Fragment #7: Winda

zremb

Wsiadało się do typowej, polskiej windy – typowej, czyli powstałej w czasach PRL, pokrytej wewnątrz dziwnym tworzywem, które miało pewnie imitować drewnianą okładzinę, w rzeczywistości było jednak śliską powierzchnią o niewyraźnej, brązowej barwie, czasami jaśniejszej, jeśli miała naśladować sosnę, innym razem ciemniejszej, jeśli miała być dębem lub innym, bardziej szlachetnym gatunkiem drzewa. Czasami brązowe mazaje rzeczywiście zdawały się układać w coś na kształt słojów, ale były to słoje bardzo umowne i trudno było choć na chwilę poddać się złudzeniu obcowania z naturalną okleiną. Jeśli cokolwiek w ogóle przyciągało wzrok w tych obskurnych wnętrzach, to raczej napisy, którymi niemal zawsze pokryte były ich ściany. Były to deklaracje miłości do klubów piłkarskich lub dziewcząt z sąsiedztwa, obelgi kierowane w stronę znajomych z innych pięter, czasem rysunki męskich części intymnych,wykonane długopisem lub wyryte przy pomocy klucza. Czytało się zatem czyjeś imiona, najprostsze zaklęcia miłosne lub złorzeczenia. Śledziło losy gier w kółko i krzyżyk, uczestniczyło w misteriach sąsiedzkich konfliktów.

Na jednej ze ścian przeciętnego elewatora, po prawej lub lewej ręce wsiadającego, znajdował się panel z aluminium, a na nim okrągłe guziki z cyframi – osiem, dziesięć, piętnaście, w zależności od tego iloma piętrami mógł poszczycić się blok. Te, wykonane z miękkiego plastiku, stanowiły ulubiony obiekt wandalizmu młodocianych podróżnych – wypalano je, dłubano w nich, pozbawiano faktury. Nad nimi widniały jeszcze dwa przyciski – pierwszym był „stop”, którym można było zatrzymać jadącą windę, jeśli jej ruch wiązał się z jakimś zagrożeniem. Na ogół jednak używano go tylko po to, żeby wyczyścić zaprogramowaną wcześniej trasę urządzenia lub bawić się w precyzyjne zatrzymywanie go na wybranym piętrze. Był tam wreszcie, na samej górze, guzik dzwonka alarmowego – i ten zwykle zostawiano w spokoju, trudno dokładnie zrozumieć dlaczego. Może był to jakiś zabieg magiczny, jakieś tabu; może wszyscy czuli jednak trwogę przed uwięzieniem w metalowej puszce i woleli nie dotykać guzika, który mógł zapewnić im ratunek w przypadku, gdyby winda zacięła się między piętrami. Na panelu lub nad nim znajdowała się także zwykle informacja, że sunący w betonowym tunelu pojazd jest w stanie unieść najwyżej sześć osób. Jechało się nim zatem, mając świadomość, że istnieje ciągłe ryzyko katastrofy.

Typowa polska winda osiedlowa, zwana potocznie ZREMBem, była komorą otwartą z jednej strony. Nie posiadała drzwi wewnętrznych, jak było w przypadku wind zupełnie nowoczesnych, coraz powszechniejszych w biurowcach i nowych blokach mieszkalnych – w nich srebrne kurtyny zasuwały się lub rozsuwały same i uciekały spłoszone, jeśli na swojej drodze napotkały jakiś przedmiot lub ciało pasażera. Windy PRLowskie nie miały też drzwi takich jak dźwigi najstarszej generacji, w których, aby ruszyć z miejsca, trzeba było zamknąć bramę na piętrze i dodatkowo zaciągnąć wewnętrzną kratę lub które w ogóle nie posiadały bariery między kapsułami i piętrem, a podróż polegała na dosiadaniu się i wysiadaniu w locie, podczas gdy nieprzerwany naszyjnik pomieszczeń w żółwim tempie mijał kolejne piętra i zawracał na strychu, by ponownie zjechać na dół.

Nowe i staroświeckie windy były ze wszech miar mniej przerażające od ZREMBów, najbardziej powszechnych: tamte albo zamykały podróżnego w iluzji bezruchu, odcinając go srebrnymi drzwiami od świata zewnętrznego, albo, na odwrót, dawały mu całkowitą kontrolę nad sytuacją; przemieszczały go przez elegancki, ażurowy świat klatki schodowej i wieziony mógł obserwować kunsztowne zawijasy krat, schody, kafle na półpiętrach, drewno lub kamień pokrywające schody. Do ZREMBów wsiadało się przez ciężkie, metalowe drzwi, znajdujące się na poszczególnych poziomach. Teoretycznie odrzwia te blokowały się, kiedy nie było przy nich windy, ale nie raz słyszało się o wypadkach, że ktoś otworzył je mimo braku kapsuły i przez roztargnienie znalazł swój koniec w betonowym szybie. Podczas jazdy taką windą przed oczami przesuwały się kolejne piętra, zawsze takie same, widoczne jedynie przez niewielkie, podłużne okienko, i betonowe plomby pomiędzy poziomami. Wszystkiego można było dotknąć, sunąć placem po surowych, szarych przestrzeniach, miało się bezpośredni kontakt z brudnymi trzewiami budynku.

Kiedy byłam dzieckiem, jazda ZREMBami przerażała mnie. Urządzenia tego typu były wszędzie i odwiedziny kogokolwiek wiązały się z niemal obowiązkową przejażdżką jednym z nich. Zwykle biegałam po schodach, bo miewałam koszmary, że winda nie zatrzymuje się na właściwym piętrze, ale jedzie gdzieś dalej, w rejony, o których istnieniu nie miałam pojęcia, wyżej i wyżej, że mija kolejne poziomy oznaczone jakimiś tajemniczymi symbolami, a potem wjeżdża w strefę, gdzie nie ma już wcale metalowych drzwi, zwiastujących możliwość wydostania się, jest tylko betonowa, chropowata ściana – i że jestem uwięziona na dobre, unoszona w jakąś pionową nieskończoność.

[…]

Fragmenty prozy powstającej w ramach stypendium „Młoda Polska” 2016

6 Comments

  1. „Kiedy byłam dzieckiem, jazda ZREMBami przerażała mnie. Urządzenia tego typu były wszędzie i odwiedziny kogokolwiek wiązały się z niemal obowiązkową przejażdżką jednym z nich. Zwykle biegałam po schodach, bo miewałam koszmary, że winda nie zatrzymuje się na właściwym piętrze, ale jedzie gdzieś dalej, w rejony, o których istnieniu nie miałam pojęcia, wyżej i wyżej, że mija kolejne poziomy oznaczone jakimiś tajemniczymi symbolami, a potem wjeżdża w strefę, gdzie nie ma już wcale metalowych drzwi, zwiastujących możliwość wydostania się, jest tylko betonowa, chropowata ściana – i że jestem uwięziona na dobre, unoszona w jakąś pionową nieskończoność” – mógłbym przepisać ten fragment do swoich wspomnień!

    Mieszkałem w bloku bez windy, na trzecim piętrze, a wizyta u znajomych z klasy, najczęściej, gdy po chorobie musiałem zdobyć zeszyty, by uzupełnić notatki z lekcji, oznaczała zawsze wspinaczkę na siódme, dziewiąte, jedenaste piętro. Zawsze schodami. Ale bardziej przeraził mnie opis windy, która bez zatrzymania pędzi coraz wyżej, bez możliwości wydostania się. Przeraził, bo mam takie same sny, coraz rzadziej, ale jednak nadal wracające. Winda pędzi w nich coraz szybciej w górę lub w dół, poza znaną listę pięter. Budzę się oczywiście wtedy, gdy atak paniki jest już bardzo silny.

    Odpowiedz

    1. Przedrukował to jeden z portali i, z komentarzy sądząc, sen o tym, że zremb wywozi kogoś ponad najwyższe piętro, co powoduje atak paniki, jest snem wspólnotowym i generacyjnym :) A myślałam, że tylko ja miałam problemy z tymi urządzeniami.

      Odpowiedz

      1. Ha! I wreszcie mamy jakieś doświadczenie pokoleniowe, którego tak dojmująco szukają „roczniki 80.” :-)

        Odpowiedz

        1. Jakie pokolenie, takie doświadczenie 😉

          Odpowiedz

  2. Ten fragment : … a potem wjeżdża w strefę, gdzie nie ma już wcale metalowych drzwi, zwiastujących możliwość wydostania się, jest tylko betonowa, chropowata ściana – i że jestem uwięziona na dobre, unoszona w jakąś pionową nieskończoność.

    Tak się składa że mam podobne wrażenia z dzieciństwa i nawet namalowałem o tym obraz .
    https://art-section.com/wp-content/uploads/2016/06/winda-szara-grey-elevator.jpg

    Pamiętam że było nawet takie opowiadanie o psie Ferdynandzie który jechał windą do innej rzeczywistości ale to porównanie w scenerii betonowo-stalowej jest mi bliższe. Ciemne klatki bloków, grube betonowe ściany i ten niewielki ledwo oświetlony kubik wprawiony w ruch. Dodatkowo spotkania z obcymi ludźmi są tam równie chłodne jak reszta scenografii. O tak, winda to wydatna metafora.

    Odpowiedz

    1. Okazuje się, że PRL-owskie windy budziły w Polakach jakieś powszechne, pierwotne lęki 😉 Pozdrawiam serdecznie

      Odpowiedz

Dodaj komentarz