Fragment #4 (Kamienica)

Tak właśnie znalazłam się w Krakowie, narodzona dla studiów i dla humanistyki. Zupełnie nowa, pozbawiona balastu toksycznych uczuć. W dodatku niemal od początku wyposażona we własne mieszkanie, niewielką kawalerkę prawie przy samych Plantach. […]

Fasady na Satrowiślnej, za: idacdonikad2.blox.pl/2009/10/Starowislna.html

Fasady na Starowiślnej, za: idacdonikad2.blox.pl/2009/10/Starowislna.html

Kamienica, w której zamieszkałam, była nieznośnie zielona. Zbudowano ją na przełomie XIX i XX wieku i właśnie odnowiono. Wymieniono instalacje, podzielono wielkie mieszkania dawnego krakowskiego patrycjatu na mniejsze, odpowiadające kompaktowym gustom współczesnych dorobkiewiczów. Fasadę także odświeżono, nie troszcząc się zupełnie o estetykę i to, jak będzie się komponowała z poszarzałym otoczeniem. Wystarczyło więc powiedzieć „mieszkam w seledynowej kamienicy na Starowiślnej” – i niemal wszyscy od razu wiedzieli, o którą chodzi, ponieważ rzucała się w oczy z daleka nie tylko z powodu koloru, ale i swoich eklektycznych zdobień: figur nieznanych muz, pilastrów, tralek i gzymsów. Tynku zresztą później nie zmieniano, przez ostatnie lata kolor jednak przygasł. Przegrał walkę z krakowskim smogiem, zieleń stała się miętowo-szara i budynek nie wyróżnia się już tak jak wcześniej. Wtedy jednak wszystko było pachniało nowością – kamienica, Kraków, ja sama.

Mieszkanie było maleńkie, na poddaszu, ze skośnym sufitem. Z okien było widać Wawel i korony Plant. Żeby je zobaczyć, trzeba było się wspinać po schodach na czwarte piętro – a były to wysokie, stare piętra, nie wszyscy zatem decydowali się podjąć ten trud. Klatki schodowej porządnie nie odnowiono, odmalowano tylko jej ściany, nie wkładając w to ani pieniędzy, ani serca. Schody były nadal drewniane i skrzypiące, pociągnięte jedynie dość cienką warstwą ciemnego lakieru, a półpiętra nadal pokryte glazurą. Nikt nie wymienił także na szczęście żelaznych balustrad z drewnianymi poręczami.

Wchodziło się zatem z rozgrzanego lub zmrożonego miasta do mrocznego hallu kamienicy, zawsze chłodnego i osłoniętego od wiatru. Pachniało w nim wilgocią, która ciągnęła od podwórca, czasem zaś chemią fryzjerską, zwłaszcza latem, bo ciepłe powietrze chętniej nasyca się zapachami. Na parterze znajdował się wtedy staroświecki zakład piękności, inny niż te, które wówczas się tworzyły, sterylne i oświetlone halogenami. Ten wyłożony był nadal boazerią i wypełniały go wielkie hełmy do trwałej, w których stałe bywalczynie-emerytki przesiadywały godzinami, śmiejąc się i plotkując. Słychać je było w całej oficynie, bo głosy kumoszek uciekały z zakładu przez niewielki lufcik w ścianie razem z zapachem lakierów. […]

Kiedy, po wejściu na klatkę schodową po lewej stronie hallu, pokonało się strefę zapachów i miejskiego gwaru, wspinało się po schodach na samą górę do jednej z fatalnie wyizolowanych akustycznie kawalerek. Nie wszystkie były zamieszkane. Lokatorzy spotykali się rzadko, więc, chociaż mogli poznać swoje zwyczaje nocne i dzienne, sprawy tak intymne jak tematy kłótni rodzinnych i odgłosy wydawane w czasie uprawiania miłości, to w zasadzie nie znali swoich twarzy. Przez kilka lat, które tam spędziłam, napatrzyłam się za to na widok z okien. Kawalerka nie posiadała zwykłych, pionowych – te mieli tylko sąsiedzi mieszkający niżej. Mi przypadł w udziale strych, który zaadaptowano do celów mieszkalnych. W ścianie frontowej znajdował się jedynie maleńki świetlik, w którym pewnie kiedyś gnieździły się wróble. W mieszkaniu były za to okna połaciowe, po których nocami biegały łasice i koty.

Mieszkanie na poddaszu, chociaż wspinaczka była męcząca, miało jednak plusy, bo tylko stąd było widać Wawel majaczący nad dachem klasztoru stojącego po drugiej stronie ulicy. Był to luksus niedostępny dla lokatorów mieszkających niżej, ponieważ urszulanki z naprzeciwka ze swoją wysoką, trójkondygnacyjną kamienicą zasłaniały widok. Sporo czasu tuż po przeprowadzce spędzałam więc na antresoli w jednej z połaciówek, gdzie z łokciami opartymi o blachę, którą pokryto budynek i która latem parzyła jak rozgrzana patelnia, patrzyłam, jak Wawel zmienia kolor w zależności od pory dnia i roku. […]

Hejnał z wieży mariackiej było tam słychać doskonale, zwłaszcza nocą, kiedy nie jeździły tramwaje. Torowiska wtedy jeszcze nie wymieniono, budynek trząsł się zatem do rytmu z każdym przejeżdżającym składem. Szyny stukały, antresola w mieszkaniu drżała, stuletnie belki stropowe trzaskały niepokojąco. Mieszkanie wzdychało, przenikały je dreszcze, żyło. Dopiero późnym wieczorem zapadała względna cisza, bo komunikacja miejska przestawała kursować – wówczas jednak z ulicy dochodził gwar. Stare Miasto żyło wtedy całą dobę. Studenci nie przenieśli się jeszcze na dobre na Kazimierz, by ustąpić miejsca pijanym turystom. Gwar studencki jest zaś inny od tego, jaki wydają z siebie przyjezdni. Brzęczenie ośrodka uniwersyteckiego jest charakterystyczne. Przypomina dźwięk ula: jest stałe, dość równomierne, czasami tylko pojawiają się w nim głośniejsze dźwięki, okrzyk czy wybuch śmiechu. Kiedy studenci zniknęli z okolic Rynku, miasto nocą stało się dużo cichsze. Mieszkańcy po zmroku zaczęli rozpierzchać się po domach lub w ogóle wyprowadzili się z tego rejonu, tak jak po latach zrobiłam to ja. Centrum pozostawiono na pastwę przybyszów. Ci ostatni poruszają się w grupach i chodzą określonymi trasami, bo nie znają skrótów – więc nocna cisza od czasu do czasu tylko przerywana jest ich hałaśliwym zachowaniem. Turyści, zwłaszcza Brytyjczycy, którzy zwykli przyjeżdżać do Krakowa na wieczory kawalerskie i z innych, podobnych okazji, są jak marynarze, wypuszczeni ze statku do dzielnicy portowej po długim okresie alkoholowego i seksualnego postu. Wypiwszy nieco, albo zagrzewają się do dalszej zabawy, albo dzielą się wrażeniami, które już zdobyli. Kraków w ostatnich latach stał się czymś na podobieństwo dzielnicy portowej, w której równie łatwo znaleźć można płatną miłość, jak i anonimową śmierć w zaułku. […]

Dodaj komentarz