Smętna Dobrodziejka, czyli odnawianie znaczeń

Zacznijmy od obrazu, który wisi w niewielkiej kaplicy.

Wizerunek

Nie wybrałam go dlatego, że jest szczególnie ważny, bo nie jest. Znają go w zasadzie tylko mieszkańcy Krakowa, ale i wśród nich pewnie znalazłoby się wielu takich, którzy nigdy nie słyszeli o tym obrazie, nie widzieli go i nie umieliby wskazać, gdzie się znajduje. Od kilkunastu lat jednak odwiedzam go, ilekroć jestem w tej okolicy, więc bez wahania mogę go nazwać częścią mojego prywatnego dziedzictwa.

Dlaczego mnie przyciąga? Nie umiałabym chyba udzielić prostej odpowiedzi. Zawsze podobała mi się jego nazwa: Smętna Dobrodziejka Krakowa. Już to miano wskazuje, że wizerunek jest czczony od dawna i wyjątkowo w tym miejscu okrzepły. Madonna wisząca u krakowskich franciszkanów jest smutna, ale dobra, przychylna ludziom. Być może w tym zestawieniu ujawnia się zresztą jakaś szersza prawda o chrześcijaństwie, bo praktykowanie go wygląda często właśnie w ten sposób: jest oswajaniem się ze smutkiem, ale także przypominaniem, że jego ciągła obecność w życiu nie zwalnia z obowiązku czynienia dobrze.

Kult Matki Bożej Bolesnej, bo to Ją namalowano na obrazie, trwa w tym miejscu od co najmniej XV wieku, a może nawet jeszcze dłużej. Już w wcześniej znajdował się tu jakiś wizerunek tego typu, także cudowny. Pierwszy bezpośredni dowód pobożności z nim związanej pochodzi z 1445 roku – wtedy zostały wydane pierwsze przywileje odpustowe dla wiernych, chociaż obraz, który wtedy otaczano czcią, na pewno był inny niż dzisiaj. Drugi dowód jest niewiele późniejszy: kiedy w 1462 roku kościół krakowskich franciszkanów spłonął i Kazimierz Jagiellończyk obiecał wspomóc odbudowę znacznym datkiem, zakonnicy zobowiązali się odprawiać nabożeństwa w intencji monarchy przed swoją Matką Bożą Bolesną. Późnogotycki obraz, który obecnie znajduje się w kaplicy i który słynie łaskami, został jednak wykonany najprawdopodobniej dopiero około 1510 roku, więc jest młodszy niż wspomniane dokumenty. Obietnica złożona Kazimierzowi Jagiellończykowi na pewno dotyczyła zatem innego, nieznanego już wizerunku, którego miejsce potem z jakichś powodów zajął dzisiejszy. Gdzie podział się tamten i dlaczego został podmieniony na inny – nie wiadomo. 

[…]

Smętna Dobrodziejka, umieszczona na złotym tle z wygniatanym deseniem, odziana jest w ciemnoczerwoną suknię i ciemnobłękitny płaszcz z zielonkawą podszewką i złocistym, ozdobnym obszyciem. Maria to zmęczona kobieta o spuchniętych oczach i ustach ściągniętych przez cierpienie. Wygląda jak osoba, która długo płakała. Załamuje lub składa ręce, a Jej serce przeszywa ostrze. Otaczają ją cztery anioły, trzymające insygnia Męki Pańskiej: bicz, kolumnę biczowania, krzyż z gwoździami oraz drabinę i młot.

Fot. Bogitor/ Wikimedia.

Rytuał

Ale losy deski z namalowanym na niej wizerunkiem to tylko drobny fragment historii miejsca, do którego przychodzę […]. Ołtarz, w którym wisi Smętna Dobrodziejka, również się zmieniał i zmieniali się jego użytkownicy. Początkowo był drewniany, pozłacany, dzisiaj jest kamienny: barokowy, wykuty z czarnego marmuru. Paradoksalnie nie powstał jednak na potrzeby tej kaplicy. Trafił tam dopiero po 1860 roku, kiedy franciszkanie odkupili go z pokarmelitańskiego kościoła. Wcześniejszy, z drewna, służył wielu różnym wspólnotom […]. Na pewien czas oddano go krakowskim reformatom, których kościół spłonął podczas Potopu, potem, już w czasach Austriaków, zainstalowała się tam parafia grekokatolicka, a przed obrazem nabożeństwa odprawiał bazylianin. Wizerunek Smętnej Dobrodziejki służył też, i to jest najbardziej interesujące, Bractwu Męki Pańskiej.

[…]

Można zapytać, po co podaję te wszystkie szczegóły. Zdawałoby się, że – skoro zamówiono u mnie esej o polskim dziedzictwie – powinnam projektować jakiś kanon, pisać o Adamie Mickiewiczu lub kimś równie ważnym, ja tym czasem opisuję drugorzędne pomieszczenie i nie najważniejszy cudowny polski wizerunek. W samym kościele franciszkanów znajduje się wiele ważnych relikwii i dzieł, które wyszły spod ręki dużo sławniejszych artystów. Kaplica Smętnej Dobrodziejki nie dość, że powstała stosunkowo niedawno, to jeszcze została pomalowana przez malarzy, których nazwiska kojarzone są dzisiaj tylko przez specjalistów.

[…]

(c) Muzeum Narodowe w Krakowie

Esej o tym, czym jest i jak „działa” dziedzictwo. Całość opublikowano katalogu wystawy #DZIEDZICTWO, wydanym przez Muzeum Narodowe w Krakowie – do kupienia na stronie Muzeum.

Praca w tożsamości wymaga pokory

Rozmowa o tożsamości i kulturze konserwatywnej. Wywiad ukazał się na łapach „Teologii Politycznej co Tydzień” 24 kwietnia 2017 roku.

Rozmawiał Jakub Pyda.

Fragment:

Czy wiara w uniwersalizujący, jednoczący charakter dziedzictwa kulturowego jest jeszcze na miejscu? A może spór o wizję kultury, więcej – wizję rzeczywistości – to nieodmienna praktyka?

To zależy, co rozumiemy pod pojęciem „uniwersalizujący”. Jeśli pyta mnie Pan o to, czy wierzę w możliwość stworzenia kanonu, który byłby wspólny dla — nie wiem — wszystkich ludzi uważających się za Polaków, to, owszem, wierzę, że jest to możliwe. Wszyscy mamy prawo do Mickiewicza, Sienkiewicza czy Gombrowicza i wielu innych nazwisk. Tylko że „kanon” nie oznacza dla mnie zbioru zjawisk nietykalnych, takich, które tylko się podziwia i gdzie szuka się jedynie wzorców. Idę raczej za Haroldem Bloomem: do kanonu mają wstęp dzieła o wielkiej sile estetycznej czy poznawczej, mistrzowskie, oryginalne. Światopoglądowo różne. A my mamy obowiązek je czytać, przemyśliwać, czerpać z nich inspirację i zachwycać się, ale i podważać, rewidować i tak dalej. Jeśli kanon ma być rzeczywiście ważny i żywy, to musi budzić krytyczne zainteresowanie.

W bieżącym życiu kulturalnym spór jest oczywiście nieunikniony i wcale bym się go nie bała. Artyści zwykle mają jakieś poglądy, które przekładają się na to, jak i o czym piszą. Jeśli się z kimś nie zgadzam, to nie znaczy to, że nie mogę się od niego czegoś nauczyć. Poza tym Terry Eagleton w swojej Teorii literatury, pisząc o kulturze angielskiej, zauważył, że od czasu romantyków nie ma już w zasadzie literatury niewinnej pod względem ideologicznym, ponieważ każda, także konserwatywna, broni jakichś stanowisk i próbuje wpływać na rzeczywistość, projektować tożsamości. Pod wieloma względami nie jest mi z Eagletonem po drodze, ale ta opinia dała mi do myślenia. Myślę, że w pewnej mierze można ją odnieść także do Polski. Wiem, że takie postawienie sprawy razi konserwatywne ucho, bo konserwatyści często twierdzą, że ideologia i rewolucja w kulturze pojawiają się tylko po lewej stronie, natomiast konserwatyści chronią tradycję i pielęgnują ciągłość — ale chyba czas uświadomić sobie, że rzeczywistość już dawno stała się bardziej dynamiczna. Pielęgnujmy ciągłość, owszem — ale ciągłość czego? Jaką ciągłość? I jak odpowiednio pielęgnować tradycję, żeby jej nie zadusić? Okazuje się, że, żeby dobrze odpowiedzieć na te pytania i działać skutecznie, trzeba wykazać się sporą innowacyjnością, czasem zaś udzielić nieoczywistych odpowiedzi. Już sam romantyzm, tak ważny dla polskich konserwatystów, był przecież szalenie wywrotowy i krytyczny.

Zbigniew Herbert zwykł twierdzić, że czuje się obywatelem Europy – spadkobiercą całego europejskiego dziedzictwa, dzieckiem cywilizacji Zachodu. Czy w obliczu dzisiejszego kryzysu aktualizacja dorobku przodków ma szczególne znaczenie?

Nie do końca rozumiem, o co Pan pyta. Polska kultura jest i zawsze była jedną z wersji kultury europejskiej, więc oczywiście jesteśmy dziećmi cywilizacji Zachodu, tak jak Herbert. Nie ma też innej drogi do dorobku przodków, jak tylko poprzez jego aktualizację i rewizję. Przecież nawet jeśli używamy cudzej mądrości, to używamy jej tu i teraz. Profesor Maria Janion napisała kiedyś o konieczności odnawiania znaczeń — żeby to, co kiedyś stworzono, stało się także moją własnością, musi zostać przeze mnie przemyślane, sprawdzone, czasem zmienione. Podchodząc do dziedzictwa, muszę się czuć jego suwerennym spadkobiercą. O to, jak odnawiać te znaczenia, możemy się oczywiście spierać i nawet powinniśmy to robić. Jedno jest jednak pewne: dziedzic nie powinien być kustoszem muzealnym. Musi się starać, żeby to, co odziedziczył, nadal kwitło lub, jeśli wcześniej znajdowało się w stanie upadku, rozkwitło ponownie. Może sobie coś przebudować. Pilnowanie ciągłości kulturowej polega zatem na nieustannym wysiłku i paradoksalnie jest to wysiłek twórczy”.

Całość –> http://www.teologiapolityczna.pl/marta-kwasnicka-praca-w-tozsamosci-wymaga-pokory

Fragment #10: Rzym

michal-aniol

[PROŚBA do zaprzyjaźnionych portali o nieprzedrukowywanie]

[…]

I oto stała naprzeciwko tego legendarnego geniusza, któremu od dawna chciała wyznać, jak bardzo podziwia jego sztukę. Był już stary i miał na koncie wiele słynnych dzieł. Od powstania Piety minęły już cztery dekady, w zasadzie cała jego dojrzałość, a od powstania pierwszych fresków na Watykanie – prawie trzydzieści lat. Dla Vittorii był sfinksem, zagadką. Człowiek z upływem czasu staje się nią dla innych, niosąc na sobie coraz więcej śladów używania, które dla osoby patrzącej z zewnątrz są świadectwami historii nieznanych i już nie do poznania. Starzec to księga zapisana w zapomnianym języku. Choćbyśmy bardzo chcieli ją przeczytać, poznamy tylko ogólny zarys fabuły i co najwyżej kilka stron bardzo długiej historii.

Michał Anioł tworzył właśnie kolejne freski. Markiza była podekscytowana, chciała dowiedzieć się więcej. Mogła spytać, ale milczała. Była zbyt zmieszana. Uśmiechnęła się i odwróciła wzrok, rzekomo szukając znajomych twarzy. Jej status towarzyski nie był w stanie unicestwić do końca wrodzonej nieśmiałości, ta zaś na ogół w chwilach takich jak ta zatykała jej gardło jak czop. Od dawna chciała zamienić z artystą chociaż kilka słów, teraz jednak nie wiedziała, co właściwie powinna powiedzieć, żeby nie wydało mu się to kolejnym banalnym komplementem, których już się nasłuchał. Nie chciała także stworzyć wrażenia, że przyszła tam tylko po to, aby go poznać.

Chociaż w zasadzie była tam tylko po to, żeby go w końcu poznać. […] Kiedy stała w papieskiej kaplicy, patrząc na sklepienie […], porwała ją jego wyobraźnia, i upór, i miękkość, z której istnienia chyba sam nie zdawał sobie sprawy. To, co niewyobrażalne, akt zaistnienia, stawało się w jego wersji kameralne i czułe; Bóg dotykał człowieka, stwarzał go i czynił pięknym. Miała wrażenie, że to ona wykluwa się nagle z jakiejś skorupy, powstaje – i że jest nowa jak Adam, oszołomiona sobą i otoczeniem. Czuła, że wcześniej poruszała się w półśnie, z którego nagle została wybudzona do pełnej świadomości. Kolory, światło – wszystko stało się ostre i jaskrawe, musiała zmrużyć oczy. […] Wydało jej się wtedy, że mogła dotknąć Michała Anioła gdzieś głęboko i bezpośrednio, pod warstwami, które zostawiły na nim i mijające lata; że mogła uchwycić jego niezmienną tożsamość, wciąż tą samą, która kilkadziesiąt lat temu pozwoliła mu stworzyć Pietę.

Potem o Buonarrotim opowiadał jej Cavalieri, uroczy młody szlachcic, który od kilku lat blisko przyjaźnił się z artystą czy może nawet, jak mówiono, był obiektem jego platonicznych westchnień. 

[…]

Michał Anioł milczał. Widać było, że szuka odpowiedzi, waży słowa, nie wiedząc, jak ma zareagować na jej życzliwość. Vittoria mogła okazać się kolejnym salonowym łowcą, osobą wykwintną, ale niemądrą. Postaci tego pokroju, zwykle zupełnie pozbawione charakteru, stanowią podstawowy budulec tak zwanego dobrego towarzystwa. Wiele o niej słyszał; opowiadał mu chociażby Cavalieri, ale zdarza się, że plotki zupełnie nie przekazują prawdy na temat danego człowieka. Colonna miała nieposzlakowaną opinię. Jej literatura, elegancka i pobożna, zwiastować mogła zarówno kogoś szlachetnego, jak i salonową lwicę, która jedynie stwarza pozory wycofania, aby tym łatwiej owijać sobie wokół palca mniej ustosunkowane damy, teologów i artystów. Rzeźbiarz był przyzwyczajony do admiratorów, oswojony przez rzymskie elity, jednak w głębi serca pozostawał nieufny i dziki. Nigdy nie zrozumiał do końca zasad, które obowiązują na salonach. Konieczność prowadzenia niezobowiązujących rozmów z obcymi ciążyła mu i dlatego stronił od miejsc takich jak to.

Całe szczęście przerwano im, bo milczenie przedłużałoby się lub rzeźbiarz odburknąłby coś w swoim stylu, nie tyle dlatego, że był wobec niej nieżyczliwy, ile z powodu swojego zakłopotania. Szorstkość obejścia bierze się często z zawstydzenia i Buonarroti uchodził za gbura. Ktoś jednak, Vittoria nie pamiętała kto, podszedł do niego i, uśmiechnąwszy się przepraszająco, zaczął mówić do mistrza ściszonym głosem. Chwilowe skupienie Vittorii zniknęło. Przysięgłaby, że jeszcze przed chwilą na zatłoczonej sali istnieli tylko we dwoje, niezręcznie próbując wymienić podstawowe grzeczności. Teraz przestrzeń ponownie zapełniła się innymi osobami, do uszu markizy dobiegły dźwięki, śmiechy i głosy pozostałych gości. Michał Anioł stał kilka kroków od niej ze swoim rozmówcą, całkowicie już nim zajęty.

A wierzyłam, że go przejrzałam, żachnęła się w duchu Colonna. Sądziłam, że wystarczy dać mu znak, by i on mnie zrozumiał. W rzeczywistości wszyscy jesteśmy sobie obcy, nie da się tego uleczyć ani naprawić. Można to jedynie maskować uprzejmością lub przyzwyczajeniem.

Odeszła spokojnie, jak wypadało damie o jej pozycji, odkłaniając się na prawo i lewo, zatrzymując się tu i ówdzie, aby wymienić pożegnalne grzeczności. Poczuła się zmęczona i zaczęła przesuwać się w stronę wyjścia. Gdyby pamiętała jeszcze z dawnych czasów, co znaczy mieć złamane serce, mogłaby powiedzieć, że znów je złamano. Choć może nie; może nagłe rozkojarzenie było skutkiem zwykłego bólu głowy. Jej skroń nieprzyjemnie pulsowała.

Wtedy właśnie spotkała go znowu. On także krążył po sali, zmieniając rozmówców, i zupełnie przypadkiem stanął naprzeciwko. Przestrzeń znowu zamknęła się nad nimi, Vittoria przysięgłaby, że wszyscy wokół umilkli lub nagle zniknęli. Jego twarz nigdy nie była przystojna, a czas zostawił na niej sporo śladów. Nos mu zmiażdżono i pozostał nieforemny, na czole i wokół oczu rysowały się zmarszczki. Broda, niezbyt bujna, była już mocno przetykana siwizną. Nie trzymał się prosto – kiedyś podczas malowania spadł z rusztowania i nigdy nie wrócił do pełnej sprawności. Nie, nie był ani w połowie tak piękny, jak rzeźbione przez niego ciała. Wydawało się niemożliwe, że to właśnie on jest tym słynnym artystą. Zdradzał go jedynie wzrok; jego oczy płonęły, jakby miał wieczną gorączkę.

Mistrz wydawał się równie zakłopotany. Ona, chociaż niemłoda, cieszyła się przywilejami, które daje szlachetna krew – była nadal piękna. Patrząc na jej regularne rysy, musiał odczuwać swoją brzydotę jak uporczywy ból. Nie mógł już uniknąć wymiany grzeczności, a jednak znowu milczał. Vittorii wydało się, że powietrze, którym oddycha, stało się gęste jak woda. Miała wrażenie, że zaraz utonie.

– Proszę tworzyć dalej, ja czekam – powiedziała szybko. Chciała zakończyć wreszcie to niefortunne spotkanie. Wykonała przy tym niezdarny gest dłonią. On zaś chwycił jej rękę, przytrzymał chwilę i uścisnął.

*

– Nie wiem, może źle to wszystko rekonstruuję. Może ona wcale tak tego nie odczuwała. Ani ona, ani on – powiedziałam do T., kiedy skończyłam czytać mu fragmenty swoich notatek. Cały dzień zamiast pracować nad przypisami czytałam o Colonnie lub spacerowałam po bibliotece bez celu, przeglądając przypadkowe książki.

[…]

Fragment opowiadania powstającego w ramach stypendium Młoda Polska 2016.

Fragment #9: Pomyłka

[…]

Telefon dzwonił uparcie już któryś raz tego ranka. W końcu odebrałam, litując się nad rozmówcą, który tak uporczywie domagał się kontaktu.

– Halo?

Po drugiej stronie nie odezwał się nikt. W tle słychać było jedynie gwar jakiejś sali telewizyjnej – szumiał odbiornik, brzmiały przytłumione rozmowy osób siedzących po sąsiedzku. Ktoś, kto wykręcił numer, milczał jednak dłuższą chwilę. Był chyba zaskoczony nagłą zmianą sytuacji, zdążył bowiem przyzwyczaić się do daremności swoich wysiłków.

telephone-164250_1280

– Halo? – powtórzyłam.

– Z panem Łąckim proszę.

Głos, który odezwał się w słuchawce, był bardzo słaby. Bez wątpienia należał do jakiejś staruszki: łamał się, zlewał z szumem otoczenia, a mimo to brzmiał nieco uroczyście, jakby rozmowa, która miała zaraz nastąpić, była niezwykle ważna.

– Bardzo mi przykro, to pomyłka. Niestety, wykręciła pani zły numer.

Odpowiedziało mi jedynie krótkie sapnięcie, po którym ponownie nastąpiło milczenie. Przez chwilę słuchałam dobiegającego z oddali szumu telewizora, w końcu jednak, nie mogąc doczekać się reakcji, dorzuciłam jeszcze „do widzenia” i rozłączyłam się.

Telefon zadzwonił znowu kolejnego poranka, a potem jeszcze raz przed południem.

– Chciałybyśmy rozmawiać z panem Łąckim. – Kiedy podniosłam słuchawkę, usłyszałam energiczny głos kobiety w średnim wieku, zapewne salowej lub opiekunki. Pielęgniarki to zwykle osoby pogodne i zdecydowane, czasem niemal obcesowe; w tak trudnym zawodzie trudno byłoby się utrzymać kobietom o innych cechach charakteru. W tle brzmiał znowu gwar sali telewizyjnej lub korytarza szpitalnego, na którym ustawiono włączony odbiornik.

– Bardzo mi przykro, ale to zły numer. Już wczoraj państwo do mnie dzwonili. To niestety nie jest dom pana Łąckiego.

– Bardzo przepraszam – odpowiedziała kobieta. – Zły numer! – poinformowała współczującym głosem kogoś, kto stał obok niej, zapewne znaną mi już staruszkę, a następnie znowu zwróciła się do mnie: – Przepraszam, do widzenia.

[…]

Odłożyłam słuchawkę i urządzenie przez kilka dni milczało. Wydawało się, że moim rozmówczyniom udało się nawiązać połączenia z upragnioną osobą lub zrezygnowały z dalszych prób kontaktu. Potem jednak przedpołudniowe telefony zaczęły się powtarzać, a słaby głos nieznanej staruszki po drugiej stronie pytał niezmiennie o pana Łąckiego.

Kim był? Gdyby nieznana pacjentka szukała rozmowy z kimś przypadkowym, nie wykręcałaby ciągle tego samego szeregu cyfr; nie robiłaby tego choćby dlatego, że ja odbierałam nieregularnie i było jasne, że nie nadaję się do przelotnych pocieszeń. Nie chodziło też raczej o rutynowy telefon do najbliższej rodziny, o zwykłą pogawędkę o zdrowiu czy prośbę o odbiór ze szpitala – w takim przypadku staruszka posiadałaby dobry numer lub udałoby się szybko ustalić jego właściwą wersję i pomyłka zostałaby naprawiona. Starsza pani dzwoniła jednak uparcie, prosiła o pomoc swoją opiekunkę. Może bała się, że wykręca niewłaściwe cyfry i chciała mieć pewność, że pomiędzy nią a Łąckim nie stanął brak sprawności jej palców.

Prawdopodobnie niechcący znalazłam się w samym centrum czyjejś historii. Nieznana rozmówczyni musiała być wiekowa – głos rzadko kiedy kłamie w tej kwestii; można wprawdzie mieć głos osoby dojrzałej, będąc jeszcze młodzieńcem, lub odwrotnie, zachować przez większość życia głos dziecka – trudno jednak mówić w ów szczególny, starczy sposób, co chwila walczyć z drżeniem dźwięku i krótkością oddechu, jeśli naprawdę nie jest się starcem.

[…]

Co chciała powiedzieć panu Łąckiemu? Może były to rzeczy, które trzeba było powiedzieć wiele lat temu; może chciała mu wyjaśnić sprawy, których kiedyś wyjaśnić nie miała okazji lub czasu. Może rozdzieliła ich historia – ostatecznie w Polsce w ostatnich dekadach działo się tak wiele, że tragiczne losy rozdzielonych osób, może bliskich krewnych […], mogły powtarzać się w wielu wariantach: ktoś walczył z okupantem i komuną, ktoś tego nie robił; ktoś emigrował, a ktoś zostawał w kraju. Może jednak rozdzieliło ich zwykłe nieporozumienie, takie, które przydarza się ludziom mieszkającym pod każdym niebem, zarówno w czasach pokoju, jak i wojny […]. Ludzkie losy są przecież przypadkowe i różne od siebie jak numery telefonów. Czasem wystarczy pomylić się tylko odrobinę, zmienić jeden szczegół, aby los stał się zupełnie inny. Spotkać kogoś lub nie spotkać – ale przez to znaleźć się nagle w zupełnie innej wersji swojego życia, jakby wszechświat był kalejdoskopem i pojedyncze spotkanie lub decyzja miały moc przewracania tego kosmicznego instrumentu i uzyskiwania w sposób nieodwracalny zupełnie innego wzoru. Wystarczy wykręcić trochę inny szereg cyfr, aby usłyszeć kogoś zupełnie nieznanego, mieszkającego w jakimś odległym miejscu. Przypadek, pomyłka […].

Ale może wcale tak nie jest?

[…]

Fragment opowiadania powstającego w ramach stypendium Młoda Polska 2016.

Fragment #8: Moskiewska

Zegar na ścianie zaczął bić, chociaż nie było jeszcze pełnej godziny. Był dość stary, dawno nienaprawiany. Wuj dostał go w prezencie, ale od dłuższego czasu nie miał okazji się nim zająć. Urządzenie oznajmiało zatem pełne godziny wtedy, kiedy miało na to ochotę, albo dla odmiany nie robiło tego wcale. Żyło we własnym rytmie, nie uwzględniało czasu w jego tradycyjnej formie. Było jak wschodni satrapa: robiło to, co chciało i kiedy chciało, utrzymując mieszkańców domu w stanie ciągłej niepewności. Gospodarze zaś pozwalali mu na to, przyzwyczajono się już bowiem do nieprzewidywalności jego zachowań. Teraz drzwiczki nad tarczą otworzyły się, nie pojawiło się w nich jednak nic. Biesiadnicy przez chwilę patrzyli na zegar wyczekująco. Po chwili stało się jasne, że kukułka się nie wyłoni, więc dobrze zmrożona butelka pełna gęstego, przezroczystego płynu zaczęła krążyć dalej z rąk do rąk.

1024px-Polska_Włodarz_002

Na imieniny wuja […] zjechali krewni z całej Polski oraz kuzyni z Ukrainy […].

Nazwa na ozdobnej etykiecie głosiła, że wódka, którą właśnie spożywano, nazywała się „Moskowskaja”, ale tak naprawdę moskiewska była tylko z nazwy, bo oryginalną zawartość dawno już spożyto. Ta, którą pito teraz, powstała własnym staraniem na strychu, gdzie wuj prowadził niewielką bimbrownię. Butelki z naklejkami zapisanymi cyrylicą przywieziono natomiast z Niemiec i kiedyś pewnie zawierały prawdziwą rosyjską wódkę, obecnie jednak od kilku lat służyły do przechowywania samogonu. Produkt domowej gorzelni miał koło osiemdziesięciu procent, więc ciotka rozcieńczała go w kuchni wodą w proporcjach pięćdziesiąt na pięćdziesiąt.

Rozmowa toczyła się początkowo niespiesznie. Wypytywano o Ukrainę, bo na jej wschodniej granicy trwała wojna z Rosją. Krewni z Wołynia zdawali relację z nastrojów w swoim mieście. Bano się, że Saszka, dorodny, przysadzisty trzydziestolatek, stanowiący wielką dumę i nadzieję rodziny, dostanie powołanie do armii […].

Wszyscy kiwali głowami ze zrozumieniem. Ostatecznie większość biesiadników była na tyle wiekowa, że doskonale wiedziała, na czym polega rosyjska dezinformacja i zdawała sobie też sprawę z istnienia dezinformacji ukraińskiej. Wypytywano Saszkę o jego pracę naukową (był inżynierem) i plany na kolejne miesiące. Z każdym kieliszkiem „Moskiewskiej” geopolityka stawała się zresztą coraz mniej jasna, lub może raczej coraz bardziej oczywiste było jej wieczne zaciemnienie; to, że jej naturę trudno było zrozumieć nawet w rejonach, w których historia od lat już nie przyspieszała. Próbowano zmieniać temat. Mówiono o nieopłacalności wszystkich przedsięwzięć, streszczano losy nieobecnych krewnych.

Zapadał zmrok, zapalono światła, a przeładowana sprzętami izba pełna ludzi stawała się powoli podobna do niewielkiego stateczku, który żegluje wśród ogarniających go zewsząd ciemności. Do rozmowy włączyli się sąsiedzi wuja.

– Mój znajomy kupił sobie ziemię, tu, w okolicy. Chciał posadzić jabłonki, zaczął kopać dziury – powiedział jeden z leśników. – Okazało się, że dało się kopać tylko na kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią. Potem był beton. Sklepienie jakieś.

– I co to było? – spytano chórem.

Kotlina Kłodzka pełna jest ukrytych budowli z czasów hitlerowskich, czasem starszych, więc historię betonu zakopanego na niewielkiej głębokości wszyscy przyjęli ze zrozumieniem. Część podziemnych struktur stała się nawet sporą atrakcją turystyczną, która przyciągała w te strony grotołazów i miłośników założeń wojskowych. Raz po raz w okolicy pojawiali się poszukiwacze skarbów z tajemniczymi mapami, opowiadano też historie o ukrytych kosztownościach, które na łożu śmierci mieli wyznawać nieznani hitlerowcy. Ktoś szukał Bursztynowej Komnaty, ktoś inny „złotych pociągów”. Opinię publiczną w kraju elektryzowały od czasu do czasu historie podobnych znalezisk, które na ogół okazywały się wyssane z palca. Przekonanie o tym, że pod ziemią istnieje jakaś ciągle nierozpoznana rzeczywistość, było jednak powszechne i fiasko kolejnych misji poszukiwawczych bynajmniej nie zmniejszało wiary w ukryte komnaty. Potrzeba było jedynie kogoś, kto – niemal jak grecki Prometeusz – przyniósłby ludziom dar w postaci prawdy o zakopanych tunelach i ich zawartości.

– Co to było, nie wiem. Zaraz potem dostał anonima, żeby on tam więcej nie kopał. Bo jak się nie posłucha, to ma się bać o swoją rodzinę – odpowiedział leśnik zupełnie spokojnym tonem, mimo że historia, którą opowiadał, powinna być elektryzująca: znajomy ma w ogrodzie podziemną komnatę, która jest pilnowana przez nieznanych strażników-morderców.

Także i tę odpowiedź przyjęto jednak ze zrozumieniem, bo, dopóki Prometeusz z wiedzą o podziemiach się nie pojawiał, dopóty wszyscy skazani byli na domysły i zmagania z anonimowymi właścicielami mitycznych dóbr. Nadal, po kilku dekadach, które minęły od wojny, mieszkańcy tych okolic mieli poczucie, że ziemia, po której chodzili, do końca nie należała do nich.

– I co zrobił?

– Bał się. Sprzedał. Kupił ziemię gdzie indziej.

– Dobrze zrobił – pokiwał głową jeden z sąsiadów.

– Ale co tam mogło być? – pytał ktoś przyjezdny.

– Bo ja wiem? – żachnął się leśnik. Tego typu spekulacje, chociaż ciekawe, zawsze były drugorzędne.

[…]

Głęboka prowincja, taka z której niezwykle trudno jest wyrwać się i odmienić swój los, niemal zawsze jest zaludniona stoikami, bo odwieczny brak perspektyw każe tamtejszym ludziom żyć bez przesadnych ambicji: współczuć bardziej pokrzywdzonym od siebie (stąd i o zwykłe dobro jest tam łatwiej) i nie zazdrościć przesadnie tym, którzy są postawieni wyżej. Nade wszystko jednak – nie pytać o zbyt wiele. 

– Oj tak, oni tu są, ciągle są. I dobrze wiedzą, czego pilnują […].

Przemykali zatem obok tych sekretów jak pierwotni nomadzi i zdążyli już zżyć się z tajemniczością. Choć imperia upadły i przeminęły, nikt nadal nie pomógł im rozgościć się we własnych domach.

[…]

Fragmenty prozy powstającej w ramach stypendium „Młoda Polska” 2016

Krytyk w drodze do Poznania

Andrzej Horubała to krytyk znakomity. Mówimy tutaj o prawdziwym darze; o przenikliwości połączonej z talentem do opowiadania o tym, co dostrzeżone. To także krytyk skrajnie polityczny – w starym sensie rozumienia polityczności. Sprowadza wszystko do konkretu, pyta autorów o pobudki. Bada konsekwencje, jakie dane dzieło ma tu i teraz dla wspólnoty, do której jest kierowane. Zadaje twórcom pytania, które można byłoby zadać politykom. Łapie ich na niekonsekwencjach, przekłamaniach, konformizmie. Wszystko testuje na sobie i swojej biografii. Czyni z krytyki linię frontu, miejsce intelektualnej konfrontacji. Dzięki temu kultura, zwykle przedmiot bladych ochów i achów wygłaszanych przez kolegów dla kolegów, niemal zupełnie nieważny z punktu widzenia codzienności, ponownie staje się atrakcyjna dla wszystkich. Chyba to właśnie sprawiło, że publicysta „Do Rzeczy” stał się autorem kultowym, docenianym powszechnie nawet przez tych, którzy się z nim nie zgadzają.

Droga_do_Poznania_okladka-306x510

Horubała wydał właśnie swoją trzecią książkę krytyczną – co jest znakomitą wiadomością dla tych, którzy cenią jego pisanie o kulturze. Ale, niestety, jest ona najmniej frapująca z dotychczasowych.

Najnowszy zbiór tekstów publicysty, „Droga do Poznania i inne zapiski”, to tom pokaźnych rozmiarów. Zbiera artykuły z lat 2012, 2013 i 2014, publikowane m.in. na łamach dawnego „Uważam Rze” oraz w pierwszych kilkudziesięciu numerach „Do Rzeczy”. Znajdziemy w tym zbiorze teksty polemiczne i gniewne; znajdziemy zachwyty oraz artykuły bardziej osobiste, zdradzające historię zaangażowań ich autora.

Są tam oczywiście teksty świetne, które z pewnością mogłyby trafić do kompilacji „The best of Horubała”, gdyby taka publikacja miała kiedyś powstać. Znakomity jest, jak zwykle, artykuł o Jarosławie Marku Rymkiewiczu („Przemilczenia Rymkiewicza”), ale także analizy krążące wokół postaci Józefa i Stanisława Cata Mackiewiczów oraz publicystyki Piotra Zychowicza – tak jakby dzieła pisarzy i publicystów, do których jest mu najbliżej, widział Horubała najbardziej jasno. Jeśli chodzi o talent do odnajdywania w dziełach sztuki polskich fantasmagorii i tropienia ich politycznych konsekwencji, Andrzej Horubała był zawsze i pozostaje niekwestionowanym mistrzem. Może jest tak dlatego, że w przypadku Rymkiewicza czy Zychowicza krytykowi łatwo jest przymierzyć się do opisywanych przez siebie autorów i zobaczyć, gdzie jego i ich wrażliwości od siebie „odstają”.

Przewidywalnie i zachowawczo

Pisanie tekstów z tak dużą częstotliwością, z jaką robi to publicysta „Do Rzeczy”, skłania do posiłkowania się wyświechtanymi argumentami i metaforami (jest to widoczne zwłaszcza w kontekście Smoleńska). Czasami jednak widać, że mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko skrótami myślowymi czy okresowym zmęczeniem i że deklaracje krytyka, że mówi on zawsze tylko we własnym imieniu, a nie w imieniu swojego środowiska, bywają na wyrost.

Bo w swoich tekstach z lat 2012-2014 okazuje się Horubała dość przewidywalny:  zasadniczo nie chwali tych, których nie powinno się chwalić (robi wyjątek dla kilku postaci związanych z „Krytyką Polityczną”, ale to na prawicy nie jest bynajmniej aktem obrazoburczym i wyjątkowym). Pokłada nadzieję w nazwiskach, w których wszyscy pokładają nadzieje (Dorota Masłowska). Tych, którzy są dla niego niewygodni, zbywa milczeniem. Nie wychodzi niepotrzebnie przed szereg – dzieła autorów, których w jego środowisku się nie krytykuje, owszem, poddaje analizie, ale nie publikuje tego w prasie wysokonakładowej (bardzo dobry artykuł „Ukryte prawdy Wildsteina” miał premierę w internecie).

Horubała nie podejmuje też żadnej dyskusji z mesjanizmem, który kilka lat temu w różnych wersjach opanował niemal wszystkie redakcje młodej prawicy jako jedna z kilku z generacyjnych mód i aż prosiło się, żeby ktoś, zamiast zaklinać rzeczywistość podejrzanymi terminami, pochylił się nad nimi w sposób życzliwy, ale krytyczny. Któż jak nie on, katolicki kiler, którego wszyscy młodzi czytają z uwagą, nawet jeśli nie podzielają jego opinii? W gorące spory młodych środowisk Horubała wchodzi jedynie mimochodem, od czasu do czasu i na ogół po to, by odesłać wszystkich do Michała Łuczewskiego. Bardzo cenię dorobek Michała, ale przecież i z nim można się o niejedno pospierać – chociażby właśnie o mesjanizm. Także René Girard wszystkiego nie załatwi.

