Fragment #1 (Warszawa)

Siedziałam zwrócona plecami do trasy W-Z, która tuż za mną wypadała spod ziemi i biegła w stronę Wisły. W ten sposób, opierając się o balustradę, mogłam widzieć niemal wszystko: fasady kamienic u wylotu Krakowskiego Przedmieścia, kolumnę Zygmunta, fragment murów otaczających Starówkę, pierzeję budynków przy Placu Zamkowym, wreszcie, jeśli odwróciłam głowę, sam zamek. Chłonęłam ten widok, zwłaszcza spiętrzenie kamieniczek przy Placu z charakterystyczną, łamaną linią dachów, zza której wyłaniał się szczyt archikatedry. Wygląda to jak sterta pudełek rzuconych w jedno miejsce bez ładu i składu. Nieporadność architektoniczna warszawskiej Starówki zawsze mnie rozczulała. Kolory były soczyste, dachówki – odpowiednio rdzawe, a fasady – kolorowe, bo pogoda była piękna i słońce pozwalało nie dostrzegać brudu. Tak wyglądała Warszawa, której doświadczałam po raz pierwszy.

Fot. Guillaume Speurt.

Fot. Guillaume Speurt.

Właśnie dostałam się na tutejszy uniwersytet. Rozpierała mnie duma. Mogłam wybierać pomiędzy Krakowem i Warszawą – w przypadku tej ostatniej było to zwieńczenie wielkiego młodzieńczego uczucia. Otwierały się różne perspektywy. Rodzice od pewnego czasu zbierali informacje o obydwóch miastach. Było już jasne, że – jak zapewniały znajome, te wszystkie ciotki starej daty, które wiedzą wszystko na każdy temat – w Warszawie poznam wpływowych ludzi i zrobię być może jakąś karierę, większą czy mniejszą, bo wiele tam instytucji, przy których można się „zahaczyć”. Było też wiadomo, że w Krakowie poznam smak studiowania i klimat starego uniwersyteckiego ośrodka, który w stolicy dawno się zatracił – czy też może raczej w ogóle się nie wytworzył, bo stołeczne uniwersytety zawsze muszą zmagać się z miastem, w jakim się znajdują; tam się nie studiuje, tam się odpowiada na zapotrzebowanie historii, administracji i licznych centralnych instytucji.

To, co właściwie zamierzałam studiować, było zupełnie drugorzędne i tym nikt nigdy nie zawracał sobie głowy. Chodziło o dyplom […] i o to, żeby kierunek był odpowiednio oblegany. Im bardziej, tym lepiej; tym bardziej się podziwiało studenta w jego rodzinnych stronach. Z takim dyplomem wszystko potem miało się już  ułożyć. Stąd wziął się późniejszy wysyp filozofów, socjologów i politologów czy nadprodukcja doktorantów. Każdy lokalny prymus ma przecież plan awaryjny – karierę akademicką.

Przekonanie o kluczowej roli studiów w życiu człowieka było także moim posagiem. Niosłam je ze sobą na liczne egzaminy wstępne – bo sztuka godnego opuszczania domu rodzinnego wymagała również tego, żeby dostać się na wiele kierunków w różnych miejscach i następnie dopiero podejmować decyzje, żeby się potem rodzice mieli czym chwalić krewnym i współpracownikom.

Była to, mówiąc krótko, odwieczna historia prowincjusza wysyłanego na studia do wielkiego miasta: hodowanego mniej lub bardziej troskliwie dla chwili, kiedy będzie mógł podjąć naukę z dala od domu, najlepiej w jednym ze sławnych ośrodków akademickich.

Prowincjusze tego typu w szkołach średnich odliczają minuty do upragnionej chwili wyjazdu – bo to są ich właściwe narodziny, wypełnienie obowiązku pochodzenia z rodziny, w której niemal wszyscy coś studiowali i upatrywali w wykształceniu gwarancji na przyszłość. Kiedy byłam dzieckiem, nigdy nie opowiadano mi historii z liceów (cóż ciekawego jest w prowincjonalnych liceach?); opowiadano mi anegdoty z akademików i sal wykładowych. Było jasne, że tylko na wyższej uczelni przeżywa się przygody i tylko tam w pełni poznaje siebie. Z takim przekonaniem wysyłała w świat swoje dzieci inteligencja końca XX wieku, wygłodniała dodatkowo po okresie PRL, ukołysana realiami sprzed transformacji, lecz spragniona sukcesów. Wyposzczeni rodzice, chcący wyposażyć swoje dzieci w to, czego sami nie mieli, żeby nareszcie podbiły świat.

Od kiedy nauczyłam się chodzić było jasne, że kiedyś wyjadę na studia i że będzie to Kraków. […] Warszawa pojawiła się później jako olśnienie. Wydawało się, że przeważy, bo uczucia nastolatków są świeże i obsesyjne. Obiekt miłości pochłania się całym sobą, bezrefleksyjnie, łapczywie, a więc i dramaty są większe, i zawiedzione uczucia bolą dużo dotkliwiej. Miłość nastolatka parzy, chociaż to zimny płomień, bo brakuje w nim ciepła. Później już się tak nie kocha lub robi się to wyjątkowo. Wcześniej jednak, w tym krótkim prześwicie, jakim jest dojrzewanie, wszystko jest jedynie tak, tak – nie, nie; obsesja na plus, obsesja na minus. Kocham – nienawidzę. Podziwiam – gardzę. I Warszawę właśnie kochałam całym sercem, namiętnie. […]

Ile razy potem – po latach – przyjeżdżałam do Warszawy, szukałam w sobie dawnego żaru, ale przykrył go już popiół późniejszych doświadczeń. Miasto tkwiło jednak jak drzazga w moim sercu, pozostało dla mnie wielkim, niezrealizowanym uczuciem. Ale wówczas, w ciepły dzień lipcowy na przełomie tysiącleci, wszystko jeszcze było świeże i stolica nigdy wcześniej nie wydawała mi się tak szlachetna i pociągająca jak wtedy, w chwili tuż przed rozstaniem. Bo rozstanie było nieuniknione. Chciałam studiować, a nie robić karierę w strukturach centralnych – i tego akurat wyboru nigdy nie żałowałam. Wtedy wierzyłam, że tych dwóch rzeczy nie da się pogodzić; nadal zresztą nie jestem pewna, czy to możliwe – więc musiało paść Kraków. […] Przyjechałam na Krakowskie Przedmieście jedynie po wyniki.

[…]

4 Comments

  1. Warszawa jako olsnienie, nigdy bym na to nie wpadla. Na kims, kto pozbyl sie jej z wlasnej woli – i nigdy nie zalowal – taka deklaracja robi wrazenie. To mile, jednak. Ze mozna nie zauwazac oczywistej brzydoty miasta, braku proporcji, braku centrum. I tego, ze jest malo wygodne, jakby celowo nieergonomicznie zaplanowane. Smutne, poszarzale. Poprzecinane na wyrywki przypadkowo, nachalna nowobogacka architektura, powtykana gdzie popadnie. Wiec jednak, mimo wszystko, to mile, Marto, ze ta nieporadnosc Cie rozczula, bo mnie tez, tyle ze z zupelnie innego powodu. Bylo kiedys moje i Twoj piekny opis cieszy, dosyc dla mnie niespodziewanie.

    Odpowiedz

    1. Warszawa jako olśnienie – to tylko jedna z możliwości postrzegania tego miasta. Cieszę się, że mogłam je takim widzieć. Potem oczywiście dostrzegłam też brud, bałaganiarstwo i brak gustu, ale przede wszystkim zrazili mnie ludzie, którzy przyjeżdżają tam zrobić karierę i zadeptują wszystko. Często nie wiedzą nawet, po czym depczą. Dlatego mieszkam w Krakowie 🙂 Serdeczne pozdrowienia

      Odpowiedz

  2. Zaczynam dopiero teraz czytać Twoje Fragmenty. Marzy mi się także taka właśnie archeologia moje własnej tożsamości, ale boję się ruszać temat, by nie wypuścić z siebie i tak już zbyt silnego dżina melancholii.

    Odpowiedz

  3. Rzeczywiście istnieje spore ryzyko wypuszczenia się za bardzo i wyłożenia na stół zbyt dużej ilości bebechów – a flaczki muszą być wyselekcjonowane, odpowiednio przyprawione i podane, żeby dało się je przełknąć… To podejście do zbioru opowiadań. Zobaczymy, czy wyjdzie z nich strawna całość. Mam nadzieję, że kiedyś napiszesz własną archeologię, porównamy, komu adolescencja w IV LO bardziej na starcie „zryła psychę”… 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz