Fragment #9: Pomyłka

[…]

Telefon dzwonił uparcie już któryś raz tego ranka. W końcu odebrałam, litując się nad rozmówcą, który tak uporczywie domagał się kontaktu.

– Halo?

Po drugiej stronie nie odezwał się nikt. W tle słychać było jedynie gwar jakiejś sali telewizyjnej – szumiał odbiornik, brzmiały przytłumione rozmowy osób siedzących po sąsiedzku. Ktoś, kto wykręcił numer, milczał jednak dłuższą chwilę. Był chyba zaskoczony nagłą zmianą sytuacji, zdążył bowiem przyzwyczaić się do daremności swoich wysiłków.

telephone-164250_1280

– Halo? – powtórzyłam.

– Z panem Łąckim proszę.

Głos, który odezwał się w słuchawce, był bardzo słaby. Bez wątpienia należał do jakiejś staruszki: łamał się, zlewał z szumem otoczenia, a mimo to brzmiał nieco uroczyście, jakby rozmowa, która miała zaraz nastąpić, była niezwykle ważna.

– Bardzo mi przykro, to pomyłka. Niestety, wykręciła pani zły numer.

Odpowiedziało mi jedynie krótkie sapnięcie, po którym ponownie nastąpiło milczenie. Przez chwilę słuchałam dobiegającego z oddali szumu telewizora, w końcu jednak, nie mogąc doczekać się reakcji, dorzuciłam jeszcze „do widzenia” i rozłączyłam się.

Telefon zadzwonił znowu kolejnego poranka, a potem jeszcze raz przed południem.

– Chciałybyśmy rozmawiać z panem Łąckim. – Kiedy podniosłam słuchawkę, usłyszałam energiczny głos kobiety w średnim wieku, zapewne salowej lub opiekunki. Pielęgniarki to zwykle osoby pogodne i zdecydowane, czasem niemal obcesowe; w tak trudnym zawodzie trudno byłoby się utrzymać kobietom o innych cechach charakteru. W tle brzmiał znowu gwar sali telewizyjnej lub korytarza szpitalnego, na którym ustawiono włączony odbiornik.

– Bardzo mi przykro, ale to zły numer. Już wczoraj państwo do mnie dzwonili. To niestety nie jest dom pana Łąckiego.

– Bardzo przepraszam – odpowiedziała kobieta. – Zły numer! – poinformowała współczującym głosem kogoś, kto stał obok niej, zapewne znaną mi już staruszkę, a następnie znowu zwróciła się do mnie: – Przepraszam, do widzenia.

[…]

Odłożyłam słuchawkę i urządzenie przez kilka dni milczało. Wydawało się, że moim rozmówczyniom udało się nawiązać połączenia z upragnioną osobą lub zrezygnowały z dalszych prób kontaktu. Potem jednak przedpołudniowe telefony zaczęły się powtarzać, a słaby głos nieznanej staruszki po drugiej stronie pytał niezmiennie o pana Łąckiego.

Kim był? Gdyby nieznana pacjentka szukała rozmowy z kimś przypadkowym, nie wykręcałaby ciągle tego samego szeregu cyfr; nie robiłaby tego choćby dlatego, że ja odbierałam nieregularnie i było jasne, że nie nadaję się do przelotnych pocieszeń. Nie chodziło też raczej o rutynowy telefon do najbliższej rodziny, o zwykłą pogawędkę o zdrowiu czy prośbę o odbiór ze szpitala – w takim przypadku staruszka posiadałaby dobry numer lub udałoby się szybko ustalić jego właściwą wersję i pomyłka zostałaby naprawiona. Starsza pani dzwoniła jednak uparcie, prosiła o pomoc swoją opiekunkę. Może bała się, że wykręca niewłaściwe cyfry i chciała mieć pewność, że pomiędzy nią a Łąckim nie stanął brak sprawności jej palców.

Prawdopodobnie niechcący znalazłam się w samym centrum czyjejś historii. Nieznana rozmówczyni musiała być wiekowa – głos rzadko kiedy kłamie w tej kwestii; można wprawdzie mieć głos osoby dojrzałej, będąc jeszcze młodzieńcem, lub odwrotnie, zachować przez większość życia głos dziecka – trudno jednak mówić w ów szczególny, starczy sposób, co chwila walczyć z drżeniem dźwięku i krótkością oddechu, jeśli naprawdę nie jest się starcem.

[…]

Co chciała powiedzieć panu Łąckiemu? Może były to rzeczy, które trzeba było powiedzieć wiele lat temu; może chciała mu wyjaśnić sprawy, których kiedyś wyjaśnić nie miała okazji lub czasu. Może rozdzieliła ich historia – ostatecznie w Polsce w ostatnich dekadach działo się tak wiele, że tragiczne losy rozdzielonych osób, może bliskich krewnych […], mogły powtarzać się w wielu wariantach: ktoś walczył z okupantem i komuną, ktoś tego nie robił; ktoś emigrował, a ktoś zostawał w kraju. Może jednak rozdzieliło ich zwykłe nieporozumienie, takie, które przydarza się ludziom mieszkającym pod każdym niebem, zarówno w czasach pokoju, jak i wojny […]. Ludzkie losy są przecież przypadkowe i różne od siebie jak numery telefonów. Czasem wystarczy pomylić się tylko odrobinę, zmienić jeden szczegół, aby los stał się zupełnie inny. Spotkać kogoś lub nie spotkać – ale przez to znaleźć się nagle w zupełnie innej wersji swojego życia, jakby wszechświat był kalejdoskopem i pojedyncze spotkanie lub decyzja miały moc przewracania tego kosmicznego instrumentu i uzyskiwania w sposób nieodwracalny zupełnie innego wzoru. Wystarczy wykręcić trochę inny szereg cyfr, aby usłyszeć kogoś zupełnie nieznanego, mieszkającego w jakimś odległym miejscu. Przypadek, pomyłka […].

Ale może wcale tak nie jest?

[…]

Fragment opowiadania powstającego w ramach stypendium Młoda Polska 2016.

Fragment #8: Moskiewska

Zegar na ścianie zaczął bić, chociaż nie było jeszcze pełnej godziny. Był dość stary, dawno nienaprawiany. Wuj dostał go w prezencie, ale od dłuższego czasu nie miał okazji się nim zająć. Urządzenie oznajmiało zatem pełne godziny wtedy, kiedy miało na to ochotę, albo dla odmiany nie robiło tego wcale. Żyło we własnym rytmie, nie uwzględniało czasu w jego tradycyjnej formie. Było jak wschodni satrapa: robiło to, co chciało i kiedy chciało, utrzymując mieszkańców domu w stanie ciągłej niepewności. Gospodarze zaś pozwalali mu na to, przyzwyczajono się już bowiem do nieprzewidywalności jego zachowań. Teraz drzwiczki nad tarczą otworzyły się, nie pojawiło się w nich jednak nic. Biesiadnicy przez chwilę patrzyli na zegar wyczekująco. Po chwili stało się jasne, że kukułka się nie wyłoni, więc dobrze zmrożona butelka pełna gęstego, przezroczystego płynu zaczęła krążyć dalej z rąk do rąk.

1024px-Polska_Włodarz_002

Na imieniny wuja […] zjechali krewni z całej Polski oraz kuzyni z Ukrainy […].

Nazwa na ozdobnej etykiecie głosiła, że wódka, którą właśnie spożywano, nazywała się „Moskowskaja”, ale tak naprawdę moskiewska była tylko z nazwy, bo oryginalną zawartość dawno już spożyto. Ta, którą pito teraz, powstała własnym staraniem na strychu, gdzie wuj prowadził niewielką bimbrownię. Butelki z naklejkami zapisanymi cyrylicą przywieziono natomiast z Niemiec i kiedyś pewnie zawierały prawdziwą rosyjską wódkę, obecnie jednak od kilku lat służyły do przechowywania samogonu. Produkt domowej gorzelni miał koło osiemdziesięciu procent, więc ciotka rozcieńczała go w kuchni wodą w proporcjach pięćdziesiąt na pięćdziesiąt.

Rozmowa toczyła się początkowo niespiesznie. Wypytywano o Ukrainę, bo na jej wschodniej granicy trwała wojna z Rosją. Krewni z Wołynia zdawali relację z nastrojów w swoim mieście. Bano się, że Saszka, dorodny, przysadzisty trzydziestolatek, stanowiący wielką dumę i nadzieję rodziny, dostanie powołanie do armii […].

Wszyscy kiwali głowami ze zrozumieniem. Ostatecznie większość biesiadników była na tyle wiekowa, że doskonale wiedziała, na czym polega rosyjska dezinformacja i zdawała sobie też sprawę z istnienia dezinformacji ukraińskiej. Wypytywano Saszkę o jego pracę naukową (był inżynierem) i plany na kolejne miesiące. Z każdym kieliszkiem „Moskiewskiej” geopolityka stawała się zresztą coraz mniej jasna, lub może raczej coraz bardziej oczywiste było jej wieczne zaciemnienie; to, że jej naturę trudno było zrozumieć nawet w rejonach, w których historia od lat już nie przyspieszała. Próbowano zmieniać temat. Mówiono o nieopłacalności wszystkich przedsięwzięć, streszczano losy nieobecnych krewnych.

Zapadał zmrok, zapalono światła, a przeładowana sprzętami izba pełna ludzi stawała się powoli podobna do niewielkiego stateczku, który żegluje wśród ogarniających go zewsząd ciemności. Do rozmowy włączyli się sąsiedzi wuja.

– Mój znajomy kupił sobie ziemię, tu, w okolicy. Chciał posadzić jabłonki, zaczął kopać dziury – powiedział jeden z leśników. – Okazało się, że dało się kopać tylko na kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią. Potem był beton. Sklepienie jakieś.

– I co to było? – spytano chórem.

Kotlina Kłodzka pełna jest ukrytych budowli z czasów hitlerowskich, czasem starszych, więc historię betonu zakopanego na niewielkiej głębokości wszyscy przyjęli ze zrozumieniem. Część podziemnych struktur stała się nawet sporą atrakcją turystyczną, która przyciągała w te strony grotołazów i miłośników założeń wojskowych. Raz po raz w okolicy pojawiali się poszukiwacze skarbów z tajemniczymi mapami, opowiadano też historie o ukrytych kosztownościach, które na łożu śmierci mieli wyznawać nieznani hitlerowcy. Ktoś szukał Bursztynowej Komnaty, ktoś inny „złotych pociągów”. Opinię publiczną w kraju elektryzowały od czasu do czasu historie podobnych znalezisk, które na ogół okazywały się wyssane z palca. Przekonanie o tym, że pod ziemią istnieje jakaś ciągle nierozpoznana rzeczywistość, było jednak powszechne i fiasko kolejnych misji poszukiwawczych bynajmniej nie zmniejszało wiary w ukryte komnaty. Potrzeba było jedynie kogoś, kto – niemal jak grecki Prometeusz – przyniósłby ludziom dar w postaci prawdy o zakopanych tunelach i ich zawartości.

