Smętna Dobrodziejka, czyli odnawianie znaczeń

Zacznijmy od obrazu, który wisi w niewielkiej kaplicy.

Wizerunek

Nie wybrałam go dlatego, że jest szczególnie ważny, bo nie jest. Znają go w zasadzie tylko mieszkańcy Krakowa, ale i wśród nich pewnie znalazłoby się wielu takich, którzy nigdy nie słyszeli o tym obrazie, nie widzieli go i nie umieliby wskazać, gdzie się znajduje. Od kilkunastu lat jednak odwiedzam go, ilekroć jestem w tej okolicy, więc bez wahania mogę go nazwać częścią mojego prywatnego dziedzictwa.

Dlaczego mnie przyciąga? Nie umiałabym chyba udzielić prostej odpowiedzi. Zawsze podobała mi się jego nazwa: Smętna Dobrodziejka Krakowa. Już to miano wskazuje, że wizerunek jest czczony od dawna i wyjątkowo w tym miejscu okrzepły. Madonna wisząca u krakowskich franciszkanów jest smutna, ale dobra, przychylna ludziom. Być może w tym zestawieniu ujawnia się zresztą jakaś szersza prawda o chrześcijaństwie, bo praktykowanie go wygląda często właśnie w ten sposób: jest oswajaniem się ze smutkiem, ale także przypominaniem, że jego ciągła obecność w życiu nie zwalnia z obowiązku czynienia dobrze.

Kult Matki Bożej Bolesnej, bo to Ją namalowano na obrazie, trwa w tym miejscu od co najmniej XV wieku, a może nawet jeszcze dłużej. Już w wcześniej znajdował się tu jakiś wizerunek tego typu, także cudowny. Pierwszy bezpośredni dowód pobożności z nim związanej pochodzi z 1445 roku – wtedy zostały wydane pierwsze przywileje odpustowe dla wiernych, chociaż obraz, który wtedy otaczano czcią, na pewno był inny niż dzisiaj. Drugi dowód jest niewiele późniejszy: kiedy w 1462 roku kościół krakowskich franciszkanów spłonął i Kazimierz Jagiellończyk obiecał wspomóc odbudowę znacznym datkiem, zakonnicy zobowiązali się odprawiać nabożeństwa w intencji monarchy przed swoją Matką Bożą Bolesną. Późnogotycki obraz, który obecnie znajduje się w kaplicy i który słynie łaskami, został jednak wykonany najprawdopodobniej dopiero około 1510 roku, więc jest młodszy niż wspomniane dokumenty. Obietnica złożona Kazimierzowi Jagiellończykowi na pewno dotyczyła zatem innego, nieznanego już wizerunku, którego miejsce potem z jakichś powodów zajął dzisiejszy. Gdzie podział się tamten i dlaczego został podmieniony na inny – nie wiadomo. 

[…]

Smętna Dobrodziejka, umieszczona na złotym tle z wygniatanym deseniem, odziana jest w ciemnoczerwoną suknię i ciemnobłękitny płaszcz z zielonkawą podszewką i złocistym, ozdobnym obszyciem. Maria to zmęczona kobieta o spuchniętych oczach i ustach ściągniętych przez cierpienie. Wygląda jak osoba, która długo płakała. Załamuje lub składa ręce, a Jej serce przeszywa ostrze. Otaczają ją cztery anioły, trzymające insygnia Męki Pańskiej: bicz, kolumnę biczowania, krzyż z gwoździami oraz drabinę i młot.

Fot. Bogitor/ Wikimedia.

Rytuał

Ale losy deski z namalowanym na niej wizerunkiem to tylko drobny fragment historii miejsca, do którego przychodzę […]. Ołtarz, w którym wisi Smętna Dobrodziejka, również się zmieniał i zmieniali się jego użytkownicy. Początkowo był drewniany, pozłacany, dzisiaj jest kamienny: barokowy, wykuty z czarnego marmuru. Paradoksalnie nie powstał jednak na potrzeby tej kaplicy. Trafił tam dopiero po 1860 roku, kiedy franciszkanie odkupili go z pokarmelitańskiego kościoła. Wcześniejszy, z drewna, służył wielu różnym wspólnotom […]. Na pewien czas oddano go krakowskim reformatom, których kościół spłonął podczas Potopu, potem, już w czasach Austriaków, zainstalowała się tam parafia grekokatolicka, a przed obrazem nabożeństwa odprawiał bazylianin. Wizerunek Smętnej Dobrodziejki służył też, i to jest najbardziej interesujące, Bractwu Męki Pańskiej.

[…]

Można zapytać, po co podaję te wszystkie szczegóły. Zdawałoby się, że – skoro zamówiono u mnie esej o polskim dziedzictwie – powinnam projektować jakiś kanon, pisać o Adamie Mickiewiczu lub kimś równie ważnym, ja tym czasem opisuję drugorzędne pomieszczenie i nie najważniejszy cudowny polski wizerunek. W samym kościele franciszkanów znajduje się wiele ważnych relikwii i dzieł, które wyszły spod ręki dużo sławniejszych artystów. Kaplica Smętnej Dobrodziejki nie dość, że powstała stosunkowo niedawno, to jeszcze została pomalowana przez malarzy, których nazwiska kojarzone są dzisiaj tylko przez specjalistów.

[…]

(c) Muzeum Narodowe w Krakowie

Esej o tym, czym jest i jak „działa” dziedzictwo. Całość opublikowano katalogu wystawy #DZIEDZICTWO, wydanym przez Muzeum Narodowe w Krakowie – do kupienia na stronie Muzeum.

Europa powinna być asertywna

Zachód był zawsze asertywny, cechowała go odwaga kształtowania świata, wykańczania natury, która Europejczykowi wydawała się zaledwie przygotowanym przez Boga, zagruntowanym płótnem.

*

Jeśli miałabym znaleźć przymiotnik, który najlepiej określiłby zamek w Dębnie, użyłabym słowa „elegancki”. Stoi niezmieniony od końca XV wieku, kiedy wymurowała go tutaj rodzina Odrowążów (niezmieniony, jeśli nie liczyć drobnych przeróbek – z czasem dodano część jednego skrzydła, drobne elementy renesansowe, a potem barokowe). Niewielki ceglany budynek z dwiema basztami otoczony jest fosą i wałem, który dzisiaj porasta urokliwy starodrzew.

Można iść na spacer po wysoczyźnie wału, śledząc, jak w Dębnie spotykają się krainy geograficzne. Zamek posadowiony jest na pierwszym wzgórzu pogórza Karpat – na kolejnym, wyższym, leżącym bardziej na południe, znajduje się późnogotycki kościół św. Małgorzaty. Tymczasem zaledwie kilometr dalej na północ teren jest płaski jak Mazowsze, pocięty przykopami, czyli kanałami, które mają odwadniać nisko położone pola. Odwadniają nieskutecznie, o czym informują okoliczne nazwy: Mokrzyska czy Bielcza (lingwiści i historycy przypuszczają, że to od podmokłych bielic). Nieodległy stary dwór w Wokowicach położono na jedynym pagórku, bardzo zresztą niewysokim, więc okoliczni mieszkańcy kłócą się zajadle, czy i jak często jest zalewany przez Uszwicę (razem z T. od dawna planujemy tam zamieszkać. To znaczy wówczas, kiedy dobrowolnie oddadzą nam go obecni właściciele. Mimo nikłych na to nadziei, rodzina zasiedziała w okolicach od XV wieku już teraz przestrzega nas przed powodziami, które będą nas nawiedzać).

Takie samo spotkanie krain widać niedaleko Bielska Białej, kiedy z płaszczyzny pól nagle wynurzają się półokrągłe bąble, jakby ziemia zaczynała kipieć, aby po chwili zmienić się w bulgot Beskidów. Tam wiosek jest mniej, więc podskórne spiętrzenie płyt widać wyraźniej. Pod Tarnowem dzieło orogenezy musi walczyć z ludzkim wszędobylstwem, gadatliwą zbieraniną domów, domków i domeczków, pól, poletek i stajonek, dróg i dróżek; szos, po których mkną samochody, a w nich niezliczeni Małopolanie udają się na rodzinne wizyty do innych Małopolan.

Ale tutaj, w tym odwiecznym oswojeniu natury, oprószeniu jej dziełami rąk ludzkich, objawia się w pełni europejska niewymuszona prowincjonalność. Mieszkańcy okolic Dębna, jak mrówki, chodzą po ścieżkach wydeptanych przed wiekami przez innych mieszkańców Dębna, często o tych samych nazwiskach. Eleganckie dzieła kultury powstawały tutaj – jak we Francji, Włoszech czy Anglii – nie tylko w miastach, ale i na prowincji. Tak właśnie mierzy się wielkość kultury – w kilometrach, w tym, jak daleko sięga na prowincję. Zaledwie dwadzieścia kilometrów dalej, w Nowym Wiśniczu, zamek o rubasznej baszcie, skrywa się w murach o renesansowym kształcie rozgwiazdy. Szczepanów, skąd pochodził św. Stanisław, jest kilka kilometrów stąd. To zaledwie wioska (niedawno otrzymała ponownie prawa miejskie), ale cmentarz w Szczepanowie wygląda jak małe Powązki. Odwiedziliśmy go z okazji Wszystkich Świętych, bo leżą tam, oczywiście, rozliczni krewni drugiego rzędu oraz pradziadkowie męża po kądzieli. Stare groby piętrzą się jeden na drugim, tworząc labirynt nie do pokonania. Grób pradziadków lokalizuje się po znajdującej się w pobliżu rosłej rzeźbie anioła. Potem trzeba tylko pokonać na azymut kilkadziesiąt nagrobków i krzyży z XIX wieku i, stojąc na jednej nodze, aby nie deptać sąsiednich nagrobków, zapalić znicz.

Wielka kultura Zachodu – będę nazywała ją wielką, bo w jej wielkość wierzę – to właśnie ta żywa tkanka, w wielu miejscach już wycięta i utracona, w innych – jeszcze istniejąca. Zachód był zawsze asertywny, cechowała go odwaga kształtowania świata, wykańczania natury, która Europejczykowi wydawała się zaledwie przygotowanym przez Boga, zagruntowanym płótnem. I to Bóg dał mu pędzel, żeby dzieło skończył. Kończył zatem – budując, malując i pisząc. Dobrze zbudowany zamek i szczęśliwie ulokowana wieś mają równie wielką wartość poznawczą, jak traktaty filozofów i dzieła poetów. Nigdy nie miałam wątpliwości.

XX-wieczna kultura przestała być asertywna. „Twórcy” schowali się do swoich skorup, kultywując niepotrzebny innym indywidualizm, prowadząc niezobowiązujące gry i eksperymenty. Kolejne szkoły antropologiczne oduczyły Europę asertywności – chyba nigdzie nie widać tego jaskrawiej niż w przypadku postkolonializmu, w którym Europa pokonuje siebie sama swoją żelazną bronią, myślą.

Spacerując po wałach zamku w Dębnie, tęskniłam do starej, asertywnej Europy. Wokół żółte i rdzawe liście opadały na trawę w kolorze mocno już przygaszonej zieleni.

POST SCRIPTUM

Jeśli miałabym coś do zarzucenia okolicznym Europejczykom, to niedbalstwo w zarządzaniu dziedzictwem przodków i niefrasobliwość w jego trwonieniu. Popularna „czwórka”, czyli trasa Kraków-Tarnów, oblepiona jest prostackimi budynkami, w których mieszkańcy prowadzą swoje różnorakie interesy. Zwykłe domy pozasłaniano reklamami z typowo polską niefrasobliwością – jeśli można zarobić, nie pracując, Polak chętnie odda na reklamę fasadę swojego domu, zasłoni krajobraz, zamek, kościół i las. Brakuje nam zamiłowania do krajobrazu i świadomości, że jest takim samym dobrem narodowym jak Wawel. Z drugiej strony – Polacy nawet na Wawelu potrafią wywiesić reklamę.

Krakowskie przedmieście wciąż istnieje

Pięknie tu, że aż zapiera dech. Kraków został zadeptany aż do całkowitego zapomnienia. To wciąż to samo miasto, które widział Wyspiański – pyszna małopolska zieleń podchodzi pod gotyckie mury, a nad wszystkim górują wieże i kopce.

(Notatki z pewnej przejażdżki)

Zwierzyniec-Salwator

Miasto kończy się na Salwatorze. Chociaż to rzut kamieniem od Wawelu, kamienice urywają się nagle, a śródmiejska sieć ulic rozplata się, jakby ktoś poluzował ściągający je węzeł. Potem jest pętla tramwajowa, współczesne rogatki, a okolica zaczyna nabierać cech podmiejskich.

Stoi tu klasztor Panien Zwierzynieckich, norbertanek, malownicze założenie, dzisiaj wciśnięte pomiędzy ulicę Kościuszki i stromy brzeg Wisły. Zakon norbertański siedzi tutaj od XII wieku – ziemie podarował im Jaksa z Miechowa z rodu Gryfitów (jego archaiczne imię można zapisać także przez „x” – Jaxa), XII-wieczny możnowładca, który miał być księciem Stodoran. Pierwszą przełożoną klasztoru była ponoć jego córka.

Kiedyś do klasztoru należał cały Zwierzyniec, dawniej wieś, teraz dzielnica. Z tych włości zostało jeszcze w okolicy trochę sadów (spędziłam kiedyś sporo czasu w jednym z nich, na zboczu Sikornika, na wykopaliskach. Wydaje się, że negocjacje z zakonami stanowią punkt obowiązkowy podczas wszelkich krakowskich prac archeologicznych); został i sam klasztor, zlepek budynków z wielu epok. W środku kościoła, a jakże, króluje barok, ale jest i XIII-wieczny portal, architektoniczny precedens informujący o długości norbertańskiego zasiedzenia w tym miejscu.

Tuż obok pętli tramwajowej wąski trakt, uliczka św. Bronisławy, biegnie w górę, znikając w cieniu starych drzew. To w tej okolicy mieszkał kiedyś Jacek Malczewski i Feliks Koneczny, siedzieli przedstawiciele sławnej krakowskiej rodziny Rostworowskich. Uliczkę wytyczono w XVIII wieku, prowadzi na szczyt wzgórza św. Bronisławy (Sikornika), mijając po drodze kościół św. Salwatora, prawdopodobnie jeden z najstarszych w Polsce, i XVI-wieczną drewnianą kaplicę. Tuż obok miała stać niegdyś pogańska gontyna.

Na szczycie Sikornika w XIX wieku usypano Kopiec Kościuszki. Kraków to, wbrew pozorom, miasto bardzo wertykalne. Ukryte w kotlinie, duszne, zawsze starało się zaznaczyć swoją obecność na okolicznych wzgórzach. W VIII wieku Słowianie sypali na nich kopce (do dzisiaj zostały dwa – Wandy i Krakusa, ale o nich napiszę innym razem), a zwyczaj ten podjęli potem nowożytni mieszczanie.

Dalej wzdłuż Wisły

Za klasztorem norbertanek ulica Kościuszki zmienia patrona na księcia Józefa, biegnąc po stoku Sikornika wzdłuż Wisły. Koryto rzeki nie jest tutaj szerokie, ale chociaż nikt go nie regulował, płynie od strony Tyńca spokojnie, meandrującą ścieżką. Nie ma tu nic z warszawskiej rozlazłości, brak jest podmokłych łach piasku i zatopionych drzew. Woda jest posłuszna wyraźnej granicy zarośniętych brzegów; wydaje się przez to gęsta i lepka. Tuż nad nią, na stromym zboczu wzgórza św. Bronisławy, przy ulicy, na początku XX wieku pobudowano wille. Dzisiaj toną w powodzi winobluszczu, okrzepłe, wydają się powoli wtapiać w bujną przyrodę Sikornika.

Dużo padało, więc przyroda nie straciła jeszcze rozpędu; jest wciąż intensywna jak na początku czerwca. Pnącza na ścianach budynków ciągle są zielone. Ponoć kiedyś mówiło się, że na „Sikorniku rośnie młoda Polska” z powodu zwyczaju nocnych spacerów młodzieży w tej okolicy. Przyznam się, że sama, nieświadomie, „rosłam” w ten sposób na Zwierzyńcu. Pewne tradycje trwają nie dlatego, że pilnuje ich człowiek, ale dlatego, że dotrzymuje ich miejsce.

Jadąc dalej wzdłuż Wisły, za ostatnim krakowskim mostem, są już Przegorzały, dzisiaj część Krakowa. Pełne dworów i chat, z górującym nad sobą pasmem Sowińca, wydają się Podhalem w miniaturze. Giną w obłokach żółtej nawłoci. W ogrodach widać malwy, leszczyny (orzechy obrodziły, ale są jeszcze zielone) i ostatnie tegoroczne róże o brązowiejących płatkach. Na jabłoniach kołyszą się jabłka (próbowałam ostatnio tych z drugiej strony Wisły, z Pychowic; są już dojrzałe). Niedaleko wśród drzew, na szczycie Sowińca, wznosi się kolejny krakowski kopiec – Piłsudskiego.

Zaledwie kilka kilometrów dalej szlaku wodnego strzegą dwa wielkie klasztory; po stronie Przegorzał to ukryte w lesie kamedulskie Bielany z dwoma jasnymi wieżami o barokowych hełmach. Po drugiej stronie Wisły strzeże naskalne gniazdo benedyktynów, Tyniec, stary jak Polska. Obok klasztoru, na sąsiednim wzniesieniu, było kiedyś grodzisko (ciągle widać je w krajobrazie). Naprzeciwko lśnią białe skały Piekar.

Pięknie tu, że aż zapiera dech. Małomiasteczkowość i podmiejskość łączy się z odwiecznymi krakowskimi pretensjami do wielkości. To wciąż ten sam Kraków, który widział Wyspiański – pyszna małopolska zieleń podchodzi pod gotyckie mury, a nad wszystkim górują wieże i kopce. Wiadomo, miasto rozbudowało się. Pomiędzy pracownią Wyspiańskiego i Kopcem Kościuszki dzisiaj są kamienice i stadiony, chociaż Błonia pozostały łąką. Ale dalej, wzdłuż Wisły, miejsca spacerów pozostają te same.

Dawny Kraków został zadeptany aż do całkowitego zapomnienia, chociaż – to tak rzadkie – wciąż istnieje. Rynek, Kościół Mariacki, Grodzka i Wawel. Fale turystów zatrzymuje, całe szczęście, okół Starego Miasta i Kazimierz. Taka już dola wszelkich starówek. Piękno Starego Miasta trzeba dzielić z wszystkimi przyjezdnymi.

Skarby przedmieść, nawet tak nieodległych, zatrzymujemy dla siebie. Pozostają tłem krakowskich nocnych spacerów. Nadal są intymne. To tutaj zawiązują się prywatne historie, którym uroda otoczenia nadaje epickich znamion.

POST SCRIPTUM

Święta Bronisława, patronka Sikornika, uliczki i drewnianej kaplicy, tak naprawdę jest błogosławiona. Była mistyczką ze zwierzynieckiego klasztoru (tam spoczywa), krewną św. Jacka Odrowąża. Na Sikorniku miała swoją pustelnię. Została beatyfikowana dopiero w XIX wieku, ale od średniowiecza czczono ją lokalnie, o czym przekonuje nas chociażby zwierzyniecka toponimia.

Warszawa czasów ekstatycznych

To była jedna z najwartościowszych generacji w naszych dziejach, a przez hekatombę, jaką sama z siebie złożyła, sprawiła, że przekaz naszej tradycji został mocno nadwyrężony. Z drugiej strony, wartościowość tego pokolenia dostrzegamy właśnie w jego ofierze, a wyrazistość tej ofiary sprawia, że pewne wartości wciąż są dla nas ważne. Powstanie to pytanie, na które niełatwo znaleźć odpowiedź.

*

Inter arma silent musae (W czasie wojny milczą Muzy). Przynajmniej tak bywa na ogół. Mówiąc o wyjątkowości okupowanej polskiej stolicy i Powstania, jakie w niej wybuchło 1 sierpnia 1944 roku, trzeba pamiętać, że Warszawa okazała się niezwykła także i pod tym względem. W miażdżonym przez totalitaryzm mieście muzy nie zamilkły – wprost przeciwnie. Młodzi, przedwcześnie dojrzali ludzie musieli skondensować w ciągu kilku lat wszystko to, na co inni mają dekady spokojnego życia. Kondensowali zatem – nie tylko samo życie, ale intelektualne spory i twórcze poszukiwania. Nie było czasu na zawieszenie odpowiedzi, na postawę agnostyka – dlatego ideowe batalie były zaciekłe, a postawy w nich zajmowane niejednokrotnie trudne do zrozumienia.

To chyba najbardziej w fenomenie wojennego pokolenia poetów-żołnierzy niezwykłe: owa intensywność życia intelektualnego, pragnącego ocalić nie tylko biologiczny byt narodu, ale także coś dużo bardziej nieuchwytnego, a podstawowego – jego egzystencję duchową, kulturalną. Wojenni autorzy odpowiadali na postawione przez siebie pytania ze śmiertelną powagą, nie mającą w sobie nic z histerii czy egzaltacji. Niezwykła była również „istotność” tych pytań – troską młodych ludzi był bowiem nie tylko kształt polskiej literatury, ale i całej kultury narodowej. Mówiąc słowami Aleksandra Kamińskiego, chodziło nie o to, „czy walczyć”, ale „o co i jak walczyć”. Zastanawiali się nad tym wszyscy, od lewicy po prawicę. Dotyczyło to także ludzi z kręgu pierwszego literackiego periodyku pokolenia, związanego z Konfederacją Narodu pisma „Sztuka i Naród”, stawiających pytania o rolę kultury w życiu narodu i właściwy sposób jej kształtowania. Podobnych środowisk, często znajdujących się na ideologicznych antypodach, było w okupowanej Warszawie więcej, ale niech właśnie „SiNowcy” posłużą mi jako przykład postawy pokolenia.

Dla młodych ludzi skupionych wokół „SiNu” – Tadeusza Gajcego, Andrzeja Trzebińskiego, Zdzisława Stroińskiego czy Wacława Bojarskiego – jasne było to, że sztuka ma moc przemieniania rzeczywistości, dlatego trzeba tworzyć z rozmysłem, świadomie, wiedząc, co poprzez swoje dzieło chce się osiągnąć. Według młodych poetów i motta, które wzięli z Norwida, a które widniało na każdym numerze „SiNu”, artysta miał być organizatorem wyobraźni narodowej. Przedwojenni poeci umyli ręce od tej, podstawowej według młodych twórców, roli sztuki. „Z całą pasją młodości deptaliśmy twórczość okresu przedwojennego. Drażnił nas oportunizm tamtych czasów i twórców, ta cała „wolność tragiczna”, która rozpoczęła się w kabarecie, a zakończyła szkieletami spalonych pojazdów na wrześniowych drogach” – tłumaczył potem inny poeta tego pokolenia, Lesław M. Bartelski.

Poglądy „SiNowców” kształtowały się zatem w opozycji do Dwudziestolecia, które dla poetów z tego kręgu było czasem straconym. Gajcy uderzał w „Skamandra” i jego pustą „kabaretowatość”, polemizował z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim (który duchowo bliższy był starszemu pokoleniu i kiedy chłopcy z „SiNu” zaczynali dopiero publikować, on dysponował już sporym dorobkiem), Trzebiński przeprowadził zaś miażdżącą krytykę „Kwiatów polskich” Tuwima, a w fascynującej polemice starł się z o dekadę starszym Miłoszem (książkę na ten temat napisał kilka lat temu Aleksander Kopiński). Wojna, jak wierzyli redaktorzy „Sztuki i Narodu”, przynosiła szansę na nowe otwarcie w polskiej literaturze, nowy język i nowego ducha, który powinien rozpalać dzieła pokolenia wojennego i późniejszych. Była mowa o aktywnej postawie twórczej, dzięki której zyskuje się lepsze poznanie rzeczywistości, o cierpieniu, którym trzeba okupić prawdziwą twórczość. Sztuka jest ramą, w której krystalizuje się duch narodu, dlatego zadanie artysty jest niezwykle odpowiedzialne – pisali „SiNowcy”.

Pytania o kształt nowej rzeczywistości – bo powrotu do dawnej być nie mogło – zadawali sobie, jak już napisałam, nie tylko poeci z kręgu „SiNu”. Widać tu, rzecz jasna, echa romantyzmu – epoka ta jest dla polskiej literatury wiecznym punktem odniesienia, a zbieżność historyczna tylko pogłębiała łączność młodych poetów z XIX-wiecznymi mistrzami, Mickiewiczem, Słowackim, Norwidem czy Mochnackim: i tu, i tam Polska była zniewolona, i tu, i tam sytuacja wymagała czynu, będąc swoistym katalizatorem dla twórców. Wielki był również wpływ Stanisława Brzozowskiego, którego wojenna młodzież namiętnie czytała. Paradoksalne jest to, że jego „woluntarystyczna” interpretacja marksizmu była natchnieniem dla ludzi z wszelkich środowisk – od lewicy po prawicę. Ową opisywaną tutaj „potrzebę czynu” poszczególni autorzy rozumieli zresztą inaczej: od niezaangażowanej „spokojnej anielskości” Baczyńskiego, która tak dziwiła jego kolegów z „Drogi” (ale która nie przeszkodziła mu zginąć z bronią w ręku już w czwartym dniu Powstania), romantycznej postawy Gajcego, który niejako wcielał w czyn to, co kiedyś, idąc do Powstania Listopadowego, napisał Mochnacki („Czas nareszcie przestać pisać o sztuce. Co innego zapewne mamy teraz w głowie i w sercu. Improwizowaliśmy najśliczniejsze poema Narodowego Powstania! Życie nasze jest poezją. Zgiełk oręża i huk dział. – Ten będzie odtąd nasz rytm i ta melodia”), po swoistą „wolę mocy” Trzebińskiego.

To właśnie ostatni z wymienionych rozwinął najciekawszą filozofię „własną”, szukając – tropem ojca Józefa Warszawskiego i jego specyficznej interpretacji tomizmu – drogi pomiędzy totalizmem, który otoczył Polskę od wschodu i zachodu, a mieliznami rezygnującej z transcendentnych odniesień demokracji liberalnej. „Uniwersalizmu”, bo to on miał być trzecią, pośrednią drogą, nie da się zrozumieć bez odniesień transcendentnych: miał to być system, w którym jednostka, w pełni realizując siebie, działa jednocześnie na korzyść całości. Wbrew temu, co zarzucają Trzebińskiemu nieuważni czytelnicy, na gruncie religijnym taki system jest do pomyślenia – i nie tylko Trzebiński o nim marzył.

Pokoleniowo donioślejsza jest jednak polemika, którą niespełna 21-letni poeta ze „Sztuki i Narodu” odbył z Czesławem Miłoszem, poetą przez wojenne pokolenie szanowanym, chociaż należącym do twórców jeszcze przedwojennych. Najogólniej rzecz ujmując, podzielił ich wówczas właśnie stosunek do czynu, irracjonalizmu i woluntaryzmu. Wypowiadający się z pozycji wierzącego w racjonalność historii, toczącej się niejako pomimo wyborów ludzi, Miłosz decydował się na postawę klerka, Trzebiński pragnął zaś silnego dobra, siły, która – jak przesadnie zarzucali mu interlokutorzy – tym różni się od hitlerowskiej, że jest po stronie Polaków. Żyjemy tutaj i teraz, nie udawajmy zatem, że istniejemy gdzie indziej – tłumaczył młody poeta. Miłosz uznaje świat za nieodwracalnie zepsuty i dlatego umywa ręce od wszelkiej działalności, atakował go Trzebiński. W praktyce, jak się potem okazało, chodziło o prosty wybór: ocalić się w imię kultury (jak zrobił Miłosz, opuszczając Warszawę przed Powstaniem), czy też w imię tej kultury – którą jest coś więcej niż tylko sztuka, bo cały sposób, w jaki się istnieje – zginąć? Drugą opcję wybrali wszyscy młodzi poeci, nawet jeśli ideologicznie byli od Trzebińskiego odlegli. Ich śmierć była męczeństwem, daniem świadectwa o prawdzie, aktem prawdziwie norwidycznym.

Są momenty, kiedy nie wolno skąpić krwi. Myślę, że Powstanie Warszawskie jest jednym z nich. Ale ta podwójność polskich postaw pozostaje pytaniem, które nam, Polakom, zadaje historia. Męstwo polega przecież na roztropności i świadomym wyborze.

*

Jak to było w okupowanej i powstańczej Warszawie? Cóż to było za dziwne uniesienie? Zawsze wstrząsał mnie ten ferment młodych głów, które z zupełną niefrasobliwością rzucały się najpierw na niemieckie napisy i transporty, a potem na niemieckie czołgi. Żeby zrozumieć, jak wyglądała śmiertelność pokolenia, przyjrzyjmy się, jak zginęli redaktorzy samego tylko „SiNu”: pierwszym redaktorem naczelnym pisma był Onufry Bronisław Kopczyński, kompozytor. Po wywiezieniu go na Majdanek stanowisko przejął Wacław Bojarski, który zmarł 5 czerwca 1943 roku w wyniku ran, jakie odniósł podczas akcji złożenia kwiatów pod pomnikiem Mikołaja Kopernika (tego samego, z którego wcześniej niemieckojęzyczną tablicę zdjął inny sławny dwudziestolatek, Maciej Aleksy „Alek” Dawidowski, który z kolei zmarł raniony w akcji pod Arsenałem w marcu 1943 roku). Kolejnym redaktorem „Sztuki i Narodu” został Andrzej Trzebiński, rozstrzelany niecałe pół roku później, 12 listopada 1943 roku, podczas publicznej egzekucji na Nowym Świecie – podobno, co niezwykle wymowne i symboliczne – z zagipsowanymi ustami. Wówczas kierownictwo w redakcji przejął poeta spośród „SiNowców” zdecydowanie najwybitniejszy, Tadeusz Gajcy. Autor Do Potomnego zginął w pierwszych tygodniach Powstania w sierpniu 1944, najprawdopodobniej w Arsenale, czyli tam, gdzie półtora roku wcześniej Tadeusz „Zośka” Zawadzki odbił z rąk gestapo swojego przyjaciela, Jana „Rudego” Bytnara (obydwaj zginęli w 1943 roku).

