Praca w tożsamości wymaga pokory

Rozmowa o tożsamości i kulturze konserwatywnej. Wywiad ukazał się na łapach „Teologii Politycznej co Tydzień” 24 kwietnia 2017 roku.

Rozmawiał Jakub Pyda.

Fragment:

Czy wiara w uniwersalizujący, jednoczący charakter dziedzictwa kulturowego jest jeszcze na miejscu? A może spór o wizję kultury, więcej – wizję rzeczywistości – to nieodmienna praktyka?

To zależy, co rozumiemy pod pojęciem „uniwersalizujący”. Jeśli pyta mnie Pan o to, czy wierzę w możliwość stworzenia kanonu, który byłby wspólny dla — nie wiem — wszystkich ludzi uważających się za Polaków, to, owszem, wierzę, że jest to możliwe. Wszyscy mamy prawo do Mickiewicza, Sienkiewicza czy Gombrowicza i wielu innych nazwisk. Tylko że „kanon” nie oznacza dla mnie zbioru zjawisk nietykalnych, takich, które tylko się podziwia i gdzie szuka się jedynie wzorców. Idę raczej za Haroldem Bloomem: do kanonu mają wstęp dzieła o wielkiej sile estetycznej czy poznawczej, mistrzowskie, oryginalne. Światopoglądowo różne. A my mamy obowiązek je czytać, przemyśliwać, czerpać z nich inspirację i zachwycać się, ale i podważać, rewidować i tak dalej. Jeśli kanon ma być rzeczywiście ważny i żywy, to musi budzić krytyczne zainteresowanie.

W bieżącym życiu kulturalnym spór jest oczywiście nieunikniony i wcale bym się go nie bała. Artyści zwykle mają jakieś poglądy, które przekładają się na to, jak i o czym piszą. Jeśli się z kimś nie zgadzam, to nie znaczy to, że nie mogę się od niego czegoś nauczyć. Poza tym Terry Eagleton w swojej Teorii literatury, pisząc o kulturze angielskiej, zauważył, że od czasu romantyków nie ma już w zasadzie literatury niewinnej pod względem ideologicznym, ponieważ każda, także konserwatywna, broni jakichś stanowisk i próbuje wpływać na rzeczywistość, projektować tożsamości. Pod wieloma względami nie jest mi z Eagletonem po drodze, ale ta opinia dała mi do myślenia. Myślę, że w pewnej mierze można ją odnieść także do Polski. Wiem, że takie postawienie sprawy razi konserwatywne ucho, bo konserwatyści często twierdzą, że ideologia i rewolucja w kulturze pojawiają się tylko po lewej stronie, natomiast konserwatyści chronią tradycję i pielęgnują ciągłość — ale chyba czas uświadomić sobie, że rzeczywistość już dawno stała się bardziej dynamiczna. Pielęgnujmy ciągłość, owszem — ale ciągłość czego? Jaką ciągłość? I jak odpowiednio pielęgnować tradycję, żeby jej nie zadusić? Okazuje się, że, żeby dobrze odpowiedzieć na te pytania i działać skutecznie, trzeba wykazać się sporą innowacyjnością, czasem zaś udzielić nieoczywistych odpowiedzi. Już sam romantyzm, tak ważny dla polskich konserwatystów, był przecież szalenie wywrotowy i krytyczny.

Zbigniew Herbert zwykł twierdzić, że czuje się obywatelem Europy – spadkobiercą całego europejskiego dziedzictwa, dzieckiem cywilizacji Zachodu. Czy w obliczu dzisiejszego kryzysu aktualizacja dorobku przodków ma szczególne znaczenie?

Nie do końca rozumiem, o co Pan pyta. Polska kultura jest i zawsze była jedną z wersji kultury europejskiej, więc oczywiście jesteśmy dziećmi cywilizacji Zachodu, tak jak Herbert. Nie ma też innej drogi do dorobku przodków, jak tylko poprzez jego aktualizację i rewizję. Przecież nawet jeśli używamy cudzej mądrości, to używamy jej tu i teraz. Profesor Maria Janion napisała kiedyś o konieczności odnawiania znaczeń — żeby to, co kiedyś stworzono, stało się także moją własnością, musi zostać przeze mnie przemyślane, sprawdzone, czasem zmienione. Podchodząc do dziedzictwa, muszę się czuć jego suwerennym spadkobiercą. O to, jak odnawiać te znaczenia, możemy się oczywiście spierać i nawet powinniśmy to robić. Jedno jest jednak pewne: dziedzic nie powinien być kustoszem muzealnym. Musi się starać, żeby to, co odziedziczył, nadal kwitło lub, jeśli wcześniej znajdowało się w stanie upadku, rozkwitło ponownie. Może sobie coś przebudować. Pilnowanie ciągłości kulturowej polega zatem na nieustannym wysiłku i paradoksalnie jest to wysiłek twórczy”.

Całość –> http://www.teologiapolityczna.pl/marta-kwasnicka-praca-w-tozsamosci-wymaga-pokory

Dodaj komentarz