IV. Niszczyciele wyobraźni. Prawicowy pisarz patrzy na kobietę

Tęsknię do prozy, w której w odpowiednim momencie gaśnie światło, gdzie opis stopy zastępuje omówienie ciała, a powiedzenie o kobiecych udach, że są „grrrr i wzz” to zamknięcie tematu. Nikogo nie interesuje, co potem robicie/robiliście/chcielibyście robić z tymi udami.

*

Czego się spodziewałam? Sama kilka miesięcy temu pisałam o tym, że Polacy to sensualiści, a katolicyzm tylko to pogłębia. Nie napisałam jednak, że kulturę poznaje się po tabu, których przestrzega. Jeśli tabu nie istnieją, znika kultura. Opowiadanie nie-wprost o tym, o czym opowiadać nie można, omijanie raf czy wiele mówiące przemilczanie stanowiły od zawsze wielkie paliwo literatury.

Ale nie powieści pisanych przez polską prawicę. Tutaj wszechobecne są naturalistyczne interludia, ozdobniki w postaci męskich genitaliów (o, jakże niektórzy pisarze lubują się w ich opisywaniu) i wypiętych kobiecych pośladków. Znajdziemy ich mnóstwo u Ziemkiewicza, Horubały, Wildsteina czy Twardocha, żeby skupić się na tych, których omawiam w kilku poprzednich i najbliższych wpisach (dokąd mnie później temat powieści prawicowej zaprowadzi – nie wiem).

Uśredniony tu przeze mnie pisarz prawicowy ma prosty obraz kobiety: przede wszystkim jest ona obiektem pożądania. Poznajemy ją poprzez jej atrybuty zewnętrzne i nawet jeśli potem okaże się, że ma również inne, to i tak pozostaje bytem znajdującym się ciągle w potencjalnym zasięgu „rząpia”. Oto kilka przykładów, bynajmniej nie najbardziej jaskrawych.

Nawet w opisanym poprzednio kameralnym „Zgredzie” Ziemkiewicza przeczytamy to i owo (trzeba przyznać, że są to ciepłe fragmenty). Pisarz miewa jednak i momenty bardziej odważne. Na przykład w „Żywinie”, gdy opisuje wrażenie, jakie „kusząco opięte spódnicą pośladki” Arlety robią na głównym bohaterze, a potem szczegółowo przedstawia nam scenę zbliżenia. „- Dziwka – rzucił, obracając ją i popychając w stronę kanapy. – Odwal się… – powtórzyła, ale poddawała się potulnie niewypowiedzianym rozkazom. Chwycił ją mocno za piersi, wcisnął dłoń pod bluzkę” i tak dalej, i tak dalej.

U Wildsteina seks to niepotrzebny dodatek do intelektualnie wypracowanych konstrukcji. Dosadnych przygód wojującej feministki i redaktora najpoczytniejszego dziennika w „Dolinie nicości” i sobie, i Państwu, oszczędzę. Myślę, że ich opisy mogłyby spokojnie pojawić się u Gretkowskiej. Ale i główny bohater pozytywny ma tutaj swoje potrzeby. Kiedy zatem do jego mieszkania wchodzi nieznana kobieta, widzi przede wszystkim jej piersi, jest „podniecony i zły”. „Chciałby móc zedrzeć z niej ciuchy, rzucić ją na ziemię i wziąć bez wstępu i bez słowa. Upokorzyć” („Dolina nicości”).

Najbardziej żal Horubały – byłby świetnym pisarzem, jego proza przylega do rzeczy jak bibuła. To jednak typ lubieżny i ekshibicjonistyczny; dostał od Boga talent jak Bugatti Veyron, ale woli jeździć nim na dwójce po ciemnych zaułkach Warszawy, by podziwiać laski w tenisowych spódniczkach, krótkich bluzeczkach i szpilkach-wsuwkach. Erotyzm to dla niego esencja poetyki, literackie credo. Jako pisarz po prostu nie potrafi spojrzeć inaczej na kobietę. „Patrzę na nią i staram się dokopać w niej jakiegoś seksapilu, to zazwyczaj skutkuje, jeśli kobitkę uda się otoczyć mgiełką erotyzmu, łatwiej ją zaakceptować […]. Pod swetrem unoszą się jędrne chyba jeszcze piersi. Gdyby ją tak ubrać w męską koszulę” („Farciarz”; „Umoczonych” i „Przesilenia” nie będę cytować, bo musiałabym przepisywać zbyt wiele).

Człowiek to u Horubały Homo sexualis. Popęd płciowy jest podstawową cechą jego męskich bohaterów. W każdej powieści pisarz szamocze się, by przekuć ten fakt w coś wznioślejszego (cokolwiek – traktat o miłości małżeńskiej, Realpolitik czy o dojrzałości). Efekt jest niezmiennie klaustrofobiczny. W pamięci zostaje tylko mnóstwo scen miłosnych (na pralce, łóżku, kserokopiarce itd.) oraz sporo uwag na temat wyglądu kobiet. Na razie nie wynika z tego prawie nic. Nie ma w tym nawet goryczy, którą przepełniony był narrator „Lolity” Nabokova. Tamten był świadom swojej obsesji, chociaż nie potrafił się z niej wyzwolić, a Lolita stała się jednocześnie jego ofiarą i katem – prawdziwą, choć wykoślawioną miłością. I kiedy opadły emocje wokół sfery obyczajowej, to właśnie owo rozszczepienie sprawiło, że książka Nabokova przeszła do historii. Bohaterowie Horubały są inni: zadowoleni z siebie, całkowicie nietragiczni, nawet jeśli popęd i dość kiczowate sentymenty czasem ich przerastają. Nie sięgamy w tej prozie żadnego głębszego poziomu egzystencji; nie ma tam mrocznych, bolesnych miejsc, nie ma żalu – i dlatego właśnie dotychczasowe powieści Horubały z całą pewnością do historii nie przejdą.

Twardoch, jako młodszy, wstępuje na wydeptane ścieżki, w dodatku idzie udziwnionym krokiem. W „Wiecznym Grunwaldzie”, jak dotąd najważniejszej książce autora, akt płciowy znalazł wykładnię narodowo-ontologiczną (to jednak ciekawa powieść – omówię ją osobno w jednym z kolejnych wpisów). U Twardocha bywa przynajmniej zabawnie, bo zamienniki słów nie są tak ofensywne. „Cudzenie” jest tam w każdym razie aktem władczym: „wiedziałem, że tylko w jeden sposób mężczyzna może władać stadem kobiet: kopulując je wszystkie, nie miłośnie, lecz władczo. Więc wycudziłem jednej nocy wszystkie duchny w domu zbytnim […] a one uznały mnie za swojego pana”.

*

Zastanawia mnie, że tak mało mówi się o tym aspekcie polskiej prozy, zwłaszcza prawicowej, która niby ma być związana z konkretnymi wartościami. Dziwne jest i to, że czytelnicy pochylają się nad tymi świerszczykami dla inteligencji i kiwają głowami z ukontentowania (jednocześnie pomstując na Gretkowską). Żyjemy w bezpruderyjnych czasach, nic więc nie powinno dziwić, że za językiem narratora trafiamy w niespodziewane miejsca. Czy jednak na pewno?

Może trochę w tym winy siermiężnej estetyki PRL, gdzie – choćby w filmach – musiała być obowiązkowa „goła baba”, pewnie i po to, aby trochę popsuć polską wyobraźnię. Metoda się sprawdziła, wyobraźnia się zepsuła. Pisarze prawicowi średniego pokolenia (Twardocha dorzucam jako bonus) idą tym samym tropem.

