Jadwiga (9. Alma Mater)

Nie chcę epatować próżnym sentymentalizmem, bo naprawdę nie o to chodzi. Nie chodzi też o tani uczelniany mistycyzm – ale przecież przecież każdy, kto studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, pamięta chyba chwilę, kiedy odbierał indeks krakowskiej wszechnicy. Mały, seledynowy prostokąt pulsował wiekami tradycji. Jeżeli nie poczuliśmy tego sami, natychmiast dawano nam to do zrozumienia. Śmiać z tego uczyliśmy się dopiero z czasem, początkowo jednak robiło to na nas wielkie wrażenie. Oto poszerzaliśmy grono sław, które kiedyś tu studiowały. Stawaliśmy się kolegami Kopernika, byliśmy gotowi wstrzymać Słońce.

fot. MK.

fot. MK.

Do miejsc, w których się uczyliśmy i gdzie nas ukształtowano, zawsze ma się specjalny stosunek – nie wstydzę się tego, bo tutaj po prostu nie ma się czego wstydzić. Szkołę niesie się w sobie już zawsze jako część własnego DNA. Musiano by dać nam w tej szkole mocno w skórę, abyśmy kiedykolwiek stali się obojętni na jej los. Ale przecież i wtedy nie zobojętniejemy do końca, nawet jeśli będziemy próbowali.

Zjeżdżaliśmy do Krakowa z całej Polski, tak jak robiło się to w średniowieczu – i jak dalej się tu zjeżdżają nieopierzeni nastolatkowie z odległych miast i wiosek. Uczelnia przyjmowała wszystkich: domorosłych prymusów z Mielca i Nawłoci, napuszonych absolwentów krakowskiego Nowodworka (wielu z nich nosiło z dumą na piersiach krzyże maltańskie) i zakompleksionych przybyszów ze Śląska – takich jak ja. Zawsze było ich tutaj pełno, także w średniowieczu (zapisywano ich wówczas zwykle do nacji polskiej i nikt nie protestował). Śląsk leży bowiem o rzut kamieniem od Krakowa. Dzisiaj dzięki autostradzie odległość między Katowicami i Krakowem skurczyła się jeszcze bardziej. Jest tak niewielka, że – gdyby nie koszta czy fatalny stan kolei – można nawet od biedy codziennie dojeżdżać stamtąd na zajęcia; przeskakiwać z pociętej blokowiskami aglomeracji do wymoszczonego krakowskiego kurnika, a potem wracać i patrzeć, jak gdzieś koło Trzebini Małopolska zaczyna się rozpuszczać, wzgórza topnieją, wydłużają się, pojawia się surowy, industrialny Górny Śląsk. Wyrasta nagle zza horyzontu monumentalną elektrociepłownią Jaworzno.

Dojeżdżającym zawsze współczułam, bo studia w Krakowie polegają głównie na przesiąkaniu jego dziwactwami. Zajęcia są tutaj sprawą zupełnie drugorzędną. Skądkolwiek przybywaliśmy, zaczynaliśmy zatem poznawać miasto (potem okazywało się dopiero, jak bardzo jest zapyziałe – ale wówczas wielu z nas kochało je już za bardzo, aby w ogóle się tym przejąć). Wrastaliśmy w nie, zapuszczaliśmy korzenie. Uczyliśmy się jego ścieżek, wspinaliśmy się na kopce i wapienne skały, poznawaliśmy zapachy sekretariatów i surowe spojrzenia ich pracownic. Wpajano nam uniżoność wobec profesorów (legendarną wręcz, zwłaszcza jeśli porównać status, którym cieszy się przeciętny profesor w Krakowie, z pozycją, jaką posiadają wykładowcy w innych miastach). Oswajaliśmy się z legendą.

[…]

Na Starym Mieście stoją nadal dwa pierwsze kolegia odnowionej uczelni, które zakupiono z legatu królowej Jadwigi: Collegium Maius i Collegium Iuridicum. Maius, utworzone jeszcze w 1400 roku, wcześniej było domem niejakiego Szymona Pęcherza. Prawdopodobnie zakupiono go jeszcze za życia Jadwigi, ponieważ królowa nie ustawała w staraniach odnowienia uniwersytetu i zawczasu starała się go zabezpieczyć materialnie. W średniowiecznych tekstach pojawiają się także właściciele  sąsiednich posesji, Żydzi Lelka i Szmul, którzy również mieli odsprzedać swoje nieruchomości przedstawicielom władców. Cały zespół stał się zalążkiem kwartału uniwersyteckiego pomiędzy ulicami Gołębią i świętej Anny (wtedy: Żydowską). To tutaj rozpoczęto wykłady na odnowionej uczelni.

Kiedy umierała Jadwiga, teren ten był ponoć słabo zabudowany – i dlatego go wybrano. Dzisiaj Collegium Maius, charakterystyczny, gotycki gmach z wykuszem od strony ulicy, mieści muzeum i reprezentacyjne sale Uniwersytetu. Chodzę tam czasami zobaczyć krużganki. Lubię zwłaszcza ich wapienne kolumny. Nie są oryginalne. Wstawił je tu bodaj Adolf Szyszko-Bohusz, który odnowił i przebudował połowę Krakowa. W zasadzie trudno znaleźć zabytek, którego by nie poddał swojej czułej i nadgorliwej konserwacji. Nowe kolumny Maius wyciosano z lokalnego surowca, jurajskiego wapienia, który ma się nijak do materiałów z importu – takich chociażby jak marmur, z którego wyrzeźbiono wawelską Jadwigę. Wapień jurajski w tej odmianie, którą wykorzystano w Collegium Maius, jest pełen krzemieni. Filary wyglądają zatem jak skażone […].

fot. MK.

[…]

W XV wieku tworzono także bursy dla studentów, aby nie musieli pomieszkiwać na mieście. W 1468 roku zakazano im wręcz szukania pokoi u krakowskich mieszczan. Odtąd mogli mieszkać jedynie w bursach, kolegiach lub przy szkołach parafialnych. Bursy mnożyły się zatem, zwłaszcza w okolicach kolegiów, gdzie prowadzono wykłady. Bursy Ubogich, Bogaczy, Węgierska i Niemiecka wznosiły się w okolicach ulicy Gołębiej. Już nie istnieją. Była też Bursa Filozofów, która znajdowała się tam, gdzie dzisiaj wznosi się XIX-wieczny rektorat UJ. Powstała około 1400 roku i miała stanowić dom dla przybyłych z Pragi profesorów. Tuż obok stała Bursa Jeruzalem, największa i najsłynniejsza, z własną biblioteką. Ufundował ją Zbigniew Oleśnicki, ponoć jako wotum za niezrealizowany ślub pielgrzymki do Jerozolimy – ale jej nie dokończył. Zrobił to Długosz, jego wychowanek i duchowy spadkobierca. To bardzo piękna historia, z gatunku tych archetypowych: kolejna odmiana nauczyciela, który zawiódł i czegoś nie dopełnił. Próbował zadośćuczynić, ale dopiero jego uczeń miał zrobić to za niego, i to z nawiązką.

Takie opowieści chwytają za serce – bo nasze życie składa się przecież z samych archetypów. Każdy dzień przynosi nową odmianę jakiejś historii, która jest znana od stuleci. Tak naprawdę nic nowego się nie wydarza; wszyscy jesteśmy aktorami i gramy znane role: Learów, Dedalów i Odysów; Zbigniewów i Janów. Wybory moralne, przed którymi stajemy, to nic innego jak próba nadania nam samym takiej lub innej interpretacji, skierowania się w stronę jednej lub drugiej znanej historii; pójścia tą lub inną drogą, lepszą lub gorszą, łatwiejszą lub trudniejszą, z bardziej lub mniej wzniosłym finałem. Bo wszystko zostało już opowiedziane, i to po wielekroć. Bo życie jest grą na historie. Tak właśnie literatura walczy o nas i dla nas. Daje nam dobre narracje, abyśmy ich używali zamiast złych. Właśnie po to istnieje. Historia wiernego ucznia to zaś jeden z najbardziej krzepiących archetypów.

[…]

*

Europejskie uniwersytety powstawały falami. Pierwsze uczelnie, które są w pełni godne tej nazwy, powstały w Bolonii (1088) i Paryżu (około 1100), potem w Oksfordzie (1167). Początkowo nie były liczne i stanowiły poligon doświadczalny. Od niemal tysiąca lat elity Europy kształcą się na uniwersytetach, gdzie otrzymują w miarę zestandaryzowaną edukację. Ale wtedy dopiero ustalano, jak taki standard miał wyglądać, wytyczano szlaki dla zachodniego intelektu. Łączono starożytną dyscyplinę myślenia z chrześcijańskim Objawieniem i całą ówczesną wiedzą.

Do końca XIII wieku powstało zaledwie kilkanaście uniwersytetów, które zaczęto organizować na dwa główne sposoby. Uczelnia działająca na modłę włoską (modus italicus, powstał w Bolonii i Padwie) skupiała się na kształceniu prawników. Była korporacją studentów, którzy wyłaniali spośród siebie rektora. Nie musiał tam istnieć wydział Artium, bo nauczanie sztuk wyzwolonych stało w szkołach katedralnych w Italii na stosunkowo wysokim poziomie. Można było zatem immatrykulować się na uniwersytecie bez tytułu mistrza sztuk i od razu rozpocząć dalsze studia – jeśli tylko posiadało się odpowiednie umiejętności w zakresie łaciny, dialektyki, retoryki i kilku innych jeszcze podstawowych nauk, które wchodziły w skład tak zwanych siedmiu sztuk wyzwolonych. Drugi sposób organizacji uczelni nosił nazwę paryskiego (modus parisiensis) – w nim dominowali mistrzowie, a na uczelni najważniejszy był wydział sztuk, który trzeba było skończyć, aby studiować pozostałe kierunki – prawo, medycynę i teologię. W ramach wydziału tworzono nacje i kolegia, w których studenci żyli i studiowali razem.

Druga fala organizacji uniwersytetów ruszyła w XIV wieku – i w tej fali był już Kraków (1364), zresztą jako jeden z pierwszych ośrodków w Europie Środkowej, bo doczekał się uniwersytetu tuż po Pradze (1347), ale przed Wiedniem (1365). Do 1500 roku Europa kilka razy pomnożyła ilość swoich uczelni. U schyłku średniowiecza było ich już około 70. Krakowska Alma mater zdążyła w tym czasie przedwcześnie się wypalić, a potem na nowo rozkwitnąć. W tym czasie wprowadzono tu model włoski i zrezygnowano z niego. Odnowiona uczelnia krakowska funkcjonowała już według wzorów z Paryża.

CDN.

[całość na papierze]

3 Comments

    1. Dziękuję za przypomnienie 🙂 Rzeczywiście, zapomniałam o Salamance! Na swoje usprawiedliwienie dodam (ale musiałam to sprawdzić), że 1130 to data założenia szkoły katedralnej, a zatem jeszcze nie uniwersytetu jako takiego. Studium generale powstało tam na bazie tej szkoły w 1218 roku. Ale nauczanie trwa nieprzerwanie od 1130, to prawda. Pozdrawiam serdecznie

      Odpowiedz

  1. jesli zajrzymy w przywileje krolewskie, salamanka otrzymala swoj w 1218 od alfonsa ix, szescdziesiat lat po nadaniu przez barbarosse przywileju bolonii. oksford krolewski przywilej dostal za henryka iii, w 1248. pierwszym przywilejem, w ktorym pada slowo uniwersytet, byly prawa nadane w 1254 przez alfonsa madrego uczelni w salamance uznane przez papieza aleksandra iv w 1255. rowniez pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz