Jak Mickiewicz uczynił nas wschodnim narodem – garść intuicji

Mickiewicz, całą siłą swojego talentu, starał się przywiązać nowy paradygmat inteligencji do dawnych, szlacheckich kształtów. Stąd kluczowość „Pana Tadeusza”. Ale kiedy Adam Mickiewicz zamknął polskość w arce poematu, niechcący uczynił nas wschodnim narodem.

Poniższy tekst to rodzaj myślowego eksperymentu. Wnioski, które z niego wyciągam, są – w świetle tak dobranych kryteriów – dość oczywiste. A jednak było to dla mnie swojego rodzaju odkryciem: nie ma wątpliwości, że nasze mentalne „uwschodnienie” rozpoczęło się właśnie w dobie zaborów. Wcześniej Wschód stanowił nasze ulubione przebranie, słabość, na którą mogliśmy sobie pozwolić, będąc z ducha krajem Zachodu. Od czasów Wielkiej Emigracji duchowo leżymy na Wschodzie.

“Pan Tadeusz” to jeden z najcenniejszych wytworów polskiej kultury; dzieło, które oprawia tęsknotę za Polską w kunsztowne ramy i pozwala jej ujść bezpiecznie. Wiem, bo czytałam go podczas trwającego kilka miesięcy wyjazdu z kraju. Jeśli zatem analizuję to dzieło, jeśli mu się przyglądam, to z pozycji jego miłośnika; osoby, która w pełni smakowała słodyczy jego owoców.

*

Nawet Rousseau nie miał złudzeń (Gouvernement de la Pologne): Ce ne sont ni les murs, ni les hommes qui font la patrie; ce sont les lois, les moeurs, les coutumes, le gouverneement, la constitution, la manière d’être qui résulte detout cela. La patrie est dans les relations de l’êtat à ses membres; quand ses relations se changent ou s’anéantissent, la patrie s’évanouit („To nie mury czy ludzie tworzą ojczyznę. To prawa, tradycje, obyczaje, rząd, konstytucja i sposób bycia, który z nich wszystkich wypływa. Ojczyzna znajduje się w relacjach  państwa do jego członków; kiedy te relacje zmieniają się lub znikają, znika ojczyzna”). Intuicja jest prosta: ojczyzna istnieje w pełni tylko wówczas, kiedy posiada nie tylko obyczaje, wiarę przodków czy nawet ich zabytki, ale własne instytucje i prawa. To główne nici, po których rozpoznaje się przynależność i ciągłość poszczególnych wątków.

Co jednak wynika dla nas z tego krótkiego cytatu? Najprościej odpowiedzieć, że, patrząc na naszą historię z takiego punktu widzenia, Serenissima skończyła się i o jakiejkolwiek jej późniejszej kontynuacji nie może być mowy. To chyba jednak zbyt prosta konkluzja. W 1795 roku utraciliśmy kościec polis, ale przecież Polska nie zginęła. Cały problem polega na tym, że nie zginęła zupełnie, ale podążyła dalej, wiodąc życie po śmierci. Stała się mistyczna. Wyobrażona. I taka pozostaje do dzisiaj.

Najprościej byłoby to zapewne wyjaśnić, odwołując się do terminologii Friedricha Meineckego. Opisując procesy powstawania narodów, wyróżnił on dwa bieguny narodowości – Staatnation (a zatem naród, którego głównym spoiwem są struktury państwa) i Kulturnation (gdzie głównym spoiwem jest kultura). Obydwa powinny współistnieć, trudno bowiem na dłuższą metę wyobrazić sobie kulturę i język, które nie mogą się wspinać, jak bluszcz, po solidnych strukturach praw i instytucji. Kluczowe dla tożsamości narodowej w jej zachodnim rozumieniu są przecież wspólne terytorium, historia „świętych”, którzy ją zamieszkiwali, wspólna kultura, wreszcie wspólny system prawny i interesy ekonomiczne ludzi razem zamieszkujących. Element instytucjonalny jest dla kultury niezbywalny; działa to jednak i w drugą stronę. Chociaż wielu zwolenników współczesnego „neutralnego państwa” wolałoby widzieć współczesne państwa jako aksjologicznie obojętne twory, instytucjonalne perpetua mobilia, trudno zaprzeczyć, że na kształtowanie się tych prawnych konstrukcji zawsze ma (i powinien mieć) wpływ lokalny koloryt.

Paradoksalnie Polacy pokazali, że przesłanie pozbawionej państwa tożsamości narodowej w nieznaną instytucjonalną przyszłość jest możliwe – po zaborach naród polski stał się stopniowo Kulturnation w stanie czystym, nie mającym nic poza jakże chybotliwą podstawą swojego języka i tradycji skrojonej na miarę tej przedziwnej tratwy ratunkowej. Aby ta arka przetrwała, trzeba było polskość zdefiniować i obmyślić zupełnie na nowo.

Sytuacja Polski różniła się od innych (przyszłych) państw wschodnioeuropejskich. Polacy byli narodem starym i okrzepłym, mającym za sobą długą i zupełnie oryginalną tradycję polityczną własnego państwa. I Rzeczpospolita spełniała wszystkie zachodnie kryteria narodu (pisze to zresztą z pełna świadomością, że rzutuję nowoczesne kategorie w głęboką nowożytną przeszłość). Było tu i wspólne terytorium, i wspólna mitologia, język polityczny wreszcie kultura i system prawny. Wspólny był również interes ekonomiczny dominującej warstwy społecznej.

Tymczasem zachodni historycy idei wrzucają sposób, w jaki dorobiliśmy się nowoczesnej tożsamości narodowej, do wspólnego worka z młodymi narodami – Ukraińcami, Białorusinami czy Słowakami. Zawsze mnie to irytowało – ale robią to przecież nie bez powodu: w XIX wieku język polski, dotąd narzędzie polityki, musiał nagle posłużyć do nowych celów. I to chyba stało się główną przyczyną wschodniego zwrotu naszego narodu, że, kiedy został zmuszony do autodefinicji, musiał przemówić właśnie w kategoriach XIX wieku. A nie były to przecież kategorie zgodne z tym, co wcześniej działo się nad Wisłą, gdzie od kilku stuleci po polsku odmieniano przez wszystkie przypadki słowo „rzeczpospolita”, a naród był “szlachecki”.

Kilka faktów z jesiennych lektur. Hans Kohn (The idea of nationalism: a study in its origins and background) wyróżnił nacjonalizm zachodni, racjonalny w stylu anglosaskim, i wschodni – tworzący się w warunkach silnej i na ogół obcej władzy centralnej, z konieczności mistyczny. Anthony D. Smith (National Identity) wskazuje z kolei na charakterystyczne językowo-kulturowe wychylenie narodów, które w XIX wieku krzepły na Wschodzie. Państwa Europy Wschodniej i Azji większy nacisk – ze względu na mniejszy rozwój instytucjonalny – kładły na rodzinne więzi, łączące mieszkających wspólnie ludzi. Zamiast praw, tkanką, na której opierało się poczucie wspólnoty, stawał się tam język. I rzeczywiście – od XIX wieku polskie poczucie tożsamości narodowej spełnia kryteria wschodniego. Różni się od innych może tym, że na olbrzymia skalę występuje w nim motyw wdowieństwa i sieroctwa. Na wspólnocie języka poszybowaliśmy zatem duchowo na Wschód.

Owo „uwschodnienie” Polski to dzieło emigracyjnej inteligencji. To ona w XIX wieku wymyśliła nas na nowo – tak, jak pozwalały jej na to warunki. W każdym razie nie bez przyczyny inteligencja nie występuje nigdzie poza Europą Wschodnią. Jako specyficzna warstwa wykształciła się przecież na wschód od Łaby, w krajach ekonomicznie zapóźnionych, które w XIX wieku wkroczyły na tory modernizacji. Miała zastąpić szlachtę. Od początku krystalizowania się inteligencji, jej główna cechą miało być posiadanie „rządu dusz”: kreowanie opinii i ambicje przywódcze.

Pierwszą wielką szkołą polskiego myślenia inteligenckiego była Wielka Emigracja, wybitnie niezakotwiczona społecznie i państwowo, a odgrywająca w historii kultury naszego kraju całkowicie kluczową rolę. Nośnikiem polskiej tożsamości stała się odtąd szeroko pojęta kultura.

Jak bardzo polska myśl romantyczna nie zajmowałaby się problemem wyzwolenia ludu, ideami rewolucji i równości, zajmowała się nimi tylko w teorii, bo praktykę polityczną kształtuje przecież (co oczywiste) tradycja praktyki politycznej. Traktat polityczny, chociażby najwybitniejszy, zawsze pozostaje w sferze dorobku kulturalnego. W rzeczywistości zaborów jedyna opcją polskiej praktyki politycznej (co więcej, opcją wypracowaną w kraju), była walka zbrojna i ten kod kulturowy wpisaliśmy sobie głęboko. Żadnego innego nie mieliśmy okazji.

Garść wniosków

Ta sytuacja nie jest ślepą uliczką. Polska nigdy nie była w pełni zachodnia, ale nie była także krajem wschodnim. Polskość przetrwała. Musimy być odtąd szczególnie ostrożni. Naród, którego tożsamość opiera się na komunikacji werbalnej, jest podatny na manipulacje w sferze języka. Zmiana słów zmienia sposób, w jaki myślimy o sobie, w jaki funkcjonujemy.

Jeżeli zaś narzekamy na brak aktywności każdego kolejnego pokolenia, zwracamy uwagę na to, że realizuje się głównie na płaszczyźnie kultury, że łatwo godzi się na trwanie zaborczych struktur, zobaczmy, jak dawno zaczęła się ta specyficzna droga polskiej inteligencji.

Język polski stał się głównym skarbcem polskości. Jeśli mamy wskazać istotę naszej narodowości, nie pokażemy miast, których już nie mamy. Nie pokażemy instytucji, które dawno zniknęły. Te, które mamy dzisiaj, to zaledwie nowoczesny przeszczep, który zresztą wciąż dobrze się nie przyjął. Żeby pokazać obcemu istotę polskości, powiemy: – Czytaj, czytaj „Pana Tadusza”!

I tutaj jeszcze jeden paradoks. Wydaje się, że Mickiewicz, całą siłą swojego talentu, starał się przywiązać nowy paradygmat inteligencji do dawnych, szlacheckich kształtów. Stąd kluczowość „Pana Tadeusza” – kluczowość, którą słusznie odgadły późniejsze pokolenia, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co właściwie zrobił Mickiewicz. Nasza epopeja narodowa to nie proste, chociaż genialnie napisane, „odtworzenie przeszłości”, tak oczekiwane w kontekście XIX-wiecznych zaborów i epoki pielgrzymstwa. „Pan Tadeusz”, ten wgląd w szlachecką polskość z całą jej oryginalną i jakże zachodnią kulturą, przekazany nam w nowych, XIX-wiecznych kategoriach, okazał się porażką jego twórcy. Kiedy bowiem Adam Mickiewicz zamknął polskość w arce poematu, niechcący uczynił nas wschodnim narodem.

(Zakrzówek, listopad 2010)

12 Comments

  1. Google+ działa, dzięki niemu przeczytałem przed chwilą ciekawy tekst. 🙂 A z tego bezlitośnie, bez opamiętania rodzą się uwagi i kwestie. Czy założenie, przyjęte z definicji anglosaskich, nie zamyka nas na pewną odrębność środkowoeuropejską lub choćby – to wolę – „przednowoczesną” (którą nowocześniacy-racjonaliści od razu wpychają na Wschód i w „mistycyzm”, jako obce ich instytucjonalistyczno-kontraktualistycznym skłonnościom)? Czy w życiu polskim nie mieliśmy już, przynajmniej od końca XIX w. kilku prób „urealnienia” tegoż życia – co jakieś skutki po sobie zostawiło, więc zapewne jest jakaś nić poza „Panem Tadeuszem”? Czy przesuwanie się do istnienia kulturą ma korelację z „rodzinnieniem” ojczyzny? A uwaga taka, że jest coś na rzeczy – i że kto tylko w Polszcze obecnie zabierze się za dzieło patriotyczne, ten jest stopniowo „zjadany” przez ów patriotyzm kulturowy, językowy – tak, że w końcu wystarczy mu życie w języku; wystarczy lub musi wystarczyć, endecja czy PiS gancegal.

    Odpowiedz

  2. Oczywiście, na wstępie sygnalizuję, że to eksperyment myślowy i że czytam naszą kulturę w konkretnych, z góry założonych kategoriach. Więc Pana zastrzeżenia są w zasadzie słuszne. Były już próby urealnienia Polski, dodania tej drugiej nogi – Staatnation.
    Ale, co ważne, w momencie tworzenia zrębów nowoczesnej państwowości (kiedy wszystkie państwa ją sobie tworzyły) byliśmy tylko Kulturnation – i to, moim zdaniem, dalej rzutuje na nasze funkcjonowanie, a przede wszystkim na polską mentalność. To nasz oryginalny kod DNA; widzę w nim jak gdyby „defekt pierwotny”, którym obarczane są wszystkie kolejne próby tworzenia polskiej państwowości.

    Odpowiedz

  3. To nie zastrzeżenia, to uwagi – ciekawe teksty tak mają, że się zgłasza uwagi, znacznie bardziej prowizoryczne niż tekst. 🙂

    A teraz zastrzeżenie: że całkowitego zerwania ciągłości moim zdaniem nie było – a więc faktyczne DNA jest wciąż głębiej, a nawet ta warstwa „literacka” polskości żyje tylko dzięki niemu, jest jego wersją, czasami pasożytniczą; i że kłopot polega nie na stworzeniu polskości od początku, lecz na zawężeniu jej witalności do mowy, zwykle podniosłej, czasem codziennej.

    Odpowiedz

  4. Hmmm, tu celne trafienie. Muszę zatem doprecyzować (pozostanę przy języku genetyki :-)): oryginalne DNA jest rzeczywiście wcześniejsze, ale w XIX wieku wszystkie narody podlegały mutacji w duchu nowoczesności. I Polska również – ale jej mutacja była, niestety, na modłę wschodnią. I jesteśmy sobie obecnie zmutowani a la orientale. Ale wierzę, że to nie jest nieodwracalne. Tylko żebyśmy sobie zdali z tego sprawę.

    Odpowiedz

  5. Hm, mam jednak wrażenie, że romantyzm skłonił Polaków w duchu pewnego idealizmu do konstruowania państwa „na niby” bardziej niż naprawdę. Mamy skłonność do porzucania tego co realne na rzecz tego co „romantyczne”. Gdy budujemy państwo podziemne jesteśmy w tym świetni, ale w budowie realnego już gorzej. Gdy tylko nam nie odpowiadają okoliczności uciekamy do jakiegoś „matecznika”. I to jest tez pewnego rodzaju praktyczna heterodoksyjność polskiego romantyzmu. Nie odnosimy się to tego co możemy odbudować, ale do tego chcielibyśmy ściągnąć z nieba. Tyle, że to niebo „anemiczne” – romantyczne właśnie.

    Odpowiedz

  6. @TR: Mniej więcej o to chodzi. To jest praktyczny skutek owej mutacji a la orientale. I wynik tego, że nowoczesna polska tożsamość powstała tylko jako wytwór kultury.

    Odpowiedz

  7. @TR: Ale także państwo podziemne może być realne – i myślę, że np. państwo AK było całkiem realne (ze wszystkimi wymuszonymi dziwactwami z udawaniem życia: np. „procesy” sądów podziemnych itp.). „Solidarność” też była – mimo wszystkich romantycznych zadęć – realna. Natomiast zbyt szybko „romantyzujemy” te realności, odbieramy im inny byt, robimy z nich opowieść (kiedyś) lub „opowieść uczestniczącą” (w stylu „grup rekonstrukcyjnych”).

