Jednorazowość po polsku

Nie raz zastanawiała mnie jednorazowość polskich przedsięwzięć. Jeśli raz sfilmowaliśmy „Potop”, to nie musimy już tego robić drugi raz. Jeśli Jasienica napisał popularne książki o historii Polski, to nikt więcej nie musi już tego robić.

Powrócę jeszcze do brytyjskiego amor historiae – tam telewizje publiczne i komercyjne co kilka lat filmują najważniejsze pozycje anglosaskiej klasyki. Robi to również Hollywood. I nikt nie zapomina tych największych ekranizacji, zrobionych przez najważniejszych twórców. Ale ciągle pojawiają się nowe intepretacje i nowi aktorzy, dzięki którym Jane Austen, siostry Bronte czu Charles Dickens stają się bohaterami pop-kultury. Widzów najnormalniej w świecie interesuje, czy nowa „Emma” Austen jest równie udana jak starsze wersje, a Rochester z nowej adaptacji tak samo przystojny (lub nie, bo Rochester niby ma być brzydki, choć, oczywiście, rzadko bywa) jak Timothy Dalton. Nie mówiąc już o panu Darcym. I nie gorszmy się, że miłość do klasyki jest tu podszyta niższymi instynktami (czytaj: chęcią oglądania przystojnych aktorów i pięknych aktorek). Taka jest natura człowieka; dobrze, jeśli potrafimy te „pasje” kierować ku rzeczom wzniosłym. Za zainteresowaniem twarzą Keiry Knightley (ostatnia ekranizacja „Dumy i uprzedzenia”) idzie przecież zainteresowanie dziełami Jane Austen.

W tym roku Hollywood wypuściło kolejną adaptację „Jane Eyre” Charlotte Bronte (Mia Wasikowska i Michael Fassbender w rolach głównych). Zaledwie cztery lata po ostatniej, niezmiernie udanej, wyprodukowanej przez BBC (Ruth Wilson, która grała tam Jane, była absolutnie zjawiskowa; odsunęła w cień Samanthę Morton i Zelah Clarke z poprzednich wersji).

„Jane Eyre” to znakomita książka. Bronte w opisie indywidualności kobiety osiągnęła chyba wszystko. Na niej feminizm mógłby się w zasadzie zatrzymać, bo każdy krok naprzód był już wypaczeniem. Jane Eyre to typ kobiety niespokojnej, w której naturze leży ciągła chęć rozwoju; która nie chce zgodzić się na przypisaną jej przez kulturę pasywną rolę (słynny cytat: „The restlessness was in my nature; it agitated me to pain sometimes”). I pozostaje aktywna, chociaż czeka ją mnóstwo rozterek, w tym wybór pomiędzy miłością a wiernością Ewangelii. Wybiera dobrze: Ewangelię, i odtąd Opatrzność jej błogosławi. Także Rochester zda swój test moralny, zanim uzyska spełnienie.

Bronte, podobnie jak Austen, była córką pastora. I podobnie jak Austen, ukrywała w swoich książkach odważny projekt etyczny. Całe szczęście to XIX-wieczny romans, więc wszystko kończy się szczęśliwie – to znaczy: „Reader, I married him…” („Czytelniku, wzięłam z nim ślub…”). W tym wypadku to kobieta zaślubia swojego wybranka, nie odwrotnie; chociaż Bronte nie uważa wcale, aby musiało to być normą obowiązującą.

Na przykładzie dwóch ostatnich ekranizacji tej książki widać, jak anglosascy scenarzyści, aktorzy i reżyserzy nieustannie pracują nad nowymi odczytaniami dawnych treści, jak tasują wątki. Zaryzykuję stwierdzenie, że tak elektryzującej i poruszającej sceny powrótu Jane do Rochestera jak w ekranizacji z Ruth Wilson (2006) długo już nie zobaczymy. Ale najnowsza adaptacja również jest wspaniała. Mia Wasikowka jest bardzo przekonująca, a Fassbender, jak trzeba, przystojny.

W Polsce ekranizacja danego dzieła, zwłaszcza jeśli dokona jej Wajda lub Hoffmann, po prostu uśmierca dzieło. Odtąd jesteśmy już skazani na tę jedną wersję i jedną interpretację. Chroniczna jednorazowość, która zabija naszą kulturę.

Klasyka jest klasyką, jeśli żyje. W tym kontekście możemy zaryzykować twierdzenie, że polska klasyka ledwo zipie. A zatem: kiedy doczekamy się nowego „Potopu”? Chętnie zobaczę nowego Kmicica. Myślę, że nie ja jedna.

POST SCRIPTUM

Krewna Asia: „Chętnie bym te nowe ekranizacje zobaczyła, tylko z równie „świeżymi”i aktorami. Najlepiej z takimi o których jeszcze pudelek nie pisał”

Odpowiadam: BBC w swoich adaptacjach zawsze wprowadza nowych aktorów, którzy występują za ekranie obok sław. Ruth Wilson , Jane Eyre z 2006 roku, to klasyczny przykład takiego debiutu. A ekranizacje BBC mają siłę wyrzutni. Nowa twarz, Timothy Dalton, Rochester z 1983 roku,  zaraz po „Jane Eyre” został Bondem. Obyśmy mieli podobne wyrzutnie w Polsce.

Tutaj znajdą Państwo mój tekst o brytyjskich ekranizacjach prozy Jane Austen: http://www.polskieradio.pl/24/289/Artykul/167542,Sfilmowac-Jane

5 Comments

  1. Może nasze dzieci będą miały szansę takie, nowe polskie ekranizacje zobaczyć. Ci wszyscy zacni nasi reżyserowie – dinozaury (nie obrażając i nie ujmując im zasług) pozbawieni są świeżości i autokrytyki. Mam wrażenie, że wielu z nich popadło w samouwielbienie. Np. Pan Wajda w każdym temacie w jakim zabiera głos zdaje się być wielkim ekspertem, postawa jaką przyjmuje kojarzy mi się z arystokratycznym snobizmem. Widziałam też wystąpienie Pani Łepkowskiej (bardzo z resztą zadowolonej ze swoich produkcji), która mówiła, że nie czuje potrzeby robienia bardziej ambitnych filmów. Ponoć widz jest zadowolony z tego co mu daje. Mnie się wydaje, że nie ma zbyt dużego wyboru. Zatem powstają Oh Karole i inne Janosiki – widziałaś może ten ostatni?

    Odpowiedz

  2. Kiedyś Wajda powiedział, że nie trzeba robić filmu o Powstaniu Warszawskim, bo…. przecież on nakręcił „Kanał”…. w 1957 roku. Zrobił też Katyń, więc następny film o mordzie NKWD za 40 lat. Myślę, że to nie jest jednorazowość, a jednomeaistrimowość ( potworek językowy), ale trudno. Pozdrawiam

    Odpowiedz

  3. Masz rację. Gdybyśmy jednak byli narodem przekornym, to ktoś by znalazł pieniądze na ekranizację i ją zrobił, obsadzając w niej nowe twarze. Poza tym wszystkie nowe ekranizacje w Wielkiej Brytanii też produkuje mainstream, ale on tam trochę inaczej działa, nie dopuszcza aż takiego monopolu. Anglosasi mają mocną kulturową broń, zwaną zdrowym rozsądkiem.

    My mamy jednak w Polsce mentalność „nakolanniczą” (i chyba łączyć ją trzeba ze źle pojętym etosem inteligenckim); to znaczy – wierzymy we wskazane placem autorytety i nie podnosimy na nie ręki; każdy, kto „aspiruje” do roli inteligenta, ma listę osób, które powinien wielbić z samej definicji w tym lub tamtym środowisku. To takie totemy, które zastępują konieczność samodzielnego myślenia.

    To, niestety, problem wszystkich polskich środowisk, nie tylko tego najbardziej wpływowego mainstreamu, chociaż tam jego działanie jest najstraszniejsze. Na tej intelektualnej zależności i autocenzurze cierpi zaś cała polska kultura.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz