Smoleńsk na letnio

[kontynuacja poprzedniego wpisu]

W „Paląc trawę na rykowisku” Agnieszki Urbanowskiej nie ma mowy o perspektywie przedszkolaka czy wystudiowanej naiwności. Wprost przeciwnie, tutaj narratorką jest studentka (powiedziałabym raczej: doktorantka, chociaż bohaterka powieści stawia dopiero pierwsze kroki na studiach), która na każdym kroku podkreśla swoją humanistyczną erudycję.

Palac-trawe-na-rykowisku_Agnieszka-Urbanowska,images_product,3,978-83-7386-535-8Książka to historia młodej kobiety z dobrego (pod)krakowskiego domu, która przeżywa okres buntu (związek z biseksualistą), aby następnie pojednać się ze wspólnotą narodową pod wpływem katastrofy smoleńskiej. Streszczenie brzmi strasznie kiczowato, przyznaję, ale książka jest lepsza niż wskazywałby na to zarys jej fabuły. Moje resumé jest po prostu bardziej adekwatne niż to z okładki – informujące, że czeka nas lektura historii perwersyjnego romansu studentki i wykładowcy i że będzie mowa o „przewrotnie pokazanej relacji, w której nie wiadomo, kto jest mistrzem, a kto uczniem, kto twórcą, a kto muzą”. Nie ma bowiem wątpliwości, że to Gaja – a zatem główna bohaterka – odgrywa tutaj rolę dominującą, a głównym wątkiem są jej apostazja i następujące po katastrofie patriotyczne nawrócenie. Dziwna relacja z nauczycielem akademickim jest dla nich jedynie odpowiednio nowoczesnym tłem, mającym, jak przypuszczam, nadać historii mocy świadectwa: oto smoleńskie uniesienia mogą przydarzyć się nawet zdystansowanym ironistom, osobom bezpruderyjnym, które okazjonalnie popalają trawkę.

To zatem Gaja zastawia zasadzki i zdobywa upatrzonego mężczyznę, ponieważ pociąga ją jego uroda. Nad swoim partnerem dominuje intelektualnie i charakterologicznie, matkuje mu; ba, matkuje niemal wszystkim wokół, na przykład starszej siostrze, a wcześniej koledze z liceum, w którym jest zakochana. Bohaterka Urbanowskiej jest bowiem jedną z tych silnych kobiet, z którymi można się wprawdzie „zakumplować”, dla których trudno jednak stracić głowę – co potwierdza zresztą historia jej miłości. Dzieje podobnych bohaterek pojawiają się w literaturze i bywa, że stają się materiałem na wielkie dzieło – pierwszym przykładem, który przychodzi mi do głowy, jest „Villette”, zdecydowanie niedoceniona powieść Charlotte Brontë. Tej ostatniej udało się jednak uchwycić istotę tragizmu, która tkwi w takim modelu kobiecości – bo przecież brakuje w nim miękkości, jest w nim coś boleśnie niekobiecego, z czym Lucy Snowe, główna bohaterka „Villette”, zmaga się, patrząc bezsilnie, jak ten, w którym jest zakochana, kocha inną; i wiedząc, że jest to nieuniknione. Jednocześnie pod wpływem drugiego mężczyzny Lucy rozwija się intelektualnie, dorasta. Gaja, bohaterka Urbanowskiej, tego nie robi, ponieważ od początku jest całkowicie uformowana. To prymus, który panicznie boi się przyłapania na niewiedzy czy niezaradności. Jest w tym jeszcze coś ze szczeniackiej pokazówki, brakuje natomiast nerwu, który naprawdę chwyciłby za gardło.

Przemiana Gai będzie dotyczyła jedynie stosunku do wspólnoty. Mam jednak pewne wątpliwości co do spójności owej przemiany. Narratorka wspomina bowiem swoje przeżycia po śmierci papieża-Polaka. I wtedy łączyła się ze wspólnotą, uczestniczyła w marszach, chociaż, jak relacjonuje, nastrój podniosłości szybko przeminął, ona zaś powróciła do pozy chłodnej ironistki. Smoleńsk, jak się okazuje, ma dużo większą moc przemiany serc. Gaja powraca na łono wspólnoty narodowej, pozostając nadal w luźnym związku z katolicyzmem. W kościele, jak zapewnia, nadal staje z tyłu, chociaż w ostatnich zdaniach powieści zarysowana zostaje jakaś perspektywa zmiany. Jest to jednak  zaznaczone zbyt słabo, zbyt lakonicznie; także winy, które Gaja rzekomo ma do odpokutowania, w kontekście lekkiego, „klubowego” wręcz tonu powieści nie są przecież zasygnalizowane szczególnie przekonująco. Zakończenie – literacko – jest na wyrost. To słaba koda dla zbyt letniej całości.

Także patriotyczny zwrot Gai jest obciążony charakterystyczną schematycznością. Nie do końca rozumiem, dlaczego jedne wspólnotowe uniesienia miałyby być mniej prawdziwe i trwałe od innych – i dlaczego akurat patriotyczne przeważają nad religijnymi. Dlaczego wreszcie tak zdystansowana bohaterka – bo o tym racjonalistycznym dystansie ciągle nam się przypomina – traci go właśnie w tym kontekście?

Myślę, że jest to niespójność dość symptomatyczna. Odpowiedź, jaką nam się sufluje – że siła rażenia Smoleńska jest tak wielka, bo chodzi o dawną miłość Gai, która zginęła w katastrofie – nie jest do końca przekonująca. Czy bowiem jej ukochany nie był zaangażowany także w sprawy okołopapieskie? Czy to nie pod jego wpływem chodziła kiedyś w białych marszach? Gdyby zatem to jego postać miała być katalizatorem przemiany, nawrócenie Gai miałoby pewnie wielowymiarowy charakter.

Pozostawiam na boku dyskusję na temat tego, czy model Polaka-katolika jest jedynym możliwym. Bez wątpienia u Urbanowskiej to on jest punktem odniesienia, spójrzmy zatem na przemianę jej bohaterki właśnie z tej perspektywy. Widać wyraźnie, że w „Paląc trawę…” pojawia się pewien – nieświadomy może – nawyk myślowy. Historia zdradza pokrewieństwo z emocjami tzw. prawicy smoleńskiej. Zgodnie z obowiązującą tam narracją, tragedia, która wydarzyła się w Smoleńsku, staje się mitem spajającym naszą wspólnotę, skłaniającym ludzi do radykalnych decyzji osobistych i moralnych. To właśnie Smoleńsk staje się miejscem krystalizacji nowoczesnej polskości. Katastrofa jest kolejnym ogniwem wielkiej dziejowej hekatomby; ogniwem współczesnym i dla nas, żyjących, najważniejszym. W kontekście Smoleńska dawna poezja staje się znowu wiążąca (czy zatem wcześniej nie była?). Polskość jest zaś wspólnotą żałobną, skupioną na upamiętnianiu tych, którzy zginęli. Kościół może się do tej narracji dołączyć, ale nie on pozostaje jej dominantą. To nie jest nic nowego; podobne przesunięcie akcentów, choć w innym przebraniu, widać przecież u Jarosława Marka Rymkiewicza czy Wojciecha Wencla. Dokładnie tak rzeczy mają się w książce Urbanowskiej. Zmienia się jedynie decorum.

Zgadzam się, że po katastrofie w Polsce pojawiło się wiele zjawisk, które w sposób zupełnie naturalny skłaniają do opowiedzenia się po stronie wspólnoty smoleńskiej. Czy nie poniżano wdów i ludzi spod krzyża? Czy nie niszczono karier? Czy nie zamazywano faktów, nie wyrzekano się politycznej podmiotowości, nie rozmywano odpowiedzialności? Chcę tutaj bardzo wyraźnie podkreślić: w sprawie Smoleńska jestem całkowicie po stronie tych, którzy chcą wyjaśnić, co się tam stało i oddać cześć tym, którzy zginęli. Wydarzenia z kwietnia 2010 roku to jedna z absolutnie najważniejszych spraw, które mamy do załatwienia.

Czy jednak Smoleńsk może stanowić punkt wyjścia do nowej narracji na temat nas samych? Mam poważne wątpliwości, czy katastrofa rzeczywiście posiada moc, jaką jej się przypisuje i – co ważniejsze – czy rzeczywiście powinna stawać się dla nas wydarzeniem tożsamościowym, a tak przecież jest przedstawiana w książce. Nigdy nie zgodzę się, aby nowoczesną polskość konstruować właśnie na katastrofie smoleńskiej i na symbolicznych sensach, które się tam nadbudowują; nie zgodzę się, aby Smoleńsk podnosić do rangi czegoś, wokół czego powinna się krystalizować nasza wspólnota i tego, co ją katalizuje. Czy przypadkiem nie czynimy krzywdy polskości, sprowadzając ją jedynie do sprawy upamiętniania i żałoby? Przecież Polska to dużo, dużo więcej, a budowanie na Smoleńsku to budowanie na słabości.

Te wszystkie wątpliwości, wychodzące przecież daleko poza debiut Agnieszki Urbanowskiej, to jednak dywagacje na marginesie, które nie przesłaniają mi faktu, że, gdyby na przykład porównać jej książkę do, dajmy na to, „My zdzies’ emigranty” Manueli Gretkowskiej, która to powieść bywała uznawana za pozycję pokoleniową roczników 1960-tych (o „Znakach szczególnych”, czyli rzekomym manifeście mojego pokolenia nawet nie wspominając), to „Paląc trawę na rykowisku” jest literaturą zdecydowanie lepszą. W przeciwieństwie do rozszczebiotanej prozy Gretkowskiej, pełnej humanistycznych pseudo-dylematów, lub czyniącej trywialne spostrzeżenia Wilk, Urbanowska stara się mierzyć z prawdziwymi problemami i odpowiadać na poważne pytania. Cóż, zwykle robi to zbyt pobieżnie, ale pewnie takie jest prawo debiutanta. Są jednak w książce momenty bardzo dobre, na przykład wyznanie miłosne przeplatane fragmentami akademii patriotycznej; mieszanina, która znakomicie stapia ze sobą akcenty kiczu i szczeniackiego sentymentalizmu, aby z obu wydobyć blask czegoś prawdziwego. Autorka panuje nad tym, co chce opowiedzieć czytelnikowi; nie epatuje sobą, nie daje się ponieść własnemu ego. Ma dobre pióro. To już dużo. Myślę, że Agnieszka Urbanowska jeszcze nie raz pozytywnie nas zaskoczy.

Paulina Wilk, Znaki szczególne, Kraków 2014.
Agnieszka Urbanowska, Paląc trawę na rykowisku, Warszawa 2014.

2 Comments

  1. „Także patriotyczny zwrot Gai jest obciążony charakterystyczną schematycznością. Nie do końca rozumiem, dlaczego jedne wspólnotowe uniesienia miałyby być mniej prawdziwe i trwałe od innych – i dlaczego akurat patriotyczne przeważają nad religijnymi” – kapitalny problem. Czy nie jest tak, że uniesienie religijne, mimo w chrześcijaństwie nieuchronnie wspólnotowego charakteru, kierują jednak ku doświadczeniu wewnętrznemu (w końcu w katolicyzmie, w przeciwieństwie do protestantyzmu, kładzie się jednak nacisk na intymny wymiar zmagań z grzechem)? Zaś patriotyzm jest chyba wybitnie wspólnotowy, ergo: trudno sobie wyobrazić przeżywanie w sobie własnego patriotyzmu w refleksji prowadzonej na kanapie. Poza tym patriotyzm wiąże z tym, co namacalne i pragmatyczne (w polityce, wspólnocie, walce, pracy), a widzialne, konkretne, pragmatyczne wygrywa łatwiej, angażuje mocniej.

    „Polskość jest zaś wspólnotą żałobną, skupioną na upamiętnianiu tych, którzy zginęli. Kościół może się do tej narracji dołączyć, ale nie on pozostaje jej dominantą. To nie jest nic nowego; podobne przesunięcie akcentów, choć w innym przebraniu, widać przecież u Jarosława Marka Rymkiewicza czy Wojciecha Wencla. Dokładnie tak rzeczy mają się w książce Urbanowskiej. Zmienia się jedynie decorum” – rzeczywiście czasem (czytając stosowną publicystykę lub słuchając kazań) mam wrażenie, że głównym miernikiem religijności winniśmy uczynić stosunek do Polski (a ściślej do konkretnej, wskazanej przez Ciebie, opcji myślenia o państwie), jakby to było kluczową sprawą w wierze.

    W Twojej relacji z książki AU zaskoczyło mnie natomiast to, że bohaterka niejako „nawraca się” na wspólnotowość po katastrofie smoleńskiej – wydaje mi się, że to raczej śmierć Jana Pawła II wywołała ruch zmiany, zaś wspólnota posmoleńska składała się z tych, którzy już i tak mieli poglądy mieszczące się w tym, co obecnie nazywamy prawicą smoleńską. Taki przynajmniej obraz wyłaniał się z relacji dziennikarskich. Jak było w istocie – pewnie trudno stwierdzić.

    Odpowiedz

    1. W recenzji jest wiele spraw, które musiałam pominąć. Twoje spostrzeżenia są, oczywiście, słuszne. Przede wszystkim wydaje mi się, że w modelu Polaka-katolika to katolicyzm powinien być pierwotny wobec patriotyzmu (niekoniecznie czasowo, ale w hierarchii), tj. najpierw jesteśmy katolikami, aby następnie odkryć swoje zakorzenienie w danej wspólnocie narodowej i wynikające z tego zobowiązania. W przeciwnym razie patriotyzm nam się wypaczy, stanie się partykularny i cierpiętniczy – i wielokrotnie się wypaczał, przez co mówiono czasem o „polonizmie” (przez analogię np. z buddyzmem, tj. specyficzna religia polskości). Polonizm jest sporym duchowym zagrożeniem – i z punktu widzenia chrześcijaństwa, i polskości. Jeśli chodzi o poczucie winy w polskości i literaturze polskiej, to właśnie się nad tym zastanawiam, bo będę pisała na pokrewny temat (więc może i na bloga coś wrzucę). Bez wątpienia polska literatura ma kłopot z indywidualistycznym poczuciem winy, brakuje go w niej, jest natomiast zbyt wiele poczucia winy społecznej. To jest pewna lekcja do odrobienia. Tak mi się wydaje.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz