Fragment #10: Rzym

michal-aniol

[PROŚBA do zaprzyjaźnionych portali o nieprzedrukowywanie]

[…]

I oto stała naprzeciwko tego legendarnego geniusza, któremu od dawna chciała wyznać, jak bardzo podziwia jego sztukę. Był już stary i miał na koncie wiele słynnych dzieł. Od powstania Piety minęły już cztery dekady, w zasadzie cała jego dojrzałość, a od powstania pierwszych fresków na Watykanie – prawie trzydzieści lat. Dla Vittorii był sfinksem, zagadką. Człowiek z upływem czasu staje się nią dla innych, niosąc na sobie coraz więcej śladów używania, które dla osoby patrzącej z zewnątrz są świadectwami historii nieznanych i już nie do poznania. Starzec to księga zapisana w zapomnianym języku. Choćbyśmy bardzo chcieli ją przeczytać, poznamy tylko ogólny zarys fabuły i co najwyżej kilka stron bardzo długiej historii.

Michał Anioł tworzył właśnie kolejne freski. Markiza była podekscytowana, chciała dowiedzieć się więcej. Mogła spytać, ale milczała. Była zbyt zmieszana. Uśmiechnęła się i odwróciła wzrok, rzekomo szukając znajomych twarzy. Jej status towarzyski nie był w stanie unicestwić do końca wrodzonej nieśmiałości, ta zaś na ogół w chwilach takich jak ta zatykała jej gardło jak czop. Od dawna chciała zamienić z artystą chociaż kilka słów, teraz jednak nie wiedziała, co właściwie powinna powiedzieć, żeby nie wydało mu się to kolejnym banalnym komplementem, których już się nasłuchał. Nie chciała także stworzyć wrażenia, że przyszła tam tylko po to, aby go poznać.

Chociaż w zasadzie była tam tylko po to, żeby go w końcu poznać. […] Kiedy stała w papieskiej kaplicy, patrząc na sklepienie […], porwała ją jego wyobraźnia, i upór, i miękkość, z której istnienia chyba sam nie zdawał sobie sprawy. To, co niewyobrażalne, akt zaistnienia, stawało się w jego wersji kameralne i czułe; Bóg dotykał człowieka, stwarzał go i czynił pięknym. Miała wrażenie, że to ona wykluwa się nagle z jakiejś skorupy, powstaje – i że jest nowa jak Adam, oszołomiona sobą i otoczeniem. Czuła, że wcześniej poruszała się w półśnie, z którego nagle została wybudzona do pełnej świadomości. Kolory, światło – wszystko stało się ostre i jaskrawe, musiała zmrużyć oczy. […] Wydało jej się wtedy, że mogła dotknąć Michała Anioła gdzieś głęboko i bezpośrednio, pod warstwami, które zostawiły na nim i mijające lata; że mogła uchwycić jego niezmienną tożsamość, wciąż tą samą, która kilkadziesiąt lat temu pozwoliła mu stworzyć Pietę.

Potem o Buonarrotim opowiadał jej Cavalieri, uroczy młody szlachcic, który od kilku lat blisko przyjaźnił się z artystą czy może nawet, jak mówiono, był obiektem jego platonicznych westchnień. 

[…]

Michał Anioł milczał. Widać było, że szuka odpowiedzi, waży słowa, nie wiedząc, jak ma zareagować na jej życzliwość. Vittoria mogła okazać się kolejnym salonowym łowcą, osobą wykwintną, ale niemądrą. Postaci tego pokroju, zwykle zupełnie pozbawione charakteru, stanowią podstawowy budulec tak zwanego dobrego towarzystwa. Wiele o niej słyszał; opowiadał mu chociażby Cavalieri, ale zdarza się, że plotki zupełnie nie przekazują prawdy na temat danego człowieka. Colonna miała nieposzlakowaną opinię. Jej literatura, elegancka i pobożna, zwiastować mogła zarówno kogoś szlachetnego, jak i salonową lwicę, która jedynie stwarza pozory wycofania, aby tym łatwiej owijać sobie wokół palca mniej ustosunkowane damy, teologów i artystów. Rzeźbiarz był przyzwyczajony do admiratorów, oswojony przez rzymskie elity, jednak w głębi serca pozostawał nieufny i dziki. Nigdy nie zrozumiał do końca zasad, które obowiązują na salonach. Konieczność prowadzenia niezobowiązujących rozmów z obcymi ciążyła mu i dlatego stronił od miejsc takich jak to.

Całe szczęście przerwano im, bo milczenie przedłużałoby się lub rzeźbiarz odburknąłby coś w swoim stylu, nie tyle dlatego, że był wobec niej nieżyczliwy, ile z powodu swojego zakłopotania. Szorstkość obejścia bierze się często z zawstydzenia i Buonarroti uchodził za gbura. Ktoś jednak, Vittoria nie pamiętała kto, podszedł do niego i, uśmiechnąwszy się przepraszająco, zaczął mówić do mistrza ściszonym głosem. Chwilowe skupienie Vittorii zniknęło. Przysięgłaby, że jeszcze przed chwilą na zatłoczonej sali istnieli tylko we dwoje, niezręcznie próbując wymienić podstawowe grzeczności. Teraz przestrzeń ponownie zapełniła się innymi osobami, do uszu markizy dobiegły dźwięki, śmiechy i głosy pozostałych gości. Michał Anioł stał kilka kroków od niej ze swoim rozmówcą, całkowicie już nim zajęty.

A wierzyłam, że go przejrzałam, żachnęła się w duchu Colonna. Sądziłam, że wystarczy dać mu znak, by i on mnie zrozumiał. W rzeczywistości wszyscy jesteśmy sobie obcy, nie da się tego uleczyć ani naprawić. Można to jedynie maskować uprzejmością lub przyzwyczajeniem.

Odeszła spokojnie, jak wypadało damie o jej pozycji, odkłaniając się na prawo i lewo, zatrzymując się tu i ówdzie, aby wymienić pożegnalne grzeczności. Poczuła się zmęczona i zaczęła przesuwać się w stronę wyjścia. Gdyby pamiętała jeszcze z dawnych czasów, co znaczy mieć złamane serce, mogłaby powiedzieć, że znów je złamano. Choć może nie; może nagłe rozkojarzenie było skutkiem zwykłego bólu głowy. Jej skroń nieprzyjemnie pulsowała.

Wtedy właśnie spotkała go znowu. On także krążył po sali, zmieniając rozmówców, i zupełnie przypadkiem stanął naprzeciwko. Przestrzeń znowu zamknęła się nad nimi, Vittoria przysięgłaby, że wszyscy wokół umilkli lub nagle zniknęli. Jego twarz nigdy nie była przystojna, a czas zostawił na niej sporo śladów. Nos mu zmiażdżono i pozostał nieforemny, na czole i wokół oczu rysowały się zmarszczki. Broda, niezbyt bujna, była już mocno przetykana siwizną. Nie trzymał się prosto – kiedyś podczas malowania spadł z rusztowania i nigdy nie wrócił do pełnej sprawności. Nie, nie był ani w połowie tak piękny, jak rzeźbione przez niego ciała. Wydawało się niemożliwe, że to właśnie on jest tym słynnym artystą. Zdradzał go jedynie wzrok; jego oczy płonęły, jakby miał wieczną gorączkę.

Mistrz wydawał się równie zakłopotany. Ona, chociaż niemłoda, cieszyła się przywilejami, które daje szlachetna krew – była nadal piękna. Patrząc na jej regularne rysy, musiał odczuwać swoją brzydotę jak uporczywy ból. Nie mógł już uniknąć wymiany grzeczności, a jednak znowu milczał. Vittorii wydało się, że powietrze, którym oddycha, stało się gęste jak woda. Miała wrażenie, że zaraz utonie.

– Proszę tworzyć dalej, ja czekam – powiedziała szybko. Chciała zakończyć wreszcie to niefortunne spotkanie. Wykonała przy tym niezdarny gest dłonią. On zaś chwycił jej rękę, przytrzymał chwilę i uścisnął.

*

– Nie wiem, może źle to wszystko rekonstruuję. Może ona wcale tak tego nie odczuwała. Ani ona, ani on – powiedziałam do T., kiedy skończyłam czytać mu fragmenty swoich notatek. Cały dzień zamiast pracować nad przypisami czytałam o Colonnie lub spacerowałam po bibliotece bez celu, przeglądając przypadkowe książki.

[…]

Fragment opowiadania powstającego w ramach stypendium Młoda Polska 2016.

Dodaj komentarz