Jak zepsuć Szekspira (na przykładzie Jana Klaty)

„Król Lear” to dramat dotyczący relacji człowieka i jego królewskiego tytułu. To – mówiąc prościej – sztuka o osobie, która tak bardzo uwierzyła w zajmowane przez siebie stanowisko i otaczający ją system zależności, że świat interpretuje jedynie przez pryzmat swojej godności. Tak, Lear jest łasy na pozory, utożsamił się ze swoją pozycją, stracił dla niej zupełnie głowę i nie jest już w stanie rozpoznać, gdzie leży prawda. Dlatego osądza niesprawiedliwie. Tak zaczyna się tragedia.

Ale przecież, podejmując decyzję o podziale władzy, Lear naraża się na katastrofę. Bo dzieło Szekspira to również historia podwładnych – córek, książąt i hrabiów, którzy doskonale zorientowali się w królewskiej mentalności i grają w grę pozorów lepiej od władcy. Wiedzą, że wystarczy pochlebstwo i autoreklama, aby owinąć go sobie wokół palca. Potem jednak, przejąwszy rządy, spróbują go zniszczyć. I zrobią to – ponieważ Lear nie jest jednak tożsamy ze swoją koroną. 

lear zoom

„Król Lear” to także dzieło o tych, którzy wiedzą, że istnieją rzeczy ważniejsze niż porządek zaszczytów i władzy – i którzy wolą przegrać zupełnie niż wejść w koleiny dworskich rytuałów. Zwykle przegrywają, co Szekspir pokazuje w charakterystyczny dla siebie, okrutny sposób. Kordelia to przecież nie tylko figura kobiety, która wybacza zawsze i wszystko, nawet największą szorstkość czy niesprawiedliwość. To postać, która – podobnie jak Kent, Gloster i chory na prawdomówność Błazen – potrafi zobaczyć Leara jako takiego i być wierna człowiekowi, a nie jego stanowisku. Lear to jej ojciec; jest wobec niego lojalna, nie bacząc na korzyści lub ich brak – nie chce jednak, by ponosił ją sentymentalizm, i stąd bierze się jej przegrana.

„Król Lear” to sztuka, która doskonale nadaje się do tego, by ją czytać i wystawiać współcześnie. Pokazuje bezwzględną walkę o władzę, toczoną pod przykryciem pozorów – a niemal wszyscy, którzy nas otaczają, uczestniczą przecież w pogoni za tytułem i sukcesem. Afrodyzjak sławy działa na każdego, nawet na najzdolniejszych. Bezwstydnie robią wokół siebie szum, nie pozwalają na to, by mówiły za nich ich osiągnięcia. Robią słodkie miny do stojących nad nimi, wywyższają się kosztem znajdujących się niżej czy po prostu mniej głośnych, karmią się upadkiem innych (lub rzekomym upadkiem – jak Edmund, który niszczy Edgara). Ludzi takich jak Regan, Goneril i Edmund – czyli młode pokolenie w „Learze” – jest mnóstwo po obu stronach wszystkich ideologicznych barykad. Różnią się między sobą tylko pozornie – w rzeczywistości są podobni w smaku jak dwa leśne jabłka.

Wróćmy jednak do Leara, bo to on jest najważniejszy i to nim Szekspir zabawia się najokrutniej. Lear jest bezbronnym osiemdziesięcioletnim starcem, momentami naprawdę śmiesznym w swoich roszczeniach. Jan Kott nazwie go „naiwnym i głupim” i stwierdzi, że nigdy nie jest w stanie zasłużyć na naszą litość. W tej ostatniej kwestii zupełnie się z nim nie zgadzam – litujemy się przecież nad tymi, którzy źle rozpoznają swoją sytuację. Złe rozpoznane to esencja ironii tragicznej, stąd i nasza gotowość do wybaczenia. Lear jest kapryśny i porywczy, przemawia władczo, kiedy nie ma do tego prawa – i jest wówczas naprawdę żałosny, jak pająk, który zaplątał się we własną sieć, ale wydaje mu się, że nadal poluje. Traci wszystko po kolei, władzę, poczucie własnej wartości, rozum, ulubioną córkę – ale uraczy nas (on i jeszcze kilku innych, którzy upadają razem z nim, bo Szekspir nie odmawia przegranym wzniosłej wymowności) paroma monologami o urodzie tak niezwykłej, że wystarczy po prostu wyrecytować je ze sceny, nie odciągając od nich uwagi, żeby spektakl zadziałał na widza jak powinien. To przecież Szekspir; tu nie potrzeba nawet kostiumów i rozbudowanych dekoracji. Wystarczy przypomnieć ascetyczną inscenizację Teatru Powszechnego sprzed trzynastu lat, w której Zbigniew Zapasiewicz zagrał Leara w sposób zupełnie prosty, a jednak tak przejmujący, że przedstawienie to jeszcze kilka dni siedziało w głowie.

Wydawało się, że – mając do dyspozycji aktorów Teatru Starego – Klata nie mógł zepsuć Szekspira. Szłam zatem na Plac Szczepański z nadzieją, chociaż plakaty, na których grający tytułową rolę Jerzy Grałek ubrany był w papieską sutannę, mogły zapowiadać katastrofę.

I niestety – na krakowskiej scenie jest tylko publicystyka, i to najniższego rodzaju. Kościół z pewnością można krytykować za wiele rzeczy, jednak diagnoza na poziomie „stary, zniedołężniały papież trzymany pod kloszem nie może zrobić nic, kiedy wokół niego knuje watykański dwór” oraz „kobiety, tak wierne, traktuje się niesprawiedliwie” (czytaj: nie ma dla nich kapłaństwa) – nie, taka diagnoza po prostu nie broni się w żaden sposób. To jakaś zideologizowana sztampa; to nie zrobi wrażenia nawet na nieco bardziej oczytanym antyklerykale. Oczywiście w spektaklu są też aluzje dotyczące homoseksualizmu w Kościele, co rzeczywiście jest problemem bolesnym i aż skóra cierpnie, że robi się z tego teatralną ulotkę; są wreszcie sugestie, że duch wionie, kędy chce (z wyłączeniem hierarchii kościelnej): bo mamy na scenie i wirującego derwisza, i ekstatyczkę (Błazen/Kordelia – połączenie tych postaci to akurat niezły pomysł; mogłaby powstać z tej mieszanki jakaś fantastyczna wieszczka, ukryta królewna, ale niestety nie powstaje – to raczej papieżyca czy matka Joanna od Aniołów; w tej roli Jaśmina Polak); mamy wreszcie cichego, ale wiernego pielęgniarza (Kent, grany przez Jerzego Święcha). Oni wszyscy – z Learem-papieżem na szpitalnym łóżku włącznie – pozostają niejako poza nawiasem zapamiętałego w walce o wpływy Kościoła hierarchicznego. Ten ostatni nie ma zaś w sobie nic z boskości. Tam są tylko niewydarzeni, podstarzali mężczyźni (świetne wykorzystanie aparycji Mieczysława Grąbki) i wydelikaceni klerycy, którzy zrobią wszystko, aby wspiąć się na szczyt.

Pozostaje niesmak – bo robienie w Krakowie sztuki o zniedołężniałym, hospitalizowanym papieżu, który odkleił się od rzeczywistości i, wierząc pochlebstwom, uczestniczy w kościelnym fałszowaniu świata – to jednak jest w jakiś sposób niesmaczne. Nie będę tutaj wymachiwała argumentami z misterium Kościoła, jego podwójnej, bosko-ludzkiej natury, bo mają one ograniczony zasięg i trafią tylko do praktykujących katolików. Chodzi mi tutaj raczej o naruszenie jakiejś elementarnej delikatności, którą niby powinniśmy pielęgnować jako ludzie cywilizowani; tej samej, która na przykład nie pozwala obrażać zmarłego przy jego najbliższych. Ale dobrze – ja rozumiem, że Klata ma potrzebę poepatowania Krakowa. Tylko że tego typu epatowanie to jednak straszliwa lichota. Ja bym bardzo chciała, żeby ktoś wreszcie zrobił spektakl, który naprawdę mnie poruszy, nawet gdyby miał nieco obrazić moje uczucia. Takiego spektaklu nie widziałam od wielu lat, do takiego spektaklu tęsknię.

Żadne z przedstawień Klaty, na jakich byłam, nie wzbudziło we mnie nigdy najmniejszych emocji – a przynajmniej nie tych, po które idzie się do teatru. A idzie się tam po jakąś powagę, gravitas, po jakieś wzruszenie, wreszcie, bo nadal można w tej kwestii wierzyć Arystotelesowi, idzie się po trwogę i litość. Ja z teatru robionego przez Klatę wychodzę znudzona, z poczuciem zmarnowanego czasu. Jedyną stałą reakcją jest złość, że na moich oczach psuje się klasyczne teksty i dokonuje dziwnych manipulacji na wielkiej literaturze. Jeśli bowiem sądzić na podstawie krakowskich inscenizacji, Jan Klata nie potrafi w ogóle czytać literatury, on jej nie czuje i nie rozumie – a to umiejętność konieczna, by stać się wielkim reżyserem. On sobie otwiera teksty konceptem jak puszkę otwieraczem do konserw, więc jego interpretacje są naskórkowe lub bardzo doraźne, publicystyczne. Ja jednak nie chodzę do teatru po publicystykę, bo zwykle jest to publicystyka bardzo niskiego lotu.

W krakowskim „Learze” jest kilka dobrych pomysłów, które jednak gubią się w ogólnym zamyśle; jest trochę jasnych punktów. Żal mi na przykład scenografii Justyny Łagowskiej – naprawdę dobrej, dającej spore możliwości inscenizacyjne. Doceniam pomysł z kamerą, która pokazuje nam aktorów z „boskiego” punktu widzenia, to jest z góry. Widzimy ich jednocześnie z przodu i z lotu ptaka. Czyste kolory kostiumów (biel i czerń sutann, kardynalska czerwień), które tak pięknie grają z tępym kolorem tła, można byłoby wykorzystać przy projektowaniu zwykłych, niekościelnych strojów, gdyby Klata chciał wystawić „Leara” tak, jak ten dramat na to zasługuje.

Bo najbardziej jest mi żal mi Szekspira. Bo przecież nie po to się go wystawia, żeby nie dawać wybrzmieć jego wspaniałym monologom, a jego diagnozy upychać na siłę w tani projekt publicystyczny. Nie po to się wystawia Szekspira, by nie dało się odtworzyć treści sztuki i by zmieniać jej zakończenie. By Szekspir przestawał być przenikliwym antropologiem, a okazywał się tanim demagogiem. By wszystko okazywało się koszmarnym, rozwibrowanym snem – dosłownie i w przenośni.

Ja bym chciała – jeszcze raz, tak po prostu – zobaczyć na scenie historię zdradzonego króla. Bo to jest dramat tej miary, że stanie się komentarzem do rzeczywistości nawet bez ingerencji reżyserskich. On jest jak „Hamlet”, który, jak głosi oklepany cytat z Kotta-szekspirologa, „jest jak gąbka. Jeśli go tylko nie stylizować i nie grać antykwarycznie, wchłania w siebie od razu całą współczesność”. Kott niczego tutaj nie odkrył: owa chłonność, otwartość to cecha największych dzieł teatralnych w ogóle – jeżeli tylko pozwoli im się wybrzmieć. To samo można przecież powiedzieć o naszych „Dziadach” czy „Nie-Boskiej Komedii” (swoją drogą widziałam ostatnio inscenizacje nawiązujące do obu tych dramatów. To temat na inny wpis; tutaj wspomnę tylko o chwili, kiedy duet Strzępka-Demirski w swoim najnowszym spektaklu na krótki moment oddają głos Krasińskiemu. Ich pomysł jest samobójczy i doskonale pokazuje problem, o którym mówię: jedna scena z „Nie-Boskiej”, zagrana porządnie przez duet Małgorzata Hajewska-Krzysztofik – Marcin Czarnik, po prostu unicestwia resztę przedstawienia).

Mówiąc krótko – jeżeli chcemy katharsis, jeżeli chcemy, by Szekspir czy romantycy naprawdę nas poruszyli, dlaczego nie wystawić ich tak po prostu?

Ale nie, myślę sobie, Klata nie mógł nam opowiedzieć historii Leara. Musiałby pokazać, że jest pokorny wobec tekstu, że go rozumie i że, co pewnie przyszłoby mu najtrudniej, szanuje widza. Poza tym wówczas zobaczylibyśmy, że to opowieść o everymanie, który poczuł się zbyt pewnie na swoim stanowisku. Może jednak wynikłaby z tej autoanalizy jakaś wielka sztuka.

Nie, nic z tego. Doprawdy – najłatwiej zasłaniać się papieżem.

POST SCRIPTUM

No dobrze. Pisząc ten artykuł, byłam bardzo zdenerwowana po obejrzeniu złego spektaklu. Ochłonąwszy, przyznaję, że Jan Klata potrafił kiedyś czytać Szekspira ze sporym polotem, czego dowodem był „Hamlet” zrealizowany w Stoczni Gdańskiej.

lear_plakat_szymonroginski

2 Comments

Dodaj komentarz