Wielkie piękno i postsowiecki kicz

[kontynuacja poprzedniego wpisu]

Czy zatem o tym, jak to jest być stamtąd, opowiada Żanna Słoniowska? 

Powieść Słoniowskiej, z pochodzenia lwowianki, wygrała w konkursie Wydawnictwa Znak tak jak kilkanaście lat temu niezapomniana „Madame” Antoniego Libery – zapowiadała się zatem nie dość, że ciekawa, to i dobra literatura. 

zanna-sloniowska-dom-z-witrazem-wydawnictwo-znak-2015-02-04-514x800

„Dom z witrażem” to historia młodej mieszkanki Lwowa, studentki sztuki. Narratorka opowieści wychowuje się w domu, w którym mieszkają jedynie kobiety – Prababka, Babka, Matka i ona. Dom jest, jak bywa w takich przypadkach, toksyczny: matki chcą kontrolować los córek, córki nie chcą lub nie mogą przeciąć pępowiny (ich mobilność jest ograniczona „kwestią mieszkaniową”), buntują się lub dają sobą sterować, co każdorazowo i nieodwracalnie doprowadza do pretensji i wieloletnich zatargów. Żadna z kobiet osiąga pełnej samodzielności; zdają się żyć jedną, wspólną egzystencją jak mrówki. Dzieje każdej z bohaterek składają się też na charakterystyczną lwowską układankę: Prababka jest niespełnioną śpiewaczką, Polką, której mąż, także Polak, stał się ofiarą przedwojennych stalinowskich czystek. Przyjechała do Lwowa w 1944 roku z małą Abą, Babką. Ta mogła po wojnie wyjechać do Polski z ukochanym muzykiem, ale została we Lwowie, zaszantażowana przez matkę. Wyszła za mąż za Rosjanina i, zamiast malarką, została lekarzem. Matka narratorki, owoc tego małżeństwa, jest zatem w połowie Polką, a w połowie Rosjanką – i zdecydowanie najważniejszą postacią w książce. Marianna postąpiła wbrew woli opiekunek: została śpiewaczką we lwowskiej operze. Pod koniec lat siedemdziesiątych przeżyła krótki romans z przybyszem z Rosji – narratorka, dziecko tego nieznanego mężczyzny, jest już zatem genetycznie bardziej Rosjanką niż Polką. Ma kłopoty z określeniem własnej tożsamości, chętnie podchwytuje więc identyfikację z miastem: jest stąd. Cała czwórka mieszka w zabytkowym domu z niezwykłym witrażem, prawdopodobnie dziełem krakowskich rzemieślników. Wiekowe szkło niszczeje stopniowo, czasem przez niedbalstwo mieszkańców, czasem rozkradane przez miejscowych pijaczków – podejmowane są jednak próby jego ocalenia i zadokumentowania.

Wielkie piękno Lwowa

Wokół rozpada się Lwów – i właśnie splendor niszczejącego miasta jest, obok opisu toksycznych relacji rodzinnych, najmocniejszą stroną książki. Okazuje się doskonałą dekoracją historii, która dzieje się na Ukrainie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia. Słoniowska opisuje swoje miasto dość szczegółowo – widzimy je w czasach sowieckich, zabiedzone, pełne pustych sklepów i złowieszczych urzędów; widzimy je po upadku ZSSR, kiedy zabytki zaczynają ostatecznie przegrywać z siermięgą powstającego, biednego państwa ukraińskiego, pozbawionego stylu i pomysłu na siebie. Z kamienic spadają balkony, odpadają tynki. W miejsce starych obiektów wstawia się plomby bez charakteru. Narratorka ogląda Lwów podczas spacerów z opiekunkami lub, po kilku latach, w towarzystwie kochanka, który wcześniej był kochankiem jej matki. To on, scenograf, oprowadza ją po mieście.

Autorka „Domu z witrażem” odnotowuje napięcia między poszczególnymi nacjami zamieszkującymi Lwów. Są tam Polacy, a raczej to, co z nich zostało po ich wielkim odpływie do Polski. We Lwowie żyją też Rosjanie, którzy przyjechali do miasta w czasach ZSSR, oraz Ukraińcy. Polacy i Rosjanie mieszają się ze sobą, trzymając się jednak z dala od „rogatych” czy „banderowców”, jak nazywają Ukraińców. Ci ostatni rzadko przenikają do polsko-rosyjskiego świata narratorki; czasem dokuczają jej w szkole, są żywiołem, który spotyka na ulicach i targowiskach. Dla jej rodziny stanowią zjawisko raczej zewnętrzne, czasem groźnawe, którym straszy się dzieci. Miejscowi zaś, nie mogąc i nie chcąc odwoływać się do tradycji polsko-sarmackiej (ta przecież nigdy nie była ich), szukają dla siebie bohaterów. Opieczętowują stare kamienice kiczowatymi płaskorzeźbami, które gloryfikują nieznane nikomu nazwiska. Nie chcą polskiej pomocy w sprawie ochrony zabytków Lwowa, bo traktują ją jako mieszanie się w ich sprawy. Kultywują także pamięć o UPA – jest to fakt i Słoniowska pisze o nim bez większych emocji.

Na nowej Ukrainie mnożą się podobizny Szewczenki. Ten staje się niemal zamiennikiem Lenina. W powieści pojawia się nawet rzeźbiarz, który po upadku imperium przebranżowił się z taśmowej produkcji podobizn wodza rewolucji na produkcję głów poety. Poza tym w literackim świecie narratorki pojawiają się głównie poeci rosyjscy, których recytują sobie jej matka i ojciec. Sienkiewicza nie ma tam w ogóle – nie pojawia się ani jako autor, którego się czyta we Lwowie, ani jako ktoś, kto w jakikolwiek sposób wpływa na wyobraźnię autorki. Wyraźne nawiązania literackie, czasami zresztą nie do końca udane, dotyczą natomiast Michaiła Bułhakowa – i to ważny sygnał. Wyobraźnia powstała za Sanem nie jest postsarmacka, nie jest też wcale postromantyczna – tylko wyraźnie postsowiecka.

Wysubtelnić ukraińskość

Wydaje się jednak, że z tego zapętlenia jest wyjście: matka bohaterki, Marianna, chociaż nie ma w sobie ani kropli miejscowej krwi, już w latach osiemdziesiątych zaczyna deklarować, że jest Ukrainką, używać języka ukraińskiego i śpiewać na wiecach piękne, kozackie pieśni. ZSSR zaraz zacznie się rozpadać, państwo nad Dnieprem zaczyna więc tworzyć własną tożsamość, która od samego początku nie jest ani rosyjska, ani polska, tylko właśnie ukraińska z charakterystycznym postosowieckim skrętem. Żółto-niebieska i czerwono-czarna. (Używanie tych barw nie oznacza oczywiście automatycznie nazizmu, było jednak dotąd zgodą na konsekwentne, urzędowe przemilczanie pewnych kwestii.)

Gest Marianny jest jednak bardzo ważny – matka narratorki jest śpiewaczką operową. Chce costać kimś na wzór Salomei Kruszelnickiej; udowodnić, że można być ze Lwowa i zostać wielką artystką. Niezwykłe właściwości głosu Marianny, jej osobowość, wreszcie śmierć, którą ponosi (z ręki snajpera – Słoniowska ponoć wprowadziła ten wątek na długo przed Majdanem), sprawiają, że matka narratorki staje się dla Ukraińców symbolem oporu. I nawet trochę szkoda, że autorka „Domu z witrażem” nie eksploruje mocniej wątku Majdanu – tak jakby bała się poruszać ten temat lub nie była jeszcze emocjonalnie gotowa do jego przetrawienia. To bardziej ja sufluję tutaj pewne tropy. Bo przecież tragedia, która się wydarzyła na Ukrainie, rzeczywiście może być okazją do zmiany symbolicznej (w polityczną chyba coraz trudniej uwierzyć). Tak, Majdan to jakaś szansa, by w ukraińskim panteonie i na lwowskich tablicach pojawili się nowi bohaterzy, których legenda nie będzie posiadała antypolskiej domieszki. Kruszelnicka zaś – skontrastowana z kiczem nowoukraińskich tablic – jest sygnałem, że i tędy, poprzez wielką sztukę, wiedzie droga do wysubtelnienia Ukrainy. Czy jednak te nadzieje się spełnią?

W „Domu z witrażem” interesująca jest jeszcze jedna kwestia. Pojawia się tam wątek tożsamości pogranicznej, zmieszanej – bez wątpienia jako credo odautorskie, bo Żanna Słoniowska mówi o tym także wywiadach. Chcę podkreślić bardzo wyraźnie – tak, wierzę w tożsamości lokalne. Tak, jeśli ktoś urodził się na pograniczu, jeśli w jego rodzinie krzyżują się wpływy wielu tradycji, to bez wątpienia ma prawo do szczególnej więzi z miejscem swojego pochodzenia. Ale oprócz tożsamości miejscowych, zmieszanych, są przecież i te większe – nie tylko identyfikacje narodowe, także kulturowe, religijne i tak dalej. Zanurzenie w historię oznacza zawsze wybór jednej lub kilku z tych szerszych, wybór, który jednak nie unieważnia – nie powinien unieważniać – więzi lokalnych, tożsamości zmieszanych. Z kolei deklaracja bycia jedynie lwowianką (wilniukiem, Ślązakiem, itp. – niepotrzebne skreślić), bez przyjęcia owych większych zobowiązań, jest po prostu formą dezercji. Egzaltowany gest Marianny, osłabiany wzmiankami o tym, że to markietanka, gotowa w zasadzie walczyć o cokolwiek, w co akurat wierzy, jest zatem bardziej znaczący niż zblazowana lwowskość jej córki; lwowskość, dodajmy, suflowana jej przez kochanka, kiedy oboje rezygnują nie tylko z więzi narodowych czy religijnych, ale i rodzinnych. Kochani lokalsi, nie ma tak łatwo. Pochodzenie z pogranicza, igranie z różnymi formami czy tradycjami nie usprawiedliwia kapitulacji. Nawet jeśli Słoniowska to przeczuwa, to na pewno nie pozwala temu wybrzmieć.

Ta książka mogła zatem być bardzo dobra. Mogła być świetna. Autorce zabrakło może doświadczenia i cierpliwości, żeby przemianę bohaterki doprowadzić do końca i przekonująco opisać. Wątki ważne i mniej istotne majaczą jedynie tu i ówdzie w tle niezbyt wiarygodnego romansu. Dom kobiet pustoszeje, związek z Mikołajem nie owocuje wielką sztuką – nie wiemy jednak, co zmienia się w bohaterce, jaki jest rezultat odcięcia pępowiny. Majdan, którego impresjonistyczny opis pojawia się jako epilog, niczego nie domyka i nie wyjaśnia. Pomiędzy nim a śmiercią Aby rozciąga się jakaś nieopisana dekada. Narratorka pójdzie chyba w ślady swojej matki, zanurzy w historię – a zatem pewnie zacznie współtworzyć Ukrainę, tak jak w latach osiemdziesiątych uczyniła Marianna. Jednak nie mam pewności, dośpiewuję to sobie. Ja bym pewnie tak zrobiła, gdybym była stamtąd. Może jednak narratorka książki przeżywa po prostu kolejne zauroczenie, tym razem dzielnymi chłopcami z Majdanu? Nie wiem. Książka jest niedopracowana, niedomknięta, w dodatku nie do końca przemyślana – i dlatego, mimo sporego potencjału, jest to powieść jedynie średnia.

PS. A propos lokalności jako przykrywki dla zblazowania – w czasie świąt przeczytałam dziennik Szczepana Twardocha („Wieloryby i ćmy”). Już „Drach”, ostatnia powieść śląskiego pisarza, był zdecydowanie gorszy od „Morfiny”, bo Twardoch przestawał w nim mocować się ze sprawami większymi niż prywatne i lokalne. Dziennik jest już bardzo słaby, wręcz przykry w czytaniu. Zmanierowanie tego autora ciągle się pogłębia.

4 Comments

  1. Aleksander Nalaskowski 6 lutego 2016 at 09:28

    Szanowna Pani!
    Jednym tchem przeczytałem książkę „Jadwiga”. Znakomita, kunsztowna, zajmująca. Gratuluję i dziękuję.
    Aleksander Nalaskowski z Torunia

    Odpowiedz

    1. Bardzo dziękuję za dobre słowo :) Polecam się na przyszłość – mam nadzieję, że kolejne książki, jeśli powstaną, także Pana nie zawiodą
      Marta Kwaśnicka

      Odpowiedz

  2. Jedna z ciekawszych stron na jakie udało mi się trafić. Prowadzi Pani dziennik, a ja kocham tę formę. Raz już przegapiłem takie cudo – właśnie dziennik Twardocha, ten internetowy, bo notabene to, co zatytułowane jest jako „Wieloryby ćmy” jest niesamowicie beznadziejne. Proszę więc pisać – jak najwięcej. ;D

    Odpowiedz

    1. Dziękuję – zapraszam do zaglądania! MK

      Odpowiedz

Dodaj komentarz