Fragment # 3 (Literatura)

Ale stolica nie chciała mnie puścić, czy może, jak jestem skłonna sądzić dzisiaj, była to raczej literatura, która też żyje życiem utajonym, ale zupełnie samodzielnym – i niechętnie wypuszcza tych, których już zdołała pochwycić.

mszyna 664

Kiedy rano wsiadałam do pociągu, przeczytałam w gazecie, że zmarł Gustaw Herling-Grudziński. Był to jeden z moich ulubionych licealnych autorów. […] Szekspir był przewodnikiem, który wprowadził mnie w dziedzinę literatury, wrzucił mnie w nią i otworzył mnie na całą sferę rzeczywistości pisanej, na którą wcześniej jako dziecko pozostawałam zupełnie głucha – jak przystało, bo dzieciństwo to okres szczęśliwej głuchoty, kiedy nie dociera do nas nic poza głosami najbliższych. Dojrzewanie to nic innego jak wychodzenie z tej ciszy, to chwila, kiedy zaczynają do nas dobiegać nowe dźwięki, czasami piękne, a czasami trudne do zniesienia. Więc jeśli Szekspir otworzył moje uszy, to Herling i kilku innych jeszcze autorów wyostrzyli mój słuch. Uświadomili mi, że istnieje coś takiego, jak polski sposób patrzenia i pisania, polski słuch i nadwiślańska barwa głosu – i że odziedziczyłam je zupełnie niechcący, niezależnie od tego, co myślałam sama o sobie i jakie snułam plany na przyszłość. Gdybym kiedyś została człowiekiem pióra – a chciałam przecież nim zostać, chociaż jeszcze bardzo nieśmiało – to Herling na pewno patronowałby moim próbom literackim jak dobrotliwy dziadek. I właśnie on studiował warszawską polonistykę, tę samą, której studentką mogłam się właśnie stać […]. Herling – właśnie Herling – był dowodem obalającym moją dziwaczną teorię, że studiowanie filologii szkodzi pisarzom. Zmarł właśnie teraz, pewnie w dokładnie chwili, kiedy moje nazwisko przytwierdzano pinezkami do instytutowej tablicy ogłoszeń po stronie „Przyjęci”. […]

Komunikat o jego zgonie był jak wezwanie. Bo tak, już wtedy chciałam zostać człowiekiem liter jak on, tak naprawdę nie miałam wyjścia, tylko nie uświadamiałam sobie tego w pełni. Tyle szans marnuje się tylko dlatego, że zbyt późno pojmujemy jakieś prawdy o sobie lub tracimy czas, aby sprawdzić to, co nie wymaga sprawdzenia. Największą przeszkodą bywamy dla siebie sami – my i brak rozpoznania własnych, najbardziej podstawowych odruchów. Czasem trzeba kogoś z zewnątrz, aby nas wybudził; czasami nie pojawia się nikt, więc dryfujemy z prądem, marnujemy czas, żyjemy w ciszy i tęsknimy do dźwięków, które nigdy nie nadchodzą. W końcu gorzkniejemy od tego czekania – i to jest moment, w którym przegrywamy ostatecznie. Wtedy zaś pociągała mnie archeologia. Wierzyłam w to święcie – i nie było jeszcze nikogo, kto uświadomiłby mi, że moja podatność na uroki świata liter nie była przypadkiem, ale przynależała do samej mojej istoty. Nikt jeszcze swoim pisaniem nie nawrócił mnie ostatecznie, a tak to się zwykle odbywa: pojawia się inny autor, którego teksty pociągają nas za sobą i to on staje się naszym literackim ojcem. Nikt nie pokazał mi, że tak naprawdę nic innego nie było w stanie uczynić mnie szczęśliwą, jak tylko podążenie tą drogą; że wszystko inne będzie mi doskonale obojętne i z niczym nie będę się w stanie utożsamić, pod niczym nie będę się chciała podpisać, jak tylko pod działalnością literacką – nawet gdybym miała utrzymywać się z innych rzeczy.

Odkrycie tego było jeszcze przede mną; odkrycie żałosne i wstydliwe, bo nie chcę udawać, że artysta jest kimś lepszym od innych ludzi i że jego słabość do świata liter czy dźwięków to szczególne posłannictwo – to raczej słabość, której musi hołdować, ponieważ nie jest w stanie robić niczego innego. W niczym innym nie będzie użyteczny. Ale nikt jeszcze wówczas tych strasznych prawd o mnie samej mi nie objawił.

[…]

3 Comments

  1. Szanowna Pani,

    pisze Pani pięknie, tak niezwyczajnie w dzisiejszych czasach: językiem wyrafinowanym, a przecież jednocześnie skromnym; precyzyjnym, a przecież także ciepłym. Będę tu przychodzić.
    Ukłony,

    Jarema Piekutowski

    Odpowiedz

Dodaj komentarz