Nie postuluję, by polscy pisarze wzięli się za powieści dla guwernantek. Zwracam uwagę, że zalewanie nas seksem nie jest wcale działaniem w obronie kultury, jak to pewnie niektórzy autorzy sobie tłumaczą, ale jej niszczeniem. Dzisiaj seks to sztampa. Chciałam też zwrócić uwagę, że męskiej ręki w literaturze nie rozpoznaje się po ilości opisów kopulacji (jak wiemy, kobiety też tak potrafią pisać). Tęsknię do prozy, w której w odpowiednim momencie gaśnie światło, gdzie opis stopy czy dłoni zastępuje omówienie ciała, a powiedzenie o kobiecych udach, że są „grrr i wzz” to zamknięcie tematu. Nikogo nie interesuje, co potem robicie/robiliście/chcielibyście robić z tymi udami.

Jeśli powieść jest lustrem, które obnosi się po gościńcu, to można w nim zobaczyć całą brzydotę gościńca. Może być jednak i tak, że, porównując rzeczywistość do jej odbicia, widzimy wyraźnie, jak brudne jest zwierciadło. „Katole rzeczywiście są najlepsi w seksie […], połączenie poczucia winy, lęku, stłumień daje rewelacyjną miksturę” – zapewnia Horubała („Farciarz”). Siegmund Freud, analyse this, jak śpiewała Madonna w piosence do jednego z Bondów. Na pewno mikstura ta wpływa na kształt prawicowej powieści.

POST SCRIPTUM

Ziemkiewicz w „Zgredzie” wspomina o negatywnych recenzjach pisanych przez paniusie. Chcecie mnie nazwać „paniusią”? Nazwijcie. Mi się hormonalna proza po prostu nie podoba.

 

20 Comments

  1. Napiszę, ryzykując miano lewicowca. Może uogólniam, ale na bazie doświadczeń, kontaktów: zawsze mnie zaskakiwała skłonność prawicowców do mizoginii. Mówię tu o tzw. życiu, nie o literaturze. Chamskie dowcipy, wysługiwanie się kobietami, naturalizowanie zwyczajów kulturowych, zamiłowanie do zakrapianych wódką spotkań („bo żadna baba tak nas nie zrozumie, jak my sami…”). Zaskakiwało mnie – podobnie jak Ciebie w odniesieniu do analizowanej prozy – że gadanie o wartościach, męskości itp. sprawach podszyte było właśnie taką postawą. Też mi męskość – lękowa, agresywna, okopana w opłotkach dobrego samopoczucia.

    Skąd ta korelacja między konserwatyzmem a mizoginią? Jest przypadkowa a może immanentnie wpisana w projekt konserwatywny? Czy odcinając się od lewicowych z ducha projektów emancypacyjnych, nie wylewają prawicowcy dziecka z kąpielą?

    Trudno mi pisać, gdy nie czytałem omawianych przez Ciebie autorów, ale – co by wynikało z porównania ich do Houellebecq’a? Mam wrażenie, że tam pornograficzność zostaje sfunkcjonalizowana, tzn. nie sposób opisać klęski ponowoczesnej Europy bez całej tej rui, a obrzydzenie czytelnika jest działaniem inspirującym. Z Twoich opisów wnioskuję natomiast, że seksualność prozy prawicowej niczemu nie służy, można by spokojnie ją wyciąć bez szkody dla treści i fabuły, czy tak?

    Kolejna refleksja dotyczy upolitycznienia seksualności. Być może żyjemy w czasach, w których przy pozorach wyzwolenia obyczajowego dochodzimy paradoksalnie do kultury wtórnie pruderyjnej. Dzieje się tak wtedy, gdy seksualność wyrywamy z jej instynktownego, prywatnego, ergo: ludzkiego wymiaru, a przenosimy ją w obszar publicznego-politycznego. Piszesz, że u Twardocha „akt płciowy znalazł wykładnię narodowo-ontologiczną”. Lewicowcy z kolei chcą seksualność sprowadzić do konfliktu politycznego, walki, stref wpływów, zakazu prawnego… Czy to nie jest chore? W ten sposób seksualność traci niewinność, powracamy do stygmatyzacji erotyki, tylko że na poziomie społecznym. Uważaj na każdy krok, każdy Twój gest uczestniczy w procesie politycznym. Aż się duszno robi i jakoś tak… aseksualnie:) T.Piątek pisze na portalu „KP”, że „Przykładem największego upadku jest katolicyzm, który zdegenerował się do utrudniania bliźnim dostępu do antykoncepcji”. Pomijając lewicową obsesję na tym punkcie… Ale jeżeli lewicy KK kojarzy się jedynie z antykoncepcją, to może wina leży też po naszej stronie, po stronie omawianych wyżej pisarzy?

    Odpowiedz

    1. Oczywiście, u wszystkich wymienionych autorów opisy czemuś służą. Wydaje mi się, że i Wildstein, i Ziemkiewicz chcą wierzyć, że piętnują w ten sposób upadek cywilizacji. Po pierwsze jednak – Houellebecq już istnieje, istnieją też nowi brutaliści i całe tłumy twórców, którzy celowali w obscenie po to, żeby pokazać „jaki ten świat jest zły”. To nic nowego i, gdyby próbować obrony naszych pisarzy tą drogą, okazuje się, że bronimy epigoństwa do kwadratu. W dodatku nie sądzę, aby taka literatura w jakikolwiek sposób zmieniała świat na lepsze. Oni tak piszą, bo tak „się” pisze.
      Po drugie – kiedy tak sobie nasi pisarze piętnują świat, nie można nie mieć wrażenia, że się w tym rozsmakowują oraz że granica pomiędzy kreacją literacką a ich właściwymi poglądami jest bardzo cienka. Kobieta to przede wszystkim atrybuty zewnętrzne, i tyle.
      Jeśli chodzi o Horubałę, to rzecz jest bardziej skomplikowana, bo on te opisy ewidentnie lubi. Szuka tylko pretekstu, aby ich dokonywać, więc pisze o chrześcijańskim małżeństwie albo o kryzysie wieku średniego itd. itp. Tylko że te tematy przegrywają z opisami, bo Horubała ma naprawdę dobre pióro.

      Odpowiedz

  2. Jaki tam z Twardoch prawicowy pisarz. Przecież on do „Polityki”, a ostatnio podobno też do „Wyborczej” pisze, a ten „Wieczny Grunwald” jest zjadliwie antypolski, antychrześcijański i w ogóle antyludzki. Ojczyzna jest matką, przyzwoity człowiek nie pisze takich rzeczy o matce. Felietony zresztą w tej „Polityce” ma całkiem ładnie napisane, pozbawione tej wstrętnej brutalności „Wiecznego…” (po który sięgnąłem, bo go zachwalano wszędzie, od Wyborczej po prawicowe fora i prawie zwymiotowałem przy lekturze) – za to całkowicie nihilistyczne.

    Odpowiedz

    1. Twardoch sam siebie nie ma za prawicowca, uważam jednak, że warto o niego powalczyć, niezależnie od tego, jak on to widzi. Lewica jest strasznie chłonnym pojęciem, a prawica – nie. Może czas to zmienić? A o „Wiecznym…” jeszcze będę pisała, dlatego na razie się powstrzymam. Pozdrowienia!