Dalej – publicysta „Do Rzeczy” podziela większość idiosynkrazji prawicowego salonu. Reaguje wysypką na nazwiska i słowa, na które trzeba w jego środowisku taką wysypką reagować. Prędzej zrozumie nieszczęśliwie zakochanego homoseksualistę („Płynące wieżowce, rozmyte granice”) niż walczącą o podmiotowość feministkę – i to jest dość symptomatyczne. Ów nabyty środowiskowo brak wrażliwości sprawia też, że zdarza się Horubale w „Drodze do Poznania” nie uchwycić do końca sensu dzieła – jest tak na przykład w przypadku „Morfiny” Szczepana Twardocha.

Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie dostrzegła, że i o ideologicznych oponentach Horubała potrafi pisać rewelacyjnie – przykładem niech będą „Widzę inaczej”, artykuł, w którym krytyk testuje na sobie teorie na temat homofobii i doskonale się w nich odnajduje, lub tytułowa „Droga do Poznania” o słuchaniu Marii Peszek. Retorycznie znakomite są także eseje „Teatrolog wśród smoleńskich zgliszczy” i „Teatr narodowej zdrady”, chociaż mój odbiór omawianych tam dzieł – zwłaszcza książki Dariusza Kosińskiego – był bardziej zniuansowany. Także poruszający artykuł powstały na marginesie „Włoskich szpilek” Magdaleny Tulli zrobił na mnie wrażenie już podczas lektury w prasie.

Autora „Drogi do Poznania” interesuje w zasadzie tylko to, co dzieje się w szeroko pojętym mainstreamie. To stosunkowo bezpieczny teren łowiecki – tam wszystko zostało już oswojone i nic nie jest kontrowersyjne; można się tam na coś skrzywić lub kogoś poklepać po plecach, nie zmienia to jednak istniejącego status quo. Horubała nie odnotowuje natomiast najważniejszych zjawisk spoza głównego nurtu – jego sporadyczne wypady w stronę rzadziej recenzowanych zjawisk są zwykle omówieniem książek znajomych. Nie jestem zawodowym krytykiem, nie śledzę zbyt wnikliwie tego, co dzieje się w świecie kulturalnym, ale i tak, czytając „Drogę do Poznania”, widzę, że spory obszar rzeczywistości, chociażby działalność kilku poetów, pozostał nieopisany – i w tym sensie trudno książkę Andrzeja Horubały traktować jako wiarygodną kronikę wydarzeń kulturalnych z lat 2012-2014.

Dajmy szansę dojrzewać

Bywa w końcu publicysta przesadnie przywiązany do biograficznej czystości autorów – co objawiło się zwłaszcza w kontekście konferencji na temat Andrzeja Bobkowskiego, podczas której na oczach widzów kruszył się mit niezależnego, przenikliwego i zawsze prawego chuligana („Bobkowski wymyślony”).

Doskonale rozumiem ten zawód. Jak rzadko kiedy potrzeba nam pisarzy, którzy dają świadectwo temu, co piszą. Tak, twórcy nie są amoralnymi zwierzaczkami, co tak trafnie wypunktowane zostało przez Horubałę w kontekście Cata.  Ale przecież – tu spieram się już nie tyle o Bobkowskiego, ile o zasadę – pęknięcia w autorskiej autokreacji nie muszą prowadzić do przewartościowania oceny dorobku pisarza, nawet jeśli odkrywanie prawdy o idolu bywa bolesne. Przecież w literaturze czasem zdarza się tak, że ludzie marni piszą świetnie i pożywnie duchowo, a dzielni – kiepsko i płytko, więc degradowanie lub rugowanie kogoś z pola widzenia jedynie z powodu potknięć w biografii, czasem w dodatku rzekomych, może nas pozbawić wielu nazwisk. Chodzi raczej o to, co dany autor robi ze swoimi upadkami, czy stara się je „przepracować”, czy się ze sobą wadzi, czy dojrzewa – jeśli tak, to przecież może to być doskonałym paliwem dla jego twórczości, a pisarz staje się warty naszej wielkoduszności. Wystarczy przypomnieć sobie Dostojewskiego, polonofoba, epileptyka, człowieka niezrównoważonego, nałogowca, zapewne gwałciciela, który stał się arcymistrzem literatury religijnej. Czy mógłby być dla nas tak ważny, gdybyśmy osądzili go według biografii?

Czepiam się, spieram i stawiam wysokie wymagania, których nie stawiałabym innemu krytykowi – ale oczywiste jest, że Andrzej Horubała to autor wyjątkowy, że od niego po prostu należy wymagać więcej.

Może zatem autor „Drogi do Poznania” miał nieco słabszy okres. Może był to czas, kiedy dawny chuligan załapał się do prawicowego establishmentu, kiedy silne ramię, o którym wspominał w poprzednim tomie, pochwyciło go i wprowadziło do chóru zachwyconych – a to oczywiście nie pozostało bez wpływu na ostrość jego widzenia. A może po prostu jego czytelnicy dojrzeli, także na lekturze jego publicystyki, i łatwiej wychwytują słabości tego pisarstwa. Pewnie i jedno, i drugie.

Tak czy siak Andrzej Horubała pozostaje najważniejszym obecnie komentatorem kulturalnym po prawej stronie. Nawet jeśli popełnia teksty zachowawcze, to i tak jest najbardziej przenikliwym i najchętniej czytanym tego typu publicystą. Pozostaje też, mimo wszystko, najbliższy mojemu ideałowi krytyka – mimo że w „Drodze do Poznania” realizuje go tylko na pół gwizdka.

Ja po prostu byłam i jestem naiwna: chciałabym, żeby krytyka literacka była sporem intelektualistów – szukaniem prawdy, walką o wartość artystyczną dzieła, merytorycznym zbijaniem argumentów. Chciałabym, żeby można było wystąpić także przeciw dziełom przyjaciół czy ludzi, których szanuje się za ich dorobek życiowy, i żeby nie było to odbierane jako zdrada lub świętokradztwo. Paradoksalnie to Horubała w ostatnich latach zwykł dawać mi nadzieję, może złudną, że taka postawa jest możliwa.

Autor „Drogi do Poznania” pisze świetnie, ma swój niepodrabialny styl. Jego teksty nigdy nie są zimne i wystudiowane. Wprost przeciwnie – wydaje się, że to właśnie uczuciowość ich autora sprawia, że stają się tak bardzo precyzyjne. To skłonność do irytacji, empatii, wpadania w gniew lub entuzjazm, czasem pewnie nadmierny, sprawiają, że publicysta „Do Rzeczy” posiada ową niezwykłą zdolność wychwytywania tego, co u danego autora jest najważniejsze. W pisarstwie Horubały jest coś, co za Krzysztofem Koehlerem nazwać można „chrześcijańskim optymizmem”, radością płynącą z aktywnego obcowania z kulturą – i ta radość potrafi się udzielać jego czytelnikom. Piszę, bo wiem po sobie.

Fragment #7: Winda

zremb

Wsiadało się do typowej, polskiej windy – typowej, czyli powstałej w czasach PRL, pokrytej wewnątrz dziwnym tworzywem, które miało pewnie imitować drewnianą okładzinę, w rzeczywistości było jednak śliską powierzchnią o niewyraźnej, brązowej barwie, czasami jaśniejszej, jeśli miała naśladować sosnę, innym razem ciemniejszej, jeśli miała być dębem lub innym, bardziej szlachetnym gatunkiem drzewa. Czasami brązowe mazaje rzeczywiście zdawały się układać w coś na kształt słojów, ale były to słoje bardzo umowne i trudno było choć na chwilę poddać się złudzeniu obcowania z naturalną okleiną. Jeśli cokolwiek w ogóle przyciągało wzrok w tych obskurnych wnętrzach, to raczej napisy, którymi niemal zawsze pokryte były ich ściany. Były to deklaracje miłości do klubów piłkarskich lub dziewcząt z sąsiedztwa, obelgi kierowane w stronę znajomych z innych pięter, czasem rysunki męskich części intymnych,wykonane długopisem lub wyryte przy pomocy klucza. Czytało się zatem czyjeś imiona, najprostsze zaklęcia miłosne lub złorzeczenia. Śledziło losy gier w kółko i krzyżyk, uczestniczyło w misteriach sąsiedzkich konfliktów.

Na jednej ze ścian przeciętnego elewatora, po prawej lub lewej ręce wsiadającego, znajdował się panel z aluminium, a na nim okrągłe guziki z cyframi – osiem, dziesięć, piętnaście, w zależności od tego iloma piętrami mógł poszczycić się blok. Te, wykonane z miękkiego plastiku, stanowiły ulubiony obiekt wandalizmu młodocianych podróżnych – wypalano je, dłubano w nich, pozbawiano faktury. Nad nimi widniały jeszcze dwa przyciski – pierwszym był „stop”, którym można było zatrzymać jadącą windę, jeśli jej ruch wiązał się z jakimś zagrożeniem. Na ogół jednak używano go tylko po to, żeby wyczyścić zaprogramowaną wcześniej trasę urządzenia lub bawić się w precyzyjne zatrzymywanie go na wybranym piętrze. Był tam wreszcie, na samej górze, guzik dzwonka alarmowego – i ten zwykle zostawiano w spokoju, trudno dokładnie zrozumieć dlaczego. Może był to jakiś zabieg magiczny, jakieś tabu; może wszyscy czuli jednak trwogę przed uwięzieniem w metalowej puszce i woleli nie dotykać guzika, który mógł zapewnić im ratunek w przypadku, gdyby winda zacięła się między piętrami. Na panelu lub nad nim znajdowała się także zwykle informacja, że sunący w betonowym tunelu pojazd jest w stanie unieść najwyżej sześć osób. Jechało się nim zatem, mając świadomość, że istnieje ciągłe ryzyko katastrofy.

Typowa polska winda osiedlowa, zwana potocznie ZREMBem, była komorą otwartą z jednej strony. Nie posiadała drzwi wewnętrznych, jak było w przypadku wind zupełnie nowoczesnych, coraz powszechniejszych w biurowcach i nowych blokach mieszkalnych – w nich srebrne kurtyny zasuwały się lub rozsuwały same i uciekały spłoszone, jeśli na swojej drodze napotkały jakiś przedmiot lub ciało pasażera. Windy PRLowskie nie miały też drzwi takich jak dźwigi najstarszej generacji, w których, aby ruszyć z miejsca, trzeba było zamknąć bramę na piętrze i dodatkowo zaciągnąć wewnętrzną kratę lub które w ogóle nie posiadały bariery między kapsułami i piętrem, a podróż polegała na dosiadaniu się i wysiadaniu w locie, podczas gdy nieprzerwany naszyjnik pomieszczeń w żółwim tempie mijał kolejne piętra i zawracał na strychu, by ponownie zjechać na dół.

Nowe i staroświeckie windy były ze wszech miar mniej przerażające od ZREMBów, najbardziej powszechnych: tamte albo zamykały podróżnego w iluzji bezruchu, odcinając go srebrnymi drzwiami od świata zewnętrznego, albo, na odwrót, dawały mu całkowitą kontrolę nad sytuacją; przemieszczały go przez elegancki, ażurowy świat klatki schodowej i wieziony mógł obserwować kunsztowne zawijasy krat, schody, kafle na półpiętrach, drewno lub kamień pokrywające schody. Do ZREMBów wsiadało się przez ciężkie, metalowe drzwi, znajdujące się na poszczególnych poziomach. Teoretycznie odrzwia te blokowały się, kiedy nie było przy nich windy, ale nie raz słyszało się o wypadkach, że ktoś otworzył je mimo braku kapsuły i przez roztargnienie znalazł swój koniec w betonowym szybie. Podczas jazdy taką windą przed oczami przesuwały się kolejne piętra, zawsze takie same, widoczne jedynie przez niewielkie, podłużne okienko, i betonowe plomby pomiędzy poziomami. Wszystkiego można było dotknąć, sunąć placem po surowych, szarych przestrzeniach, miało się bezpośredni kontakt z brudnymi trzewiami budynku.

Kiedy byłam dzieckiem, jazda ZREMBami przerażała mnie. Urządzenia tego typu były wszędzie i odwiedziny kogokolwiek wiązały się z niemal obowiązkową przejażdżką jednym z nich. Zwykle biegałam po schodach, bo miewałam koszmary, że winda nie zatrzymuje się na właściwym piętrze, ale jedzie gdzieś dalej, w rejony, o których istnieniu nie miałam pojęcia, wyżej i wyżej, że mija kolejne poziomy oznaczone jakimiś tajemniczymi symbolami, a potem wjeżdża w strefę, gdzie nie ma już wcale metalowych drzwi, zwiastujących możliwość wydostania się, jest tylko betonowa, chropowata ściana – i że jestem uwięziona na dobre, unoszona w jakąś pionową nieskończoność.

[…]

Fragmenty prozy powstającej w ramach stypendium „Młoda Polska” 2016

Wielkie piękno i postsowiecki kicz

[kontynuacja poprzedniego wpisu]

Czy zatem o tym, jak to jest być stamtąd, opowiada Żanna Słoniowska? 

Powieść Słoniowskiej, z pochodzenia lwowianki, wygrała w konkursie Wydawnictwa Znak tak jak kilkanaście lat temu niezapomniana „Madame” Antoniego Libery – zapowiadała się zatem nie dość, że ciekawa, to i dobra literatura. 

zanna-sloniowska-dom-z-witrazem-wydawnictwo-znak-2015-02-04-514x800

„Dom z witrażem” to historia młodej mieszkanki Lwowa, studentki sztuki. Narratorka opowieści wychowuje się w domu, w którym mieszkają jedynie kobiety – Prababka, Babka, Matka i ona. Dom jest, jak bywa w takich przypadkach, toksyczny: matki chcą kontrolować los córek, córki nie chcą lub nie mogą przeciąć pępowiny (ich mobilność jest ograniczona „kwestią mieszkaniową”), buntują się lub dają sobą sterować, co każdorazowo i nieodwracalnie doprowadza do pretensji i wieloletnich zatargów. Żadna z kobiet osiąga pełnej samodzielności; zdają się żyć jedną, wspólną egzystencją jak mrówki. Dzieje każdej z bohaterek składają się też na charakterystyczną lwowską układankę: Prababka jest niespełnioną śpiewaczką, Polką, której mąż, także Polak, stał się ofiarą przedwojennych stalinowskich czystek. Przyjechała do Lwowa w 1944 roku z małą Abą, Babką. Ta mogła po wojnie wyjechać do Polski z ukochanym muzykiem, ale została we Lwowie, zaszantażowana przez matkę. Wyszła za mąż za Rosjanina i, zamiast malarką, została lekarzem. Matka narratorki, owoc tego małżeństwa, jest zatem w połowie Polką, a w połowie Rosjanką – i zdecydowanie najważniejszą postacią w książce. Marianna postąpiła wbrew woli opiekunek: została śpiewaczką we lwowskiej operze. Pod koniec lat siedemdziesiątych przeżyła krótki romans z przybyszem z Rosji – narratorka, dziecko tego nieznanego mężczyzny, jest już zatem genetycznie bardziej Rosjanką niż Polką. Ma kłopoty z określeniem własnej tożsamości, chętnie podchwytuje więc identyfikację z miastem: jest stąd. Cała czwórka mieszka w zabytkowym domu z niezwykłym witrażem, prawdopodobnie dziełem krakowskich rzemieślników. Wiekowe szkło niszczeje stopniowo, czasem przez niedbalstwo mieszkańców, czasem rozkradane przez miejscowych pijaczków – podejmowane są jednak próby jego ocalenia i zadokumentowania.

Wielkie piękno Lwowa

Wokół rozpada się Lwów – i właśnie splendor niszczejącego miasta jest, obok opisu toksycznych relacji rodzinnych, najmocniejszą stroną książki. Okazuje się doskonałą dekoracją historii, która dzieje się na Ukrainie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia. Słoniowska opisuje swoje miasto dość szczegółowo – widzimy je w czasach sowieckich, zabiedzone, pełne pustych sklepów i złowieszczych urzędów; widzimy je po upadku ZSSR, kiedy zabytki zaczynają ostatecznie przegrywać z siermięgą powstającego, biednego państwa ukraińskiego, pozbawionego stylu i pomysłu na siebie. Z kamienic spadają balkony, odpadają tynki. W miejsce starych obiektów wstawia się plomby bez charakteru. Narratorka ogląda Lwów podczas spacerów z opiekunkami lub, po kilku latach, w towarzystwie kochanka, który wcześniej był kochankiem jej matki. To on, scenograf, oprowadza ją po mieście.

Autorka „Domu z witrażem” odnotowuje napięcia między poszczególnymi nacjami zamieszkującymi Lwów. Są tam Polacy, a raczej to, co z nich zostało po ich wielkim odpływie do Polski. We Lwowie żyją też Rosjanie, którzy przyjechali do miasta w czasach ZSSR, oraz Ukraińcy. Polacy i Rosjanie mieszają się ze sobą, trzymając się jednak z dala od „rogatych” czy „banderowców”, jak nazywają Ukraińców. Ci ostatni rzadko przenikają do polsko-rosyjskiego świata narratorki; czasem dokuczają jej w szkole, są żywiołem, który spotyka na ulicach i targowiskach. Dla jej rodziny stanowią zjawisko raczej zewnętrzne, czasem groźnawe, którym straszy się dzieci. Miejscowi zaś, nie mogąc i nie chcąc odwoływać się do tradycji polsko-sarmackiej (ta przecież nigdy nie była ich), szukają dla siebie bohaterów. Opieczętowują stare kamienice kiczowatymi płaskorzeźbami, które gloryfikują nieznane nikomu nazwiska. Nie chcą polskiej pomocy w sprawie ochrony zabytków Lwowa, bo traktują ją jako mieszanie się w ich sprawy. Kultywują także pamięć o UPA – jest to fakt i Słoniowska pisze o nim bez większych emocji.

Na nowej Ukrainie mnożą się podobizny Szewczenki. Ten staje się niemal zamiennikiem Lenina. W powieści pojawia się nawet rzeźbiarz, który po upadku imperium przebranżowił się z taśmowej produkcji podobizn wodza rewolucji na produkcję głów poety. Poza tym w literackim świecie narratorki pojawiają się głównie poeci rosyjscy, których recytują sobie jej matka i ojciec. Sienkiewicza nie ma tam w ogóle – nie pojawia się ani jako autor, którego się czyta we Lwowie, ani jako ktoś, kto w jakikolwiek sposób wpływa na wyobraźnię autorki. Wyraźne nawiązania literackie, czasami zresztą nie do końca udane, dotyczą natomiast Michaiła Bułhakowa – i to ważny sygnał. Wyobraźnia powstała za Sanem nie jest postsarmacka, nie jest też wcale postromantyczna – tylko wyraźnie postsowiecka.

Wysubtelnić ukraińskość

Wydaje się jednak, że z tego zapętlenia jest wyjście: matka bohaterki, Marianna, chociaż nie ma w sobie ani kropli miejscowej krwi, już w latach osiemdziesiątych zaczyna deklarować, że jest Ukrainką, używać języka ukraińskiego i śpiewać na wiecach piękne, kozackie pieśni. ZSSR zaraz zacznie się rozpadać, państwo nad Dnieprem zaczyna więc tworzyć własną tożsamość, która od samego początku nie jest ani rosyjska, ani polska, tylko właśnie ukraińska z charakterystycznym postosowieckim skrętem. Żółto-niebieska i czerwono-czarna. (Używanie tych barw nie oznacza oczywiście automatycznie nazizmu, było jednak dotąd zgodą na konsekwentne, urzędowe przemilczanie pewnych kwestii.)

Gest Marianny jest jednak bardzo ważny – matka narratorki jest śpiewaczką operową. Chce costać kimś na wzór Salomei Kruszelnickiej; udowodnić, że można być ze Lwowa i zostać wielką artystką. Niezwykłe właściwości głosu Marianny, jej osobowość, wreszcie śmierć, którą ponosi (z ręki snajpera – Słoniowska ponoć wprowadziła ten wątek na długo przed Majdanem), sprawiają, że matka narratorki staje się dla Ukraińców symbolem oporu. I nawet trochę szkoda, że autorka „Domu z witrażem” nie eksploruje mocniej wątku Majdanu – tak jakby bała się poruszać ten temat lub nie była jeszcze emocjonalnie gotowa do jego przetrawienia. To bardziej ja sufluję tutaj pewne tropy. Bo przecież tragedia, która się wydarzyła na Ukrainie, rzeczywiście może być okazją do zmiany symbolicznej (w polityczną chyba coraz trudniej uwierzyć). Tak, Majdan to jakaś szansa, by w ukraińskim panteonie i na lwowskich tablicach pojawili się nowi bohaterzy, których legenda nie będzie posiadała antypolskiej domieszki. Kruszelnicka zaś – skontrastowana z kiczem nowoukraińskich tablic – jest sygnałem, że i tędy, poprzez wielką sztukę, wiedzie droga do wysubtelnienia Ukrainy. Czy jednak te nadzieje się spełnią?

W „Domu z witrażem” interesująca jest jeszcze jedna kwestia. Pojawia się tam wątek tożsamości pogranicznej, zmieszanej – bez wątpienia jako credo odautorskie, bo Żanna Słoniowska mówi o tym także wywiadach. Chcę podkreślić bardzo wyraźnie – tak, wierzę w tożsamości lokalne. Tak, jeśli ktoś urodził się na pograniczu, jeśli w jego rodzinie krzyżują się wpływy wielu tradycji, to bez wątpienia ma prawo do szczególnej więzi z miejscem swojego pochodzenia. Ale oprócz tożsamości miejscowych, zmieszanych, są przecież i te większe – nie tylko identyfikacje narodowe, także kulturowe, religijne i tak dalej. Zanurzenie w historię oznacza zawsze wybór jednej lub kilku z tych szerszych, wybór, który jednak nie unieważnia – nie powinien unieważniać – więzi lokalnych, tożsamości zmieszanych. Z kolei deklaracja bycia jedynie lwowianką (wilniukiem, Ślązakiem, itp. – niepotrzebne skreślić), bez przyjęcia owych większych zobowiązań, jest po prostu formą dezercji. Egzaltowany gest Marianny, osłabiany wzmiankami o tym, że to markietanka, gotowa w zasadzie walczyć o cokolwiek, w co akurat wierzy, jest zatem bardziej znaczący niż zblazowana lwowskość jej córki; lwowskość, dodajmy, suflowana jej przez kochanka, kiedy oboje rezygnują nie tylko z więzi narodowych czy religijnych, ale i rodzinnych. Kochani lokalsi, nie ma tak łatwo. Pochodzenie z pogranicza, igranie z różnymi formami czy tradycjami nie usprawiedliwia kapitulacji. Nawet jeśli Słoniowska to przeczuwa, to na pewno nie pozwala temu wybrzmieć.

Ta książka mogła zatem być bardzo dobra. Mogła być świetna. Autorce zabrakło może doświadczenia i cierpliwości, żeby przemianę bohaterki doprowadzić do końca i przekonująco opisać. Wątki ważne i mniej istotne majaczą jedynie tu i ówdzie w tle niezbyt wiarygodnego romansu. Dom kobiet pustoszeje, związek z Mikołajem nie owocuje wielką sztuką – nie wiemy jednak, co zmienia się w bohaterce, jaki jest rezultat odcięcia pępowiny. Majdan, którego impresjonistyczny opis pojawia się jako epilog, niczego nie domyka i nie wyjaśnia. Pomiędzy nim a śmiercią Aby rozciąga się jakaś nieopisana dekada. Narratorka pójdzie chyba w ślady swojej matki, zanurzy w historię – a zatem pewnie zacznie współtworzyć Ukrainę, tak jak w latach osiemdziesiątych uczyniła Marianna. Jednak nie mam pewności, dośpiewuję to sobie. Ja bym pewnie tak zrobiła, gdybym była stamtąd. Może jednak narratorka książki przeżywa po prostu kolejne zauroczenie, tym razem dzielnymi chłopcami z Majdanu? Nie wiem. Książka jest niedopracowana, niedomknięta, w dodatku nie do końca przemyślana – i dlatego, mimo sporego potencjału, jest to powieść jedynie średnia.

PS. A propos lokalności jako przykrywki dla zblazowania – w czasie świąt przeczytałam dziennik Szczepana Twardocha („Wieloryby i ćmy”). Już „Drach”, ostatnia powieść śląskiego pisarza, był zdecydowanie gorszy od „Morfiny”, bo Twardoch przestawał w nim mocować się ze sprawami większymi niż prywatne i lokalne. Dziennik jest już bardzo słaby, wręcz przykry w czytaniu. Zmanierowanie tego autora ciągle się pogłębia.

Inteligencki sen o Ukrainie

Najnowsza powieść Wojciecha Kudyby, poety, literaturoznawcy, profesora UKSW, ukazała się w nieprzypadkowym momencie. Dopiero co opinię publiczną zelektryzowały i przeraziły wydarzenia na kijowskim Majdanie, potem na terytorium naszego sąsiada wybuchła wojna. Tematyka ukraińska zdominowała na pewien czas polskie gazety, pojawiły się książki publicystyczne i reportaże z Kijowa. Ukazały się także utwory literackie, które starają się przetwarzać i oswajać sprawy związane z tym, co dzieje się na wschodzie – i do takich bez wątpienia należy „Nazywam się Majdan”.

Narratorem książki jest ukraiński doktorant kulturoznawstwa, mamy więc w niej podwójność spojrzenia: z jednej strony ma to być opowieść intelektualisty, z drugiej – produkt wrażliwości ukraińskiej, a nawet kresowej. Wszystko dzieje się w czasach współczesnych. W „Nazywam się Majdan” znajdziemy echa Pomarańczowej Rewolucji, Euromajdanu i jeszcze kilku innych wydarzeń. Prawdziwe wydarzenia historyczne mieszają się jednak z fantastycznymi, a w akcji biorą udział nie tylko postaci z krwi i kości.

maxi_p2310729996

Wojciech Kudyba napisał bowiem menippeę. To forma, która daje autorowi niemal zupełnie wolną rękę. Michał Bachtin zauważał, że gatunek ten cechuje „wyjątkowa swoboda fabularnej i filozoficznej fikcji”. To rodzaj fantastyki eksperymentalnej, czułej na bieżące wydarzenia w sposób niemal publicystyczny, nieskrępowanej jednak regułami prawdopodobieństwa. Przy pomocy elementów baśniowych, komicznych, turpistycznych i tym podobnych menippea próbuje jednak sięgać stanu faktycznego. Ze zderzenia motywów powinna pojawić się, niemal jak nowa cząstka w akceleratorze, jakaś ważka prawda o egzystencji.

Wschodnie zapętlenie

Czasami może wydawać się, że, wobec zapętlenia spraw wschodnich, menippea to ostatnia deska ratunku dla pisarzy, którzy chcieliby opisać wzajemne stosunki Polaków i Ukraińców. Bo przecież ponad tymi prywatnymi, ludzkimi, często serdecznymi, są jeszcze relacje międzypaństwowe i międzynarodowe, nie mniej skomplikowane – i te nigdy nie są, bo nie mogą być, przedłużeniem osobistych sentymentów. Nic dziwnego zatem, że powieść Wojciecha Kudyby to nie pierwszy utwór na temat spraw kresowych, który nawiązuje do satyry menippejskiej.

