Gombrowicz – polski romans z nominalizmem

“Nie róbcie ze mnie taniego demona” – apelował Gombrowicz (tom II, s. 17; cytaty za wydaniem Wydawnictwa Literackiego). I miał rację. Zbyt go wyegzorcowaliśmy. Oddaliśmy go całkowicie w złe ręce. Tymczasem Gombrowicz był Polakiem, miał się za Polaka i chciał uleczyć polską kulturę. Tak jak umiał. Reakcje Jaśnie Panicza są przesadne, Ale jego „Dziennik” to lektura, której nie może nam dzisiaj zabraknąć; w warstwie krytycznej pełna intuicji wprost genialnych.

*

Kultura to rzeczywistość, którą ciągle musimy wykuwać na nowo; nie jest muzealną wystawką, gdzie nie wolno palcować Mickiewicza i Słowackiego, gdzie pod sufitem, ponad naszym zasięgiem, wisi portret Wyspiańskiego, a innych pisarzy w ogóle się nie pokazuje. Polska kultura to wyzwanie i obowiązek, to ściąganie na ziemię, ciągle i bez końca, rzeczywistości wiecznej. Wyrzucanie części autorów na śmietnik lub opisywanie ich kompromitujących przygód zamiast rzetelnego namysłu nad tym, co mieli do powiedzenia, jest odwróceniem się od tego obowiązku (por. tekst o Gombrowiczu we Frondzie 59; ten artykuł mógłby być dodatkiem do tekstu krytycznego, ale nie jego zamiennikiem). „Niepodobna rozróżnić, co jest w Was dążeniem do prawdy, a co dążeniem do mobilizacji psychicznej w tej walce” (I, 30) – pisał Gombrowicz. Tak, rzeczywiście, czasami trudno to odróżnić.

Gombrowicza można jednak czytać inaczej – nie tylko przez pryzmat synczyźnianej, PRLowskiej recepcji jego twórczości. W literaturze polskiej ostatnich 200 lat można inaczej rozpisać głosy. Jeden z dwóch ważnych dla mnie nurtów, mistyczny, często filozoficznie ciążący ku neoplatonizmowi, wydał wiele wspaniałych kwiatów, włącznie z talentem Mickiewicza; drugi, krytyczny, wydał między innymi Gombrowicza, Bobkowskiego i właśnie Norwida.

Gombrowicz i Norwid będą mieli sporo wspólnego. Będzie dla nich jasne, że Ojczyzna to coś więcej niż ziemia (w “Dzienniku” Gombrowicz będzie pisał słowo “kraj” z dużej litery). Będą rozumieli Ojczyznę jako coś, co powinno realizować się tam, gdzie jest dany Polak, niekoniecznie w Polsce: “Wiedzcie, że Ojczyzna wasza to nie Grójec, ani Skierniewice, nawet nie kraj cały, i niech krew uderzy wam na policzki rumieńcem na myśl, że ojczyzną waszą wy jesteście” (I, 95) – pisze Gombrowicz.

Jaśnie Panicz, tak samo jak Norwid, będzie ubolewał nad twórczą niemocą Polaków. Gombrowicz zwróci uwagę na powód tego kopiowania: „Bezsilność Polaka wobec kultury. Dla Polaka kultura nie jest czymś, czego i on jest współtwórcą, ona przychodzi mu z zewnątrz jako coś wyższego, nadludzkiego – i ona mu imponuje”. Bo i jest coś nie tak z naszym podejściem do kultury: większość z nas jest wobec kultury wyobcowana, nie ma ochoty wchodzić z nią w twórczy dialog, współtworzyć jej. W paradygmacie Mickiewicza poeta jest wieszczem, a zatem ma kontakt ze sferą wyższą; jest kapłanem, przez którego dłonie lud ma kontakt z Pięknem i Prawdą. “Nominaliści” w duchu Gombrowicza uważają tymczasem, że każdy może – i powinien – być współtwórcą kultury, na takim poziomie, na jakim chce i potrafi. Kultura to bowiem nie tylko natchniona poezja (Gombrowicz, jak wiadomo, w ogóle specjalnie jej nie cenił). I ta ostatnia propozycja, to, wybaczcie moje natręctwo, dużo bardziej republikańskie podejście.

W “Dzienniku” znajdziemy krytykę ślepego podążania za Europą: “Miłosz jest po stronie Brzozowskiego, Miłosz chce, aby inteligencja polska dogoniła Zachód. Jest […] wyrazicielem powojennego polskiego zrywu w kierunku “europejskości” i “nowoczesności”. A ja, szlachcic-hreczkosiej panie święty starej daty, wyciągam rękę i powiadam: – Z wolna! Nie tędy droga! Po diabła wam to? […] To, co dotychczas było waszym wstydem, może być wprowadzone w Europę jako punkt wyjściowy zbawiennej rewizji” (III, 59-60).

*

Nie można nie odnieść wrażenia, że Gombrowicz to sprężyna, która odskakuje zbyt mocno po tym, jak ją zbyt mocno przygięto. Autor “Dziennika” piętnuje jednostronność polskiej kultury, to, że przez dekady miała do zaoferowania tylko jeden model pozytywny, męczeński. „Historia zmusiła nas do hodowania w sobie pewnych tylko cech naszej natury i jesteśmy nadmiernie tym, czym jesteśmy – jesteśmy przestylizowani. A to tym bardziej iż, wyczuwając w sobie obecność tamtych, innych, możliwości, pragniemy je gwałtem unicestwić […]. Jeśli przyjrzymy się innym naszym cechom narodowym (jak miłość ojczyzny, wiara, zacność, honor…), to w nich wszystkich dostrzeżemy ów przerost […]. Ale stąd wynika, że Polak jest zubożony ściśle o połowę siebie samego, przy czym nawet ta połowa, której przyznaje się prawo głosu, nie może się ujawnić w sposób naturalny. […] A zatem przekora powinna stać się dominantą naszego rozwoju” (I, 172-173).

Zdaniem Gombra, II RP była porażką, ponieważ nie zmieniła owego domyślnego modelu polskości. „Powietrze wolności zostało nam dane, abyśmy przystąpili do rozprawy z wrogiem bardziej dręczącym niż dotychczasowi ciemiężcy – z sobą […]. Póki byliśmy pochłonięci buntem przeciw obcej przemocy, pytania: kim jesteśmy? co mamy z siebie zrobić? jak gdyby zasnęły – ale niepodległość zbudziła śpiącą w nas zagadkę. Z odzyskaniem wolności powstał przed nami problem istnienia. Na to, aby naprawdę zaistnieć, musielibyśmy się przerobić” (I, 238). Nie chodzi jednak o odejście od polskości, o rezygnację z bycia Polakami. Nie chodzi nawet o rezygnację z miłości Ojczyzny, bo Gombrowicz uważa, że z braku innych cech, także te, które posiadamy, nie mogą odpowiednio wybrzmieć. Autor “Dziennika” za wszelką cenę pragnie stworzyć nowy model, alternatywny. “Podchodzę do Polaka i mówię mu: – Ty całe życie padałeś przed nią na kolana. […] Powstań. Pomyśl, że nie tylko ty masz Jej służyć – że ona także ma służyć tobie, twemu rozwojowi […]. Niechętnie zabierałbym się do wynaradawiania… Wszak powiedziałem już: nie jestem wielbicielem kosmopolityzmu” (II, 21-22). I jeszcze: „Marna jest ta kultura polska, która tylko wiąże i przykuwa, godna uznania i twórcza i żywa ta, która wiąże i wyzwala jednocześnie” (I, 174). Gombrowicz godzi się na związanie, ale związanie, które jednocześnie wyzwala. Chce mieć wolność wyboru. Ot, woluntarysta.

*

Gombrowicz mocno się buntuje; jak zwykle, doprowadza postawę przeciwną do skrajności. Uwagi o Polsce znajdziemy wśród rozważań o klęsce artystycznej Beethovena, Cezanne’a i Czajkowskiego. Ale to absolutnie genialna fanfaronada! Jaśnie Panicz palcuje wielkich twórców (pamiętamy rolę palca w “Ślubie”; to metafora, którą Gombrowicz po prostu mi narzuca), palcuje polską tradycję. “Moje pragnienie “przezwyciężenia Polski” było jednoznaczne z chęcią wzmocnienia naszej indywidualnej polskości” (II, 22-23) – wyjaśnia.

Czasami schodzi jednak na mielizny. Stawia Polaka ponad Polską, ponieważ jednostka ma dla niego pierwszeństwo przed bytem zbiorowym. I tu zgoda; chociaż każdy pogląd, jeśli doprowadzić go do skrajności, okazuje się fałszywy. U Gombrowicza wzmacnianie Polski może być pomyślane tylko i wyłącznie jako wzmacnianie jednostkowego Polaka. Nie ma zatem mowy o jakimkolwiek poświęcaniu dla innych. Wyrzucamy do kosza zarówno przesadną martyrologię, jak i zdrową odpowiedzialność za wspólnotę.

Jaśnie Panicz idzie także zbyt daleko, kiedy proponuje własne rozwiązanie genialnie zdiagnozowanego kryzysu polskiej kultury. A zatem o ile zgodzę się z nim, że „naród prawdziwie dojrzały powinien z umiarem sądzić własne zasługi”, nie zgodzę się, że naród „prawdziwie żytwotny musi nauczyć się je lekceważyć” (I, 16). A Gombrowicz idzie przecież jeszcze dalej: „Objawiło mi się paradoksalnie, że jedyny sposób, w jaki ja, Polak, mogłem stać się zjawiskiem pełnowartościowym w kulturze, był ten: nie ukrywać mojej niedojrzałości, ale przyznać się do niej”. Zdeprecjonować Polskę i z tej deprecjacji uczynić własny oręż. To już o krok za daleko. Co dalej? „Resztą zupełnie się nie przejmowałem. Reszta – prędzej czy później – zrobi się sama” (I, 264).

To nieodpowiedzialność egocentryka. “‘Ja’ rosnące zakłóca mu coraz bardziej stosunek do świata” (II, 151) – pisze sam o sobie. „Czy jestem człowiekiem pozbawionym zmysłu moralnego? […] Jestem naturą raczej szlachetną, choć niewypowiedzianie słabą” (I, 299-300) – przyznaje się. Właśnie dlatego za podążanie za swoim przykładem nie ręczy: “Na żadnego ‘przywódcę’ nie reflektuję […]. Ja chcę być Gombrowiczem tylko, niczym więcej” (II, 74).

Jaśnie Panicz schodzi na mielizny także tam, gdzie katolicyzm czyni winnym kulturalnej nijakości Polski (impotencja w kulturze „gdyż Bóg nas prowadził za rączkę”  – por. I, 280). Katolicyzm jest niewyczerpanym źródłem, tylko należy z niego należycie czerpać. Wkrótce pokażę jeden ze zdrojów.

 

Dodaj komentarz