Perspektywa przedszkolaka 

„Idzie nowe pokolenie, które nie ma od siebie nic do powiedzenia. Pokolenie, które nie ma biografii” – pisał Andrzej Kijowski na początku lat 60-tych. Bo rzeczywiście: debiutowali wówczas pisarze, którzy nie mieli za sobą ani porządnej aktywności wojennej, ani żadnych wspomnień z Dwudziestolecia. Byli wytworem smutnych czasów powojnia, nie potrafili – a może nie chcieli – znaleźć dla siebie tzw. wielkiej tematyki, więc zadowalali się namiastkami, które „wydłubywali” z własnych biografii. I to samo w przybliżeniu można chyba powiedzieć o autorach urodzonych pomiędzy 1980 i 1990 rokiem, rosnących w nijakim okresie transformacji; zbyt młodych, aby mocować się z historią – wspominać koniec PRLu czy brać udział w budowie nowego porządku. Oni sami wołają jednak co chwila: przecież mamy, mamy biografię, i to jaką! I na dowód tego piszą kolejne powieści pokoleniowe.Wilk_Znaki_m

Młodzi pisarze starają się zaznaczyć swoją obecność w literaturze – i to dobrze. Szukają czegoś, co odróżniłby ich od poprzednich roczników, a co byłoby bardziej namacalne niż ogólnik, który słyszą od dawna – że niemal na wszystko się spóźnili i że mogli tylko dyskontować przemiany dokonane przez kogoś innego. Przeglądają więc własną historię, aby pokazać momenty, które uczyniły ich wyjątkowymi. Było tak na przykład w „Boidudzie” Jakuba Lubelskiego, o której pisałam dwa lata temu. Teraz wpadły mi w ręce dwie kolejne powieści tego typu. Obie książki są zapisem doświadczenia pokoleniowego osób urodzonych w latach 1980-tych i wyszły spod pióra dwóch kobiet. Pierwszą są „Znaki szczególne” Pauliny Wilk, drugą – „Paląc trawę na rykowisku”, debiut Agnieszki Urbanowskiej.

Zacznijmy od „Znaków szczególnych”, bo o tej pozycji napisano sporo. To książka, która została chyba pomyślana jako produkt na uświetnienie 25-lecia wyborów czerwcowych – jak inaczej wyjaśnić bowiem, że tak słaba opowieść ukazała się nakładem prestiżowego Wydawnictwa Literackiego? Książka reklamowana jest jako „prywatny zapis dorastania w czasie demokratycznych przemian”, „osobisty i przejmujący”. Jak na reportażystkę przystało, Wilk rzeczywiście świetnie rejestruje szczegóły – opis dorastania pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków jest niezwykle drobiazgowy. Z tą drobiazgowością jest jednak pewien problem: poza litanią gadżetów charakterystycznych dla okresu transformacji, wspominaniem chińskich kalkulatorów na światło i długopisów ze złotą końcówką, jakie dostawało się na komunię, „gier-jajeczek”, które mieli wszyscy, czy trzepaków, z których się spadało; poza pobieżnym przywołaniem specyfiki ówczesnych stosunków sąsiedzkich, przywołaniem tych wszystkich przyszywanych cioć i wujków, jakich rzeczywiście miał każdy, nie znajdziemy w tej książce absolutnie nic. Nie da się bowiem z tego potoku wspomnień wydobyć nawet uncji prawdziwej literatury. Nie ma jej ani na poziomie stylu, ani na gruncie treści. Paulina Wilk trzyma się kurczowo swoich miałkich opisów i nigdy nie robi kroku w kierunku jakiegoś ich przetrawienia czy zrozumienia. Nie stara się wymościć dla siebie miejsca w zbiorowej wyobraźni; jest detaliczna i boleśnie wręcz naskórkowa.

Powtarzane jak mantra zaklęcia o indywidualizmie pokolenia urodzonego w okolicach roku 1980 nie znajdują najmniejszego potwierdzenia w samym tekście: autorka posługuje się ciągle podmiotem zbiorowym („my”) i boi się jak ognia jakichkolwiek własnych przemyśleń na temat rzeczywistości. W ostateczności w celu uporządkowania zjawisk posługuje się gazetowymi sloganami, tak powierzchownymi, że trudno uwierzyć, że autorką tekstu jest osoba 34-letnia.

Transformacja to zatem przejście od biedy do względnego bogactwa. Europa jest światem dobrobytu, a cel Polaków rysuje się jasno: dogonić Zachód pod względem gospodarczym i mentalnym. „Opóźnieni, zapóźnieni, zacofani, zaściankowi – tak o sobie myśleliśmy. Tak myślano o nas – notuje w książce Wilk, opisując wczesne lata 1990. –  Nie wiem, czy jest inna dziedzina, w której równie jednomyślnie i intensywnie pracowaliśmy nad przemianą”. A potem, w kontekście wyjazdów do Egiptu odbywanych w latach 2000. autorka „Znaków szczególnych” odnotowuje z ulgą: „za płotem bieda, tym razem nie nasza”.

Także na gruncie polskim niemal wszystko zmieniło się na lepsze. Społeczeństwo wprawdzie się zatomizowało, niektórym się nie powiodło – ale ostatecznie czyż nie jest tak i na Zachodzie? Poza tym, jak pisze Wilk, „Zaczarowany ołówek nie był nam już potrzebny – tonęliśmy w oceanie przedmiotów i możliwości”. I zapewnia: „za sprawą osłabienia Unii poprawiło się […] nasze samopoczucie. Na tle zapadającej się Europy utrzymaliśmy niezłą formę. Młoda gospodarka długo opierała się wirusowi kryzysu […]. Rozwojowe opóźnienie połączone z dalekowzrocznością twórców ustaw z początku transformacji tym razem zapewniły nam przewagę”. To przecież opinie jak z jakiegoś satyrycznego profilu na Facebooku, chociażby z „Młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków”. Tylko że tutaj zostały napisane na serio.

Nawet kiedy autorka „Znaków szczególnych” opowiada o czymś, co zdarzyło jej się całkiem niedawno, już jako osobie dorosłej, nie wyzbywa się tonu małej dziewczynki, zafascynowanej nowoczesnością. Kiedy opisuje, czym jest smartfon i wirtualne pieniądze, robi to dokładnie tak samo, jak wcześniej relacjonowała dziecięce zabawy na torowisku. Jej zdania nadal brzmią jakby były żywcem wyjęte z elementarza dla klasy pierwszej.

Nigdy nie miałam ambicji napisania powieści pokoleniowej, nie jestem również krytykiem literackim, proszę zatem potraktować moje refleksje jako uwagi stojącego z boku dyletanta. Wydaje mi się jednak, że książka tego rodzaju powinna zakorzeniać partykularne doświadczenia autora (a zatem i jego rówieśników) w zbiorowej wyobraźni odbiorców literatury pisanej w danym języku. Wspominanie „Zaczarowanego ołówka” czy „Kapitana Hawka” to zatem zdecydowanie za mało, bo takie doświadczenia są błahe, w dodatku całkowicie partykularne. One nikogo nie interesują, nawet mnie, chociaż – muszę przyznać – oglądałam te same kreskówki. W prozie pokoleniowej chodzi raczej o wplatanie własnego wątku w szerszy plan; wplatanie na tyle odważne i głębokie, aby już tam na zawsze pozostał, wzbogacając odbiór całej literatury.

„Znaki szczególne” są książką tak płytką, że o wplataniu czegokolwiek w cokolwiek po prostu nie może być mowy. Jest to modelowy wręcz przykład „perspektywy przedszkolaka”, która pojawia się coraz częściej w literaturze pisanej ostatnio w naszym kraju. Chodzi mi o programowe opisywanie rzeczywistości z pozycji osoby młodej, niedoświadczonej czy niewykształconej. Chwyt ten daje pewne możliwości literackie; przede wszystkim umożliwia pokazanie rozwoju bohatera lub zaprezentowanie jego naiwnego, ale niezwykłego doświadczenia (o ile rzeczywiście jest ono niezwykłe – tą drogą próbował iść Ignacy Karpowicz w wydanej ostatnio „Sońce”, powieści płynącej na fali mody na regionalne tożsamości).

Możliwości związane z przyjęciem „perspektywy przedszkolaka” rzadko są jednak wykorzystywane przez współczesnych autorów; najczęściej jest ona po prostu pójściem na łatwiznę, listkiem figowym, który ukrywać ma miałkość przemyśleń pisarza. Zwykle widać ją jednak doskonale. Powiedzmy sobie szczerze: punkt widzenia przedszkolaków i uczniów szkoły podstawowej po prostu nie jest doniosły cywilizacyjnie. Nie jest taki również płaski opis własnej adolescencji. „Znaki szczególne” to książka fatalna, portret pokolenia zupełnie miałkiego i nieciekawego. Czy naprawdę jest z nim aż tak źle?

CDN.

6 Comments

  1. Zobaczyłem okładkę, pomyślałem – muszę kupić, przeczytać, odnieść się jakoś. Dwie, trzy recenzje, w tym Twoja – i zrezygnowałem. Zajrzałem do reportaży Pauliny Wilk publikowanych w prasie, mają dokładnie te same wady, które opisujesz. Przede wszystkim: ogólnikowość zamieniająca się w banał. Po lekturze Twojej recenzji skojarzyłem – tak! To jest język szkolnych czytanek! Zauważalne to było np. w jej eseju o miastach przeszłości, który jako żywo przypominał „czytankę o świecie za 100 lat”, którą onegdaj (jakieś 25 lat temu) się fascynowałem.

    Opowieści pokoleniowe mogą bronić się – jak mi się wydaje – na dwa sposoby. Raz: kiedy odwołują się do rzeczywistego, silnego doświadczenia związującego generację z procesami wielkiej historii politycznej lub społecznej. To są opowieści rekonstruujące doświadczenie już zaistniałe, przeżyte. Drugi sposób: gdy generacja ma wspólne doświadczenie, ale – mimo upływu lat – doświadczenie mało ukonstytuowane symbolicznie. Jakiś zespół przeczuć, wrażeń, poczucie wspólnoty silne pomimo niewiedzy, skąd ta wspólnota i po co. Takie opowieści mogą USTANOWIĆ symboliczne pole pokolenia, nadać mu widzialny kształt, nazwać coś, co przeczuwane, domyśleć to, co niedopracowane intelektualne, wywołać z niebytu. W skrajnych przypadkach – nawet ex post wytworzyć pokolenie (to już wyższa szkoła!). Pierwszego warunku historia Wilk spełnić nie może, co trafnie wykazujesz. Na drugi: nie ma mocy, języka.

    Jeszcze jeden wymiar problemu z opowieściami pokoleniowymi dotyczącymi osób w naszych wieku: czy te historie są komuś potrzebne? Czy ktoś na nie czeka? A jeśli tak – to po co by nam były?

    Odpowiedz

    1. Ta książka jest arcyfatalna 🙂 Twoje uwagi dot. powieści pokoleniowej bardzo ciekawe, a pytania istotne. Wydaje mi się, że prawdziwe dzieło pokoleniowe rzadko jest pisane jako takie. Staje się pokoleniowe, bo rówieśnicy uznają je za swoje. A czy powieści pokoleniowe są mi do czegoś potrzebne (w sensie: co ja bym odpowiedziała na Twoje pytanie)? Te, które przeczytałam, nie są. Mam wrażenie, że każda z nich powstała głównie dla zaspokojenia jakiejś potrzeby samego autora.

      Odpowiedz

    2. Bardzo sugestywnie oddał Pan tą drugą kategorię: „[..] Jakiś zespół przeczuć, wrażeń, poczucie wspólnoty silne pomimo niewiedzy, skąd ta wspólnota i po co. Takie opowieści mogą USTANOWIĆ symboliczne pole pokolenia, [..]”
      Sławomir Nachacz „osiemdziesiąt cztery” pasuje mi do tego jak ulał. Pozwoliła mi – oprócz przyjemności czytania – także na nowe spojrzenie na to pokolenie.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz