Krakowskie przedmieście wciąż istnieje

Pięknie tu, że aż zapiera dech. Kraków został zadeptany aż do całkowitego zapomnienia. To wciąż to samo miasto, które widział Wyspiański – pyszna małopolska zieleń podchodzi pod gotyckie mury, a nad wszystkim górują wieże i kopce.

(Notatki z pewnej przejażdżki)

Zwierzyniec-Salwator

Miasto kończy się na Salwatorze. Chociaż to rzut kamieniem od Wawelu, kamienice urywają się nagle, a śródmiejska sieć ulic rozplata się, jakby ktoś poluzował ściągający je węzeł. Potem jest pętla tramwajowa, współczesne rogatki, a okolica zaczyna nabierać cech podmiejskich.

Stoi tu klasztor Panien Zwierzynieckich, norbertanek, malownicze założenie, dzisiaj wciśnięte pomiędzy ulicę Kościuszki i stromy brzeg Wisły. Zakon norbertański siedzi tutaj od XII wieku – ziemie podarował im Jaksa z Miechowa z rodu Gryfitów (jego archaiczne imię można zapisać także przez „x” – Jaxa), XII-wieczny możnowładca, który miał być księciem Stodoran. Pierwszą przełożoną klasztoru była ponoć jego córka.

Kiedyś do klasztoru należał cały Zwierzyniec, dawniej wieś, teraz dzielnica. Z tych włości zostało jeszcze w okolicy trochę sadów (spędziłam kiedyś sporo czasu w jednym z nich, na zboczu Sikornika, na wykopaliskach. Wydaje się, że negocjacje z zakonami stanowią punkt obowiązkowy podczas wszelkich krakowskich prac archeologicznych); został i sam klasztor, zlepek budynków z wielu epok. W środku kościoła, a jakże, króluje barok, ale jest i XIII-wieczny portal, architektoniczny precedens informujący o długości norbertańskiego zasiedzenia w tym miejscu.

Tuż obok pętli tramwajowej wąski trakt, uliczka św. Bronisławy, biegnie w górę, znikając w cieniu starych drzew. To w tej okolicy mieszkał kiedyś Jacek Malczewski i Feliks Koneczny, siedzieli przedstawiciele sławnej krakowskiej rodziny Rostworowskich. Uliczkę wytyczono w XVIII wieku, prowadzi na szczyt wzgórza św. Bronisławy (Sikornika), mijając po drodze kościół św. Salwatora, prawdopodobnie jeden z najstarszych w Polsce, i XVI-wieczną drewnianą kaplicę. Tuż obok miała stać niegdyś pogańska gontyna.

Na szczycie Sikornika w XIX wieku usypano Kopiec Kościuszki. Kraków to, wbrew pozorom, miasto bardzo wertykalne. Ukryte w kotlinie, duszne, zawsze starało się zaznaczyć swoją obecność na okolicznych wzgórzach. W VIII wieku Słowianie sypali na nich kopce (do dzisiaj zostały dwa – Wandy i Krakusa, ale o nich napiszę innym razem), a zwyczaj ten podjęli potem nowożytni mieszczanie.

Dalej wzdłuż Wisły

Za klasztorem norbertanek ulica Kościuszki zmienia patrona na księcia Józefa, biegnąc po stoku Sikornika wzdłuż Wisły. Koryto rzeki nie jest tutaj szerokie, ale chociaż nikt go nie regulował, płynie od strony Tyńca spokojnie, meandrującą ścieżką. Nie ma tu nic z warszawskiej rozlazłości, brak jest podmokłych łach piasku i zatopionych drzew. Woda jest posłuszna wyraźnej granicy zarośniętych brzegów; wydaje się przez to gęsta i lepka. Tuż nad nią, na stromym zboczu wzgórza św. Bronisławy, przy ulicy, na początku XX wieku pobudowano wille. Dzisiaj toną w powodzi winobluszczu, okrzepłe, wydają się powoli wtapiać w bujną przyrodę Sikornika.

Dużo padało, więc przyroda nie straciła jeszcze rozpędu; jest wciąż intensywna jak na początku czerwca. Pnącza na ścianach budynków ciągle są zielone. Ponoć kiedyś mówiło się, że na „Sikorniku rośnie młoda Polska” z powodu zwyczaju nocnych spacerów młodzieży w tej okolicy. Przyznam się, że sama, nieświadomie, „rosłam” w ten sposób na Zwierzyńcu. Pewne tradycje trwają nie dlatego, że pilnuje ich człowiek, ale dlatego, że dotrzymuje ich miejsce.

Jadąc dalej wzdłuż Wisły, za ostatnim krakowskim mostem, są już Przegorzały, dzisiaj część Krakowa. Pełne dworów i chat, z górującym nad sobą pasmem Sowińca, wydają się Podhalem w miniaturze. Giną w obłokach żółtej nawłoci. W ogrodach widać malwy, leszczyny (orzechy obrodziły, ale są jeszcze zielone) i ostatnie tegoroczne róże o brązowiejących płatkach. Na jabłoniach kołyszą się jabłka (próbowałam ostatnio tych z drugiej strony Wisły, z Pychowic; są już dojrzałe). Niedaleko wśród drzew, na szczycie Sowińca, wznosi się kolejny krakowski kopiec – Piłsudskiego.

Zaledwie kilka kilometrów dalej szlaku wodnego strzegą dwa wielkie klasztory; po stronie Przegorzał to ukryte w lesie kamedulskie Bielany z dwoma jasnymi wieżami o barokowych hełmach. Po drugiej stronie Wisły strzeże naskalne gniazdo benedyktynów, Tyniec, stary jak Polska. Obok klasztoru, na sąsiednim wzniesieniu, było kiedyś grodzisko (ciągle widać je w krajobrazie). Naprzeciwko lśnią białe skały Piekar.

Pięknie tu, że aż zapiera dech. Małomiasteczkowość i podmiejskość łączy się z odwiecznymi krakowskimi pretensjami do wielkości. To wciąż ten sam Kraków, który widział Wyspiański – pyszna małopolska zieleń podchodzi pod gotyckie mury, a nad wszystkim górują wieże i kopce. Wiadomo, miasto rozbudowało się. Pomiędzy pracownią Wyspiańskiego i Kopcem Kościuszki dzisiaj są kamienice i stadiony, chociaż Błonia pozostały łąką. Ale dalej, wzdłuż Wisły, miejsca spacerów pozostają te same.

Dawny Kraków został zadeptany aż do całkowitego zapomnienia, chociaż – to tak rzadkie – wciąż istnieje. Rynek, Kościół Mariacki, Grodzka i Wawel. Fale turystów zatrzymuje, całe szczęście, okół Starego Miasta i Kazimierz. Taka już dola wszelkich starówek. Piękno Starego Miasta trzeba dzielić z wszystkimi przyjezdnymi.

Skarby przedmieść, nawet tak nieodległych, zatrzymujemy dla siebie. Pozostają tłem krakowskich nocnych spacerów. Nadal są intymne. To tutaj zawiązują się prywatne historie, którym uroda otoczenia nadaje epickich znamion.

POST SCRIPTUM

Święta Bronisława, patronka Sikornika, uliczki i drewnianej kaplicy, tak naprawdę jest błogosławiona. Była mistyczką ze zwierzynieckiego klasztoru (tam spoczywa), krewną św. Jacka Odrowąża. Na Sikorniku miała swoją pustelnię. Została beatyfikowana dopiero w XIX wieku, ale od średniowiecza czczono ją lokalnie, o czym przekonuje nas chociażby zwierzyniecka toponimia.

Dodaj komentarz