. Biografia najmłodszego Broka jest trochę przesadzona. Mafie rosyjskie, seks zbiorowy i kochanki z całego świata – tego w życiu mojego pokolenia nie ma chyba aż tak wiele. Jest natomiast na pewno potrzeba budowania od nowa, poszukiwania prawdy, która już jakiś czas temu zgubiła się w pół- i ćwierćprawdach. Z winy systemu, z winy rodziców, z winy momentu historycznego.

Od kilku dni zastanawiam się nad fenomenem zmian pokoleniowych. Spierałam się o to nawet z T.. Broniłam prawa każdego pokolenia do postrzegania świata po swojemu i mówienia własnym językiem. T. uważał, że odrębności muszą zniknąć w imię pionowej, diachronicznej narodowej jedności. W takich sporach stanowiska polaryzują się czasem aż do przesady, w sumie chodziło nam o to samo. O ile zmiana optyki jest nieunikniona, bo rośniemy w innych czasach niż poprzednie pokolenia i mamy inne doświadczenia, to przecież musimy być dla siebie wzajemnie zrozumiali. Powieść Wildsteina jest w stanie do mnie przemówić. Rozumiem Zuzannę, bo znam Zuzanny, i rozumiem Adama, chociaż nie mam jego życiowych doświadczeń.

Pokolenie Adama Broka dość długo pozostawało nieme, chyba dłużej niż powinno. Ostatnio zaczyna odzyskiwać mowę. Pewnie trzeba jeszcze poczekać kilka chwil, zanim ten głos odpowiednio się ustawi. Mamy już jednak pierwsze książki Adamów. Czy mówią już własnym głosem i jest zrozumiały dla pokoleń poprzednich? Zajrzyjmy do „Boidudy”.

CDN.

Posted in Bez kategorii | Tagged , | Leave a comment

IV. Niszczyciele wyobraźni. Prawicowy pisarz patrzy na kobietę

Tęsknię do prozy, w której w odpowiednim momencie gaśnie światło, gdzie opis stopy zastępuje omówienie ciała, a powiedzenie o kobiecych udach, że są „grrrr i wrrrr” to zamknięcie tematu. Nikogo nie interesuje, co potem robicie/robiliście/chcielibyście robić z tymi udami.

*

Czego się spodziewałam? Sama kilka miesięcy temu pisałam o tym, że Polacy to sensualiści, a katolicyzm tylko to pogłębia. Nie napisałam jednak, że kulturę poznaje się po tabu, których przestrzega. Jeśli tabu nie istnieją, znika kultura. Opowiadanie nie-wprost o tym, o czym opowiadać nie można, omijanie raf czy wiele mówiące przemilczanie stanowiły od zawsze wielkie paliwo literatury.

Ale nie powieści pisanych przez polską prawicę. Tutaj wszechobecne są naturalistyczne interludia, ozdobniki w postaci męskich genitaliów (o, jakże niektórzy pisarze lubują się w ich opisywaniu) i wypiętych kobiecych pośladków. Znajdziemy ich mnóstwo u Ziemkiewicza, Horubały, Wildsteina czy Twardocha, żeby skupić się na tych, których omawiam w kilku poprzednich i najbliższych wpisach (dokąd mnie później temat powieści prawicowej zaprowadzi – nie wiem).

Uśredniony tu przeze mnie pisarz prawicowy ma prosty obraz kobiety: przede wszystkim jest ona obiektem pożądania. Poznajemy ją poprzez jej atrybuty zewnętrzne i nawet jeśli potem okaże się, że ma również inne, to i tak pozostaje bytem znajdującym się ciągle w potencjalnym zasięgu „rząpia”. Oto kilka przykładów, bynajmniej nie najbardziej jaskrawych.

Nawet w opisanym poprzednio kameralnym „Zgredzie” Ziemkiewicza przeczytamy to i owo (trzeba przyznać, że są to ciepłe fragmenty). Pisarz miewa jednak i momenty bardziej odważne. Na przykład w „Żywinie”, gdy opisuje wrażenie, jakie „kusząco opięte spódnicą pośladki” Arlety robią na głównym bohaterze, a potem szczegółowo przedstawia nam scenę zbliżenia. „- Dziwka – rzucił, obracając ją i popychając w stronę kanapy. – Odwal się… – powtórzyła, ale poddawała się potulnie niewypowiedzianym rozkazom. Chwycił ją mocno za piersi, wcisnął dłoń pod bluzkę” i tak dalej, i tak dalej.

U Wildsteina seks to niepotrzebny dodatek do intelektualnie wypracowanych konstrukcji. Dosadnych przygód wojującej feministki i redaktora najpoczytniejszego dziennika w „Dolinie nicości” i sobie, i Państwu, oszczędzę. Myślę, że ich opisy mogłyby spokojnie pojawić się u Gretkowskiej. Ale i główny bohater pozytywny ma tutaj swoje potrzeby. Kiedy zatem do jego mieszkania wchodzi nieznana kobieta, widzi przede wszystkim jej piersi, jest „podniecony i zły”. „Chciałby móc zedrzeć z niej ciuchy, rzucić ją na ziemię i wziąć bez wstępu i bez słowa. Upokorzyć” („Dolina nicości”).

Najbardziej żal Horubały – byłby świetnym pisarzem, jego proza przylega do rzeczy jak bibuła. To jednak typ lubieżny i ekshibicjonistyczny; dostał od Boga talent jak Bugatti Veyron, ale woli jeździć nim na dwójce po ciemnych zaułkach Warszawy, by podziwiać laski w tenisowych spódniczkach, krótkich bluzeczkach i szpilkach-wsuwkach. Erotyzm to dla niego esencja poetyki, literackie credo. Jako pisarz po prostu nie potrafi spojrzeć inaczej na kobietę. „Patrzę na nią i staram się dokopać w niej jakiegoś seksapilu, to zazwyczaj skutkuje, jeśli kobitkę uda się otoczyć mgiełką erotyzmu, łatwiej ją zaakceptować […]. Pod swetrem unoszą się jędrne chyba jeszcze piersi. Gdyby ją tak ubrać w męską koszulę” („Farciarz”; „Umoczonych” i „Przesilenia” nie będę cytować, bo musiałabym przepisywać zbyt wiele).

Człowiek to u Horubały Homo sexualis. Popęd płciowy jest podstawową cechą jego męskich bohaterów. W każdej powieści pisarz szamocze się, by przekuć ten fakt w coś wznioślejszego (cokolwiek – traktat o miłości małżeńskiej, Realpolitik czy o dojrzałości). Efekt jest niezmiennie klaustrofobiczny. W pamięci zostaje tylko szereg scen miłosnych na pralce, łóżku i kserokopiarce oraz trochę uwag na temat wyglądu kobiet. Na razie nie wynika z tego prawie nic.

Twardoch, jako młodszy, wstępuje na wydeptane ścieżki, w dodatku idzie udziwnionym krokiem. W „Wiecznym Grunwaldzie”, jak dotąd najważniejszej książce autora, akt płciowy znalazł wykładnię narodowo-ontologiczną (to jednak ciekawa powieść – omówię ją osobno w jednym z kolejnych wpisów). U Twardocha bywa przynajmniej zabawnie, bo zamienniki słów nie są tak ofensywne. „Cudzenie” jest tam w każdym razie aktem władczym: „wiedziałem, że tylko w jeden sposób mężczyzna może władać stadem kobiet: kopulując je wszystkie, nie miłośnie, lecz władczo. Więc wycudziłem jednej nocy wszystkie duchny w domu zbytnim [...] a one uznały mnie za swojego pana”.

*

Zastanawia mnie, że tak mało mówi się o tym aspekcie polskiej prozy, zwłaszcza prawicowej, która niby ma być związana z konkretnymi wartościami. Dziwne jest i to, że czytelnicy pochylają się nad tymi świerszczykami dla inteligencji i kiwają głowami z ukontentowania (jednocześnie pomstując na Gretkowską). Żyjemy w bezpruderyjnych czasach, nic więc nie powinno dziwić, że za językiem narratora trafiamy w niespodziewane miejsca. Czy jednak na pewno?

Może trochę w tym winy siermiężnej estetyki PRL, gdzie – choćby w filmach – musiała być obowiązkowa „goła baba”, pewnie i po to, aby trochę popsuć polską wyobraźnię. Metoda się sprawdziła, wyobraźnia się zepsuła. Pisarze prawicowi średniego pokolenia (Twardocha dorzucam jako bonus) idą tym samym tropem.

Nie postuluję, by polscy pisarze wzięli się za powieści dla guwernantek. Zwracam uwagę, że zalewanie nas seksem nie jest wcale działaniem w obronie kultury, jak to pewnie niektórzy autorzy sobie tłumaczą, ale jej niszczeniem. Dzisiaj seks to sztampa. Chciałam też zwrócić uwagę, że męskiej ręki w literaturze nie rozpoznaje się po ilości opisów kopulacji (jak wiemy, kobiety też tak potrafią pisać). Tęsknię do prozy, w której w odpowiednim momencie gaśnie światło, gdzie opis stopy czy dłoni zastępuje omówienie ciała, a powiedzenie o kobiecych udach, że są „grrrr i wrrrr” to zamknięcie tematu. Nikogo nie interesuje, co potem robicie/robiliście/chcielibyście robić z tymi udami.

Jeśli powieść jest lustrem, które obnosi się po dziedzińcu, to można w nim zobaczyć całą brzydotę dziedzińca. Może być jednak i tak, że, porównując rzeczywistość do jej odbicia, widzimy wyraźnie, jak brudne jest zwierciadło. „Katole rzeczywiście są najlepsi w seksie […], połączenie poczucia winy, lęku, stłumień daje rewelacyjną miksturę” – zapewnia Horubała („Farciarz”). Siegmund Freud, analyse this, jak śpiewała Madonna w piosence do jednego z Bondów. Na pewno mikstura ta wpływa na kształt prawicowej powieści.

POST SCRIPTUM

Ziemkiewicz w „Zgredzie” wspomina o negatywnych recenzjach pisanych przez paniusie. Chcecie mnie nazwać „paniusią”? Nazwijcie. Mi się hormonalna proza po prostu nie podoba.

Posted in Bez kategorii | Tagged , | 12 Comments

III. Publicysta zapada na cukrzycę (o zużywaniu się demonów)

Lekturę powieści Ziemkiewicza rozpoczęłam kiedyś od „Żywiny”. To był poważny błąd. Musiało upłynąć trochę czasu, zanim zdecydowałam się sięgnąć po niego po raz kolejny. „Zgred”, który wpadł mi w ręce ostatnio, to lektura całkiem przyjemna, od „Żywiny” o niebo, albo i dwa, lepsza.

Przede wszystkim: opowieść jest bezpretensjonalna. To po prostu (autobiograficzny zapewne) strumień świadomości, bardzo długi felieton pisany wieczorami, pomiędzy jednym odczytem z glukometru a drugim. Oczami Rafalskiego, bo tak nazywa się narrator, oglądamy kilka miesięcy, które poprzedziły katastrofę w Smoleńsku. Spodziewalibyśmy się zatem może jakiegoś wzrostu napięcia, które kulminowałoby upadkiem polskiego samolotu, jakiś znaków na niebie i ziemi, chórów anielskich czy trąb jerychońskich. Trochę się chyba już do takich efektów w kontekście Smoleńska przyzwyczailiśmy. Tymczasem nic z tych rzeczy – życie toczy się niespiesznie, nawet wolniej niż wcześniej, bo rozchwytywany publicysta odkrywa nagle, że ma problemy ze zdrowiem. Musi zatem zwolnić, co daje mu szansę na prowadzenie dziennika intymnego, w którym porównuje się do Tyrmanda i Kisielewskiego (piszących swoje dzienniki), wspomina ojca i dokonuje duchowego remanentu. Znajdziemy tu także osobistą ocenę III RP, państwa zupełnie byle jakiego, rozparcelowanego pomiędzy lokalne układziki, całkowicie „sprywatyzowanego”, pełnego krętaczy i ludzi letnich. Właśnie dlatego finałowa katastrofa wcale nie zaskakuje, po prostu roztapia się strumieniu zdarzeń i doskonale z nich wynika. Za ten spokój chwała autorowi.

„Zgred” to kolejna powieść zatopiona w tu i teraz. Ziemkiewicz nie ukrywa, co jest jego głównym zajęciem. Podaje nam smakowite plotki z samolotów rządowych i nieoficjalnych spotkań, nie zmienia nazwisk (chyba że ironicznie – pojawia się na przykład redaktor Liz). Całość jest ciepła, ale – jeśli ktoś zna publicystykę jej autora, a ja znam i lubię – w żaden sposób niezaskakująca. I chyba właśnie przewidywalność staje się największym problemem powieści tzw. autorów prawicowych. „Mnie powieść prawicowa ostatnio kojarzy się nudą” – wpisał jeden z internautów pod pierwszym tekstem w tym cyklu. Kiedy kończyłam „Zgreda”, miałam podobne odczucia.

Jest jednak jedna ciekawa zmiana, którą muszę odnotować. Dotyczy pokoleniowej optyki. Ziemkiewicz i Wildstein „jądro ciemności” wyraźnie plasują na Czerskiej. Widać, jak ważną postacią negatywną dla prawicy  z roczników 50. i 60. jest redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. Chyba nic dziwnego. Kiedy Ziemkiewicz był mniej więcej w tym wieku, w którym jestem ja, spadały maski i w nowej rzeczywistości okazywało się nagle, kto jest kim i jakie ma zamiary. Za kilka wpisów spojrzymy na prozę młodego reprezentanta powieści prawicowej, Jakuba Lubelskiego (przedstawiciel roczników 1980.). Zobaczymy, że „Wyborcza” to dla niego już tylko gazeta rodziców, znana z dzieciństwa, oswojona i niemal zupełnie niestraszna. I chyba wcale nie musi to wynikać z młodzieńczej lekkomyślności, ale z innych pokoleniowych doświadczeń. Także demon Michnika najzwyczajniej w świecie się zużywa.

Zanim jednak pójdziemy dalej, musimy przyjrzeć się temu, co dzieje się, kiedy pisarz prawicowy spojrzy na kobietę.

CDN.

Posted in Bez kategorii | Tagged , | 4 Comments

II. Wildstein i publicystyka doprawiona na ostro

„Daniel podniósł głowę i popatrzył prosto, wycelował w niego szarą twarz ze sterczącym dziobem nosa na tle dwóch wież kościoła w spirali ptaków”. Literacki opis musi być precyzyjny, ostrożnie ważyć słowa, by efekt nie był groteskowy. Wildstein tej sztuki nie posiadł: fragment, który zacytowałam, pochodzi z pierwszych stron „Doliny nicości” i przywiódł mi na myśl jakąś kiczowatą podróbkę obrazu Dalego – ni to landszfacik, na którym ktoś nieudolnie wypunktował ptaki, ni to ludzka twarz. Taki zawód, a to dopiero początek książki. Potem tych zawodów jest coraz więcej.

Nie to, żeby w „Dolinie nicości” w ogóle nie było jasnych punktów. Są, i to kilka. Najciekawsze są postaci zdrajców i to, jak Wildstein szkicuje problem zdrady w ogóle, podkreślając go, niezbyt zresztą subtelnie, fastrygą w postaci wątku Ewangelii Judasza. W powieści mamy bowiem kilka modeli zdrady, a każdego z tych, którzy się jej dopuścili, autor traktuje inaczej. Złamanego nieludzkim traktowaniem Daniela, o którego nosie czytaliśmy na początku, z prawdziwą empatią. To ważne, bo, gdyby takich powieści było więcej, trudniej byłoby zarzucać prawicy, że chce rozliczać wszystkich jedną miarą i że szturmuje korytarze IPNu z nożami w zębach.

Temat zdrady zawsze w naszym kraju był i jest niebywale istotny. Można byłoby nawet napisać historię literatury polskiej z punktu widzenia tego, jak opisywano zdrajców. Główne motywy naszkicował już Mickiewicz, od fałszywej nuty targowicy, poprzez salon warszawski, po niejednoznaczną postać Wallenroda. Trzeba przyznać, że nasze dzieje dawały zdrajcom wszelkiej maści wielkie pole do popisu. W dodatku historia zdrady polskiej wcale się nie skończyła, nie można zatem rezygnować z jej literackiego opisu. Ciągle znajdziemy nowych targowiczan i nowych wallenrodów. Z drugiej strony – nie sądzę, żebyśmy musieli być skazani na oglądanie ich jedynie w kontekście UB i „michnikowszczyzny”. Literatura jest także po to, by wątki, które znamy z autopsji, wyrzucać w nowy kontekst, preparować i oglądać pod szkłem powiększającym; wtedy łatwiej zobaczyć je z wszystkich stron. Chyba strach, że w literaturze najnowszej jest tego wciąż tak mało.

Kolejne światełko w „Dolinie nicości”? Przejmujący wątek staczania się zaszczutego dziennikarza, głównego bohatera. Badając własne reakcje, doszłam do wniosku, że zrobił na mnie wrażenie głównie dlatego, że domyślałam się w nim autobiograficznego podłoża. Moje wzruszenie nad nad niezawinioną krzywdą redaktora to być może jakiś element lektury kobiecej.

Jasne punkty nie mogą jednak odwrócić naszej uwagi od faktu, że w swojej najsłynniejszej książce Wildstein zafundował nam po prostu dialogowaną publicystykę, w dodatku dość ciężkiego gatunku. Ale, żeby zabić ów publicystyczny posmak i na siłę swoje dzieło zbeletryzować, zalał wszystko sosem naturalistycznie podanego seksu. Uprawiają go tam wszyscy; źli bohaterowie kopulują w sposób zwierzęcy, dobrzy – nieco (ale tylko nieco) bardziej subtelny. Wystarczy wpisać do Google’a „Wildstein, Dolina nicości”, aby wyskoczyło od razu kilka co mniej smakowitych cytatów, jak ten o pierwszym zbliżeniu cielesnym Marii i sławnego redaktora. Doprawdy, ta powieść byłaby dużo lepsza, gdyby nie była tak niesmaczna. (To, jak często nasi pisarze biorą się za opisy seksu, jest znamienne. Czytając prawicową prozę trudno uwierzyć, że jakakolwiek literatura była w stanie istnieć przed 1968 rokiem. Poruszę ten temat w osobnym wpisie).

W ogóle zabawna historia z tą „Doliną nicości”, bo Bronisław Wildstein był za nią głównie albo bardzo chwalony („Rzeczpospolita” i okolice), albo nazywany grafomanem („Wyborcza” i okolice). Tymczasem to książka szalenie nierówna, z momentami dobrymi i zupełnie fatalnymi. Jeśli porównywać ją do „Wesela” (prof. Maciej Urbanowski), to tylko dlatego, że oba dzieła traktują o osobach z krwi i kości i oba napisano w trosce o Rzeczpospolitą. Niech to jednak nie odbiera nam ostrości widzenia: „Wesele” to wielkie dzieło literackie, „Dolina…” – nie.

Sporo energii poświęcono także przekonywaniu potencjalnych czytelników, że „Dolina…” nie jest tak publicystyczna, jak się wydaje (np. Tomasz Terlikowski). A jeśli nawet jest publicystyczna, to nie szkodzi, bo „Wesele” i „Dziady” też takie były (sam Wildstein). Sama nie uważam, żeby jawne odwoływanie się do „tu i teraz” zabijało literackość dzieła, powieść musi się jednak bronić artystycznie; musi mieć inne, dodatkowe walory. Literatura na to jest literaturą piękną, aby nas uwodziła swoją urodą. Wildstein jest znakomitym publicystą, nie trzeba go jeszcze koronować na mistrza powieści polskiej, bo na ten diadem nie zasłużył.

W przypadku powieści Wildsteina uwidoczniły się znowu negatywne skutki przesadnej środowiskowej solidarności, której zdarza się czasami przeważać nad zdrowym rozsądkiem. Po pierwsze, z zasady przyjmuje się, że jeśli autor jest „nasz”, to musi być świetny, bo, twierdząc inaczej, osłabiamy własny obóz. „Nasi” to zatem zawsze znakomici artyści. Inny powód prawicowych aklamacji jeden z moich znajomych (w kontekście innej powieści) streścił ostatnio w prostej formule: podrap mnie po plecach, a ja cię potem po brzuchu. Pragmatyzm kazałby pójść na owo „środowiskowe iskanie”, ale z jednym zastrzeżeniem: popularyzacja jest rzeczą ważną, musi być jednak nazywana po imieniu, inaczej, podając się za obiektywną ocenę, zrodzi kolejne średnie dzieła, bo wykreuje złe literackie gusta. Przez zbytnią pobłażliwość krytyków czytelnicy i autorzy tracą czujność, a kultura prawicy obiektywnie traci na jakości.

Pomiędzy jedną premierą książki Wildsteina a drugą, musimy tymczasem przełykać gorzkie pigułki nieco zasłużonej ironii. Na przykład szpilki Henryka Berezy, wtykane mimochodem w jednym z ostatnich numerów „Polityki” w przewodniczącego kapituły Nagrody Mackiewicza: „Dwa miesiące temu przypadkowo spotkaliśmy się z [Markiem] Nowakowskim pod sklepem spożywczym na Wiejskiej. Mieliśmy rozmówkę weteranów alkoholowych. On się pytał, czy jeszcze piję. Ja powiedziałem, że umiarkowanie, tylko dla markowania. Tak sobie pogadaliśmy, ale to lepiej, niż gdybyśmy rozmawiali o tym, że Bronisław Wildstein jest największym polskim pisarzem”.

Nie jest.

CDN.

Posted in Bez kategorii | Tagged , | 6 Comments

Co sądzę o polskiej powieści prawicowej (I. Że pojęcie „prawicy” należy poszerzać)

Literatura to specyficzna forma używki. Są tacy, którzy wprowadzają sobie do żył i gardeł związki chemiczne; inni, choć pewnie nie dotyczy to wszystkich czytelników, upajają się związkami słów „drogą poprzez oczy”. Tak, należę do tych ostatnich. Zwykle wchodzę w intensywne relacje z dziełami literackimi, szukam jednak sztuki dobrej jakości, bo tylko ona dają satysfakcję, która zostaje na dłużej (już Bobkowski zauważył, że dobrą literaturę poznaje się po tym, jak długo w nas eksploduje. „Dobra, prawdziwa proza – pisał w Szkicach piórkiem – jest jak suknia od Paquin i Moluneux: niby nic, a jest w tym wszystko. Coś zupełnie nieuchwytnego. To odbezpieczone granaty, które autor daje czytelnikowi, którymi go wypycha, aby wybuchły w nim. Czym dłużej eksplodują, tym pisarz jest większy”. To świetne kryterium). Inaczej lektura to tylko czcze pasatiempo, na które – pozwolę sobie tutaj na tautologię – po prostu szkoda mi czasu.

Właśnie dlatego najnowsza literatura polska budzi we mnie wielkie poczucie winy. Choćby z pobudek patriotycznych powinnam ją regularnie zgłębiać, wczytywać się, poznawać – nawet jeśli mnie nie pociąga. Bo na ogół nie pociąga. Rozmija się z moimi potrzebami (może to podejrzane kryterium, ale tylko na pierwszy rzut oka; potrzeby odbiorców literatury są ważne, bo one decydują, czy dzieło przetrwa). W dodatku zawsze wydawało mi się, że lepiej sięgać po dzieła sprawdzone i ponadczasowe; jeśli w ogóle do kogokolwiek równać, to tylko do tych największych.

Nie, żeby we współczesnej Polsce w ogóle nie było dobrych pisarzy. Na pewno zostanie po naszych czasach kilka nazwisk, na przykład Rymkiewicz, na którego kolejne książki, chociaż tak do siebie podobne, ciągle się czeka. Zostaną i pojedyncze dzieła, takie jak Madame, bo reszta tekstów Antoniego Libery jest dla mnie tylko komentarzem i cieniem tej wspaniałej powieści. Są także tacy, którzy do rangi sztuki potrafią podnieść krytykę. Jeśli brakuje literatury, która budzi emocje, czytajmy krytykę, czemu nie?

Kiedyś bez wątpienia nasza literatura wyglądała lepiej. Mam wrażenie, że poruszanie się po tej współczesnej jest łowieniem bardzo już rzadkich pereł w błocie, które zostało po jakimś wielkim odpływie. Istnienia tego błota ciągle nie pojmuję, chociaż przecież są obiektywne powody takiego stanu rzeczy. Publikuje się niby sporo, głównie jednak w tym kręgu, który dysponuje pieniędzmi i sponsorami, a ci ostatni, jak zawsze bywało, determinują tematykę dzieł. W dzisiejszych czasach pieniądze idą za literaturą „zaangażowaną społecznie”, to znaczy taką, która przekonuje o anachroniczności polskości jako takiej (tymczasem nie mam większych wątpliwości, że najwspanialsi pisarze świata osiągali szczyty, tkwiąc korzeniami we własnej tradycji. Obojętnie na kogo spojrzymy: Dostojewski jest bezgranicznie rosyjski, Austen i Dickens – angielscy, Flaubert i Balzac – francuscy, i tak dalej). Do tego środowiskowa reglamentacja zachwytu, nie tylko zresztą po stronie „Wyborczej”, chociaż tam mechanizm obiegu literatury jest bardziej widoczny, bo działa z dużo większym rozmachem. Przy analogicznym saloniku prawicy ten „wyborczy” jest jak Big Ben, kiedy porównać go do zegara z kukułką. Obie strony to jednak obiegi zamknięte. Główne role zostały rozdane. Stąd i wrażenie martwicy.

*

Czy jest o co gardłować? Czym w ogóle jest literatura? Zabrzmi to pewnie górnolotnie, ale jest ona jedną z funkcji narodu. Penetruje za nas drogi, którymi my sami nie mogliśmy lub nie możemy podążyć, unieśmiertelnia to, co powinno być unieśmiertelnione, wydeptuje ścieżki, którymi podążają myśli pokoleń, bada dno masowych emocji, rozszerza i kształtuje język. Im bardziej jest subtelna, tym bardziej subtelni będą jej czytelnicy. Podobne funkcje spełniają inne gałęzie kultury, ale skupmy się chwilowo tylko na sztuce słowa. Potrzeba wielu pisarzy i poetów, żeby te wszystkie ścieżki wydeptywać, tym bardziej, że należy nad nimi pracować ciągle, bo nieuczęszczane zarastają.

Siłą rzeczy najbliżej mi do obecnej literatury „prawicowej”. Nazywajmy ją w ten sposób, chociaż podobne etykietki bywają mylące, bo literatura i bieżąca polityka raczej nie chodzą ze sobą w parze, co należy uszanować; sporą frajdę będzie mi jednak sprawiało wrzucanie do tego wora także tych, którzy ostatnio od prawicy się dystansują. Ostatecznie to od nas zależy, czy „prawica” będzie pojęciem szerokim czy wąskim, i ja wolę ją poszerzać. Inaczej stanie się kadłubowym skansenem i straci jakąkolwiek możliwość oddziaływania na rzeczywistość. Poza tym myślę, że wszyscy rozumieją, o co chodzi. Chodzi o zawężenie grona autorów, którzy będą mnie interesowali w kolejnych wpisach.

Choć zatem literatura prawicowa to uboga krewna tej spod znaku Nike, to jednak i tutaj ukazuje się trochę książek. Najwięcej emocji budzą powieści, które są niby ostatecznym sprawdzianem kunsztu pisarza (nie jestem polonistką, więc mnie tak myśleć nie nauczono; z chęcią oddam każdą złą, a nawet średnią powieść za dobry wiersz, pamiętnik, dramat czy esej). W każdym razie – chwilowo skupię się na powieściach, bo one obrodziły i w ich przypadku najłatwiej o porównania czy wyciąganie wniosków. Omówię kilka wybranych. W średnim pokoleniu jest trzech czy czterech sztandarowych powieściopisarzy, których trzeba czytać, żeby nie wypaść z obiegu. W młodym pokoleniu – jeden, kolejny solidny produkt literatury fantastycznej, a ostatnio pojawił się jeszcze nowy debiut.

Ponieważ na Zakrzówku słowiki znów śpiewają upajająco, skłaniają mnie do czynów nierozważnych. Postanowiłam zanotować, co sądzę o polskiej powieści prawicowej.

CDN.

Posted in Bez kategorii | Tagged , | 5 Comments

Chrzest Chrystusa albo zapowiedź nowego (2)

Geniusz Leonarda rozbłysnął w okresie, kiedy Europę wytrącono ze średniowiecznego letargu. Świat stopniowo się odczarowywał. Malarstwo rozwijało się żywiołowo, żeby w XVI wieku, zwanym we Włoszech melodyjnie cinquecentem, osiągnąć swój okres klasyczny.

Od zawsze pociągała mnie sztuka tego okresu, chociaż, co oczywiste, to jej twórcy brali udział w odczarowywaniu rzeczywistości. Skupiali się na pięknie skończonym, nie dziwił już zwyczaj malowania świętych, będących w rzeczywistości portretami książęcych kochanek. Twarz Madonny Magnificat Sandra Botticellego jest twarzą Wenus, tej samej, która rodzi się na jego innym obrazie, tylko mniej smutną. Doskonałość zaczynała zasklepiać się w doczesności, nawet jeżeli tłumaczono to neoplatońskim schematem, w którym piękno zmysłowe jest objawem piękna duszy i stopniem na drodze do Boga. Jeżeli jednak perfekcja była przyrodzona i skończona, to musiała dać się opisać za pomocą prostej formuły. Poszukiwanie tej recepty, jak idea kamienia filozoficznego, zaprzątała głowy wielkich i mniejszych.

Owładnęła także młodego ucznia Verocchia, którego umysł uginał się już pod brzemieniem nowożytnego naturalizmu. Jego modlitwy brzmiały jak traktat fizyczny: „O przedziwna jest sprawiedliwość Twoja, Pierwszy Sprawco ruchu. Nie chciałeś żadnej siły pozbawić porządku i właściwości jej działań koniecznych: bo jeśli jakaś siła ma przesunąć jakieś ciało na sto łokci i spotka na drodze przeszkodę, rozkazałeś, żeby siła uderzenia spowodowała nowy ruch, który przez różne wstrząsy odzyskuje całą sumę należnej mu drogi. O boska konieczności, która zmuszasz swoimi prawami, aby każdy skutek najkrótszą drogą wypływał z przyczyny. Oto cud!” Trudno stać się prorokiem, kiedy umysł zniewolony jest przekonaniem o uniformity of nature, o konieczności, która nie zna odstępstwa. Jeśli Bóg jest tylko wielkim mechanikiem, to wszechświat nie jest święty – jest zaledwie urządzeniem, którego tajniki można zgłębić, by nad nim zapanować. Piękno można zaś opisać w matematycznych formułach. Jedynie one są absolutne.

Leonardo, wierząc w bezkrwiste bóstwo matematyki, nie stał jednak na straconej pozycji. Intuicyjnie przeczuwał, że to, co chce namalować, wymyka się obliczeniom. Owo przeczucie kazało mu długo zastanawiać się nad twarzami Judasza i – zwłaszcza – Chrystusa, które miał namalować w centrum mediolańskiej „Ostatniej wieczerzy”. Niemożliwe wydawało mu się przedstawienie Boga. Przecież on, empiryk, zdawał sobie sprawę, że wzoru dla Niego „nie znalazł jeszcze na świecie, i nie spodziewa się, by jego imaginacja była w stanie zrozumieć piękno i łaskę niebiańską, jakie wcieliły się w boskość” (Vasari). Wobec pustego miejsca na malowidle doświadczał bezradności i trwogi serca. Dlatego nie potrafił – mimo swojego mistrzostwa – pracować szybko, nakładać farb pod wpływem impulsu. Stosował technikę olejną, bo przy niej można się było zastanawiać, kontemplować rozkład cieni na policzkach i odbicia w cynowych naczyniach. Owa niezdolność do szybkiej decyzji była też jedną z przyczyn nietrwałości „Ostatniej wieczerzy”, która – powstając na murze – wymagała innej techniki. Popularne al fresco wymagało prędkiego nakładania farb na schnącą zaprawę. Tymczasem Leonardo nie potrafił malować w uniesieniu, które pozwalało Michałowi Aniołowi stworzyć w tak krótkim czasie burze Kaplicy Sykstyńskiej. Musiał wynaleźć technikę umożliwiającą wahania, zmiany, wielogodzinne medytacje nad twarzami świętych. Malował więc olejem i temperą na specjalnie przygotowanym przez siebie wyschniętym tynku, wystawiając swoje dzieło na pastwę wilgoci.

Piękno, do którego dążył, musiało być przemyślane, przestudiowane. Nie było w nim miejsca na zrywy ducha. Skupienie, w którym malował twarze apostołów czy rozmyślał nad obliczem Chrystusa, świadczy, że nie było mu obce malarskie misterium, podobne do tego, które towarzyszy pisaniu ikon.

*

Dymitr Mereżkowski, rosyjski filozof, napisał powieść o Leonardzie. Miał go za geniusza-impotenta, który jednak jako jedyny w swoich czasach rozumiał, że nie ma opozycji między zmysłowym pięknem sztuki i chrześcijaństwem. W jednym z ostatnich rozdziałów książki pisarz sprowadził do Amboise we Francji, gdzie Leonardo przeżył swoje ostatnie dni, posłów z Rosji, a wśród nich malarza ikon, Jewtichija. Co myślałby mistrz światłocienia, stojąc twarzą w twarz z ruską ikoną? Mereżkowski sufluje odpowiedź: „Leonardo czuł, że to nie jest właściwie malarstwo, ale pomijając niedoskonałość rysunku, światła i cienia, perspektywy i anatomii, i tutaj jak w starych mozaikach bizantyjskich (Leonardo widywał je w Rawennie) była siła wiary starożytniejsza, a razem bardziej młodzieńcza, niż w najwcześniejszych dziełach włoskich mistrzów Cimabuego i Giotta; było tęskne i smutne jakieś pożądanie wielkiego, nowego piękna, były jakieś mroki tajemnicze, wśród których słaby i ostatni promień piękna helleńskiego zlewał się z pierwszym, niepewnym jeszcze promieniem nieznanego świtu. Działanie wywierane przez te obrazy – z jednej strony takie niezgrabne, barbarzyńskie i dziwaczne aż do dzikości, lecz jednocześnie takie bezcielesne, przejrzyste, a niewinne i urocze jak sny dziecka – działanie ich było podobne do działania muzyki; przez samo naruszenie praw natury dosięgały właśnie granic świata nadnaturalnego”. Droga do piękna okazywała się nie być drogą nauki.

Malarstwo Leonarda jest dokładnym przeciwieństwem ikony. O ile ruscy malarze poprzez zniekształcanie rzeczywistości porywali ducha ku Bogu, nie pozwalając skupiać się na zmysłowym kształcie rzeczy, o tyle Leonardo skupiał na regułach ustanowionych przez Pierwszego Sprawcę ruchu i podążał za ideałem imitatio. „Prawdziwy artysta – pisał – nie tłumowi dogadza, tylko wybranym. Duma jego i cel nie polegają na błyskotliwości i jaskrawych farbach, lecz na osiągnięciu i stworzeniu cudu w obrazie: żeby za pomocą świateł i cieni uczynić wypukłym i wklęsłym to, co było płaskie”. Stąd użycie sfumato, owego zmiękczania i rozmywania konturów, które odtąd będą tonąć we mgle, potęgując wrażenie trójwymiarowości. Stosowane wcześniej cieniowanie wprowadzano tylko w granicach przedmiotu, tworząc z niego oddzielny mikrokosmos; Leonardo, roztapiając świat w półmroku, wiązał ze sobą wszystko, co pojawiało się na jego obrazie, czynił przedstawienie miękkim, zmysłowo namacalnym. Gioconda, święta Anna, Jan Chrzciciel i Bachus wynurzają się z obrazów tak, że niemal można ich dotknąć.

Ikona, przeciwnie, oderwana od zmysłów, skupiona jest na modlitewnym rozważaniu i kopiowaniu kanonów tak, żeby wcielając piękno Absolutu, nic nie utracić z przedstawień wcześniejszych. Każda ikona jest w jakiś sposób tym wizerunkiem, który pozostał na chuście Weroniki czy u króla Abgara w Edessie, bo każda ikona, nawet przedstawiająca innych świętych, tak naprawdę opowiada o Bogu, który się wcielił, o Chrystusie. „[...] boskie to jest dzieło, ale również przez Boga zlecone” – czytamy u Dionizjusza z Furny, teoretyka sztuki pisania ikon (Hermeneia, czyli objaśnienie sztuki malarskiej).

Kiedy dłużej zastanawiałam się nad przepaścią, która dzieli Leonarda od Rublowa, przyszła mi do głowy jeszcze jedna intuicja, dość przewrotna. Z pragnienia doskonałego naśladowania wynika bowiem także inna ważna różnica, posiadająca wydźwięk symboliczny – kwestia samego światłocienia. U Leonarda znajdziemy przechodzenie od światła do barw coraz ciemniejszych – technikę, która jest metaforą czasów, w których przyszło mu żyć. Cień, ciemność to bardzo ważne terminy w leonardowskim „Traktacie o malarstwie”. Ważne, bo nadają plastyczność, pomagają w tworzeniu iluzji i zostawiają pole do optycznych dociekań. „Cień posiada większą siłę niż światło – pisał Leonardo w „Traktacie” – ponieważ odbiera oświetlenia ciałom, a [nawet] całkowicie go pozbawia; światło zaś nie może nigdy rozproszyć w zupełności cieni”. To zupełne przeciwieństwo wschodniej teologii światła. Warto też przytoczyć słowa Vasariego: „Jest to godnym uwagi, jak dalece ten twórczy mąż studiował światłocień przez wydobycie jeszcze ciemniejszych tonów dla nadania plastyczności. A więc studiował stawanie się czerni czarniejszej od poprzednio uzyskanej, aby tym bardziej błyszczały światła. Wreszcie odkrył całkiem czarne tony, bez żadnego rozjaśnienia, mające w sobie głębie rzeczy widzianych w nocy, a nie delikatność odcieni dnia”. Ikony, przeciwnie, maluje się tak, jak się modli: wychodząc od cienia umbry palonej i otchłani czerni kostnej ku światłu, kładąc kolejne, coraz jaśniejsze warstwy tempery, aż po rozbłyski bieleń i nieskończoność złotego tła. Tej nieskończoności nie pojmował już włoski malarz, rezygnując zupełnie z użycia złota w malarstwie.

Sztuka Leonarda ciążyła zatem ku ciemności. Była od samego początku sztuką „doskonałości negatywnej” – mroku, który podkreśla światła, miękkiej anielskiej głowy, która uderza na kanciastym tle obrazu Verocchia – na tej samej zasadzie, na której przyzwoity człowiek na tle ponurych czasów wydaje się być święty.

Mistrz z Vinci nie kończył swoich dzieł, bo pragnienie, które w nim żyło, nie mogło zrealizować się w jego twórczości. Myślę, że T.S. Eliot ma rację i że w istocie tak było. Historia jednego z największych malarzy wszech czasów jest przestrogą, by w poszukiwaniu piękna nie skupiać się na tym, co skończone. Jak napisał poeta, jest ono „miłości kształtem” – a miłość skończona być nie może.

*

Anioł na florenckim przedstawieniu pełni rolę służebną – trzyma szaty Chrystusa. Jego dłonie nikną pod bladoróżową tkaniną, zupełnie tak, jak ręce aniołów na średniowiecznych chrzcielnicach i wschodnich ikonach. Tam również asystują przy chrzcie w Jordanie, a ich okryte dłonie, jak poinformują nas podręczniki ikonografii, symbolizują niedotykalność Boskiej tajemnicy, cześć dla Przedwiecznego. Szaty Chrystusa, które trzymają anioły, są zatem welonem, podobnym do tego, przez który kapłan trzyma monstrancję. Pędzel Leonarda uczynił z tego welonu kunsztowną tkaninę, szatę, która, zbyt dosłowna, przestała być symbolem czci, spełniając tylko przeznaczoną sobie funkcję zasłaniania. Pierwszy krok na drodze świeckiego malarstwa jest zatem u Leonarda zapomnieniem o tym, co powinno zostać odkryte.

Chrzest w Jordanie, podczas którego woda została oczyszczona na odpuszczenie grzechów, bo Bóg wziął je z niej na siebie, pod pędzlem Leonarda stał się zapowiedzią nowej sztuki. Obraz Verocchia i pomocników jest rozchwiany i rozbity właśnie dlatego, że, opowiadając o skończonej doskonałości, odwraca wzrok od Boga i kieruje go na złote loki anioła.

Aniołowie zaś bywają i dobrzy, i źli.

(2004/2012. Oryginalna wersja była publikowana w „Toposie” 4/2005)

Posted in Bez kategorii | Tagged , , | Leave a comment

Chrzest Chrystusa albo zapowiedź nowego (1)

[Remake eseju z 2004 roku]

Wydawałoby się, że Florencja jest uboga w Leonarda. Jeżeli spytam kogokolwiek o tytuły dzieł malarza z Vinci, rzadko kto wymieni któryś z tych widniejących pod obrazami w Galerii Uffizi. Skandalicznie porzucony „Pokłon trzech króli”, spokojne „Zwiastowanie” i proroczy „Chrzest Chrystusa”, podpisany jako dzieło mistrza Andrzeja Verrocchia i jego ucznia Leonarda (choć nie tylko oni przyłożyli tu rękę), sąsiadują z obrazami Perugina i Signorellego, pełnymi kolorowych postaci, jak gdyby wyciętych z innego obrazu i naklejonych na spokojne tło. Ale przecież trudno wyobrazić sobie uśmiech Giocondy bez loków anioła z „Chrztu Chrystusa”, którym najpełniej objawił się talent młodego malarza. Najpełniej – bo na tle mistrza, spod ręki którego wyszedł i widać, że pojawił się nagle, przynosząc zupełnie nowy punkt widzenia.

Do Galerii Uffizi wchodzi się zwykle nie dla Leonarda – bo nie ma tam jego żadnego w pełni ukończonego dzieła; wchodzi się dla Botticellego, a przynajmniej dla tych tych jego obrazów, których nie spalił podczas festiwalu Savonaroli. Jest ich tam wciąż sporo, w tym „Narodziny Wenus” czy „La Primavera”. We florenckiej galerii liźniemy też Tycjana i Rafaela, zasmakujemy Michała Anioła. Jego nieco kiczowata „Święta Rodzina” to przedsmak Sykstyny, geometryczny konstrukt wepchnięty w niewielkie koło. Mięsiste ciała Anioła robią wrażenie, kiedy je wypuścić na wielkie przestrzenie rzymskiego sklepienia. Tutaj tłoczą się i piętrzą jak kolorowa kra.

Gubią się przy tym pierwsze próby malarskie Leonarda da Vinci. Są mniej znane niż „Ostatnia Wieczerza” z Mediolanu, która od lat dzielnie zmaga się z konserwatorami sztuki, zdecydowanie mniej niż „Mona Lisa” czy nawet krakowska „Dama”. Tymczasem są doniosłe – od pierwszej chwili widać w malarstwie Leonarda ów tragizm, który cechuje dzieła, z którymi ich twórcy sobie nie poradzili – i to bynajmniej nie z powodu braków w warsztacie. Malarstwo Leonarda jest pociągające, ale kryje w sobie fałsz. Thomas Stearns Eliot porównał „Monę Lisę” do „Hamleta”, który pozostaje, jak twierdził, największą porażką artystyczną Szekspira: „w Hamlecie bohater powodowany jest uczuciem, które jest niewyrażalne, ponieważ przerasta widoczne z zewnątrz fakty” – pisał. Jak enigmatycznie nie uśmiechałyby się portretowane postacie, sztuka Leonarda, mimo doskonałości formalnej, pozostaje bezsilną szamotaniną. Postaci mistrza da Vinci nigdy nie przemawiają do końca, pozostają gdzieś pomiędzy namalowaniem i nie-namalowaniem.

Jeśli jednak „Mona Lisa” jest  największą porażką malarza, to do tej porażki wiodła długa droga nieukończonych dzieł, zniszczonych malowideł, rzeźb kruszonych przez wrogie wojska. Pod jednym wszelako względem Leonardo był zdecydowany: kiedy terminował we Florencji, malarze Zachodu opuścili już złote porty Bizancjum. Leonardo ostatecznie przestawił malarską zwrotnicę. We Florencji można to zobaczyć.

*
Z trzech wczesnych obrazów Leonarda w Galerii Uffizi właśnie „Chrzest Chrystusa” wydaje mi się najbardziej doniosły. To zabawne, bo malarz z Vinci był nawet jego głównym autorem. Jest to dzieło nauczyciela Leonarda, ale w wykańczaniu obrazu brali udział uczniowie i malarze współpracujący z pracownią, w tym Sandro Botticelli. Zdarzało się to wówczas często – czasem z nadmiaru zamówień pracownia malarska przeistaczała się w prawdziwą fabrykę obrazów, w której mistrz robił niewiele więcej ponad wstępny szkic i złożenie podpisu. Było tak w przypadku Rafaela czy Rubensa. We wczesnorenesansowej Florencji współpraca pomiędzy malarzami nie nosiła jeszcze znamion masowej produkcji. Obraz był jak mozaika, na której sąsiadowały ze sobą różne style malarskie i to one stanowią dzisiaj podpisy mistrzów.

Taki jest „Chrzest Chrystusa” z pracowni Andrzeja Verocchia. Obraz przedstawia scenę w Jordanie: rzeka dyskretnie zaznacza swoją obecność przy stopach Chrystusa i Jana Chrzciciela. Mamy tu żelazną logikę kompozycji: w centrum stoi Chrzczony, na którym przecinają się pionowe i poziome linie przedstawienia, zupełnie jak na krzyżu. Nad głową Zbawiciela rozpościera skrzydła gołębica, jeszcze wyżej błogosławią dłonie Ukrytego. Odpowiednik Trójcy stanowią w poziomie Chrystus, otaczający Go aniołowie i Jan Chrzciciel. Ten, o którym napisano, że jest jak „głos wołającego na pustyni”, stoi w wykroku, z krzyżem w lewej ręce, polewając głowę Jezusa wodą z płaskiego naczynia. Skórę, którą zwykł się okrywać, przesłaniają udrapowane tkaniny. Obojczyki i mostek tną klatkę piersiową jak sieć kanałów. Surowa twarz zastygła dwiema czarnymi zmarszczkami.

Podobnie „suchy” jest Zbawiciel. To na Nim powinna się koncentrować uwaga kontemplującego obraz, ale Chrystus gubi się w dosłowności muskulatury, namalowanej niemal tak ostro, jak znajdujące się w tle zwalisko skał. Poza tym wzrok ucieka na lewo. Na kamienistym brzegu klęczą dwa anioły, trzymając szaty Jezusa. Pomyślano je jako przeciwwagę dla sylwetki Chrzciciela. Postaci epizodyczne, nieobecne na kartach Pisma, zaledwie ornament. Ale ornament o randze proroctwa.

Wykonanie jednego z aniołów i tła za nimi mistrz Andrzej powierzył swojemu uczniowi – nieprawemu synowi kupca Piotra da Vinci, wszechstronnie zdolnemu Leonardowi. Decyzja ta spowodowała podobno, że, jak pisze Giorgio Vasari, „Verocchio już nigdy więcej nie wziął do ręki pędzli, dotknięty tym, że chłopiec mógł wiedzieć więcej niż on” (Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów). W obrazie namalowanym tak drobiazgowo głowa jasnowłosego anioła wyraźnie się odcina. Wygląda, jakby przeniesiono ją z innego dzieła, ba! z innej rzeczywistości. Namalowana z profilu, tchnie mglistą miękkością. Jest spokojna, rozmodlona – jaśnieje, niwecząc artystyczny zamysł nauczyciela. Punkt ciężkości ze Zbawiciela przenosi się na jasną główkę po lewej stronie, mieszając sens, gubiąc równowagę. „Doprawdy niezwykły, niebiański był Leonardo, syn pana Piotra da Vinci” – stwierdził Vasari. Drugiego anioła namalował Botticelli. Różnica pomiędzy tymi dwoma aniołami to różnica epok.

W ostatecznym rozrachunku postać Chrystusa, zamiast scalać, dzieli. Jest osią, która tnie obraz na dwie części: prawą, zastygłą jak lawa, wręcz „nadrealną”, i lewą, bardziej miękką, śledzącą bieg Jordanu w nową epokę, gdzieś ponad głową złotowłosego anioła. Przez nadgorliwość młodego Leonarda „Chrzest Chrystusa” stał się artystyczną porażką.

Nie mam jednak wątpliwości, że anioł Leonarda jest doskonały jedynie „negatywnie”. Jego siłą jest odmienność – kontemplowany sam w sobie nie robi aż tak wielkiego wrażenia. W notatniku, z którym kilka lat temu zwiedzałam galerię Uffizi, znalazłam nawet adnotację, że „głowa mnie zawiodła”. Karol Estreicher skomentował obraz podobnie na marginesie „Żywotów” Vasariego. „W swej istocie – napisał – partie obrazu malowane przez Leonarda są może nie tyle lepsze, ile pokazują zmianę stylu. Verrocchio był drobiazgowy i suchy jako malarz, Leonardo światłocieniowy i niezmiernie delikatny. W Chrzcie Chrystusa te różnice między mistrzem a uczniem występują wyraźnie, jako różnice między starszym stylem z połowy wieku a nadchodzącym stylem pełnego renesansu”. A mimo to złotowłosy anioł – tam gdzie się znalazł, czyli na obrazie mistrza wczesnego renesansu – jest czymś więcej niż tylko wprawką zdolnego ucznia.

CDN

Posted in Bez kategorii | Tagged , , , | 2 Comments

Kulturę oddaliśmy sami

Artykuł prasowy to próba szybkiego portretu. Jest zwykle pisany pod presją czasu, pomiędzy trzema innymi tekstami. Z konieczności będzie nieścisły i pominie trochę niuansów. Będzie także subiektywny i momentami niesprawiedliwy. Nie sądzę jednak, żeby jeden artykuł prasowy był aż tak wiążący, abyśmy teraz wszyscy musieli się do niego ustosunkować. Poniższy tekst powstał tylko dlatego, że zostałam o niego poproszona. Poza tym cieszę się, że w ciągu kilku dni padło na prawicy trochę ważnych spostrzeżeń. Dodam i swoje.

*

Mówię, oczywiście, o tekście pani Agnieszki Rybak z ostatniego Plusa/Minusa. W artykule „Zbyt wielu Napoleonów” opisała obecne środowiska młodej prawicy. Zarzuciła im, że są rozdrobnione, podczas gdy ideowy przeciwnik, „Krytyka Polityczna”, to monolit. Pada tam też drugi, ważniejszy zarzut: że na prawicy wszyscy chcą być publicystami i gwiazdami, a nie ma komu pracować nad strukturami.

Co symptomatyczne, odpowiedzią na artykuł jest wysyp apologii, broniących prawicy tylko przed pierwszym zarzutem – i to specyficznie odczytanym. Każdy poczuł się dotknięty i musi teraz napisać tekst w swojej obronie. Jak to? – pytają młodzi prawicowcy. – My jesteśmy mniej zdolni od Sierakowskiego? Nieprawda! Jesteśmy bardzo, bardzo zdolni.

Tymczasem nikt nie powiedział, że jesteśmy mniej utalentowani, a tylko że jesteśmy mniej wydolni organizacyjnie, w dodatku rozdrobnieni.

Powiem od razu, że zarzut, że środowisk prawicowych jest zbyt wiele, uważam za chybiony. Różnorodność może być siłą, chociaż, muszę dodać, w naszym przypadku na razie niewiele z niej wynika. Trzeba bowiem umieć ze sobą współpracować.

Jest sporo problemów, z którymi się borykamy. Zacznę od tego, z którego najłatwiej się wytłumaczyć.

Nie pomaga nam „stara gwardia”

Pani Agnieszka zauważa w swoim tekście, że podczas ostatniego starcia światopoglądowego do obrony wartości przystąpiła jedynie „stara gwardia”. Moim zdaniem, to nic dziwnego. Powiedzmy sobie szczerze: tylko ich wystąpienie mogło być wiążące dla czytelników, bo o młodszych konserwatystach niespecjalnie ktoś słyszał. Wypowiedź prasowa większości z nas byłaby dla przeciętnego Kowalskiego równie wiążąca, jak opinia wypowiedziana podczas sondy ulicznej. Tak, jesteśmy anonimowi. Dlaczego? Bo nikt nie pomógł nam z tej anonimowości wyjść. Anonimowość pokonuje się z pomocą mediów elektronicznych, w których, jak zauważa sama pani Agnieszka, nas nie ma. A nie ma nas tam dlatego, że nikt nie otworzył dla nas łamów poczytnych dzienników. Samodzielnie przedarli się tylko najbardziej zdeterminowani.

Ważne jest i to, co odnotowuje w swoim komentarzu Paweł Rojek: prawicowy establishment za wszelką cenę chce pokazać swój pluralizm, boi się zatem otwarcie promować swoich. Jestem zwolenniczką pluralizmu, zwłaszcza jeśli obowiązuje po obu stronach. Pamiętajmy zaś, że przeciwna strona nigdy nie miała takich skrupułów.

Kulturę oddaliśmy z własnej woli

W artykule jest też wzmianka o kulturalnej dominacji lewicy. To prawda. Kulturę po prostu sobie odpuściliśmy. Jesteśmy „sformatowani” przede wszystkim na publicystykę, co jest odnotowane w tekście pani Rybak.

Uważam, że brak dobrych młodoliterackich inicjatyw wydawniczych i nagród literackich jest obecnie wyjątkowo dotkliwy. Nagroda Mackiewicza stała się ostatnimi czasy trofeum dla kontrowersyjnych publicystów (z drugiej strony – nazwisko Mackiewicza zobowiązuje do takich decyzji, więc nie mam tego Kapitule specjalnie za złe). Może jednak czas powołać nową nagrodę – stricte literacką?

Nikt po prawej stronie nie wydaje książek młodzieży o literackich aspiracjach, niezależnie od tego, jaki gatunek literacki tworzy. Wygląda to tak, jakby na prawicy pisano jedynie powieści. Dla biedniejących oficyn istnieje jedno kryterium, które decyduje o przyjęciu do druku – sprzedawalność. Stąd będzie się dało wydać kontrowersyjne wywiady-rzeki, ale eseistyki – już nie. Rozumiem, brak pieniędzy jest istotnym hamulcem. Sytuacja sprawia jednak wrażenie sporej stagnacji. Od lat na półkach księgarń te same nazwiska (głównie publicystów), niewiele debiutów. A jeszcze dziesięć lat temu było inaczej, sama „Fronda” wykreowała kilka ważnych postaci.

Najważniejsze: wszyscy chcą „robić w ideach”

Na młodej prawicy od lat każdy chciałby być wziętym publicystą i występować w telewizji, ewentualnie prowadzić głęboki namysł filozoficzny i kształtować w ten sposób przyszłych mężów stanu (nazwijmy to “publicystyką pogłębioną”). „Na prawicy [...] znacznie bardziej ceni się publicystów niż osoby, które przygotowują podglebie dla ich działalności” – powiedział Agnieszce Rybak Piotr Pałka. To, moim zdaniem, najważniejsze zdanie z tego słynnego artykułu.

Polska prawica jest przeraźliwie inteligencka – w najgorszym tego słowa znaczeniu. Wszyscy chcą „robić w ideach”. Oczywiście, potrzeba nam i publicystów, i nauczycieli elit. Ale, na Boga, nie wszyscy mogą nimi zostać, a wszyscy mają takie ambicje. Niestety, nie ma komu pracować i zajmować się rzeczywistością.

To nie głębokość, różnorodność i oryginalność, ale właśnie rzeczywistość jest ostatecznym sprawdzianem naszych działań, a tu na razie oddajemy pola. Za dużo także kłaniamy się sobie wzajemnie. Artykuł pani Rybak powinien zatem nieco nas otrzeźwić.

Posted in Bez kategorii | Tagged , | 7 Comments

Święta Teresa postanawia umrzeć

Wróćmy na chwilę do poezji hiszpańskiego złotego wieku. Wiersz był tam formą wypowiedzi wędrowców, rycerzy i swawolników. Był mową zakonnic i formą, w której mistycy uprawiali swoją teologię. Szczęśliwy kraj, który oktawami opowiada prawdy objawione.

*

Poszukiwanie arcydzieł w plątaninie rzymskich uliczek ma posmak przygody. Kościół Santa Maria della Vittoria stoi na ruchliwym skrzyżowaniu i często bywa zamknięty. Typowa barokowa bryła, w warunkach rzymskich wręcz sztampowa, nie zapowiada skarbu, który kryje się w środku. Ale jest tam – kiedy za którymś razem drzwi ustąpią (jest na to szansa, jeśli trafi się tam w porze mszy), można przekonać się na własne oczy.

Rzeźba robi wrażenie mniejszej niż na fotografiach. Ustawiono ją w bocznej kaplicy, w mętnym półmroku. Ciężki, kamienny ołtarz przytłacza kremowe figury. Widać jednak, że Teresa to piękna kobieta. Tonie w pofałdowanej sukni. Głowę odrzuciła do tyłu i przymknęła oczy. Anioł, który stoi nad nią, ma twarz urodziwego młodzieńca. Trzyma włócznię, którą zaraz wbije w ciało świętej. Uwielbiam opisywać dzieła sztuki, tym razem jednak muszę się powstrzymać, bo opisać tą perłę baroku to popaść w dwuznaczności. Pewne rzeczy robią największe wrażenie, kiedy pozostają niewysłowione.

Vi a un ángel cabe mí hacia el lado izquierdo en forma corporal [...]. No era grande, sino pequeño, hermoso mucho, el rostro tan encendido que parecía de los ángeles muy subidos [...]. Veíale en las manos un dardo de oro largo, y al fin del hierro me parecía tener un poco de fuego. Este me parecía meter por el corazón algunas veces y que me llegaba a las entrañas: al sacarle me parecía las llevaba consigo, y me dejaba toda abrasada en amor grande de Dios. Era tan grande el dolor que me hacía dar aquellos quejidos (Libro de la vida, cap. XXIX). („Ujrzałam anioła w formie cielesnej, stojącego po mojej lewej stronie. Nie był wysoki, ale mały, bardzo urodziwy. Jego oblicze płonęło tak bardzo, że wydawał się pochodzić z najwyższych rzędów anielskich. Widziałam w jego dłoniach włócznię ze złota, a na jej grocie zdawał tlić się ogień. Tą włócznią przebił moje serce kilka razy, docierając do wnętrzności; a kiedy ją wyjmował, czułam jakby te wnętrzności wychodziły z nią razem, a ja cała zanurzałam się w wielkiej Bożej miłości. Ból był tak wielki, że kilka razy musiałam jęknąć”, Księga Życia, rozdział XXIX). Tę właśnie scenę z 1560 roku uwiecznił Bernini. Jedna z najważniejszych nowożytnych mistyczek sportretowana przez jednego z największych nowożytnych artystów. W Santa Maria della Vittoria odnowicielka Kościoła kona z miłości.

*

Wizje Teresy pozostawiły więcej dzieł. W 1571 roku w Salamance święta Teresa przeżyła męczeństwo wewnętrzne. Przez cały dzień pozostawała w „nieopisanej samotności”. „Zdawało mi się, że umieram z pragnienia oglądania Boga” – notowała („Sprawozdanie duchowe”). „Wieczorem, gdy byłam razem z innymi, jedna z sióstr zaśpiewała pieśń o tym, jak wielkim cierpieniem jest żyć daleko do Boga” – pisała. Śpiew ten zrobił piorunujące wrażenie na Teresie: „ręce zaczęły mi sztywnieć”.

Nie da się żyć bez Boga. Tęsknota za Nim pozbawia zmysłów, doprowadza do agonii. Święty nie może jednak odebrać sobie życia, jest całkowicie poddany woli Najwyższego. Tęskni zatem, tęskni przejmująco. I umiera tylko dlatego, że nie może umrzeć. I nie mogąc umrzeć, umiera z tęsknoty. Doznania duchowe Hiszpanów są przecież zawsze do pewnego stopnia cielesne (No es dolor corporal sino espiritual, aunque no deja de participar el cuerpo algo. „Nie jest to ból cielesny, tylko duchowy, chociaż ciało wciąż w nim do pewnego stopnia uczestniczy” – wyjaśnia święta z Ávila, Księga Życia, XXIX)

Doświadczenie takiego konania łączy wszystkich mistyków. To zapewne tymi zesztywniałymi rękami święta Teresa napisała potem wiersz oparty na frazie „Que muero porque no muero” – „Umieram, bo nie umieram”. Nieco bardziej znany jest poemat świętego Jana od Krzyża, skonstruowany w dokładnie ten sam sposób i powtarzający to samo zdanie: „Muero porque no muero”.

Wróćmy na chwilę do poezji hiszpańskiego złotego wieku. Wiersz był tam formą wypowiedzi wędrowców, rycerzy i swawolników. Był mową zakonnic i formą, w której mistycy uprawiali swoją teologię. Szczęśliwy kraj, który oktawami opowiada prawdy objawione. Także święta Teresa była poetką.

Żyję, a życia już w sobie nie czuję,
O tyle wyższego życia oczekuję,
Że wciąż umieram, bo umrzeć nie mogę.

Żyję już zupełnie na zewnątrz siebie,
A zaraz potem z miłości umieram,
Bo żyję w Panu, to życie wybieram –
W Panu, który mnie dla siebie pragnął;
Kiedy, jak chciałam, sercem mym owładnął
Wyrył w nim słowa jak znaki na drogę
„Ja wciąż umieram, bo umrzeć nie mogę”.

Ta boska jedność, w której trwam niezmiennie
Ta wielka miłość, z którą wciąż przebywam
Sprawia, że Boga w niewolę porywam,
I moje serce cudownie wyzwala
A w nim uczucie gwałtowne rozpala,
By widzieć Boga mym więźniem – niebogę
I wciąż umieram, bo umrzeć nie mogę.

Jak nieznośnie długie jest życie moje!
Jak długo jeszcze rozpacz znosić muszę
Wygnania, żelaza, którym skuto duszę?
W pragnieniu końca ledwo się ostoję,
Sama myśl o nim sprawia w sercu moim
Cierpienie dotkliwe, bolesną nagrodę
I wciąż umieram, bo umrzeć nie mogę.

Przestań nareszcie igrać ze mną, życie,
Nie bądź mi tak obmierzłe. Kiedy umieram,
Co jeszcze zostaje? Co zatem wybieram,
Jeśli nie trwanie i radość czekania?
Upragniona śmierci, pociechy nie wzbraniaj,
tęsknocie za tobą niczym nie pomogę
I wciąż umieram, bo umrzeć nie mogę.

(tłum. MK)

POST SCRIPTUM

„Już to, że jestem kobietą, wystarczy, aby opadły mi skrzydła” – notowała święta Teresa. Zachwyca mnie jej zdrowy rozsądek, dobroduszne poczucie humoru. Chyba każda kobieta chociaż raz pomyślała w życiu to samo: zanim czegokolwiek dokona, musi jeszcze pokonać samą siebie. Pisałam tutaj o Luisie Roldan, rzeźbiarce, i o sor Juanie, poetce. Ale to święta Teresa umożliwiła ten hiszpański wysyp żeńskich talentów. Samopas wzięła się za reformowanie Karmelu, korespondując odważnie z wielkimi tego świata, jeżdżąc po całej Hiszpanii i zakładając nowe klasztory. Autokrata Filip II czytywał jej pisma potajemnie, zanim zostały oficjalnie zaaprobowane przez kościelne instancje. To dzięki Teresie Hiszpanie potrafili sobie w ogóle wyobrazić biblijną mujer varonil, kobietę mężną, wyrosłą na płowej glebie Kastylii. Mówiąc krótko, jedna święta zrobiła dla kobiet w Hiszpanii więcej niż wieki później tłumy feministek.

Posted in Bez kategorii | Tagged , , | 1 Comment

Fedra Liberata

Niemal wszystko, co pisze Libera, jest przedmiotem mojej zazdrości.

Zacznijmy od początku. „Madame” to jedyna polska powieść współczesna, którą przeczytałam kilka razy. W liceum (wtedy czytanie takich książek ma smak zupełnie specjalny), potem w czasie studiów, wreszcie parę miesięcy temu, kiedy w końcu kupiłam własny egzemplarz. Ileż tu wątków! Po pierwsze zatem to modelowy Bildungsroman, w którym bohater dojrzewa na naszych oczach, podkochując się w starszej od siebie kobiecie. Ten motyw, dość częsty w literaturze, ma tutaj jeszcze drugie dno: to także wielkie wyznanie miłości do Europy (jak to często bywa nad Wisłą, głównie we francuskim wydaniu) i rozsmakowywanie się w jej najdoskonalszych przejawach, nie tylko literackich. To powieść sprzeciwu wobec PRL, państwa, które stało się kołchozem; gdzie kultura nie istniała na żadnym poziomie, ani abstrakcyjnym, bo europejskie dziedzictwo zaledwie przeciekało tam wąskim strumieniem do niewielkich enklaw, ani codziennym: kobiety w tym państwie nie mogły być piękne, bo perfumy Chanel No 5, delikatne pończochy i jedwabne apaszki były dla nich nieosiągalne. Piękno jest, przekonuje nas Libera, tyleż wysiłkiem natury, co szlifem nadanym tej naturze przez kulturę. Jest efektem dojrzałości. Właśnie dlatego elegancka i wykształcona dyrektorka tak pociąga swojego ucznia. „Madame” to wreszcie historia quasi-detektywistyczna, bohater stara się bowiem wydrzeć ukochanej jej tajemnicę; piękna Wiktoria, ostatecznie, mu się wymknie i wyjedzie do Francji; zrobi to zresztą w sposób moralnie niejednoznaczny, co postawi przed nami jeszcze kilka pytań. Bohaterowi zostanie na pamiątkę tylko pióro (Mont Blanc, rzecz jasna).

Ciekawa jest także proza autobiograficzna Libery, „Godot i jego cień”. Dowiedzieliśmy się z niej, że w dorosłym życiu nie opuścił jej autora romantyczny instynkt prześladowcy, który kazał mu nachodzić mieszkanie obiektu uczuć, zdobywać o nim pokątnie informacje od Bogu ducha winnych sekretarek francuskich instytucji, aby doprowadzić wreszcie do upragnionego tête-à-tête. „Godot” tym się głównie różni od pierwszej powieści, że Madame la Directrice jest tutaj sam Samuel Beckett.

Wreszcie Libera jako tłumacz. Specjalista od Becketta, który stopniowo con amore (sam tak określa swój zawód: tłumacz con amore) zaczął „wtrącać się” do innych autorów, Goethego, Hoelderlina, Szekspira, a teraz Racine’a.

*

O „Fedrze” pisałam parę tygodni temu. To jedno z większych arcydzieł Zachodu, dlatego zupełnie przekonuje mnie powód, dla którego Libera wziął się za ten dramat. Wielkie sztuki obronią się zawsze w języku, w którym je stworzono, ale nie w trącących myszką przekładach. Jeśli chcemy mieć na polskich scenach „Fedrę”, jeśli chcemy sprawdzić jej aktualność, musimy ją uwspółcześnić językowo. Poza tym – związek tej sztuki z „Madame” jest niezwykły. „Fedra” to „Madame” à rebours; Libera przyznaje się, że po raz pierwszy rozpoczął prace nad przekładem podczas pisania swojej powieści, chociaż wówczas podszedł do sprawy tradycyjnie, trzynastozgłoskowcem.

W każdym razie – „Fedry” od dawna już się nie wystawia, bo w starych przekładach brzmi sztucznie, nie na nasze ucho. „Racine nie doczekał się w polskim piśmiennictwie takiej retranslacji jak Shakespeare” – wyjaśnia Libera. Droga uwspółcześnienia (owej „retranslacji”) biegnie, jego zdaniem, od trzynastozgłoskowca, który w polskiej literaturze przylgnął raczej do epiki, do dynamicznego jedenastozgłoskowca, jakim od XIX wieku przekłada się dramaty Szekspira. Francuskiemu aleksandrynowi (którym napisana jest „Fedra” w oryginale) równie daleko jest do trzynasto- jak i jedenastozgłoskowca, argumentuje tłumacz, dlatego możemy dowolnie między nimi wybierać. Dotąd Racine’a mieliśmy w trzynastozgłoskowcu, który jednak brzmi sztucznie. Współcześnie do przekładania dramatów zdecydowanie lepiej użyć „jedenastki”, i to białej, na taką zatem zdecydował się Libera.

Przekład jest bardzo udany. Idea uwspółcześnienia Racine’a za pomocą nierymowanego jedenastozgłoskowca jest odważna, ale bardzo mi się podoba. Tekst brzmi świetnie, jest zrozumiały, jędrny i „uszami duszy” już słyszę go na scenie. Mam tylko jedno niewielkie zastrzeżenie – nie do końca rozumiem, dlaczego mamy tłumaczyć Racine’a dokładnie tak samo jak Szekspira. „Odważyłem się tłumaczyć Fedrę jedenastozgłoskowcem, i to w dodatku bezrymowym (rymowanym jedynie w klauzulach niektórych scen, wzorem dramatów Szekspira)” – zdradza Libera. Tymczasem to zupełnie różni autorzy, dlaczego traktować ich tak samo? Dlaczego nie spróbować ich od siebie odróżnić i tego jedenastozgłoskowca jakoś nie „zrasynować” (oczywiście, trzeba byłoby wymyślić na to sposób), dlaczego przekładać go dokładnie more Szekspirico?

Teraz moja proca znowu będzie strzelać. Libera zarzuca Boyowi, że jego przekład jest „momentami niebywale zawiły, pełen inwersji i komicznych archaizmów w rodzaju: Wszak on, z bujnej młodości pokus uleczony / Dziś przeciw tym zaporom nie jest bez obrony (podkreślenie Libery)”. Autor „Madame” ma słuszność. Przekład Boya czasami naprawdę trudno zrozumieć i rzeczywiście sprawia wrażenie skansenu. Libera jednak w paru miejscach sam grzeszy podobnie. Najbardziej zabawny przykład znajduje się na s. 88. Fedra mówi tam: „Kochają się! Jak mogłam to prześlepić?” Nie wierzę, Panie Antoni! Naprawdę Pan to napisał? W dodatku po tym, co zarzucił Pan Boyowi? „Prześlepić” jako przykład językowego uwspółcześnienia „Fedry”? Rozumiem wymóg wersyfikacji; trzeba było tutaj czasownika o trzech sylabach i konkretnym znaczeniu. „Jak mogłam tego nie zauważyć”, najbardziej naturalne, nie wchodziło w grę. Ale może zatem: „przeoczyć”?

Przyznaję jednak, że takich wpadek jest niewiele. Zdarza mi się okazjonalnie tłumaczyć poezję i, ponieważ nie jestem tak wytrawnym tłumaczem jak Boy czy Libera, wiem, jak żmudne bywa wynajdywanie odpowiednich słów, jak korci sztuczne przestawianie szyku słów, aby chociaż trochę „podkręcić” rytm. No i rymy: tutaj łatwo o depresję, bo wiadomo, że „moja” najlepiej rymuje się z „twoja”, ale tak rymować po prostu nie wypada. Znam wreszcie rozpacz, która pojawia się, kiedy porównuje się własny przekład, z konieczności „upupiony” i ujednoznaczniony, z lekkim i wieloznacznym oryginałem. Połowa sensów zniknęła, oryginalny rytm, skrojony na miarę dla języka oryginału, w polskim znika lub brzmi jak rozstrojona katarynka. Tak, pomysł Libery, aby zrezygnować z rymów, pomógł mu ominąć pułapki zastawiane na tłumaczy przez mowę wiązaną. Fedra przemówiła językiem współczesnym. Przekład Libery być może otworzy drogę do kolejnych, jeszcze odważniejszych. W każdym razie mam nadzieję, że dramat Racine’a powróci teraz na polskie sceny.

POST SCRIPTUM

Zaraz po ostatniej lekturze „Madame” przeczytałam „La tía Julia y el escribidor” („Ciotka Julia i skryba”) Llosy, dla porównania, bo przecież te książki łączy sporo: młody literat in spe przeżywa wtajemniczenie w związku z dojrzalszą od siebie kobietą. W obu bohaterach rozpoznajemy autorów. Lubię Llosę, więc porównanie jest tym bardziej znaczące. Jak subtelna jest polska powieść na tle dzieła noblisty! Tak, z literatury III RP „Madame” pozostanie na pewno.

Posted in Bez kategorii | Tagged , , , , , | Leave a comment