      Odpowiedz

  3. Co do zasady, że kultura jest systemem ograniczeń – zgoda. Nie jestem jednak pewien, że akurat ograniczenia związane z seksualnością sa najistotniejsze. Rozumiem, że erotyzm u 4 przywołanych autorów nie jest subtelny, a u większości z nich wręcz odstręczający. I tylko u Twardocha (choć „Zgreda” wciąż nie przeczytałem, więc co do RZ nie będę generalizował) stanowi istotną część świata i całej powieści. Nie mniej aż sie prosi, by przywołać przykłady literatury francuskiej (w swoim sensualizmie chyba wciąż najblizszej duszy polskiej), gdzie głeboko katolickie powieści (Tournier) przepełnione są subtelnym erotyzmem. „Prawicowa” literatura w Polsce (jest to jednak bardzo nieszczęśliwe sformułowanie) wciąż czeka na swojego Houellebecqa.:)

    Odpowiedz

    1. Nie mam problemu z erotyzmem. To niezbywalna część ludzkiego życia. Mam problem z pornografią. Zgadzam się również z Panem, że tabu seksualne nie jest jedynym, choć, moim zdaniem, zapewne jednym z ważniejszych. Wydaje mi się, że polska literatura prawicowa nie czeka na Houellebecqa, tylko tylko zmaga się z falą jego naśladowców (i jemu podobnych, wiernych mottu „Bądź odrażający, a będziesz prawdziwy”).
      Jeśli chodzi o sformułowanie „powieść prawicowa” to rzeczywiście, będę musiała zająć się nim jeszcze następnych wpisach. W pierwszym wpisie zaznaczyłam, że będę rozszerzać pojęcie prawicy, ale potem zajęłam się pisarzami z prawicy pojętej wąsko. Rozszerzanie jeszcze przed nami. Umówmy się na razie, że Twardoch to pisarz „prawicujący”.

      Odpowiedz

      1. Odrażającym nie warto być. Czasem warto być dosadnym:)
        Jeśli zas chodzi o tabu, to znacznie częsciej konserwatywni i niestety katoliccy autorzy naruszają tabu związane z przemocą. Na ten temat można by pisac długo, ale pochwała siły, machismu, usprawiedliwianie przemocy prawem, tradycją czy działaniem w obronie wartości, wreszcie przemoc symboliczna widoczne są na każdym kroku. I to jest powód, dla którego poszukiwania autentycznie chrześcijańskich utworów prowadzą niejednokrotnie na dalekie od ortodoksji a nawet od chrześcijaństwa (sic!) morza. Dla przykładu Józef Czapski i Konstanty Jeleński w korespondencji: „Ale przecież to, czym się jest, rozgrywa sie tak głeboko, że rzadne rady ani nawet decyzje własne tu nie pomogą. Ty (pisze Kot do Czapskiego) istniejesz jako chrześcijanin, katolik, i wszystko to, co robisz wtedy ma drugorzędne znaczenie, bo wychodzi gdzies głęboko z Ciebie samego i musi miec jakis związek. To, co robiłem i myslałem, nie miało własciwie nigdy głębokiego realnego związku./…/ Czasem jednak wydaje się – nie „wydaje się” – naprawdę: czasem jednak coś takiego się dzieje, co daje poczucie „istnienia”./…/ To się stało ze mną poprzez Leonor, która w moim zyciu na pewno jest spotkaniem „kapitalnym”.”

        Odpowiedz

        1. „Poszukiwania autentycznie chrześcijańskich utworów prowadzą niejednokrotnie na dalekie od ortodoksji a nawet od chrześcijaństwa (sic!) morza”. Zgadzam się. Jak widać, zajęcie się powieściami pisanymi przez osoby, do których powinno mi być najbliżej, nie przynosi mi na razie zbyt dużej ilości pozytywnych wrażeń:)

          Odpowiedz

  4. W tej dyskusji pominąłbym wyznania polityczne autorów bo grzebiąc głębiej i lewicowym też można wytknąć literacką pornografię. Ja osobiście jestem miłośnikiem SF i Fantasy, czytam bardzo dużo, i patrząc na to co rodziło się począwszy od lat powojennych i to co rodzi się teraz na księgarskich półkach można zauważyć dwie tendencje. Jak ktoś już wyżej pisał, obsceniczne sceny, brutalne gwałty i reszta literackiej pornografii jednym służy do ukazania upadku cywilizacji, innym natomiast wydaje się że jak nie opiszą jakiejkolwiek mocno pikantnej sceny to po prostu książka im się nie sprzeda.

    Odpowiedz

  5. W środowisku prawicowym niby ważna jest rycerskość, te dawne szlachetne cechy – męstwa i przywiązania do tradycji, dobrej władzy. Jednak wyzbyto się elementu – szacunku do kobiet. Przedstawia się je właśnie w przytoczony sposób w książkach, na zdjęciach na FB. I potem następuje zdziwienie – czemu na prawicy jest tak mało kobiet? może to jest część odpowiedzi na pytanie.

    Odpowiedz

    1. Zgadzam się z przedmówcą: zasadniczy problem piszących o kobietach konserwatystów polega na literackim ich zinstrumantalizowaniu. To nie są żywe i wolne osoby, lecz narzędzia (ideologiczne, religijne, seksualne, społeczne itp.) Świadczy o tym choćby zdumiewająca popularność „Martynki” w księgarniach katolickich czy ostatnia okładka 44:)

      Odpowiedz

  6. Niszczyciele wyobraźni…, bo bez wyobraźni, czy raczej idzie o rozczarowanie przez duże R? Nawet nie próbuję zgadywać, bo widzimy przynajmniej czasami to, co chcemy widzieć w ciągu zazębiających się zdarzeń. Z jednym zgodzić się muszę – widzenie 2 osoby przez pryzmat niezaspokojonych potrzeb jawi się jako poniżające. „Żyli długo i szczęśliwie” jako naiwne, a prawda przez duże P jest czasem zbyt bolesna, aby można było w jakikolwiek sensowny sposób ją uchwycić.

    Odpowiedz

  7. Świeżo po lekturze Zgreda: nie mam zarzutów do RZ w sprawie niszczenia wyobraźni. W sprawach męsko-damskich jest przaśnie, ale nie instrumentalnie. 🙂
    Warto było przeczytać te powieść dla jej ostatnich 10 stron. Tam wreszcie autor na cos sobie pozwolił; przestał się kontrolować. Wzruszający i poruszający tekst.
    A reszta? Reszta jest właściwie samousprawiedliwieniem, dlaczego nie pisze pełnokrwistej powieści. Zawsze coś, ale widać, że gdyby chciał, to by naprawdę potrafił.
    „Śledzić, jak ci, którzy potem mieli swe dni wielkości, jak upadali i się podnosili, albo i nie, jak bohaterowie zdradzali i jak zdrajcy dorastali do bohaterstwa, albo jak im po zwycięstwie odbijało i bratali się z łajdakami, sprzeniewierzając wszystkiemu, o co walczyli. O tym by człowiek pisał, tylko nie bardzo ma dla kogo – albo jesteś z nami, albo przeciwko nam, zdecyduj się, bo cię jedni i drudzy zgniotą między tarczami”.
    I tu myślę jest sedno problemu: literatura „prawicowa” jest dla czytelnika prawicowego, a ten w swojej masie nie szuka dramatu i dylematów, nie szuka w istocie literatury, ale zbeletryzowanej SPRAWY (dominacja literatury obywatelskiej). Widać to było podczas debaty literackiej na kongresie PWP, w odpowiedziach o marzeniach literackich. Najciekawsze były te Andrzeja Horubały o literaturze nieopanowanej przez autora, eksperymentującej, skierowanej ku metafizyce i tajemnicy. Lepiej zapewne byłoby nie mówić o literaturze „prawicowej”, ale o literaturze narodowej, gdzie przenikają się wątki osobiste, artystyczne z realistycznymi – obywatelskimi i metafizycznymi.

    Odpowiedz

    1. Pod tym względem do „Zgreda” także nie mam zarzutów. Bardzo ciepła opowieść.
      Piszesz: „literatura „prawicowa” jest dla czytelnika prawicowego, a ten w swojej masie nie szuka dramatu i dylematów, nie szuka w istocie literatury, ale zbeletryzowanej SPRAWY (dominacja literatury obywatelskiej)” – to trafna uwaga. Też wydaje mi się, że tak jest. Ziemkiewicz w „Zgredzie” nazywa to „psychoterapią”. Odważnie i dość celnie.

      Odpowiedz

    1. Szanowny Panie LA, jeśli chce się omówić tylko część literatury, pisaną przez konkretne osoby i czytaną przez konkretnych odbiorców, trzeba sobie pomóc i jakoś ją nazwać. I autorzy, i odbiorcy omawianych dotąd książek należą do prawicy. Ta literatura trafia w potrzeby konkretnego kręgu czytelników. Dlatego nazwa „literatura prawicowa” oddaje pewien stan rzeczy, choć zdaję sobie sprawę, że to kontrowersyjne określenie. Umówmy się, że ta nazwa to tylko narzędzie powstałe na potrzeby tego cyklu.

      Odpowiedz

    1. Dziękuję 🙂 W sumie nawet zabawnie jest spojrzeć na ten cykl po kilku latach. Pamiętam, że pisałam go nie tyle po to, żeby kogokolwiek przekonać, tylko pisałam tak po prostu, dla samej radości pisania i pokazania rówieśnikom, że choć koniunkturalnie wypadało płakać z zachwytu nad każdą nową książką Bronisława Wildsteina, to ja właśnie postanowiłam nad nimi nie płakać, choćby mi to miało zabetonować sufit na 50 kolejnych lat.
      Było to dość lekkomyślne – łatwo jest pomyśleć sobie „a nich mi zabetonują, who cares”, natomiast trudniej jest np. przetrwać rzeczywisty kilkuletni ostracyzm. Myślę jednak, że napisałabym jeszcze raz to samo. Wtedy w każdym razie czułam się trochę tak, jakbym założyła jaskrawe pompony i zaczęła w nich skakać w jakimś publicznym miejscu, co było bardzo wyzwalającym uczuciem.
      Czy coś się zmieniło? Chyba trochę tak. Męska część prawicy chyba tu i ówdzie zaczyna rozumieć, że przaśność nie jest najlepszą metodą na opisy spraw damsko-męskich; w dodatku powalająca prostota takiej optyki niekoniecznie odzwierciedla głęboką i skomplikowaną prawdę o tym, co łączy i dzieli kobiety i mężczyzn.
      Jeśli zaś chodzi o wymienionych w tekście przykładowych autorów, to przyznam np., że nie czytałam dwóch ostatnich powieści Wildsteina. Ziemkiewicz i Horubała nie napisali w tym czasie nowych powieści (może jednak szkoda). Twardoch natomiast przeżył świetny wzlot („Morfina”; już „Wieczny Grunwald” był przecież ok, taki obóz przed atakiem na szczyt). Po sukcesie „Morfiny” ST utrzymał wysoki poziom warsztatowy, ale zaczęła mu się „wypłaszczać” wyobraźnia i wrażliwość. Większość jego ostatnich książek to znakomite produkty, ale właśnie produkty. „Morfina” była może nie do końca dopracowana technicznie, były w niej pewne dłużyzny, ale nie była produktem, tylko dziełem – była tam jakaś niesamowita, głęboka prawda o wielu rzeczach: niedojrzałej męskości, niedojrzałej polskości, niedojrzałej miłości itd. itp. „Drach” natomiast był napisany świetnie, był bardzo pomysłowy (w sensie „chwytu”, pomysłu), ale historia, jaką „uchwycono”, i diagnoza, którą postawiono, były zaskakująco miałkie i nieangażujące. „Król” to zaś po prostu produkt z klasy premium. Niby chwyty te same, co w „Morfinie”, ale przecież różnica jest widoczna: tam energia i rozpacz, tu jednak zblazowanie. Wielki i nagły sukces to spore zagrożenie dla autora – zdobywa on swoją niszę na rynku i może zacząć pisać pod czytelników.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz