Geniusz Leonarda rozbłysnął w okresie, kiedy Europę wytrącono ze średniowiecznego letargu. Świat stopniowo się odczarowywał. Malarstwo rozwijało się żywiołowo, żeby w XVI wieku, zwanym we Włoszech melodyjnie cinquecentem, osiągnąć swój okres klasyczny.
Od zawsze pociągała mnie sztuka tego okresu, chociaż, co oczywiste, to jej twórcy brali udział w odczarowywaniu rzeczywistości. Skupiali się na pięknie skończonym, nie dziwił już zwyczaj malowania świętych, będących w rzeczywistości portretami książęcych kochanek. Twarz Madonny Magnificat Sandra Botticellego jest twarzą Wenus, tej samej, która rodzi się na jego innym obrazie, tylko mniej smutną. Doskonałość zaczynała zasklepiać się w doczesności, nawet jeżeli tłumaczono to neoplatońskim schematem, w którym piękno zmysłowe jest objawem piękna duszy i stopniem na drodze do Boga. Jeżeli jednak perfekcja była przyrodzona i skończona, to musiała dać się opisać za pomocą prostej formuły. Poszukiwanie tej recepty, jak idea kamienia filozoficznego, zaprzątała głowy wielkich i mniejszych.
Owładnęła także młodego ucznia Verocchia, którego umysł uginał się już pod brzemieniem nowożytnego naturalizmu. Jego modlitwy brzmiały jak traktat fizyczny: „O przedziwna jest sprawiedliwość Twoja, Pierwszy Sprawco ruchu. Nie chciałeś żadnej siły pozbawić porządku i właściwości jej działań koniecznych: bo jeśli jakaś siła ma przesunąć jakieś ciało na sto łokci i spotka na drodze przeszkodę, rozkazałeś, żeby siła uderzenia spowodowała nowy ruch, który przez różne wstrząsy odzyskuje całą sumę należnej mu drogi. O boska konieczności, która zmuszasz swoimi prawami, aby każdy skutek najkrótszą drogą wypływał z przyczyny. Oto cud!” Trudno stać się prorokiem, kiedy umysł zniewolony jest przekonaniem o uniformity of nature, o konieczności, która nie zna odstępstwa. Jeśli Bóg jest tylko wielkim mechanikiem, to wszechświat nie jest święty – jest zaledwie urządzeniem, którego tajniki można zgłębić, by nad nim zapanować. Piękno można zaś opisać w matematycznych formułach. Jedynie one są absolutne.
Leonardo, wierząc w bezkrwiste bóstwo matematyki, nie stał jednak na straconej pozycji. Intuicyjnie przeczuwał, że to, co chce namalować, wymyka się obliczeniom. Owo przeczucie kazało mu długo zastanawiać się nad twarzami Judasza i – zwłaszcza – Chrystusa, które miał namalować w centrum mediolańskiej „Ostatniej wieczerzy”. Niemożliwe wydawało mu się przedstawienie Boga. Przecież on, empiryk, zdawał sobie sprawę, że wzoru dla Niego „nie znalazł jeszcze na świecie, i nie spodziewa się, by jego imaginacja była w stanie zrozumieć piękno i łaskę niebiańską, jakie wcieliły się w boskość” (Vasari). Wobec pustego miejsca na malowidle doświadczał bezradności i trwogi serca. Dlatego nie potrafił – mimo swojego mistrzostwa – pracować szybko, nakładać farb pod wpływem impulsu. Stosował technikę olejną, bo przy niej można się było zastanawiać, kontemplować rozkład cieni na policzkach i odbicia w cynowych naczyniach. Owa niezdolność do szybkiej decyzji była też jedną z przyczyn nietrwałości „Ostatniej wieczerzy”, która – powstając na murze – wymagała innej techniki. Popularne al fresco wymagało prędkiego nakładania farb na schnącą zaprawę. Tymczasem Leonardo nie potrafił malować w uniesieniu, które pozwalało Michałowi Aniołowi stworzyć w tak krótkim czasie burze Kaplicy Sykstyńskiej. Musiał wynaleźć technikę umożliwiającą wahania, zmiany, wielogodzinne medytacje nad twarzami świętych. Malował więc olejem i temperą na specjalnie przygotowanym przez siebie wyschniętym tynku, wystawiając swoje dzieło na pastwę wilgoci.
Piękno, do którego dążył, musiało być przemyślane, przestudiowane. Nie było w nim miejsca na zrywy ducha. Skupienie, w którym malował twarze apostołów czy rozmyślał nad obliczem Chrystusa, świadczy, że nie było mu obce malarskie misterium, podobne do tego, które towarzyszy pisaniu ikon.
*
Dymitr Mereżkowski, rosyjski filozof, napisał powieść o Leonardzie. Miał go za geniusza-impotenta, który jednak jako jedyny w swoich czasach rozumiał, że nie ma opozycji między zmysłowym pięknem sztuki i chrześcijaństwem. W jednym z ostatnich rozdziałów książki pisarz sprowadził do Amboise we Francji, gdzie Leonardo przeżył swoje ostatnie dni, posłów z Rosji, a wśród nich malarza ikon, Jewtichija. Co myślałby mistrz światłocienia, stojąc twarzą w twarz z ruską ikoną? Mereżkowski sufluje odpowiedź: „Leonardo czuł, że to nie jest właściwie malarstwo, ale pomijając niedoskonałość rysunku, światła i cienia, perspektywy i anatomii, i tutaj jak w starych mozaikach bizantyjskich (Leonardo widywał je w Rawennie) była siła wiary starożytniejsza, a razem bardziej młodzieńcza, niż w najwcześniejszych dziełach włoskich mistrzów Cimabuego i Giotta; było tęskne i smutne jakieś pożądanie wielkiego, nowego piękna, były jakieś mroki tajemnicze, wśród których słaby i ostatni promień piękna helleńskiego zlewał się z pierwszym, niepewnym jeszcze promieniem nieznanego świtu. Działanie wywierane przez te obrazy – z jednej strony takie niezgrabne, barbarzyńskie i dziwaczne aż do dzikości, lecz jednocześnie takie bezcielesne, przejrzyste, a niewinne i urocze jak sny dziecka – działanie ich było podobne do działania muzyki; przez samo naruszenie praw natury dosięgały właśnie granic świata nadnaturalnego”. Droga do piękna okazywała się nie być drogą nauki.
Malarstwo Leonarda jest dokładnym przeciwieństwem ikony. O ile ruscy malarze poprzez zniekształcanie rzeczywistości porywali ducha ku Bogu, nie pozwalając skupiać się na zmysłowym kształcie rzeczy, o tyle Leonardo skupiał na regułach ustanowionych przez Pierwszego Sprawcę ruchu i podążał za ideałem imitatio. „Prawdziwy artysta – pisał – nie tłumowi dogadza, tylko wybranym. Duma jego i cel nie polegają na błyskotliwości i jaskrawych farbach, lecz na osiągnięciu i stworzeniu cudu w obrazie: żeby za pomocą świateł i cieni uczynić wypukłym i wklęsłym to, co było płaskie”. Stąd użycie sfumato, owego zmiękczania i rozmywania konturów, które odtąd będą tonąć we mgle, potęgując wrażenie trójwymiarowości. Stosowane wcześniej cieniowanie wprowadzano tylko w granicach przedmiotu, tworząc z niego oddzielny mikrokosmos; Leonardo, roztapiając świat w półmroku, wiązał ze sobą wszystko, co pojawiało się na jego obrazie, czynił przedstawienie miękkim, zmysłowo namacalnym. Gioconda, święta Anna, Jan Chrzciciel i Bachus wynurzają się z obrazów tak, że niemal można ich dotknąć.
Ikona, przeciwnie, oderwana od zmysłów, skupiona jest na modlitewnym rozważaniu i kopiowaniu kanonów tak, żeby wcielając piękno Absolutu, nic nie utracić z przedstawień wcześniejszych. Każda ikona jest w jakiś sposób tym wizerunkiem, który pozostał na chuście Weroniki czy u króla Abgara w Edessie, bo każda ikona, nawet przedstawiająca innych świętych, tak naprawdę opowiada o Bogu, który się wcielił, o Chrystusie. „[...] boskie to jest dzieło, ale również przez Boga zlecone” – czytamy u Dionizjusza z Furny, teoretyka sztuki pisania ikon (Hermeneia, czyli objaśnienie sztuki malarskiej).
Kiedy dłużej zastanawiałam się nad przepaścią, która dzieli Leonarda od Rublowa, przyszła mi do głowy jeszcze jedna intuicja, dość przewrotna. Z pragnienia doskonałego naśladowania wynika bowiem także inna ważna różnica, posiadająca wydźwięk symboliczny – kwestia samego światłocienia. U Leonarda znajdziemy przechodzenie od światła do barw coraz ciemniejszych – technikę, która jest metaforą czasów, w których przyszło mu żyć. Cień, ciemność to bardzo ważne terminy w leonardowskim „Traktacie o malarstwie”. Ważne, bo nadają plastyczność, pomagają w tworzeniu iluzji i zostawiają pole do optycznych dociekań. „Cień posiada większą siłę niż światło – pisał Leonardo w „Traktacie” – ponieważ odbiera oświetlenia ciałom, a [nawet] całkowicie go pozbawia; światło zaś nie może nigdy rozproszyć w zupełności cieni”. To zupełne przeciwieństwo wschodniej teologii światła. Warto też przytoczyć słowa Vasariego: „Jest to godnym uwagi, jak dalece ten twórczy mąż studiował światłocień przez wydobycie jeszcze ciemniejszych tonów dla nadania plastyczności. A więc studiował stawanie się czerni czarniejszej od poprzednio uzyskanej, aby tym bardziej błyszczały światła. Wreszcie odkrył całkiem czarne tony, bez żadnego rozjaśnienia, mające w sobie głębie rzeczy widzianych w nocy, a nie delikatność odcieni dnia”. Ikony, przeciwnie, maluje się tak, jak się modli: wychodząc od cienia umbry palonej i otchłani czerni kostnej ku światłu, kładąc kolejne, coraz jaśniejsze warstwy tempery, aż po rozbłyski bieleń i nieskończoność złotego tła. Tej nieskończoności nie pojmował już włoski malarz, rezygnując zupełnie z użycia złota w malarstwie.
Sztuka Leonarda ciążyła zatem ku ciemności. Była od samego początku sztuką „doskonałości negatywnej” – mroku, który podkreśla światła, miękkiej anielskiej głowy, która uderza na kanciastym tle obrazu Verocchia – na tej samej zasadzie, na której przyzwoity człowiek na tle ponurych czasów wydaje się być święty.
Mistrz z Vinci nie kończył swoich dzieł, bo pragnienie, które w nim żyło, nie mogło zrealizować się w jego twórczości. Myślę, że T.S. Eliot ma rację i że w istocie tak było. Historia jednego z największych malarzy wszech czasów jest przestrogą, by w poszukiwaniu piękna nie skupiać się na tym, co skończone. Jak napisał poeta, jest ono „miłości kształtem” – a miłość skończona być nie może.
*
Anioł na florenckim przedstawieniu pełni rolę służebną – trzyma szaty Chrystusa. Jego dłonie nikną pod bladoróżową tkaniną, zupełnie tak, jak ręce aniołów na średniowiecznych chrzcielnicach i wschodnich ikonach. Tam również asystują przy chrzcie w Jordanie, a ich okryte dłonie, jak poinformują nas podręczniki ikonografii, symbolizują niedotykalność Boskiej tajemnicy, cześć dla Przedwiecznego. Szaty Chrystusa, które trzymają anioły, są zatem welonem, podobnym do tego, przez który kapłan trzyma monstrancję. Pędzel Leonarda uczynił z tego welonu kunsztowną tkaninę, szatę, która, zbyt dosłowna, przestała być symbolem czci, spełniając tylko przeznaczoną sobie funkcję zasłaniania. Pierwszy krok na drodze świeckiego malarstwa jest zatem u Leonarda zapomnieniem o tym, co powinno zostać odkryte.
Chrzest w Jordanie, podczas którego woda została oczyszczona na odpuszczenie grzechów, bo Bóg wziął je z niej na siebie, pod pędzlem Leonarda stał się zapowiedzią nowej sztuki. Obraz Verocchia i pomocników jest rozchwiany i rozbity właśnie dlatego, że, opowiadając o skończonej doskonałości, odwraca wzrok od Boga i kieruje go na złote loki anioła.
Aniołowie zaś bywają i dobrzy, i źli.
(2004/2012. Oryginalna wersja była publikowana w „Toposie” 4/2005)