– Co to było, nie wiem. Zaraz potem dostał anonima, żeby on tam więcej nie kopał. Bo jak się nie posłucha, to ma się bać o swoją rodzinę – odpowiedział leśnik zupełnie spokojnym tonem, mimo że historia, którą opowiadał, powinna być elektryzująca: znajomy ma w ogrodzie podziemną komnatę, która jest pilnowana przez nieznanych strażników-morderców.

Także i tę odpowiedź przyjęto jednak ze zrozumieniem, bo, dopóki Prometeusz z wiedzą o podziemiach się nie pojawiał, dopóty wszyscy skazani byli na domysły i zmagania z anonimowymi właścicielami mitycznych dóbr. Nadal, po kilku dekadach, które minęły od wojny, mieszkańcy tych okolic mieli poczucie, że ziemia, po której chodzili, do końca nie należała do nich.

– I co zrobił?

– Bał się. Sprzedał. Kupił ziemię gdzie indziej.

– Dobrze zrobił – pokiwał głową jeden z sąsiadów.

– Ale co tam mogło być? – pytał ktoś przyjezdny.

– Bo ja wiem? – żachnął się leśnik. Tego typu spekulacje, chociaż ciekawe, zawsze były drugorzędne.

[…]

Głęboka prowincja, taka z której niezwykle trudno jest wyrwać się i odmienić swój los, niemal zawsze jest zaludniona stoikami, bo odwieczny brak perspektyw każe tamtejszym ludziom żyć bez przesadnych ambicji: współczuć bardziej pokrzywdzonym od siebie (stąd i o zwykłe dobro jest tam łatwiej) i nie zazdrościć przesadnie tym, którzy są postawieni wyżej. Nade wszystko jednak – nie pytać o zbyt wiele. 

– Oj tak, oni tu są, ciągle są. I dobrze wiedzą, czego pilnują […].

Przemykali zatem obok tych sekretów jak pierwotni nomadzi i zdążyli już zżyć się z tajemniczością. Choć imperia upadły i przeminęły, nikt nadal nie pomógł im rozgościć się we własnych domach.

[…]

Fragmenty prozy powstającej w ramach stypendium „Młoda Polska” 2016

Krytyk w drodze do Poznania

Andrzej Horubała to krytyk znakomity. Mówimy tutaj o prawdziwym darze; o przenikliwości połączonej z talentem do opowiadania o tym, co dostrzeżone. To także krytyk skrajnie polityczny – w starym sensie rozumienia polityczności. Sprowadza wszystko do konkretu, pyta autorów o pobudki. Bada konsekwencje, jakie dane dzieło ma tu i teraz dla wspólnoty, do której jest kierowane. Zadaje twórcom pytania, które można byłoby zadać politykom. Łapie ich na niekonsekwencjach, przekłamaniach, konformizmie. Wszystko testuje na sobie i swojej biografii. Czyni z krytyki linię frontu, miejsce intelektualnej konfrontacji. Dzięki temu kultura, zwykle przedmiot bladych ochów i achów wygłaszanych przez kolegów dla kolegów, niemal zupełnie nieważny z punktu widzenia codzienności, ponownie staje się atrakcyjna dla wszystkich. Chyba to właśnie sprawiło, że publicysta „Do Rzeczy” stał się autorem kultowym, docenianym powszechnie nawet przez tych, którzy się z nim nie zgadzają.

Droga_do_Poznania_okladka-306x510

Horubała wydał właśnie swoją trzecią książkę krytyczną – co jest znakomitą wiadomością dla tych, którzy cenią jego pisanie o kulturze. Ale, niestety, jest ona najmniej frapująca z dotychczasowych.

Najnowszy zbiór tekstów publicysty, „Droga do Poznania i inne zapiski”, to tom pokaźnych rozmiarów. Zbiera artykuły z lat 2012, 2013 i 2014, publikowane m.in. na łamach dawnego „Uważam Rze” oraz w pierwszych kilkudziesięciu numerach „Do Rzeczy”. Znajdziemy w tym zbiorze teksty polemiczne i gniewne; znajdziemy zachwyty oraz artykuły bardziej osobiste, zdradzające historię zaangażowań ich autora.

Są tam oczywiście teksty świetne, które z pewnością mogłyby trafić do kompilacji „The best of Horubała”, gdyby taka publikacja miała kiedyś powstać. Znakomity jest, jak zwykle, artykuł o Jarosławie Marku Rymkiewiczu („Przemilczenia Rymkiewicza”), ale także analizy krążące wokół postaci Józefa i Stanisława Cata Mackiewiczów oraz publicystyki Piotra Zychowicza – tak jakby dzieła pisarzy i publicystów, do których jest mu najbliżej, widział Horubała najbardziej jasno. Jeśli chodzi o talent do odnajdywania w dziełach sztuki polskich fantasmagorii i tropienia ich politycznych konsekwencji, Andrzej Horubała był zawsze i pozostaje niekwestionowanym mistrzem. Może jest tak dlatego, że w przypadku Rymkiewicza czy Zychowicza krytykowi łatwo jest przymierzyć się do opisywanych przez siebie autorów i zobaczyć, gdzie jego i ich wrażliwości od siebie „odstają”.

Przewidywalnie i zachowawczo

Pisanie tekstów z tak dużą częstotliwością, z jaką robi to publicysta „Do Rzeczy”, skłania do posiłkowania się wyświechtanymi argumentami i metaforami (jest to widoczne zwłaszcza w kontekście Smoleńska). Czasami jednak widać, że mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko skrótami myślowymi czy okresowym zmęczeniem i że deklaracje krytyka, że mówi on zawsze tylko we własnym imieniu, a nie w imieniu swojego środowiska, bywają na wyrost.

Bo w swoich tekstach z lat 2012-2014 okazuje się Horubała dość przewidywalny:  zasadniczo nie chwali tych, których nie powinno się chwalić (robi wyjątek dla kilku postaci związanych z „Krytyką Polityczną”, ale to na prawicy nie jest bynajmniej aktem obrazoburczym i wyjątkowym). Pokłada nadzieję w nazwiskach, w których wszyscy pokładają nadzieje (Dorota Masłowska). Tych, którzy są dla niego niewygodni, zbywa milczeniem. Nie wychodzi niepotrzebnie przed szereg – dzieła autorów, których w jego środowisku się nie krytykuje, owszem, poddaje analizie, ale nie publikuje tego w prasie wysokonakładowej (bardzo dobry artykuł „Ukryte prawdy Wildsteina” miał premierę w internecie).

Horubała nie podejmuje też żadnej dyskusji z mesjanizmem, który kilka lat temu w różnych wersjach opanował niemal wszystkie redakcje młodej prawicy jako jedna z kilku z generacyjnych mód i aż prosiło się, żeby ktoś, zamiast zaklinać rzeczywistość podejrzanymi terminami, pochylił się nad nimi w sposób życzliwy, ale krytyczny. Któż jak nie on, katolicki kiler, którego wszyscy młodzi czytają z uwagą, nawet jeśli nie podzielają jego opinii? W gorące spory młodych środowisk Horubała wchodzi jedynie mimochodem, od czasu do czasu i na ogół po to, by odesłać wszystkich do Michała Łuczewskiego. Bardzo cenię dorobek Michała, ale przecież i z nim można się o niejedno pospierać – chociażby właśnie o mesjanizm. Także René Girard wszystkiego nie załatwi.

Dalej – publicysta „Do Rzeczy” podziela większość idiosynkrazji prawicowego salonu. Reaguje wysypką na nazwiska i słowa, na które trzeba w jego środowisku taką wysypką reagować. Prędzej zrozumie nieszczęśliwie zakochanego homoseksualistę („Płynące wieżowce, rozmyte granice”) niż walczącą o podmiotowość feministkę – i to jest dość symptomatyczne. Ów nabyty środowiskowo brak wrażliwości sprawia też, że zdarza się Horubale w „Drodze do Poznania” nie uchwycić do końca sensu dzieła – jest tak na przykład w przypadku „Morfiny” Szczepana Twardocha.

Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie dostrzegła, że i o ideologicznych oponentach Horubała potrafi pisać rewelacyjnie – przykładem niech będą „Widzę inaczej”, artykuł, w którym krytyk testuje na sobie teorie na temat homofobii i doskonale się w nich odnajduje, lub tytułowa „Droga do Poznania” o słuchaniu Marii Peszek. Retorycznie znakomite są także eseje „Teatrolog wśród smoleńskich zgliszczy” i „Teatr narodowej zdrady”, chociaż mój odbiór omawianych tam dzieł – zwłaszcza książki Dariusza Kosińskiego – był bardziej zniuansowany. Także poruszający artykuł powstały na marginesie „Włoskich szpilek” Magdaleny Tulli zrobił na mnie wrażenie już podczas lektury w prasie.

Autora „Drogi do Poznania” interesuje w zasadzie tylko to, co dzieje się w szeroko pojętym mainstreamie. To stosunkowo bezpieczny teren łowiecki – tam wszystko zostało już oswojone i nic nie jest kontrowersyjne; można się tam na coś skrzywić lub kogoś poklepać po plecach, nie zmienia to jednak istniejącego status quo. Horubała nie odnotowuje natomiast najważniejszych zjawisk spoza głównego nurtu – jego sporadyczne wypady w stronę rzadziej recenzowanych zjawisk są zwykle omówieniem książek znajomych. Nie jestem zawodowym krytykiem, nie śledzę zbyt wnikliwie tego, co dzieje się w świecie kulturalnym, ale i tak, czytając „Drogę do Poznania”, widzę, że spory obszar rzeczywistości, chociażby działalność kilku poetów, pozostał nieopisany – i w tym sensie trudno książkę Andrzeja Horubały traktować jako wiarygodną kronikę wydarzeń kulturalnych z lat 2012-2014.

Dajmy szansę dojrzewać

Bywa w końcu publicysta przesadnie przywiązany do biograficznej czystości autorów – co objawiło się zwłaszcza w kontekście konferencji na temat Andrzeja Bobkowskiego, podczas której na oczach widzów kruszył się mit niezależnego, przenikliwego i zawsze prawego chuligana („Bobkowski wymyślony”).

Doskonale rozumiem ten zawód. Jak rzadko kiedy potrzeba nam pisarzy, którzy dają świadectwo temu, co piszą. Tak, twórcy nie są amoralnymi zwierzaczkami, co tak trafnie wypunktowane zostało przez Horubałę w kontekście Cata.  Ale przecież – tu spieram się już nie tyle o Bobkowskiego, ile o zasadę – pęknięcia w autorskiej autokreacji nie muszą prowadzić do przewartościowania oceny dorobku pisarza, nawet jeśli odkrywanie prawdy o idolu bywa bolesne. Przecież w literaturze czasem zdarza się tak, że ludzie marni piszą świetnie i pożywnie duchowo, a dzielni – kiepsko i płytko, więc degradowanie lub rugowanie kogoś z pola widzenia jedynie z powodu potknięć w biografii, czasem w dodatku rzekomych, może nas pozbawić wielu nazwisk. Chodzi raczej o to, co dany autor robi ze swoimi upadkami, czy stara się je „przepracować”, czy się ze sobą wadzi, czy dojrzewa – jeśli tak, to przecież może to być doskonałym paliwem dla jego twórczości, a pisarz staje się warty naszej wielkoduszności. Wystarczy przypomnieć sobie Dostojewskiego, polonofoba, epileptyka, człowieka niezrównoważonego, nałogowca, zapewne gwałciciela, który stał się arcymistrzem literatury religijnej. Czy mógłby być dla nas tak ważny, gdybyśmy osądzili go według biografii?

Czepiam się, spieram i stawiam wysokie wymagania, których nie stawiałabym innemu krytykowi – ale oczywiste jest, że Andrzej Horubała to autor wyjątkowy, że od niego po prostu należy wymagać więcej.

Może zatem autor „Drogi do Poznania” miał nieco słabszy okres. Może był to czas, kiedy dawny chuligan załapał się do prawicowego establishmentu, kiedy silne ramię, o którym wspominał w poprzednim tomie, pochwyciło go i wprowadziło do chóru zachwyconych – a to oczywiście nie pozostało bez wpływu na ostrość jego widzenia. A może po prostu jego czytelnicy dojrzeli, także na lekturze jego publicystyki, i łatwiej wychwytują słabości tego pisarstwa. Pewnie i jedno, i drugie.

Tak czy siak Andrzej Horubała pozostaje najważniejszym obecnie komentatorem kulturalnym po prawej stronie. Nawet jeśli popełnia teksty zachowawcze, to i tak jest najbardziej przenikliwym i najchętniej czytanym tego typu publicystą. Pozostaje też, mimo wszystko, najbliższy mojemu ideałowi krytyka – mimo że w „Drodze do Poznania” realizuje go tylko na pół gwizdka.

Ja po prostu byłam i jestem naiwna: chciałabym, żeby krytyka literacka była sporem intelektualistów – szukaniem prawdy, walką o wartość artystyczną dzieła, merytorycznym zbijaniem argumentów. Chciałabym, żeby można było wystąpić także przeciw dziełom przyjaciół czy ludzi, których szanuje się za ich dorobek życiowy, i żeby nie było to odbierane jako zdrada lub świętokradztwo. Paradoksalnie to Horubała w ostatnich latach zwykł dawać mi nadzieję, może złudną, że taka postawa jest możliwa.

Autor „Drogi do Poznania” pisze świetnie, ma swój niepodrabialny styl. Jego teksty nigdy nie są zimne i wystudiowane. Wprost przeciwnie – wydaje się, że to właśnie uczuciowość ich autora sprawia, że stają się tak bardzo precyzyjne. To skłonność do irytacji, empatii, wpadania w gniew lub entuzjazm, czasem pewnie nadmierny, sprawiają, że publicysta „Do Rzeczy” posiada ową niezwykłą zdolność wychwytywania tego, co u danego autora jest najważniejsze. W pisarstwie Horubały jest coś, co za Krzysztofem Koehlerem nazwać można „chrześcijańskim optymizmem”, radością płynącą z aktywnego obcowania z kulturą – i ta radość potrafi się udzielać jego czytelnikom. Piszę, bo wiem po sobie.

Fragment #7: Winda

zremb

Wsiadało się do typowej, polskiej windy – typowej, czyli powstałej w czasach PRL, pokrytej wewnątrz dziwnym tworzywem, które miało pewnie imitować drewnianą okładzinę, w rzeczywistości było jednak śliską powierzchnią o niewyraźnej, brązowej barwie, czasami jaśniejszej, jeśli miała naśladować sosnę, innym razem ciemniejszej, jeśli miała być dębem lub innym, bardziej szlachetnym gatunkiem drzewa. Czasami brązowe mazaje rzeczywiście zdawały się układać w coś na kształt słojów, ale były to słoje bardzo umowne i trudno było choć na chwilę poddać się złudzeniu obcowania z naturalną okleiną. Jeśli cokolwiek w ogóle przyciągało wzrok w tych obskurnych wnętrzach, to raczej napisy, którymi niemal zawsze pokryte były ich ściany. Były to deklaracje miłości do klubów piłkarskich lub dziewcząt z sąsiedztwa, obelgi kierowane w stronę znajomych z innych pięter, czasem rysunki męskich części intymnych,wykonane długopisem lub wyryte przy pomocy klucza. Czytało się zatem czyjeś imiona, najprostsze zaklęcia miłosne lub złorzeczenia. Śledziło losy gier w kółko i krzyżyk, uczestniczyło w misteriach sąsiedzkich konfliktów.

Na jednej ze ścian przeciętnego elewatora, po prawej lub lewej ręce wsiadającego, znajdował się panel z aluminium, a na nim okrągłe guziki z cyframi – osiem, dziesięć, piętnaście, w zależności od tego iloma piętrami mógł poszczycić się blok. Te, wykonane z miękkiego plastiku, stanowiły ulubiony obiekt wandalizmu młodocianych podróżnych – wypalano je, dłubano w nich, pozbawiano faktury. Nad nimi widniały jeszcze dwa przyciski – pierwszym był „stop”, którym można było zatrzymać jadącą windę, jeśli jej ruch wiązał się z jakimś zagrożeniem. Na ogół jednak używano go tylko po to, żeby wyczyścić zaprogramowaną wcześniej trasę urządzenia lub bawić się w precyzyjne zatrzymywanie go na wybranym piętrze. Był tam wreszcie, na samej górze, guzik dzwonka alarmowego – i ten zwykle zostawiano w spokoju, trudno dokładnie zrozumieć dlaczego. Może był to jakiś zabieg magiczny, jakieś tabu; może wszyscy czuli jednak trwogę przed uwięzieniem w metalowej puszce i woleli nie dotykać guzika, który mógł zapewnić im ratunek w przypadku, gdyby winda zacięła się między piętrami. Na panelu lub nad nim znajdowała się także zwykle informacja, że sunący w betonowym tunelu pojazd jest w stanie unieść najwyżej sześć osób. Jechało się nim zatem, mając świadomość, że istnieje ciągłe ryzyko katastrofy.

Typowa polska winda osiedlowa, zwana potocznie ZREMBem, była komorą otwartą z jednej strony. Nie posiadała drzwi wewnętrznych, jak było w przypadku wind zupełnie nowoczesnych, coraz powszechniejszych w biurowcach i nowych blokach mieszkalnych – w nich srebrne kurtyny zasuwały się lub rozsuwały same i uciekały spłoszone, jeśli na swojej drodze napotkały jakiś przedmiot lub ciało pasażera. Windy PRLowskie nie miały też drzwi takich jak dźwigi najstarszej generacji, w których, aby ruszyć z miejsca, trzeba było zamknąć bramę na piętrze i dodatkowo zaciągnąć wewnętrzną kratę lub które w ogóle nie posiadały bariery między kapsułami i piętrem, a podróż polegała na dosiadaniu się i wysiadaniu w locie, podczas gdy nieprzerwany naszyjnik pomieszczeń w żółwim tempie mijał kolejne piętra i zawracał na strychu, by ponownie zjechać na dół.

Nowe i staroświeckie windy były ze wszech miar mniej przerażające od ZREMBów, najbardziej powszechnych: tamte albo zamykały podróżnego w iluzji bezruchu, odcinając go srebrnymi drzwiami od świata zewnętrznego, albo, na odwrót, dawały mu całkowitą kontrolę nad sytuacją; przemieszczały go przez elegancki, ażurowy świat klatki schodowej i wieziony mógł obserwować kunsztowne zawijasy krat, schody, kafle na półpiętrach, drewno lub kamień pokrywające schody. Do ZREMBów wsiadało się przez ciężkie, metalowe drzwi, znajdujące się na poszczególnych poziomach. Teoretycznie odrzwia te blokowały się, kiedy nie było przy nich windy, ale nie raz słyszało się o wypadkach, że ktoś otworzył je mimo braku kapsuły i przez roztargnienie znalazł swój koniec w betonowym szybie. Podczas jazdy taką windą przed oczami przesuwały się kolejne piętra, zawsze takie same, widoczne jedynie przez niewielkie, podłużne okienko, i betonowe plomby pomiędzy poziomami. Wszystkiego można było dotknąć, sunąć placem po surowych, szarych przestrzeniach, miało się bezpośredni kontakt z brudnymi trzewiami budynku.

Kiedy byłam dzieckiem, jazda ZREMBami przerażała mnie. Urządzenia tego typu były wszędzie i odwiedziny kogokolwiek wiązały się z niemal obowiązkową przejażdżką jednym z nich. Zwykle biegałam po schodach, bo miewałam koszmary, że winda nie zatrzymuje się na właściwym piętrze, ale jedzie gdzieś dalej, w rejony, o których istnieniu nie miałam pojęcia, wyżej i wyżej, że mija kolejne poziomy oznaczone jakimiś tajemniczymi symbolami, a potem wjeżdża w strefę, gdzie nie ma już wcale metalowych drzwi, zwiastujących możliwość wydostania się, jest tylko betonowa, chropowata ściana – i że jestem uwięziona na dobre, unoszona w jakąś pionową nieskończoność.

[…]

Fragmenty prozy powstającej w ramach stypendium „Młoda Polska” 2016

Wielkie piękno i postsowiecki kicz

[kontynuacja poprzedniego wpisu]

Czy zatem o tym, jak to jest być stamtąd, opowiada Żanna Słoniowska? 

Powieść Słoniowskiej, z pochodzenia lwowianki, wygrała w konkursie Wydawnictwa Znak tak jak kilkanaście lat temu niezapomniana „Madame” Antoniego Libery – zapowiadała się zatem nie dość, że ciekawa, to i dobra literatura. 

zanna-sloniowska-dom-z-witrazem-wydawnictwo-znak-2015-02-04-514x800

„Dom z witrażem” to historia młodej mieszkanki Lwowa, studentki sztuki. Narratorka opowieści wychowuje się w domu, w którym mieszkają jedynie kobiety – Prababka, Babka, Matka i ona. Dom jest, jak bywa w takich przypadkach, toksyczny: matki chcą kontrolować los córek, córki nie chcą lub nie mogą przeciąć pępowiny (ich mobilność jest ograniczona „kwestią mieszkaniową”), buntują się lub dają sobą sterować, co każdorazowo i nieodwracalnie doprowadza do pretensji i wieloletnich zatargów. Żadna z kobiet osiąga pełnej samodzielności; zdają się żyć jedną, wspólną egzystencją jak mrówki. Dzieje każdej z bohaterek składają się też na charakterystyczną lwowską układankę: Prababka jest niespełnioną śpiewaczką, Polką, której mąż, także Polak, stał się ofiarą przedwojennych stalinowskich czystek. Przyjechała do Lwowa w 1944 roku z małą Abą, Babką. Ta mogła po wojnie wyjechać do Polski z ukochanym muzykiem, ale została we Lwowie, zaszantażowana przez matkę. Wyszła za mąż za Rosjanina i, zamiast malarką, została lekarzem. Matka narratorki, owoc tego małżeństwa, jest zatem w połowie Polką, a w połowie Rosjanką – i zdecydowanie najważniejszą postacią w książce. Marianna postąpiła wbrew woli opiekunek: została śpiewaczką we lwowskiej operze. Pod koniec lat siedemdziesiątych przeżyła krótki romans z przybyszem z Rosji – narratorka, dziecko tego nieznanego mężczyzny, jest już zatem genetycznie bardziej Rosjanką niż Polką. Ma kłopoty z określeniem własnej tożsamości, chętnie podchwytuje więc identyfikację z miastem: jest stąd. Cała czwórka mieszka w zabytkowym domu z niezwykłym witrażem, prawdopodobnie dziełem krakowskich rzemieślników. Wiekowe szkło niszczeje stopniowo, czasem przez niedbalstwo mieszkańców, czasem rozkradane przez miejscowych pijaczków – podejmowane są jednak próby jego ocalenia i zadokumentowania.

Wielkie piękno Lwowa

Wokół rozpada się Lwów – i właśnie splendor niszczejącego miasta jest, obok opisu toksycznych relacji rodzinnych, najmocniejszą stroną książki. Okazuje się doskonałą dekoracją historii, która dzieje się na Ukrainie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia. Słoniowska opisuje swoje miasto dość szczegółowo – widzimy je w czasach sowieckich, zabiedzone, pełne pustych sklepów i złowieszczych urzędów; widzimy je po upadku ZSSR, kiedy zabytki zaczynają ostatecznie przegrywać z siermięgą powstającego, biednego państwa ukraińskiego, pozbawionego stylu i pomysłu na siebie. Z kamienic spadają balkony, odpadają tynki. W miejsce starych obiektów wstawia się plomby bez charakteru. Narratorka ogląda Lwów podczas spacerów z opiekunkami lub, po kilku latach, w towarzystwie kochanka, który wcześniej był kochankiem jej matki. To on, scenograf, oprowadza ją po mieście.

Autorka „Domu z witrażem” odnotowuje napięcia między poszczególnymi nacjami zamieszkującymi Lwów. Są tam Polacy, a raczej to, co z nich zostało po ich wielkim odpływie do Polski. We Lwowie żyją też Rosjanie, którzy przyjechali do miasta w czasach ZSSR, oraz Ukraińcy. Polacy i Rosjanie mieszają się ze sobą, trzymając się jednak z dala od „rogatych” czy „banderowców”, jak nazywają Ukraińców. Ci ostatni rzadko przenikają do polsko-rosyjskiego świata narratorki; czasem dokuczają jej w szkole, są żywiołem, który spotyka na ulicach i targowiskach. Dla jej rodziny stanowią zjawisko raczej zewnętrzne, czasem groźnawe, którym straszy się dzieci. Miejscowi zaś, nie mogąc i nie chcąc odwoływać się do tradycji polsko-sarmackiej (ta przecież nigdy nie była ich), szukają dla siebie bohaterów. Opieczętowują stare kamienice kiczowatymi płaskorzeźbami, które gloryfikują nieznane nikomu nazwiska. Nie chcą polskiej pomocy w sprawie ochrony zabytków Lwowa, bo traktują ją jako mieszanie się w ich sprawy. Kultywują także pamięć o UPA – jest to fakt i Słoniowska pisze o nim bez większych emocji.

Na nowej Ukrainie mnożą się podobizny Szewczenki. Ten staje się niemal zamiennikiem Lenina. W powieści pojawia się nawet rzeźbiarz, który po upadku imperium przebranżowił się z taśmowej produkcji podobizn wodza rewolucji na produkcję głów poety. Poza tym w literackim świecie narratorki pojawiają się głównie poeci rosyjscy, których recytują sobie jej matka i ojciec. Sienkiewicza nie ma tam w ogóle – nie pojawia się ani jako autor, którego się czyta we Lwowie, ani jako ktoś, kto w jakikolwiek sposób wpływa na wyobraźnię autorki. Wyraźne nawiązania literackie, czasami zresztą nie do końca udane, dotyczą natomiast Michaiła Bułhakowa – i to ważny sygnał. Wyobraźnia powstała za Sanem nie jest postsarmacka, nie jest też wcale postromantyczna – tylko wyraźnie postsowiecka.

Wysubtelnić ukraińskość

Wydaje się jednak, że z tego zapętlenia jest wyjście: matka bohaterki, Marianna, chociaż nie ma w sobie ani kropli miejscowej krwi, już w latach osiemdziesiątych zaczyna deklarować, że jest Ukrainką, używać języka ukraińskiego i śpiewać na wiecach piękne, kozackie pieśni. ZSSR zaraz zacznie się rozpadać, państwo nad Dnieprem zaczyna więc tworzyć własną tożsamość, która od samego początku nie jest ani rosyjska, ani polska, tylko właśnie ukraińska z charakterystycznym postosowieckim skrętem. Żółto-niebieska i czerwono-czarna. (Używanie tych barw nie oznacza oczywiście automatycznie nazizmu, było jednak dotąd zgodą na konsekwentne, urzędowe przemilczanie pewnych kwestii.)

Gest Marianny jest jednak bardzo ważny – matka narratorki jest śpiewaczką operową. Chce costać kimś na wzór Salomei Kruszelnickiej; udowodnić, że można być ze Lwowa i zostać wielką artystką. Niezwykłe właściwości głosu Marianny, jej osobowość, wreszcie śmierć, którą ponosi (z ręki snajpera – Słoniowska ponoć wprowadziła ten wątek na długo przed Majdanem), sprawiają, że matka narratorki staje się dla Ukraińców symbolem oporu. I nawet trochę szkoda, że autorka „Domu z witrażem” nie eksploruje mocniej wątku Majdanu – tak jakby bała się poruszać ten temat lub nie była jeszcze emocjonalnie gotowa do jego przetrawienia. To bardziej ja sufluję tutaj pewne tropy. Bo przecież tragedia, która się wydarzyła na Ukrainie, rzeczywiście może być okazją do zmiany symbolicznej (w polityczną chyba coraz trudniej uwierzyć). Tak, Majdan to jakaś szansa, by w ukraińskim panteonie i na lwowskich tablicach pojawili się nowi bohaterzy, których legenda nie będzie posiadała antypolskiej domieszki. Kruszelnicka zaś – skontrastowana z kiczem nowoukraińskich tablic – jest sygnałem, że i tędy, poprzez wielką sztukę, wiedzie droga do wysubtelnienia Ukrainy. Czy jednak te nadzieje się spełnią?

W „Domu z witrażem” interesująca jest jeszcze jedna kwestia. Pojawia się tam wątek tożsamości pogranicznej, zmieszanej – bez wątpienia jako credo odautorskie, bo Żanna Słoniowska mówi o tym także wywiadach. Chcę podkreślić bardzo wyraźnie – tak, wierzę w tożsamości lokalne. Tak, jeśli ktoś urodził się na pograniczu, jeśli w jego rodzinie krzyżują się wpływy wielu tradycji, to bez wątpienia ma prawo do szczególnej więzi z miejscem swojego pochodzenia. Ale oprócz tożsamości miejscowych, zmieszanych, są przecież i te większe – nie tylko identyfikacje narodowe, także kulturowe, religijne i tak dalej. Zanurzenie w historię oznacza zawsze wybór jednej lub kilku z tych szerszych, wybór, który jednak nie unieważnia – nie powinien unieważniać – więzi lokalnych, tożsamości zmieszanych. Z kolei deklaracja bycia jedynie lwowianką (wilniukiem, Ślązakiem, itp. – niepotrzebne skreślić), bez przyjęcia owych większych zobowiązań, jest po prostu formą dezercji. Egzaltowany gest Marianny, osłabiany wzmiankami o tym, że to markietanka, gotowa w zasadzie walczyć o cokolwiek, w co akurat wierzy, jest zatem bardziej znaczący niż zblazowana lwowskość jej córki; lwowskość, dodajmy, suflowana jej przez kochanka, kiedy oboje rezygnują nie tylko z więzi narodowych czy religijnych, ale i rodzinnych. Kochani lokalsi, nie ma tak łatwo. Pochodzenie z pogranicza, igranie z różnymi formami czy tradycjami nie usprawiedliwia kapitulacji. Nawet jeśli Słoniowska to przeczuwa, to na pewno nie pozwala temu wybrzmieć.

Ta książka mogła zatem być bardzo dobra. Mogła być świetna. Autorce zabrakło może doświadczenia i cierpliwości, żeby przemianę bohaterki doprowadzić do końca i przekonująco opisać. Wątki ważne i mniej istotne majaczą jedynie tu i ówdzie w tle niezbyt wiarygodnego romansu. Dom kobiet pustoszeje, związek z Mikołajem nie owocuje wielką sztuką – nie wiemy jednak, co zmienia się w bohaterce, jaki jest rezultat odcięcia pępowiny. Majdan, którego impresjonistyczny opis pojawia się jako epilog, niczego nie domyka i nie wyjaśnia. Pomiędzy nim a śmiercią Aby rozciąga się jakaś nieopisana dekada. Narratorka pójdzie chyba w ślady swojej matki, zanurzy w historię – a zatem pewnie zacznie współtworzyć Ukrainę, tak jak w latach osiemdziesiątych uczyniła Marianna. Jednak nie mam pewności, dośpiewuję to sobie. Ja bym pewnie tak zrobiła, gdybym była stamtąd. Może jednak narratorka książki przeżywa po prostu kolejne zauroczenie, tym razem dzielnymi chłopcami z Majdanu? Nie wiem. Książka jest niedopracowana, niedomknięta, w dodatku nie do końca przemyślana – i dlatego, mimo sporego potencjału, jest to powieść jedynie średnia.

PS. A propos lokalności jako przykrywki dla zblazowania – w czasie świąt przeczytałam dziennik Szczepana Twardocha („Wieloryby i ćmy”). Już „Drach”, ostatnia powieść śląskiego pisarza, był zdecydowanie gorszy od „Morfiny”, bo Twardoch przestawał w nim mocować się ze sprawami większymi niż prywatne i lokalne. Dziennik jest już bardzo słaby, wręcz przykry w czytaniu. Zmanierowanie tego autora ciągle się pogłębia.

Inteligencki sen o Ukrainie

Najnowsza powieść Wojciecha Kudyby, poety, literaturoznawcy, profesora UKSW, ukazała się w nieprzypadkowym momencie. Dopiero co opinię publiczną zelektryzowały i przeraziły wydarzenia na kijowskim Majdanie, potem na terytorium naszego sąsiada wybuchła wojna. Tematyka ukraińska zdominowała na pewien czas polskie gazety, pojawiły się książki publicystyczne i reportaże z Kijowa. Ukazały się także utwory literackie, które starają się przetwarzać i oswajać sprawy związane z tym, co dzieje się na wschodzie – i do takich bez wątpienia należy „Nazywam się Majdan”.

Narratorem książki jest ukraiński doktorant kulturoznawstwa, mamy więc w niej podwójność spojrzenia: z jednej strony ma to być opowieść intelektualisty, z drugiej – produkt wrażliwości ukraińskiej, a nawet kresowej. Wszystko dzieje się w czasach współczesnych. W „Nazywam się Majdan” znajdziemy echa Pomarańczowej Rewolucji, Euromajdanu i jeszcze kilku innych wydarzeń. Prawdziwe wydarzenia historyczne mieszają się jednak z fantastycznymi, a w akcji biorą udział nie tylko postaci z krwi i kości.

maxi_p2310729996

Wojciech Kudyba napisał bowiem menippeę. To forma, która daje autorowi niemal zupełnie wolną rękę. Michał Bachtin zauważał, że gatunek ten cechuje „wyjątkowa swoboda fabularnej i filozoficznej fikcji”. To rodzaj fantastyki eksperymentalnej, czułej na bieżące wydarzenia w sposób niemal publicystyczny, nieskrępowanej jednak regułami prawdopodobieństwa. Przy pomocy elementów baśniowych, komicznych, turpistycznych i tym podobnych menippea próbuje jednak sięgać stanu faktycznego. Ze zderzenia motywów powinna pojawić się, niemal jak nowa cząstka w akceleratorze, jakaś ważka prawda o egzystencji.

Wschodnie zapętlenie

Czasami może wydawać się, że, wobec zapętlenia spraw wschodnich, menippea to ostatnia deska ratunku dla pisarzy, którzy chcieliby opisać wzajemne stosunki Polaków i Ukraińców. Bo przecież ponad tymi prywatnymi, ludzkimi, często serdecznymi, są jeszcze relacje międzypaństwowe i międzynarodowe, nie mniej skomplikowane – i te nigdy nie są, bo nie mogą być, przedłużeniem osobistych sentymentów. Nic dziwnego zatem, że powieść Wojciecha Kudyby to nie pierwszy utwór na temat spraw kresowych, który nawiązuje do satyry menippejskiej.

Podczas lektury „Nazywam się Majdan” co chwila przypominał mi się poemat Tomasza Różyckiego „Dwanaście stacji”, stanowiący jak gdyby lustrzane odbicie książki Kudyby. Poemat Różyckiego, pisany przed ponad dekadą, był groteskową opowieścią o przesiedleńcach z Kresów, którzy marzą o powrocie w rodzinne strony. Rozpoczynał się opisem przedziwnej wegetacji dawnych Kresowiaków rzuconych po wojnie do Opola i w okolice tego miasta – opisem zabawnym, ale prawdziwym, co jest jasne dla każdego, kto miał styczność z tymi niezwykłymi staruszkami lepiącymi pierogi z ziemniakami czy kaszą gryczaną, wspominającymi przy śniadaniu zbrodnie Armii Czerwonej i rzezie UPA i pozostającymi na bakier ze zdobyczami nowoczesności. Ich świat stopniowo rozpada się, tak jak rozpadają się nieremontowane gospodarstwa, w których zamieszkują – życie dawnych Kresowian to bowiem raczej jakieś trwanie pomimo zmieniającej się rzeczywistości, podszyte nadzieją na powrót do miejsc, w których, jak im się zdaje, żyli kiedyś naprawdę. Źródłem surrealizmu i groteski w wykonaniu Różyckiego było więc samo życie, nie trzeba go było nawet specjalnie przetwarzać. Potem jednak poemat coraz bardziej odrywał się od rzeczywistości: najpierw zmieniała się topografia Opola, potem narrator zabierał nas na prowincję – bo Wnuk, główny bohater, skrzykiwał po wioskach krewnych i znajomych, by dawni Kresowianie mogli wyruszyć pociągiem na Wschód. Wszystko pozostawało oniryczne, nie mogło się dokonać, grzęzło. Różycki opisał zarówno bujność przyrody, jak i siermiężność współczesnego postkomunistycznego miasta; przypisywana pokoleniu babć naiwność zderzana była z optyką ich lepiej wykształconych wnuków, a akcja mieszała to, co realne, z tym, co fantastyczne. Tęsknoty, plany na przyszłość i rzeczywista niemożność splatały się ze sobą w prawdziwie tragikomiczną całość, w węzeł skomplikowany jak śląskie torowiska, których nie da się przebyć szczęśliwie. Mówiąc krótko: Różycki w „Dwunastu stacjach” zrealizował z grubsza wszystko to, co w swojej menippei próbuje zawrzeć Wojciech Kudyba.

No ale właśnie – Różycki czerpał z własnego doświadczenia, co dodało jego opowieści blasku. Poeta pochodzi z Opola, zna Kresowiaków, od lat śledzi ich oderwanie od bieżącej rzeczywistości, wie, skąd bierze się ta zawieszona egzystencja, coś pomiędzy czuwaniem, oczekiwaniem na powrót a rezygnacją. Kiedy zaś Wojciech Kudyba pisze o Ukrainie, kiedy próbuje napisać monolog Ukraińca, to tworzy konstrukt. Nie wychował się za Bugiem, on się tylko domyśla, jak to jest być stamtąd – i to jest widoczne od pierwszej strony „Nazywam się Majdan”.

Polski orientalizm

Poziomów nieautentyczności w książce jest kilka. Czasami jest zamierzona. Jest tak w przypadku języka – archaizowanego, zawdzięczającego sporo Sienkiewiczowi (choć nie tylko), próbującego lokować całość gdzieś w postsarmackim uniwersum, sprawiającego wrażenie, że mamy do czynienia z epopeją. To mowa odmienna zarówno od języka absolwentów dawnych wschodnich gimnazjów czy przesiedleńców spod Lwowa, jak i od dzisiejszego ukraińskiego. Nieautentyczny jest także narrator – i tutaj przyczyny wydają się bardziej złożone. Petro Majdan to współczesny Ukrainiec, mówiący ową polszczyzną Sienkiewicza, której nauczyć miała go babunia spod Kijowa, Polka. Wiemy, że Petro ma wśród przodków także przedstawicieli innych narodowości, w tym Rosjan – a zatem jest absolutnym mieszańcem, który dopiero wykuwa własną tożsamość i który źródeł Ukrainy upatruje raczej na Rusi Kijowskiej, w poezji Szewczenki i heroizmie Kliczki niż w ideach Bandery. Nazwisko bohatera podkreśla owo zmieszanie tożsamości, bo słowo „majdan” – Kudyba daje to do zrozumienia wiele razy – odnosi się nie tylko do placu spotkań politycznych i dysput, ale i do miejsca zabaw; oznacza tygiel, gdzie mieszają się tradycje, formy i historie.

Wiadomo, że Petro czuje się Europejczykiem. Kształcił się na Zachodzie (w Niemczech, choć trafia i do Warszawy), że jego rodzina zarobkuje w krajach Unii Europejskiej lub dorabia, szmuglując do Polski to i owo. Sam Petro potrafi sypnąć terminami z dziedziny literaturoznawstwa, zaskoczyć znajomością Dostojewskiego i Tołstoja. Pozostaje przy tym prostoduszny i naiwny jak Longinus Podbipięta; nie potrafi ani analizować rzeczywistości, ani jej wyjaśniać innym. Jest dziecinny i pełen przesądów, duchowo nieukształtowany. Japończyka Yokotę, który przyjechał na Ukrainę, szybciej poskromi nieuczona babcia Petra. Z książki dowiemy się też, że przyroda w kraju nad Dnieprem jest wyjątkowo bujna, a miasta – zaniedbane; że robienie biznesu na Ukrainie to sprawa zmienna i ryzykowna jak gra w „Monopol” z samym diabłem. W tle rozgrywa się historia najnowsza, która jednak, podana przez Majdana, traci swój groźny i skomplikowany charakter. Juszczenko kłóci się z Tymoszenko (są to „burzliwe kłótnie w rodzinie”, co przecież w ogóle nie wyjaśnia pęknięć i napięć w obozie powstałym po Pomarańczowej Rewolucji). Czasami ktoś z krewnych Petra zostanie wytarmoszony w jakiejś ruchawce, a losy Euromajdanu streszczone zostają za pomocą baśni. Są to jednak raczej sygnały, które pomagają nam odnaleźć się w powieściowej czasoprzestrzeni. Na Ukrainie po prostu jest niestabilnie.

Nie rozstrzygam tutaj, które z powyższych intuicji są prawdziwe, a które fałszywe – ważny jest raczej ich zestaw. Myślę, że nawet najwięksi miłośnicy Ukrainy zgodzą się, że „Nazywam się Majdan” to, przy całym swoim wykrzywieniu i zamierzonej baśniowości, raczej opowieść o tym, jakie wyobrażenie na temat uśrednionego Ukraińca ma polski inteligent, niż diagnoza dotycząca tego, co rzeczywiście dzieje się za Sanem. To tyleż menippejskie pomieszanie prawdy i fantastyki, ile miks faktów, stereotypów i postulatów; to sen o dobrodusznej, niewyklutej ciągle Ukrainie, przedłużeniu dawnych Kresów, stworzony na potrzeby polskich serc – i ten obraz z prawdziwą Ukrainą nie ma chyba zbyt wiele wspólnego, bo, w przeciwieństwie do państwa ze stolicą w Kijowie, od wielu lat się nie zmienia. To polski mit na temat wschodniego sąsiada, w dodatku nieco protekcjonalny, w którym wnikliwy czytelnik Edwarda Saida dopatrzyłby się pewnie śladów orientalizmu w wersji warszawskiej.

Książka broniłaby się lepiej, gdyby naiwność i bohatera, i autorskiej optyki zostały na końcu zanegowane; gdyby okazywało się, że ani przeciętny Ukrainiec nie jest tak prostoduszny i niewykluty, ani inteligencko-polska wizja Ukrainy taka prosta. Gdyby Wojciech Kudyba pokusił się o rozłożenie rąk i opowieść zostawiała nas z niepokojem – że, owszem, Ukraina to jeden z naszych kluczowych sąsiadów, że mamy wspólną, trudną historię, a Kijów znów znalazł się na zakręcie dziejów, ale tak naprawdę kraj ten i jego mieszkańcy pozostają nam nieznani i że, pielęgnując nawyki myślenia o nich, nie posuwamy rozmowy o sprawach wschodnich ani o krok do przodu i nie jesteśmy w stanie uprawiać dobrej polityki. (Nie rozstrzygam tutaj, jak taka polityka miałaby wyglądać – i nie sądzę, że literatura powinna to robić. Twierdzę jedynie, że polityka fundowana na pobieżnych opiniach, marzeniach i protekcjonalnej pobłażliwości po prostu nie może być dobra.)

Książka Wojciecha Kudyby jest zatem zgrabnie napisaną i dowcipną zabawką formalną, udaną żonglerką motywami, jest też wyrazem solidarności z dzisiejszą Ukrainą – wydaje się jednak, że od zrozumienia tego, co naprawdę dzieje się na Wschodzie, zarówno w polityce, jak i głowach naszych sąsiadów, raczej nas oddala.

Czy zatem o tym, jak to jest być stamtąd, opowiada Żanna Słoniowska? Kontynuacja wpisu >>>

CDN.

PS. Profesorowi Wojciechowi Kudybie zawdzięczam bardzo wiele. To jedna z tych osób, które wspierały mnie od samego początku, to jest od 2003 roku, kiedy jako bardzo młoda autorka debiutowałam w „Toposie”. Z jego olbrzymią życzliwością spotkał się także mój debiut książkowy sprzed roku. Chciałam mu za to jeszcze raz z całego serca podziękować. Powyższa recenzja pisana była ze świadomością, że spieram się z kimś, kogo bardzo cenię i wobec kogo mam dług wdzięczności.

Wojciech Kudyba, Nazywam się Majdan, Warszawa 2015.

„Jadwiga” już w księgarniach

12118804_10156242372480305_5096826204203448391_n

Na półki księgarskie trafia moja druga książka – „Jadwiga”. W kilkunastu esejach, które składają się na ten zbiór, staram się opowiedzieć o św. Jadwidze Andegaweńskiej, suwerenie, który był kobietą, i jedynym polskim władcy, który został wyniesiony na ołtarze.

Jadwiga rządziła stosunkowo krótko, zmarła nie pozostawiwszy potomka, a jednak stała się pomostem pomiędzy epoką piastowską i jagiellońską. Zostawiła swój ślad na całej późniejszej historii Polski. Próbuję zrozumieć, dlaczego; co zdecydowało o tym, że właśnie ona stała się dla nas tak ważna.

Chciałam pokazać Andegawenkę jako prywatną osobę; kobietę, która została wrzucona w świat polityki niezależnie od własnych upodobań czy temperamentu – i musiała sprostać sprawom publicznym. Szybko dorosła i wyszła z tych zmagań celująco. Dzięki jej decyzjom i staraniom doszło do unii Polski i Litwy, to jej zabiegi doprowadziły do późniejszego odnowienia uniwersytetu w Krakowie; to wreszcie za jej sprawą nad Wisłę zaczęły docierać najważniejsze prądy intelektualne i duchowe epoki. Fundowała klasztory, prowadziła rokowania polityczne, opiekowała się najuboższymi.

„Jadwiga” to również książka o Krakowie, który zachował wiele ze swojej dawnej mistyki i nadal może stanowić ożywczy impuls dla polskich twórców; to opowieść o tym, czym właściwie jest i powinna być literatura, wreszcie wynik moich prywatnych sporów z polskim romantyzmem i neoromantyzmem. Może to właśnie Andegawenka, święta monarchini, jednostka, która stała się punktem oparcia dla powierzonej sobie wspólnoty, stanowi wzór prawdziwego bohatera romantycznego?

O książce już napisali:

„Jak mądrze odczytać miejsce kobiety sprzed 620-640 lat w XXI-wiecznej Polsce? Marta Kwaśnicka umie postawić świętej królowej Jadwidze takie pytania, które ożywiają naszą, moją w każdym razie wyobraźnię. Pomaga wejść w rozmowę z jednym z najwspanialszych duchów naszej historii.”

prof. Andrzej Nowak

„Marta Kwaśnicka stworzyła piękny, plastyczny, daleki od zbędnego patosu i lakiernictwa portret wielokrotny Jadwigi Andegaweńskiej. Jej bohaterka to jednocześnie święta, królowa i pełna temperamentu kobieta, przeżywająca dylematy bliskie nam współczesnym. Świetne, niebanalne są też uwagi autorki o duchowości chrześcijańskiej, Krakowie, sztuce czy literaturze. Ta znakomita, bardzo osobista książka potwierdza, że Kwaśnicka należy do najlepszych dzisiaj pisarek, błyskotliwie kontynuując najlepsze tradycje polskiej szkoły eseju.”

prof. Maciej Urbanowski

„Imponująca erudycja bez cienia pretensjonalności, wielowątkowość wolna od chaosu, szerokość spojrzenia bez mielizn rozumienia, szczerość bez ekshibicjonizmu, fabuła myśli wartka i wciągająca, dygresje tak dobre, że aż konieczne, poczucie humoru delikatne, niekiedy ironiczne, zawsze jednako od gryzącego cynizmu dalekie i jeszcze do tego błyskotliwa spostrzegawczość zarówno w obrębie najwyższej kultury jak i najzwyklejszej ulicy – wszystko to sprawiło, że jako czytelnik pochłonąłem esej Marty Kwaśnickiej z zachwytem, jako autor – z zazdrością.”

Janusz Pyda OP

 

Spotkanie autorskie 29.01.2016 – warszawska premiera „Jadwigi” (wideo)

Rozmowa w „Poranku Dwójki”

O „Jadwidze” w „Tygodniku Kulturalnym” 5.02. 2016 TVP Kultura

 

Recenzje w prasie:

A. Horubała, Niesamowita Kwaśnicka, „Do Rzeczy” 3/2016 (całość tekstu tutaj)

M. Cieślik, Królowa współczesna, „Wprost” 3/2016

Sz. Babuchowski, Przez Jadwigę, „Gość Niedzielny” nr 5/2016 (całość tekstu tutaj)

F. Memches, Topór św. Jadwigi, „Plus-Minus”, 30.01.2016

M. Kube, Coś znacznie więcej niż biografia kobiety z marmuru, Rzeczpospolita, 5.02. 2016 (całość tekstu tutaj)

L. Sonik, Dla krakusów lektura obowiązkowa, Dziennik Polski, 1.02.2016

 

Recenzje w internecie:

Rbit, Kraków, Marta i Jadwiga, Biblionetka 22.02.2016

Terezjusz, „Jadwiga” albo lekcja pokory – notatki na marginesie lektury, 29.01.2016

Monik Orłowska (LubimyCzytac.pl)
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/294775/jadwiga/opinia/31322492#opinia31322492

„Uległość”? Od siebie nie uciekniesz

M. Houellebecq, fot. Jewgienija Dawidowa.

M. Houellebecq, fot. Jewgienija Dawidowa.

„W gruncie rzeczy serce mam już skamieniałe, osmaliło się w rozpuście”. Takim cytatem z „W drodze” J. K. Huysmansa rozpoczyna się „Uległość” Michela Houellebecqa. Bliźniaczych cytatów w prozie samego Houellebecqa jest więcej, choćby ten z „Poszerzenia pola walki”: „Véronique poznała zbyt wiele dyskotek i kochanków; taki sposób życia zubaża ludzką istotę, wyrządzając jej szkody niekiedy poważne i prawie zawsze nieodwracalne. Miłość jako niewinność i jako skłonność do iluzji […] rzadko jest w stanie przetrzymać rok seksualnych przygód, nigdy nie przetrwa dwóch […]. Człowiek staje się nie bardziej zdolny do miłości niż stara szmata […] Nie zostaje nic poza goryczą i niesmakiem, chorobą i oczekiwaniem na śmierć”. Gdzie indziej znajdziemy uwagę, że rozpusta zabija wielkoduszność. Gorzkie, bezwzględne, owszem. Nie wiem, na ile prawdziwe. Z pewnością jest to jednak dające do myślenia świadectwo człowieka Zachodu, żyjącego w epoce po rewolucji seksualnej. W tych właśnie momentach Houellebecq zdradza się najbardziej. Pokazuje, co tak naprawdę go boli.

Można zaryzykować tezę, że opis skutków wyzwolenia obyczajowego stanowi główny temat wszystkich powieści Francuza. Zmienia się tylko scenografia, bohater pozostaje ten sam: to przedstawiciel klasy średniej, pozbawiony złudzeń, traktujący siebie samego i innych z szacunkiem, na jaki zasługują kawałki ożywionego mięsa. Chłodne sprawozdania ze zniszczonego świata są jednak tylko narzędziem do ujawnienia pewnego braku, który Houellebecqa wyjątkowo uwiera. Pisarz bada bowiem nieodmiennie, jak celnie określił to Tadeusz Sobolewski, „puste miejsce po miłości”. Bohaterowie książek Francuza są zawsze poranieni jej brakiem, zagubieni, wyjałowieni, niezdolni do stworzenia prawdziwej relacji. Z konieczności żerują na namiastkach bliskości. Czasem wchodzą w mniej lub bardziej chrome związki. Wyzwolenie seksualne zrobiło z nich pogubionych, skupionych na sobie egoistów.

Bo miłość Houellebecq rozumie dość konserwatywnie – właśnie jako niewinność, wierność i wielkoduszność. Dodam, uprzedzając zakłopotane pokasływanie co poniektórych czytelników – bo jakoś strasznie boimy się dzisiaj słowa „miłość”, co tylko potwierdza diagnozy francuskiego pisarza – że tego typu bliskość może zdarzyć się nie tylko pomiędzy kobietą i mężczyzną; również pomiędzy rodzicami i dziećmi, pomiędzy rodzeństwem czy parą prawdziwych przyjaciół.  Autor „Cząstek elementarnych” nie ma wątpliwości, że to na tych fundamentach – lojalności i skłonności do iluzji – wzniesiono kiedyś cywilizację Europy. Ma rację; jak zbudować cokolwiek, jeśli się w możliwość zaistnienia tego wcześniej naiwnie nie uwierzyło?

Tylko że, przekonuje nas Houellebecq, miłości już nie ma. Fizjologiczne opisy zbliżeń seksualnych, które serwuje nam pisarz, mechaniczne niemal jak wypróżnianie się, pokazują dość jasno, że seks w jego świecie z miłością nie ma już nic wspólnego. Powinien być przecież wypełnieniem, ostateczną realizacją więzi; jest jednym z języków, w których mówi się drugiej osobie o tym, że jest dla nas wyjątkowa. Stał się tymczasem marnym odpadkiem, skorupką, która pozostała po zniknięciu pierwotnej, odżywczej zawartości. Nic dziwnego, że bohaterowie Houellebecqa lgną do tej skorupy. Liczą, że coś jeszcze na niej zostało, że uleczą rany zadane przez nieobecnych rodziców, przez partnerki-egoistki czy mężczyzn-mizoginów. Mylą się i ciągle doznają zawodu – bo wyzwolony seks stał się niemy.

To nawet zabawne, że takie przejmujące – mimo że apofatyczne – wyznanie wiary w miłość znajdziemy u autora, który swój wizerunek zbudował na tym, że jest typowym dla współczesnego Zachodu moralnym degeneratem. Pamiętajmy jednak, że talent polega także na nadmiarze wrażliwości, za pomocą której opukuje się i diagnozuje sprawy niewidoczne na pierwszy rzut oka. U Francuza nie chodzi zatem jedynie o opisy zniszczeń; te są oczywiście przejmujące i celowo odrażające. Obok krótkich esejów o filozofii czy kulturze stanowią znak rozpoznawczy Houellebecqa. Ale, jak to bywa w przypadku niezłych pisarzy – a Francuz jest niezłym pisarzem, chociaż, muszę przyznać, że nigdy nie był twórcą w moim stylu – numery popisowe są tylko narzędziem do opowiadania o tym, co znajduje się głębiej i co rzadko jedynie wypływa na powierzchnię.

Houellebecq pozostaje więc małym chłopcem, który nie zaznał miłości i nie przestaje o niej marzyć. Nie wierzy jednak w to, że miłość w jego świecie jest możliwa; uważa, że została stracona bezpowrotnie – i to właśnie czyni go cynicznym i otępiałym. Na tym polega błąd Pisarzy-Którzy-Chcieli-Zostać-Polskim-Houellebecqiem: zwykli mylić opakowanie z istotą; za wielką radość sprawiały im opisy zbliżeń fizycznych i pustki współczesnej cywilizacji. Dziedziczyli po swoim idolu désillusion – a byliby mu dużo bardziej wierni, gdyby przekazali ową charakterystyczną gorycz człowieka, któremu złamano serce.

Ulec, czyli się otępić

O „Uległości”, ostatniej powieści Francuza, napisano i powiedziano już sporo. Tak naprawdę nie różni się wiele od poprzednich; jest w niej i obrzydliwawa poetyka, i mini-eseje o kulturze. Publikacja powieści trafiła jednak na wyjątkowo „dobry” moment, to jest na zamach w redakcji pisma „Charlie Hebdo” dokonany przez islamskich radykałów. Jak na ironię, masakra wydarzyła się w dniu, kiedy okładkę pisma ozdobiła podobizna Michela Houellebecqa. Potem Europę zalała fala imigrantów, w większości muzułmańskich. Siłą rzeczy świat z uwagą pochylił się nad przesłaniem najnowszej książki pisarza – ta zaś opowiada o łagodnej wersji islamu, która w 2022 roku zaczyna politycznie dominować we Francji, a potem w całej Unii Europejskiej, poszerzanej stopniowo o Turcję i kraje Maghrebu.

„Soumission” jest jednak political fiction niemal dokładnie w tym samym stopniu, w jakim „Cząstki elementarne” czy „Możliwość wyspy” należały do science fiction. Nie jest też wcale książką islamofobiczną. 

Przejęcie władzy przez Bractwo Muzułmańskie powoduje wprawdzie początkowo opór w niektórych kręgach francuskiej prawicy, pojawiają się nawet jakieś zamieszki, których genezy i autorstwa główny bohater może się jedynie domyślać. Ogół obywateli, którzy od dekad zwykli głosować naprzemiennie na centroprawicę i centrolewicę, zaskakująco łatwo godzi się jednak na zmiany. Ulice Francji pod rządami Mohammeda Ben Abbesa tylko szczegółami różnią się od tego, co było wcześniej. „Centrowość” systemu została zachowana. Kobiety przestają wprawdzie nosić spódnice, znikają też niektóre sklepy, ale panuje spokój. W pociągach jako opcja pojawia się kuchnia halal. Muzułmański przywódca wychodzi z założenia, że Francuzów można do przekonać do podporządkowania się umiarkowanej wersji islamu, a część nawet skłonić do przejścia na tę religię, jeśli tylko zapewni się im spokój, bezpieczeństwo i stabilizację. O ile zaspokoi się podstawowe potrzeby wyjałowionych mieszkańców Zachodu, ci dadzą się wmanewrować we wszystko; ustąpią nawet w kwestiach niby tak podstawowych dla ich własnej cywilizacji, jak monogamia, odpowiednia edukacja, laickość państwa (no właśnie, czy Francja byłaby w stanie porzucić swoją prawdziwą religię?) i prawo wszystkich – w tym kobiet, bo to w nie głównie uderzają nowe zasady – do rozwoju talentów i decydowania o własnym losie. Houellebecq przekonuje, że wszystkie wyznania i idee, które rozpalały Zachód, umarły i nikt nie będzie za nie nadstawiał karku. Umiarkowany islam, który pojawia się na ich miejsce, nie jest zaś nawet religią; jest tylko sposobem na zapewnienie większości wygodnego życia.

Mężczyźni o skamieniałych sercach, tacy jak François, główny bohater „Uległości”, nie mają specjalnych potrzeb duchowych; pragną tylko otępić się i utrzymać stan bezwładu, w który popadli; chcą też bez większego wysiłku wygodniej zagnieździć się w otaczającym ich świecie i bezboleśnie dotrwać do śmierci. – Chciałbym umrzeć, ale jest droga do przebycia i trzeba ją przebyć – informuje bohater „Poszerzenia pola walki”. Stan psychiczny bohatera „Uległości” jest dokładnie ten sam.

Jedyną (i pozorną) szansą bohaterów Houellebecqa jest ucieczka od samych siebie, bo przecież budzą w sobie niesmak w nie mniejszym stopniu niż w czytelniku. Jedna z houellebecqowskich postaci wybierze zatem wykoślawiony islam, ktoś inny trafi szpitala psychiatrycznego, a potem wyjedzie na prowincję; ktoś dołączy do sekty, ktoś wreszcie stworzy teorię naukową, na podstawie której ludzkość wyewoluuje w inny gatunek, pozbawiony uczuć i popędu płciowego – innymi słowy: pozbawiony indywidualności.

Chrześcijaństwo nie jest w tym świecie żadną realną alternatywą, nawet jeśli pisarz kokietuje nas opisami Czarnej Madonny w Rocamadour, poezją Péguyego czy życiorysem Huysmansa, którym naukowo zajmuje się główny bohater „Uległości”. Houellebecq nie wyklucza, że chrześcijaństwo stanowiło kiedyś odpowiedź na bolączki podobne do tych, które przeżywa on sam; po pierwsze jednak jest na tyle Francuzem, aby nie wierzyć w żywotność Kościoła, po drugie – natury chrześcijaństwa ani trochę nie rozumie. Jest ono dla niego jedynie jednym z kierunków ucieczki od siebie. Monotonne życie w klasztorze, jakie wybrał Huysmans, monogamiczna rodzina chrześcijańska – wszystko to kojarzy się Houellebecqowi jedynie z uległością. Tę zaś pojmuje on jako kolejną wersję otępienia; duchowe opium, którego zażywanie pozwoli przeżyć straszną, codzienną egzystencję. Żywa wiara, która zakłada mocowanie się z samym sobą w imię – no właśnie – Miłości, pozostaje poza zasięgiem wrażliwości pisarza. Paniczny strach przed wyjściem z bezwładu to jakieś zapętlenie, granica, której Houellebecq nie potrafi pokonać.

I ta niemożność to być może najciekawszy aspekt prozy Houellebecqa, w tym „Uległości”: ta jego nieustanna rejterada, sięganie po kolejne znieczulacze. Pisarz pokazuje, że gdzie tkwi główny problem Zachodu: w wyjałowieniu jego obywateli, którzy stracili nadzieję; nie mają ochoty bronić jakichkolwiek wartości, ponieważ nie są w stanie walczyć nawet o siebie samych. Houellebecq nie wierzy, żeby cokolwiek mogło to zmienić, dlatego projektuje kolejne wersje przyszłości na miarę stanu ich ducha. 

Pozostaje ufać, że pisarz się myli i że nawet martwym wewnętrznie ludziom z jego świata może przydarzyć się duchowe przebudzenie. W przeciwnym razie przyszłość Europy i nas wszystkich została już przesądzona.

Ja w możliwość przebudzenia wierzę.

Wit Stwosz (Jadwiga)

Skoro zatem mowa o Pasji i Kościele Mariackim – zróbmy dygresję. W dawnym Krakowie były bowiem zawsze dwa żywioły, monarszy i mieszczański, i są tam dwa cudowne krzyże, jeden królewski na wzgórzu wawelskim, z którym rozmawiała Jadwiga, i drugi pod tym wzgórzem, przy Rynku, zamówiony przez mincerza krakowskiego Henryka Slackera u Wita Stwosza.

Fot. L. Schneider / lic. cc 3.0

Fot. L. Schneider / lic. cc 3.0

Krucyfiks ten miał być centralną figurą ołtarza pasyjnego do głównej miejskiej świątyni, którą Mariacki jest nieprzerwanie od XIII wieku. Pozostałe elementy slackerowskiego zamówienia nie zachowały się, ale do dzisiaj w nawie południowej można oglądać kamienną rzeźbę Stwosza, przedstawiającą Ukrzyżowanego. Zwykle, oczywiście, pomija się ją, biegnąc od razu do prezbiterium, aby oglądać ołtarz Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny […].

Rzeźbiarz wykonał potem jeszcze wiele krzyży, zwłaszcza w rodzinnym mieście, do którego powrócił na starość, ale żaden z nich nie zbliża się do tego, który zawieszono w Kościele Mariackim.

Bo oto wisi przed nami Mężczyzna i, nie licząc rozwianego przez nieistniejący podmuch perizonium, które osłania Jego miednicę i uda, możemy podziwiać Go w całym splendorze jego nagości. Jest szczupły, spod jasnej skóry widać wyraźnie przebieg kości i ścięgien, podkreślony przez nienaturalnie rozpiętą pozycję Skazańca. Jego ciało jest rozciągnięte, z pewnością cierpi, chociaż jest już spokojne. Wydaje się, że ustały już wszystkie odruchy, które stanowią automatyczną reakcję na ból. Tylko stopy i dłonie, szlachetne, długopalce, nie uczestniczą w tym napięciu. Przebito je; są zmartwiałe, zdrętwiałe z bólu, skurczone. I jest jeszcze głowa, zwieszona na piersi, jest twarz o podkrążonych oczach. Otwarte usta zdają się wydawać jęk. Tutaj agonia wciąż trwa.

[…]

Wit Stwosz urodził się w Niemczech, ale niewiele wiadomo o jego najwcześniejszych losach. Pierwsza pewna wzmianka na jego temat pochodzi z 1477 roku, kiedy rzeźbiarz zrzekł się swojego norymberskiego obywatelstwa. To wtedy pewnie przyjechał z rodziną do Krakowa, ale mógł to zrobić już wcześniej, a wtedy tylko zrezygnować ostatecznie ze związków z Norymbergą. Wiemy też, że w 1477 roku zaczął prace nad Ołtarzem Mariackim, a to znaczy, że chyba przyjeżdżał do stolicy Polski wcześniej, bo musiał ustalić z Radą Miasta warunki pracy, znaleźć pracownię i zakupić kłody lipowe, które, zanim przyłożył do nich dłuto, musiały schnąć około dwóch lat. Stwosz zjawił się w Krakowie, bo brakowało tam rzeźbiarzy. Nawet nie chodzi o to, że brakowało wybitnych – brakowało w ogóle, a miasto bogaciło się. Fundowano nastawy ołtarzowe, figury świętych, grobowce; owe drobiazgi, które, upchnięte w kaplicach kościołów, sprawiają, że ośrodek robi wrażenie dostatniego.

Stwosz był wtedy jeszcze młodym artystą, nie posiadał renomy. Kiedy pojawił się w Polsce, miał około 30 lat. Był w zasadzie uformowany artystycznie. Posiadł już wszystkie potrzebne umiejętności, które mogły zrobić z niego wielkiego twórcę. Wcześniej z pewnością pozostawał w kontakcie ze sztuką górnej Nadrenii, prawdopodobnie miał styczność z dziełami mistrzów flamandzkich. Spekuluje się nieco o jego fascynacji rzeźbą Mikołaja z Lejdy, jednego z odkrywców fizyczności człowieka, artysty, który pchnął sztukę gotycką na niezbadane wtedy jeszcze drogi fizjologii. Inni napominają, że Stwosz kontynuował w trójwymiarze poszukiwania Rogiera van der Weydena. Mistrzowsko opanował odwzorowywanie kształtu ciała ludzkiego i faktury tkanin, które mogły ulegać ciału lub odskakiwać od niego, poruszone niewyczuwalnym wiatrem. Poznał doskonale tajniki ludzkiej fizjonomii, grymasy bólu, lęku, agonii, rodzaje uśmiechów. Znał przebiegi żył i mięśni. Brakowało mu jeszcze ostatecznego szlifu, pewnej patyny duchowej, która wskazuje, że dany twórca stał się już dojrzały.

I objawił się nagle właśnie w Krakowie. Od razu, od pierwszego dzieła Stwosza nad Wisłą wiemy, że mamy do czynienia z wybitnym artystą. Wybitnym także dlatego, że nigdy nie pozwolił, by ekspozycja jego umiejętności stała się celem samym w sobie. Często zdarza się, że twórca – odnalazłszy swoje mocne strony – zaczyna mnożyć dzieła bez treści lub nadające ciągle tę samą wiadomość, kopiuje sam siebie; staje się autorem rzeczy udanych formalnie, ale nie duchowo. I nie rozwija się już, zasycha jak gipsowa ozdoba. Być może trudno jest spostrzec moment, kiedy przekracza się granicę pustki w sztuce; trudno pewnie dostrzec ją samemu artyście (zdecydowanie łatwej wyczuwać mielizny u kogoś innego). Być może wreszcie nie jest to kwestia świadomego wyboru twórcy, tylko jego wnętrza, które pozostaje aktywne, niespokojne lub wygasa jak stary wulkan. Stwosz nie zgasł. Jego technika pozostała nośnikiem, nigdy nie stała się celem. Człowiek, jego twarz i ciało, należące do świata natury, na rzeźbach norymberczyka są jedynie bramą. Rzeźbiarz panuje nad ekspresją, podporządkowuje ją są nastrojowi duchowemu, czasami melancholijnemu, czasami nieco tanatycznemu – jak na Krucyfiksie Slackerowskim.

Wit Stwosz pracował nad Wisłą 19 lat. Zdobył tu uznanie i wzbogacił, bo prowadził także działalność kupiecką. […] W 1496 roku znajdujący się u szczytu sławy i bogactwa Stwosz wrócił do Norymbergi, zupełnie nagle. Nie do końca rozumiemy powody tej decyzji. Być może miały związek z rodziną – jego żona Barbara, z którą wspólnie przeżyli krakowskie lata, zmarła wkrótce po powrocie do rodzinnego miasta. W Krakowie pozostało jednak kilku potomków rzeźbiarza […]. Sam Wit ożenił się ponownie dwa lata po swojej przeprowadzce, spłodził kolejne dzieci. Potem stracił majątek. Oszukano go, dopuścił się fałszerstwa i został za to skazany. Na policzkach wypalono mu znamiona i otrzymał zakaz opuszczania miasta. Stał się więźniem Norymbergi, próbował uciekać. W miejskich dokumentach zachowało się wiele pomstujących na niego wzmianek, informujących o jego złym charakterze. Pisano, że jest ein irriger und geschrayiger Man (zbłąkanym i krzykliwym człowiekiem) lub ein unruhiger haylosser Burger (niespokojnym i bezecnym obywatelem).

Zdarza się, że złe miejsca, niesprzyjające warunki psują charaktery; łamią ludzi. Każą człowiekowi bronić się przed wszystkim, atakować zawczasu; sprawiają, że nie jest w stanie nikomu zaufać. Wiadomo, Stwosz miał temperament, nerwy nosił na wierzchu – jak każdy artysta. Bez tych nerwów nie dałoby się przecież niczego stworzyć, niczego zaobserwować, niczego przeżyć i przetworzyć. Tak, musiał być wtedy problematyczny, bo stracił sterowność i mógł już tylko żywić się własną żółcią. 

[…]

Jadwiga. Czyń, co widzisz [fragmenty]

Wisi na prawo od drzwi zakrystii, iuxta portam sacristiae – i najprawdopodobniej jest tak od samego początku, to znaczy od chwili, kiedy przywieziono go do Krakowa. Pierwsza wzmianka, która potwierdza jego obecność w katedrze, pochodzi z 1403 roku i wiemy, że już wtedy znajdował się tam, gdzie można go oglądać dzisiaj. Zapewne pojawił się na Wawelu w roku 1384 i przyjechał jako jeden z przedmiotów królowej. Jeśli wierzyć źródłom, zawieszono go od razu właśnie w tym zakątku ambitu. Inne kaplice były już zagospodarowane, a narożnik katedry tworzył dodatkową wnękę, którą można było wykorzystać w celach kultowych. Od tego czasu zmieniały się tam tylko dekoracje […].

L. Wyczółkowski, Krucyfiks wawelski

Kult Czarnego Krucyfiksu trwa nieprzerwanie co najmniej od XVII wieku – tak wynika ze źródeł – i od samego początku jest związany z Jadwigą. Dzisiaj krzyż znajduje się na tle srebrnej blachy. […] Rzeźba Chrystusa ma dwa metry. Wyrzeźbiono ją z drewna lipowego. Wisi na dębowych belkach, przybita do nich trzema gwoździami. Ciało Zbawiciela jest lekko skręcone w prawo i przepasane perizonium, kunsztownie udrapowaną przepaską biodrową. Także głowa Umęczonego jest skręcona w prawo i opuszczona. Młodzieniec na krzyżu ma gładkie policzki i lekko falujące włosy. Właśnie skonał, Jego język dotyka dolnych zębów. Mięśnie, jak się wydaje, jeszcze są wiotkie, jeszcze nie nastąpiło stężenie tkanek. Twarz jest spokojna, opuściły ją już grymasy męki. Śladów bólu można szukać jedynie w podniesionej nadal linii brwi. Krwi jest sporo. Obficie wycieka z przebitego boku, wsiąka w perizonium, tworzy skorupę na łydce. Ale guzów i zakrzepłych strupów jest więcej – są na nogach i rękach. Spod skóry widać żebra.

Krucyfiks wawelski nie należy do owych pięknych krzyży, które kontempluje się także estetycznie. Daleko mu do wspaniałego krzyża Wita Stwosza, który wisi w Kościele Mariackim. […] Oblicze wawelskiego Chrystusa jest nieco kanciaste, geometryczne wręcz. Każdym centymetrem przypomina, że pomiędzy mną a Jadwigą znajduje się jednak ponad sześć wieków i że gusta jej współczesnych były odmienne od moich. Krzyżem zachwycać mogą się historycy sztuki, ale będzie to martwy zachwyt zawodowców – ci upajają się głównie analogiami i pokrewieństwami zamiast samym przedmiotem, który mają podziwiać. Artystyczni krewni Czarnego Krucyfiksu znajdują się zaś w Czechach. Pod koniec XIV wieku tworzono tam tak zwane „Piękne Madonny” o podobnie nieruchomych twarzach, jakby umarły za życia, trzymając na rękach swojego Syna. Na to powinowactwo wskazuje też meandryczne ukształtowanie spływów tkaniny, pojawiające się i tu, i tam.

Ale korzenie wawelskiej rzeźby tkwią także gdzie indziej. Nieco wcześniej, na przełomie XIII i XIV wieku w rejonie Nadrenii i w środkowych Włoszech popularne stały się krucyfiksy mistyczne, których autorzy tak dosłownie prezentowali mękę Chrystusa, że – oprócz gwoździ i śladów po biczu – nie wahali się na obnażonym ciele Zbawiciela rzeźbić spustoszeń, jakie czyni trąd. Nie można bowiem wykluczyć, że nikt wcześniej, ani nikt później nie cierpiał tak jak On; że Jego męka była absolutna i nawet w bólu przerósł zwykłą, ludzką miarę. Nie tylko zamęczono Go od zewnątrz, nie tylko podał policzki rwącym Mu brodę. On gnił od środka, Jego ciało zostało zupełnie przenicowane; On był całkowicie, na wskroś przeklęty. Ropiejące wrzody, leproma – czyli guzy trądowe – są także na wizerunku wawelskim. Nasz Chrystus naprawdę jest umęczony, jest Hiobem, a nawet więcej niż Hiobem – bo jest zupełnie niewinny i z nikim się nie wadzi, nikomu niczego nie wypomina, a Hiob robił to. Wyrzucał przyjaciołom: oto dziesięciokroć znieważyliście mnie i nie wstyd wam było mnie nękać. A choćbym naprawdę zbłądził, mój błąd zostaje ze mną. Chrystus tymczasem milczał, a nie zbłądził na pewno.

[…]

Krucyfiks wawelski nie posiada jednak nadreńskiej gwałtowności. […] Tutaj bitwa już została stoczona – i przegrana. Teraz zaczynają się czary wielkopiątkowej nocy i Wielkiej Soboty, kiedy okaże się, że oścień śmierci nie istnieje, że śmierć połknęła Kogoś, kto zaraz rozedrze jej cielsko od środka. To chwila największego uniżenia. To moment śmiertelnej ciszy. Chrystus wydał ostatni oddech. To chwila zwątpienia świadków męki. Nie wiedzą jeszcze, że to moment odbicia, że od tej chwili będzie już tylko lepiej. Że gdzieś tam, w innym planie, coś właśnie zakiełkowało, coś buzuje już i zaraz wybuchnie, przebije się i do nas, bo po tej stronie zostało zasiane. Ale na razie nie dzieje się nic.

[…]

Nie wiadomo, jak i o co dokładnie modliła się Jadwiga pod tym krucyfiksem. Trudno zbadać, jakie są ścieżki czyichś modlitw. Ponoć rozważała, czy czy dopełnić przyrzeczeń danych Wilhelmowi, czy wybrać nieznanego Jagiełłę, poganina z północy. Wiedziała, że brakuje mu ogłady, że pochodzi z innego świata, że życie z nim może wyglądać jak oswajanie dzika. Nie wiedziała, czy, wybierając Litwina, nie była wiarołomna wobec Habsburga. Poruszała się zupełnie po omacku, nie mogła kierować się uczuciami, bo te często są złym przewodnikiem. Nie była pewna rozstrzygnięć Kościoła. Potem pewnie modliła się o to, by ucichły oszczerstwa na jej temat, potem o dziecko. A może nie, może wcale się o to wszystko nie modliła. Trudno dociec, jak i o co należy się modlić, żeby zostać wysłuchanym. Jeśli Jadwiga błagała o rzeczy szczegółowe, jeśli przedstawiała Chrystusowi listę swoich życzeń, to z pewnością nie została wysłuchana. Plotki nie ucichły, umierały kolejno jej najbliższe osoby, matka i siostra, każda tragicznie […]. Sama została matką tylko na kilkanaście dni i były to dni boleści. O co zatem należy się modlić? Nie wiem, spekuluję jedynie, patrząc na dziwne, drewniane Oblicze, wcale nie zachęcające do wylewności, i na strzemię Kara Mustafy, które zawiesił tam Jan III Sobieski, ostatni wielki polski monarcha. Być może należy modlić się o wytrwanie w dobrym, o niezłomność, o dar podejmowania dobrych decyzji w złych sytuacjach. O szansę bycia takim, jakim wymyślił nas sobie Bóg, wbrew temu, co nas przygina do ziemi. Zawsze przygina nas wiele rzeczy.

Jadwiga modliła się więc pewnie o wytrwanie w dobrym. […]