    Odpowiedz

  8. A tak – może zbyt pospiesznie pisałem – myślę raczej że nie potrafimy przejść od realizmu państwa podziemnego do realizmu państwa „naziemnego”.

    Odpowiedz

  9. Właśnie zaczynam czytać Spaemana „Rousseau – człowiek czy obywatel. Dylemat nowożytności” i jest tam pewne zdanie, które oddaje pewien romantyczny kłopot – oddający część polskich problemów „Kiedy Rousseau nie może działać wzorcowo, wówczas odrzuca wszelką odpowiedzialność i stylizuje się na wzorcową ofiarę.” Bardzo podobną rzecz znalazłem u Górskiego w eseju pod którego wrażeniem jestem od jakiegoś czasu „Heterodoksyjne wątki w kulturze polskiej” . Prawdziwe państwo podziemne zmusza do realizmu ponieważ granica życia i śmierci wycisza nieco romantyzm 🙂

    Odpowiedz

  10. Tekst bardzo ciekawy, ale zastanawiają mnie pewne, z góry przyjęte przez Autorkę, założenia:
    – o tym już ktoś pisał powyżej, że anglosaski punkt widzenia na naszą sprawę jest jakby solidnym odniesieniem – dla mnie jest to po prostu punkt widzenia i to tych, którzy po dziś dzień mają o nas blade pojęcie…
    – dalej „I Polska również – ale jej mutacja była, niestety, na modłę wschodnią.” dlaczego w mniemaniu niektórych z nas (nie tylko Autorki), owa modła wschodnia jest „niestety”, a „zachodnia” stety? Jak się tak przyjrzeć kulturom Wschodu (tym, które nie zostały spaczone przez komunizm), choćby Japonii, Korei Płd czy Tajwanu (jako jedynej, naprawdę niepodległej pozostałości Cesarstwa Chińskiego), to tak na dobrą sprawę są to kultury, pod wieloma względami, o wiele bardziej świadome otaczającego ich Świata (a nawet Wszechświata) niż Zachód. Zachód, który po „Nocy Średniowiecza” musiał się niejako zbierać do jakiego-takiego poziomu, a jedyną rzeczą, którą tak naprawdę osiągnął jest… system technologicznej dewastacji środowiska i społeczeństwo „konsumpcyjne”. Tak obiektywnie, wielkie osiągnięcia to to nie są. Owszem, Zachód też posiada wartościowy, własny, rdzenny DNA.. sęk w tym, że przez wieki, w obliczu realnego terroru ze strony panującej organizacji religijnej, ów DNA musiał zejść do tak głębokiego podziemia, iż stał się domeną elit, na poły skrywaną.

    Faktem też jest, że 2/3 terytorium pierwotnej Rzeczpospolitej, to ziemie leżące dość daleko na Wschód od Odry i Nysy. Wystarczy uzmysłowić sobie, że Lublin był kiedyś miastem w zachodniej połowie tego, wielkiego, wielonarodowego – jakbyśmy dziś powiedzieli – państwa.

    Odpowiedz

    1. Oczywiście, wnioski zależą od tego, jakie przyjmiemy założenia. Mój tekst jest eksperymentem: przyjęłam anglosaski punkt widzenia i sprawdziłam, co wyjdzie. A zatem Pana (i Pana Pawła) uwaga jest słuszna – pisząc swój tekst byłam tego całkowicie świadoma (proszę zerknąć na wstęp do artykułu). Co do wartościowania: w tym kontekście „Wschód” oznacza raczej mentalność rosyjską i jej podobne, które kształtowały się w rosyjskiej strefie wpływów. Polska tymczasem aspirowała zawsze do krajów Zachodu lub starała się być krajem o dwóch płucach, wschodnim i zachodnim. Tezą mojego tekstu jest to, że od czasów XIX wieku zachodnie płuco Polski działa bardzo słabo. Oczywiście, diagnoza może nam nie przeszkadzać i możemy podjąć decyzję, że wolimy być krajem typu wschodniego. Ale, moim zdaniem, nie powinniśmy tego robić.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz