VI. Pamiętnik z okresu dojrzewania Pilchem podszyty

Ostatnio na tak zwanej „młodej prawicy” pojawił się debiut literacki. Chodzi o „Boidudę” Jakuba Lubelskiego. Sporo już o niej napisano, sporo nachwalono. Czy to rzeczywiście literacki i pokoleniowy przełom?

Główny bohater to Jacek Daniel (od Jack Daniel’s?). Poznamy kilka epizodów z jego dzieciństwa i młodości. Jacek pochodzi z rodziny, która nie zaistniała. Wychowuje go samotnie matka. Ojciec pojawia się sporadycznie, głównie przysyła kartki (rozdział „Tata par avion”, kolaż owych pocztówek, to raczej osobne opowiadanie, całkiem udane, i mogłoby tak funkcjonować). Narrator prowadzi nas przez meandry swojego wnętrza. Dwa razy będzie w szpitalu, poznamy jego babcię, kolegów z podwórka i szkoły, Jerzego Pilcha i Jarosława Marka Rymkiewicza. Dowiemy się także, że domu Jacka bywali Venclova i rodzina Barańczaków.

Pomysł jest niezły. Po pióro sięga nowe pokolenie, powinno zatem podjąć narrację tam, gdzie pozostawili ją poprzednicy. Omówiony poprzednio Wildstein doprowadził ją mniej więcej do tego samego punktu (Adam Brok staje się dorosły i musi opowiedzieć się po jakiejś stronie), tym chętniej przyjrzymy się, co Adam/Jacek sam ma nam do powiedzenia. Właśnie na coś takiego czekałam.

Możliwości są nieograniczone, dają szansę na naprawdę dobrą książkę. Najpierw mamy dramat założycielski – jest jakiś ojciec, który potem znika. Nie wiemy dlaczego, ale czasy końca PRL w ogóle sprzyjają nietrwałości związków. Porzucona kobieta zapewne jakoś to przeżywa, co odbija się na jej stosunku do syna. Młody, wrażliwy chłopak jest zatem uwikłany w toksyczną relację z matką. Są jeszcze babcia i ciocia (typowa rodzina samotnych matek – złożona głównie z kobiet; „bezmęskość” tych rodzin jest symptomatyczna i daje spore pole do popisu). I jeszcze znajomi matki, bo ta na pewno prowadzi aktywne życie towarzyskie – oni też mogliby nam sporo powiedzieć. Chcielibyśmy czegoś więcej niż katalog sław. W dodatku Jacek dorasta w ciekawych czasach. Kończy się komuna, a zaczyna III RP. Rodzice aspirujący do inteligencji czytają „Wyborczą” i mówią Michnikiem. Wiemy, że tak jest u Jacka. Co dzieje się w głowie młodego człowieka, który żywi się „Wyborczą”? Czy miewa jakieś rozterki? Kiedy i jak z Wyborczej wyrasta? Jak dorasta do Ojców Kościoła, którzy nagle się w książce pojawią? Na temat tego wszystkiego dowiadujemy się bardzo niewiele albo zgoła nic. Ale oto nagle jesteśmy w liceum, gdzie toczymy boje o wolność słowa w gazetce szkolnej. A potem nagle w szpitalu i na kursie przedmałżeńskim. Chciałoby się tymczasem jakiejś ciągłości, żeby narracja chociaż na chwilę przykleiła się do rzeczy i nam je pokazała. Świat mojego pokolenia jest pokawałkowany, ale czy aż tak?

Wydaje się, że to debiut napisany zbyt szybko. Książka jest dość powierzchowna, niemal żaden z wątków nie został omówiony w sposób wystarczający. To tak, jakby ktoś pokazywał nam przypadkowe slajdy ze swojej młodości: tutaj bawię się na Plantach (jestem Turtlesem), tutaj gram na gitarze (patrz, zachował się mój list do nauczyciela, przeczytaj). Tutaj stoję na zdjęciu z Venclovą, bo nie chcę się chwalić, ale bywał u mamy, a tutaj miał być tata, tylko akurat wyszedł z kadru (za to takie przysłał mi pocztówki). Ja na kursie jazdy. Na tym slajdzie natomiast jesteśmy z Niną na kursie przedślubnym. A potem mama umarła. Tutaj się modlę. Jemy lody.

Książka jest skrajnie Jackocentryczna. Poza głównym bohaterem, który prowadzi bogate życie wewnętrzne, inni to na ogół postaci-wydmuszki. Wpadają do książki na chwilę, aby wygłosić kilka fraz i dać narratorowi powód do krótkiej refleksji. Mama Jacka na przykład, niby postać kluczowa. Powinna być kontrapunktem dla głównego bohatera. Nawet informacja z okładki każe nam zwrócić uwagę na to, co będzie się działo między nią a synem. To jednak tylko mama, taka, jaką oglądamy, kiedy jesteśmy w podstawówce i liceum; opiekunka, która kupuje zabawki lub miewa nieuzasadnione pretensje, której czasami władczo mówi się „nie”, nie zaś kobieta z krwi i kości o własnej, skomplikowanej historii. O jej wyborach nie dowiemy się niczego. Właśnie dlatego śmierć matki, która ma rozpoczynać nowy etap w życiu bohatera i wieńczyć jego dojrzewanie, nie do końca robi na nas wrażenie. Lubelskiemu nie udało się tutaj zbudować żadnego napięcia, a przecież to ma być przełom. Był Jacuś, powinien stać się Jacek. Ten ostatni jednak nie nadchodzi. Coś tu napisano zbyt szybko, czegoś nie przemyślano, autorowi chyba spieszyło się już do drukarni. Otrzymaliśmy sześć nierównych opowiadań, zbeletryzowany pamiętnik. A gdyby tak poczekać trochę, „donosić” tą książkę, bardziej ją zakorzenić, mogłoby być dużo lepiej.

Co ciekawe, doszedł mnie ostatnio głos, że „Boiduda” jest niezrozumiała dla osób o pokolenie starszych. Nie dziwię się. Mi również trudno było się wgryźć w tę opowieść czy utożsamić z bohaterem, chociaż łączy mnie z nim naprawdę sporo. Ta proza „puszcza oko” głównie do znajomych autora. Bardzo cieszę się jednak, że „Boiduda” powstała. Niech młodzi autorzy piszą jak najwięcej, na złość takim jak ja, których na powieść na razie nie stać. Moje pokolenie nie może literatury oddawać walkowerem. 

I jeszcze kilka słów o stylu. Rzuca się w oczy jego niejednorodność. Momentami świetny, kiedy indziej trąci Masłowską („Dresiarz dzisiaj cały czas nawijał, jak to był na robotach…”), Gombrowiczem („Chcę się pozbyć ślubności! Jak zrobić, żeby ślub był nieślubny, ale ludzie poczuli, że na ślubie byli!”), momentami zaś jest dość infantylny („pewnego dnia mama zaproponowała, że pieniądze, które miała wydać na opiekunkę, może wydać na zabawkę dla mnie, taką z Peweksu, drogą, jeśli tylko nauczę się zostawać już sam. Wybrałem jednego z żołnierzyków G.I. Joe!”). Sporo najlepszych pomysłów stylistycznych, zwłaszcza tych występujących w kontekście szpitalnym, ma swoich przodków w prozie Jerzego Pilcha. Te wszystkie apostrofy do języka, określanie osób nazwami zakładów polonistycznych, zawieszanie głosu. Widać, że Lubelski ma dobry słuch językowy, ma również dobre pomysły, niech jeszcze teraz zacznie nam je opowiadać własnymi słowami.

Pilch dzieli tutaj i rządzi. To on był natchnieniem dla autora. Kiedy w „Spisie cudzołożnic” opisuje wizytę u pewnej czytelniczki Kołakowskiego, w miłosnym spełnieniu przeszkadza mu Fatalny Aleksander, jej synek. Malec, zamiast spać, ma ochotę się bawić. Tą samą scenę, ale widzianą oczyma chłopczyka, bardzo zabawną, znajdziemy u Lubelskiego. W „Spisie…” Pilch rzuca na niego klątwę: „Życzę ci jak najlepiej, Aleksandrze […] choć obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, nie zostaniesz, gdy dorośniesz, pisarzem. Życzę ci dobrze, Aleksandrze, ale jeśli naprawdę pragniesz zostać pisarzem, obawiam się, że będziesz musiał więcej, znacznie więcej niż inni pracować nad sobą! […] Nawet jeśli ci się powiedzie, to i tak, Aleksandrze, nie zdobędziesz się nigdy na niezbędną dozę szczerości. Nigdy nie uczynisz w swoich utworach tego, co każdy obdarzony twoją biografią winien uczynić. W swoich bezbarwnych tekstach nie zdołasz, bo nie będziesz miał danych, zmitologizować swojego ojca. Nie będziesz dociekał, kim był twój tatuś; nie będziesz rozważał i opisywał, posługując się płynną retoryką, kolejnych jego wcieleń!”. Jakub Lubelski się stara i zapowiada, że będzie pisał dalej. Czekamy.

*

Zmarły niedawno Carlos Fuentes pisał, że kultura Ameryki Łacińskiej jest bękarcia, bo powstała z nieślubnych związków konkwistadorów i Indianek. Do metyskich dzieci ich ojcowie przyznawać się nie chcieli. Melanż kulturowy, jaki tam powstał, jest przez to specyficzny: surowa iberyjskość była jak nowy lakier, który położono na stare, prekolumbijskie podłoże i który przyjąć się po prostu nie mógł; do dzisiaj się łuszczy. Stąd i wieczne latynoskie poczucie niezakotwiczenia.

Kto wie, czy z podobnym problemem nie mamy teraz do czynienia w Polsce. „Boiduda” to kolejna po „Czasie niedokonanym” książka, która historię nowego pokolenia rozpoczyna od rozpadu (lub niezaistnienia) tradycyjnej rodziny. Dzieci z tych związków starają się mimo wszystko na nowo budować rzeczywistość. Wybory, których dokonują bohaterzy prawicowej prozy, są optymistyczne. Adam Brok wybierze polskość, Jacek Daniel – katolicyzm. Konieczność budowania na gruzach to problem, z którym po prostu musimy się zmierzyć.

CDN.

4 Comments

  1. Marto, nazwałaś niezwykle precyzyjnie moje wrażenia! Bardzo dobra recenzja. Dodatkowe wyrazy uznania za odwagę napisania krytycznego tekstu wobec kogoś kogo się zna i pewnie lubi. Myślę, że Kuba kiedyś naprawdę będzie wdzięczny za te słowa, na które wielu jego znajomych się nie zdobędzie.

    Odpowiedz

    1. Tak, bardzo Kubę lubię. Recenzja czekała trzy dni, zanim kliknęłam „opublikuj”. Ale starałam się być szczera wobec poprzedników, byłoby nie fair, gdybym Kubę traktowała inaczej. Dzięki za słowa wsparcia 🙂

      Odpowiedz

  2. Wydaje mi się, że kawałkowatość i niejednorodny styl akurat dobrze oddają specyfikę potoku myśli podczas samotnego spaceru pierwszego dnia reszty własnego życia. A tak poza tym to trochę racja: bo Jacek myśli dla siebie, ale Kuba napisał książkę dla czytelników. I myśli Jacka powinien przełożyć na język, który czytelnik zrozumie i zrozumie także, dlaczego np. wybory zostały podjęte tak a nie inaczej. Bo dla mnie katolicyzm Jacka wydaje się dość przypadkowy na ten przykład.

    Odpowiedz

    1. Tak, katolicyzm wypada tam jako dość przypadkowy. Charakterystyczne są też fragmenty dotyczące zerwania z Gazetą: brakowało mi autorytetu, więc się od tego środowiska odwróciłem. To lakoniczne i mało przekonujące. Chciałam też podkreślić, że nie mam problemu z tym, żeby książka była epizodyczna, ale to musi być jakoś uzasadnione pomysłem artystycznym. U Kuby nie do końca jest. Alicja Legutko-Dybowska pisze o braku literackiego filtra na niektórych fragmentach. To trafna uwaga.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz