Wit Stwosz (Jadwiga)

Skoro zatem mowa o Pasji i Kościele Mariackim – zróbmy dygresję. W dawnym Krakowie były bowiem zawsze dwa żywioły, monarszy i mieszczański, i są tam dwa cudowne krzyże, jeden królewski na wzgórzu wawelskim, z którym rozmawiała Jadwiga, i drugi pod tym wzgórzem, przy Rynku, zamówiony przez mincerza krakowskiego Henryka Slackera u Wita Stwosza.

Fot. L. Schneider / lic. cc 3.0

Fot. L. Schneider / lic. cc 3.0

Krucyfiks ten miał być centralną figurą ołtarza pasyjnego do głównej miejskiej świątyni, którą Mariacki jest nieprzerwanie od XIII wieku. Pozostałe elementy slackerowskiego zamówienia nie zachowały się, ale do dzisiaj w nawie południowej można oglądać kamienną rzeźbę Stwosza, przedstawiającą Ukrzyżowanego. Zwykle, oczywiście, pomija się ją, biegnąc od razu do prezbiterium, aby oglądać ołtarz Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny […].

Rzeźbiarz wykonał potem jeszcze wiele krzyży, zwłaszcza w rodzinnym mieście, do którego powrócił na starość, ale żaden z nich nie zbliża się do tego, który zawieszono w Kościele Mariackim.

Bo oto wisi przed nami Mężczyzna i, nie licząc rozwianego przez nieistniejący podmuch perizonium, które osłania Jego miednicę i uda, możemy podziwiać Go w całym splendorze jego nagości. Jest szczupły, spod jasnej skóry widać wyraźnie przebieg kości i ścięgien, podkreślony przez nienaturalnie rozpiętą pozycję Skazańca. Jego ciało jest rozciągnięte, z pewnością cierpi, chociaż jest już spokojne. Wydaje się, że ustały już wszystkie odruchy, które stanowią automatyczną reakcję na ból. Tylko stopy i dłonie, szlachetne, długopalce, nie uczestniczą w tym napięciu. Przebito je; są zmartwiałe, zdrętwiałe z bólu, skurczone. I jest jeszcze głowa, zwieszona na piersi, jest twarz o podkrążonych oczach. Otwarte usta zdają się wydawać jęk. Tutaj agonia wciąż trwa.

[…]

Wit Stwosz urodził się w Niemczech, ale niewiele wiadomo o jego najwcześniejszych losach. Pierwsza pewna wzmianka na jego temat pochodzi z 1477 roku, kiedy rzeźbiarz zrzekł się swojego norymberskiego obywatelstwa. To wtedy pewnie przyjechał z rodziną do Krakowa, ale mógł to zrobić już wcześniej, a wtedy tylko zrezygnować ostatecznie ze związków z Norymbergą. Wiemy też, że w 1477 roku zaczął prace nad Ołtarzem Mariackim, a to znaczy, że chyba przyjeżdżał do stolicy Polski wcześniej, bo musiał ustalić z Radą Miasta warunki pracy, znaleźć pracownię i zakupić kłody lipowe, które, zanim przyłożył do nich dłuto, musiały schnąć około dwóch lat. Stwosz zjawił się w Krakowie, bo brakowało tam rzeźbiarzy. Nawet nie chodzi o to, że brakowało wybitnych – brakowało w ogóle, a miasto bogaciło się. Fundowano nastawy ołtarzowe, figury świętych, grobowce; owe drobiazgi, które, upchnięte w kaplicach kościołów, sprawiają, że ośrodek robi wrażenie dostatniego.

