Fragment #8: Moskiewska

Zegar na ścianie zaczął bić, chociaż nie było jeszcze pełnej godziny. Był dość stary, dawno nienaprawiany. Wuj dostał go w prezencie, ale od dłuższego czasu nie miał okazji się nim zająć. Urządzenie oznajmiało zatem pełne godziny wtedy, kiedy miało na to ochotę, albo dla odmiany nie robiło tego wcale. Żyło we własnym rytmie, nie uwzględniało czasu w jego tradycyjnej formie. Było jak wschodni satrapa: robiło to, co chciało i kiedy chciało, utrzymując mieszkańców domu w stanie ciągłej niepewności. Gospodarze zaś pozwalali mu na to, przyzwyczajono się już bowiem do nieprzewidywalności jego zachowań. Teraz drzwiczki nad tarczą otworzyły się, nie pojawiło się w nich jednak nic. Biesiadnicy przez chwilę patrzyli na zegar wyczekująco. Po chwili stało się jasne, że kukułka się nie wyłoni, więc dobrze zmrożona butelka pełna gęstego, przezroczystego płynu zaczęła krążyć dalej z rąk do rąk.

1024px-Polska_Włodarz_002

Na imieniny wuja […] zjechali krewni z całej Polski oraz kuzyni z Ukrainy […].

Nazwa na ozdobnej etykiecie głosiła, że wódka, którą właśnie spożywano, nazywała się „Moskowskaja”, ale tak naprawdę moskiewska była tylko z nazwy, bo oryginalną zawartość dawno już spożyto. Ta, którą pito teraz, powstała własnym staraniem na strychu, gdzie wuj prowadził niewielką bimbrownię. Butelki z naklejkami zapisanymi cyrylicą przywieziono natomiast z Niemiec i kiedyś pewnie zawierały prawdziwą rosyjską wódkę, obecnie jednak od kilku lat służyły do przechowywania samogonu. Produkt domowej gorzelni miał koło osiemdziesięciu procent, więc ciotka rozcieńczała go w kuchni wodą w proporcjach pięćdziesiąt na pięćdziesiąt.

Rozmowa toczyła się początkowo niespiesznie. Wypytywano o Ukrainę, bo na jej wschodniej granicy trwała wojna z Rosją. Krewni z Wołynia zdawali relację z nastrojów w swoim mieście. Bano się, że Saszka, dorodny, przysadzisty trzydziestolatek, stanowiący wielką dumę i nadzieję rodziny, dostanie powołanie do armii […].

Wszyscy kiwali głowami ze zrozumieniem. Ostatecznie większość biesiadników była na tyle wiekowa, że doskonale wiedziała, na czym polega rosyjska dezinformacja i zdawała sobie też sprawę z istnienia dezinformacji ukraińskiej. Wypytywano Saszkę o jego pracę naukową (był inżynierem) i plany na kolejne miesiące. Z każdym kieliszkiem „Moskiewskiej” geopolityka stawała się zresztą coraz mniej jasna, lub może raczej coraz bardziej oczywiste było jej wieczne zaciemnienie; to, że jej naturę trudno było zrozumieć nawet w rejonach, w których historia od lat już nie przyspieszała. Próbowano zmieniać temat. Mówiono o nieopłacalności wszystkich przedsięwzięć, streszczano losy nieobecnych krewnych.

Zapadał zmrok, zapalono światła, a przeładowana sprzętami izba pełna ludzi stawała się powoli podobna do niewielkiego stateczku, który żegluje wśród ogarniających go zewsząd ciemności. Do rozmowy włączyli się sąsiedzi wuja.

– Mój znajomy kupił sobie ziemię, tu, w okolicy. Chciał posadzić jabłonki, zaczął kopać dziury – powiedział jeden z leśników. – Okazało się, że dało się kopać tylko na kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią. Potem był beton. Sklepienie jakieś.

– I co to było? – spytano chórem.

Kotlina Kłodzka pełna jest ukrytych budowli z czasów hitlerowskich, czasem starszych, więc historię betonu zakopanego na niewielkiej głębokości wszyscy przyjęli ze zrozumieniem. Część podziemnych struktur stała się nawet sporą atrakcją turystyczną, która przyciągała w te strony grotołazów i miłośników założeń wojskowych. Raz po raz w okolicy pojawiali się poszukiwacze skarbów z tajemniczymi mapami, opowiadano też historie o ukrytych kosztownościach, które na łożu śmierci mieli wyznawać nieznani hitlerowcy. Ktoś szukał Bursztynowej Komnaty, ktoś inny „złotych pociągów”. Opinię publiczną w kraju elektryzowały od czasu do czasu historie podobnych znalezisk, które na ogół okazywały się wyssane z palca. Przekonanie o tym, że pod ziemią istnieje jakaś ciągle nierozpoznana rzeczywistość, było jednak powszechne i fiasko kolejnych misji poszukiwawczych bynajmniej nie zmniejszało wiary w ukryte komnaty. Potrzeba było jedynie kogoś, kto – niemal jak grecki Prometeusz – przyniósłby ludziom dar w postaci prawdy o zakopanych tunelach i ich zawartości.

– Co to było, nie wiem. Zaraz potem dostał anonima, żeby on tam więcej nie kopał. Bo jak się nie posłucha, to ma się bać o swoją rodzinę – odpowiedział leśnik zupełnie spokojnym tonem, mimo że historia, którą opowiadał, powinna być elektryzująca: znajomy ma w ogrodzie podziemną komnatę, która jest pilnowana przez nieznanych strażników-morderców.

Także i tę odpowiedź przyjęto jednak ze zrozumieniem, bo, dopóki Prometeusz z wiedzą o podziemiach się nie pojawiał, dopóty wszyscy skazani byli na domysły i zmagania z anonimowymi właścicielami mitycznych dóbr. Nadal, po kilku dekadach, które minęły od wojny, mieszkańcy tych okolic mieli poczucie, że ziemia, po której chodzili, do końca nie należała do nich.

– I co zrobił?

– Bał się. Sprzedał. Kupił ziemię gdzie indziej.

– Dobrze zrobił – pokiwał głową jeden z sąsiadów.

– Ale co tam mogło być? – pytał ktoś przyjezdny.

– Bo ja wiem? – żachnął się leśnik. Tego typu spekulacje, chociaż ciekawe, zawsze były drugorzędne.

[…]

Głęboka prowincja, taka z której niezwykle trudno jest wyrwać się i odmienić swój los, niemal zawsze jest zaludniona stoikami, bo odwieczny brak perspektyw każe tamtejszym ludziom żyć bez przesadnych ambicji: współczuć bardziej pokrzywdzonym od siebie (stąd i o zwykłe dobro jest tam łatwiej) i nie zazdrościć przesadnie tym, którzy są postawieni wyżej. Nade wszystko jednak – nie pytać o zbyt wiele. 

– Oj tak, oni tu są, ciągle są. I dobrze wiedzą, czego pilnują […].

Przemykali zatem obok tych sekretów jak pierwotni nomadzi i zdążyli już zżyć się z tajemniczością. Choć imperia upadły i przeminęły, nikt nadal nie pomógł im rozgościć się we własnych domach.

[…]

Fragmenty prozy powstającej w ramach stypendium „Młoda Polska” 2016

Dodaj komentarz