Podczas lektury „Nazywam się Majdan” co chwila przypominał mi się poemat Tomasza Różyckiego „Dwanaście stacji”, stanowiący jak gdyby lustrzane odbicie książki Kudyby. Poemat Różyckiego, pisany przed ponad dekadą, był groteskową opowieścią o przesiedleńcach z Kresów, którzy marzą o powrocie w rodzinne strony. Rozpoczynał się opisem przedziwnej wegetacji dawnych Kresowiaków rzuconych po wojnie do Opola i w okolice tego miasta – opisem zabawnym, ale prawdziwym, co jest jasne dla każdego, kto miał styczność z tymi niezwykłymi staruszkami lepiącymi pierogi z ziemniakami czy kaszą gryczaną, wspominającymi przy śniadaniu zbrodnie Armii Czerwonej i rzezie UPA i pozostającymi na bakier ze zdobyczami nowoczesności. Ich świat stopniowo rozpada się, tak jak rozpadają się nieremontowane gospodarstwa, w których zamieszkują – życie dawnych Kresowian to bowiem raczej jakieś trwanie pomimo zmieniającej się rzeczywistości, podszyte nadzieją na powrót do miejsc, w których, jak im się zdaje, żyli kiedyś naprawdę. Źródłem surrealizmu i groteski w wykonaniu Różyckiego było więc samo życie, nie trzeba go było nawet specjalnie przetwarzać. Potem jednak poemat coraz bardziej odrywał się od rzeczywistości: najpierw zmieniała się topografia Opola, potem narrator zabierał nas na prowincję – bo Wnuk, główny bohater, skrzykiwał po wioskach krewnych i znajomych, by dawni Kresowianie mogli wyruszyć pociągiem na Wschód. Wszystko pozostawało oniryczne, nie mogło się dokonać, grzęzło. Różycki opisał zarówno bujność przyrody, jak i siermiężność współczesnego postkomunistycznego miasta; przypisywana pokoleniu babć naiwność zderzana była z optyką ich lepiej wykształconych wnuków, a akcja mieszała to, co realne, z tym, co fantastyczne. Tęsknoty, plany na przyszłość i rzeczywista niemożność splatały się ze sobą w prawdziwie tragikomiczną całość, w węzeł skomplikowany jak śląskie torowiska, których nie da się przebyć szczęśliwie. Mówiąc krótko: Różycki w „Dwunastu stacjach” zrealizował z grubsza wszystko to, co w swojej menippei próbuje zawrzeć Wojciech Kudyba.

No ale właśnie – Różycki czerpał z własnego doświadczenia, co dodało jego opowieści blasku. Poeta pochodzi z Opola, zna Kresowiaków, od lat śledzi ich oderwanie od bieżącej rzeczywistości, wie, skąd bierze się ta zawieszona egzystencja, coś pomiędzy czuwaniem, oczekiwaniem na powrót a rezygnacją. Kiedy zaś Wojciech Kudyba pisze o Ukrainie, kiedy próbuje napisać monolog Ukraińca, to tworzy konstrukt. Nie wychował się za Bugiem, on się tylko domyśla, jak to jest być stamtąd – i to jest widoczne od pierwszej strony „Nazywam się Majdan”.

Polski orientalizm

Poziomów nieautentyczności w książce jest kilka. Czasami jest zamierzona. Jest tak w przypadku języka – archaizowanego, zawdzięczającego sporo Sienkiewiczowi (choć nie tylko), próbującego lokować całość gdzieś w postsarmackim uniwersum, sprawiającego wrażenie, że mamy do czynienia z epopeją. To mowa odmienna zarówno od języka absolwentów dawnych wschodnich gimnazjów czy przesiedleńców spod Lwowa, jak i od dzisiejszego ukraińskiego. Nieautentyczny jest także narrator – i tutaj przyczyny wydają się bardziej złożone. Petro Majdan to współczesny Ukrainiec, mówiący ową polszczyzną Sienkiewicza, której nauczyć miała go babunia spod Kijowa, Polka. Wiemy, że Petro ma wśród przodków także przedstawicieli innych narodowości, w tym Rosjan – a zatem jest absolutnym mieszańcem, który dopiero wykuwa własną tożsamość i który źródeł Ukrainy upatruje raczej na Rusi Kijowskiej, w poezji Szewczenki i heroizmie Kliczki niż w ideach Bandery. Nazwisko bohatera podkreśla owo zmieszanie tożsamości, bo słowo „majdan” – Kudyba daje to do zrozumienia wiele razy – odnosi się nie tylko do placu spotkań politycznych i dysput, ale i do miejsca zabaw; oznacza tygiel, gdzie mieszają się tradycje, formy i historie.

Wiadomo, że Petro czuje się Europejczykiem. Kształcił się na Zachodzie (w Niemczech, choć trafia i do Warszawy), że jego rodzina zarobkuje w krajach Unii Europejskiej lub dorabia, szmuglując do Polski to i owo. Sam Petro potrafi sypnąć terminami z dziedziny literaturoznawstwa, zaskoczyć znajomością Dostojewskiego i Tołstoja. Pozostaje przy tym prostoduszny i naiwny jak Longinus Podbipięta; nie potrafi ani analizować rzeczywistości, ani jej wyjaśniać innym. Jest dziecinny i pełen przesądów, duchowo nieukształtowany. Japończyka Yokotę, który przyjechał na Ukrainę, szybciej poskromi nieuczona babcia Petra. Z książki dowiemy się też, że przyroda w kraju nad Dnieprem jest wyjątkowo bujna, a miasta – zaniedbane; że robienie biznesu na Ukrainie to sprawa zmienna i ryzykowna jak gra w „Monopol” z samym diabłem. W tle rozgrywa się historia najnowsza, która jednak, podana przez Majdana, traci swój groźny i skomplikowany charakter. Juszczenko kłóci się z Tymoszenko (są to „burzliwe kłótnie w rodzinie”, co przecież w ogóle nie wyjaśnia pęknięć i napięć w obozie powstałym po Pomarańczowej Rewolucji). Czasami ktoś z krewnych Petra zostanie wytarmoszony w jakiejś ruchawce, a losy Euromajdanu streszczone zostają za pomocą baśni. Są to jednak raczej sygnały, które pomagają nam odnaleźć się w powieściowej czasoprzestrzeni. Na Ukrainie po prostu jest niestabilnie.

Nie rozstrzygam tutaj, które z powyższych intuicji są prawdziwe, a które fałszywe – ważny jest raczej ich zestaw. Myślę, że nawet najwięksi miłośnicy Ukrainy zgodzą się, że „Nazywam się Majdan” to, przy całym swoim wykrzywieniu i zamierzonej baśniowości, raczej opowieść o tym, jakie wyobrażenie na temat uśrednionego Ukraińca ma polski inteligent, niż diagnoza dotycząca tego, co rzeczywiście dzieje się za Sanem. To tyleż menippejskie pomieszanie prawdy i fantastyki, ile miks faktów, stereotypów i postulatów; to sen o dobrodusznej, niewyklutej ciągle Ukrainie, przedłużeniu dawnych Kresów, stworzony na potrzeby polskich serc – i ten obraz z prawdziwą Ukrainą nie ma chyba zbyt wiele wspólnego, bo, w przeciwieństwie do państwa ze stolicą w Kijowie, od wielu lat się nie zmienia. To polski mit na temat wschodniego sąsiada, w dodatku nieco protekcjonalny, w którym wnikliwy czytelnik Edwarda Saida dopatrzyłby się pewnie śladów orientalizmu w wersji warszawskiej.

Książka broniłaby się lepiej, gdyby naiwność i bohatera, i autorskiej optyki zostały na końcu zanegowane; gdyby okazywało się, że ani przeciętny Ukrainiec nie jest tak prostoduszny i niewykluty, ani inteligencko-polska wizja Ukrainy taka prosta. Gdyby Wojciech Kudyba pokusił się o rozłożenie rąk i opowieść zostawiała nas z niepokojem – że, owszem, Ukraina to jeden z naszych kluczowych sąsiadów, że mamy wspólną, trudną historię, a Kijów znów znalazł się na zakręcie dziejów, ale tak naprawdę kraj ten i jego mieszkańcy pozostają nam nieznani i że, pielęgnując nawyki myślenia o nich, nie posuwamy rozmowy o sprawach wschodnich ani o krok do przodu i nie jesteśmy w stanie uprawiać dobrej polityki. (Nie rozstrzygam tutaj, jak taka polityka miałaby wyglądać – i nie sądzę, że literatura powinna to robić. Twierdzę jedynie, że polityka fundowana na pobieżnych opiniach, marzeniach i protekcjonalnej pobłażliwości po prostu nie może być dobra.)

Książka Wojciecha Kudyby jest zatem zgrabnie napisaną i dowcipną zabawką formalną, udaną żonglerką motywami, jest też wyrazem solidarności z dzisiejszą Ukrainą – wydaje się jednak, że od zrozumienia tego, co naprawdę dzieje się na Wschodzie, zarówno w polityce, jak i głowach naszych sąsiadów, raczej nas oddala.

Czy zatem o tym, jak to jest być stamtąd, opowiada Żanna Słoniowska? Kontynuacja wpisu >>>

CDN.

PS. Profesorowi Wojciechowi Kudybie zawdzięczam bardzo wiele. Z jego olbrzymią życzliwością spotkał się mój debiut książkowy. Chciałam mu za to jeszcze raz z całego serca podziękować. Powyższa recenzja pisana była ze świadomością, że spieram się z kimś, kogo bardzo cenię i wobec kogo mam dług wdzięczności.

Wojciech Kudyba, Nazywam się Majdan, Warszawa 2015.