Stwosz był wtedy jeszcze młodym artystą, nie posiadał renomy. Kiedy pojawił się w Polsce, miał około 30 lat. Był w zasadzie uformowany artystycznie. Posiadł już wszystkie potrzebne umiejętności, które mogły zrobić z niego wielkiego twórcę. Wcześniej z pewnością pozostawał w kontakcie ze sztuką górnej Nadrenii, prawdopodobnie miał styczność z dziełami mistrzów flamandzkich. Spekuluje się nieco o jego fascynacji rzeźbą Mikołaja z Lejdy, jednego z odkrywców fizyczności człowieka, artysty, który pchnął sztukę gotycką na niezbadane wtedy jeszcze drogi fizjologii. Inni napominają, że Stwosz kontynuował w trójwymiarze poszukiwania Rogiera van der Weydena. Mistrzowsko opanował odwzorowywanie kształtu ciała ludzkiego i faktury tkanin, które mogły ulegać ciału lub odskakiwać od niego, poruszone niewyczuwalnym wiatrem. Poznał doskonale tajniki ludzkiej fizjonomii, grymasy bólu, lęku, agonii, rodzaje uśmiechów. Znał przebiegi żył i mięśni. Brakowało mu jeszcze ostatecznego szlifu, pewnej patyny duchowej, która wskazuje, że dany twórca stał się już dojrzały.

I objawił się nagle właśnie w Krakowie. Od razu, od pierwszego dzieła Stwosza nad Wisłą wiemy, że mamy do czynienia z wybitnym artystą. Wybitnym także dlatego, że nigdy nie pozwolił, by ekspozycja jego umiejętności stała się celem samym w sobie. Często zdarza się, że twórca – odnalazłszy swoje mocne strony – zaczyna mnożyć dzieła bez treści lub nadające ciągle tę samą wiadomość, kopiuje sam siebie; staje się autorem rzeczy udanych formalnie, ale nie duchowo. I nie rozwija się już, zasycha jak gipsowa ozdoba. Być może trudno jest spostrzec moment, kiedy przekracza się granicę pustki w sztuce; trudno pewnie dostrzec ją samemu artyście (zdecydowanie łatwej wyczuwać mielizny u kogoś innego). Być może wreszcie nie jest to kwestia świadomego wyboru twórcy, tylko jego wnętrza, które pozostaje aktywne, niespokojne lub wygasa jak stary wulkan. Stwosz nie zgasł. Jego technika pozostała nośnikiem, nigdy nie stała się celem. Człowiek, jego twarz i ciało, należące do świata natury, na rzeźbach norymberczyka są jedynie bramą. Rzeźbiarz panuje nad ekspresją, podporządkowuje ją są nastrojowi duchowemu, czasami melancholijnemu, czasami nieco tanatycznemu – jak na Krucyfiksie Slackerowskim.

Wit Stwosz pracował nad Wisłą 19 lat. Zdobył tu uznanie i wzbogacił, bo prowadził także działalność kupiecką. […] W 1496 roku znajdujący się u szczytu sławy i bogactwa Stwosz wrócił do Norymbergi, zupełnie nagle. Nie do końca rozumiemy powody tej decyzji. Być może miały związek z rodziną – jego żona Barbara, z którą wspólnie przeżyli krakowskie lata, zmarła wkrótce po powrocie do rodzinnego miasta. W Krakowie pozostało jednak kilku potomków rzeźbiarza […]. Sam Wit ożenił się ponownie dwa lata po swojej przeprowadzce, spłodził kolejne dzieci. Potem stracił majątek. Oszukano go, dopuścił się fałszerstwa i został za to skazany. Na policzkach wypalono mu znamiona i otrzymał zakaz opuszczania miasta. Stał się więźniem Norymbergi, próbował uciekać. W miejskich dokumentach zachowało się wiele pomstujących na niego wzmianek, informujących o jego złym charakterze. Pisano, że jest ein irriger und geschrayiger Man (zbłąkanym i krzykliwym człowiekiem) lub ein unruhiger haylosser Burger (niespokojnym i bezecnym obywatelem).

Zdarza się, że złe miejsca, niesprzyjające warunki psują charaktery; łamią ludzi. Każą człowiekowi bronić się przed wszystkim, atakować zawczasu; sprawiają, że nie jest w stanie nikomu zaufać. Wiadomo, Stwosz miał temperament, nerwy nosił na wierzchu – jak każdy artysta. Bez tych nerwów nie dałoby się przecież niczego stworzyć, niczego zaobserwować, niczego przeżyć i przetworzyć. Tak, musiał być wtedy problematyczny, bo stracił sterowność i mógł już tylko żywić się własną żółcią. 

[…]

Dodaj komentarz