Muzy nie umilkną nawet w czasie Powstania, chociaż tutaj będzie już mniej miejsca dla sztuki. Ostatni opublikowany numer „Sztuki i Narodu” wyjdzie w lipcu 1944 (kolejny nie trafi już do kolportażu). Żadne inne wydawnictwo nie ukazywało się w okupacyjnej Warszawie tak długo. Związana z PPS „Droga”, której najwybitniejszym poetą był z pewnością Krzysztof Kamil Baczyński, a w której pojawiali się również Jan Nowak-Jeziorański, Tadeusz Borowski i Jan Józef Szczepański, ostatni raz ukaże się w kwietniu 1944. Na powstańczych podwórkach będzie się jednak nadal pisać i recytować poezję – tak jak później w niezliczonej ilości obozowych baraków, o których opowiadała mi kiedyś biorąca udział w Powstaniu Zofia Książek-Bregułowa, aktorka i poetka. Teatrzyki potworzą się nawet pod barykadami, a wiersze, wielokrotnie wzruszająco nieporadne, będą pisane dosłownie z głową na karabinie.

To właśnie pani Zofia Książek-Bregułowa zawsze była dla mnie żywym symbolem całego Powstania: kiedy szła walczyć, była świeżo upieczoną absolwentką podziemnego aktorstwa, a kiedy podczas walk wskutek wybuchu straciła wzrok, cała jej przyszłość na scenie została przekreślona. Dzisiaj jest poetką. Taka była dola młodych artystów z okupowanej Warszawy – jak poeta z Homera i Orchidei, dramatu Gajcego, pani Zofia stała się twórcą, który oślepł i cierpiał, aby okupić rolę wybranego przez Muzy. Wielu za życie w „czasach ekstatycznych” zapłaciło jeszcze wyższą cenę.

Twórczość i postawa tego jednego pokolenia, które dojrzewało w czasie okupacji, jest fenomenem na niezwykłą skalę. Jest prawdziwym tragicznym węzłem: to była jedna z najwartościowszych generacji w naszych dziejach, a przez hekatombę, jaką sama z siebie złożyła, sprawiła, że przekaz naszej tradycji został mocno nadwyrężony. Z drugiej strony, wartościowość tego pokolenia dostrzegamy właśnie w jego ofierze, a wyrazistość tej ofiary sprawia, że pewne wartości wciąż są dla nas ważne. Powstanie to pytanie, na które niełatwo znaleźć odpowiedź.

Wskutek Powstania także Warszawa stała się polskim „miejscem świętym”, prawdziwą stolicą, miejscem, w którym objawiła się, jak pięknie pisał Dariusz Gawin, polska wspólnota – klasyczna i arcypolska idea rzeczy wspólnej i wolności, dla której naprawdę warto było umierać. Jak pisał Gajcy, „Jak nie kochać strzaskanych tych murów, / Tego miasta, co nocą odpływa, / Kiedy obie z greckiego marmuru: / I umarła Warszawa, i żywa”.

(Warszawa, sierpień 2007; Zakrzówek, sierpień 2011)

Jak Mickiewicz uczynił nas wschodnim narodem – garść intuicji

Mickiewicz, całą siłą swojego talentu, starał się przywiązać nowy paradygmat inteligencji do dawnych, szlacheckich kształtów. Stąd kluczowość „Pana Tadeusza”. Ale kiedy Adam Mickiewicz zamknął polskość w arce poematu, niechcący uczynił nas wschodnim narodem.

Poniższy tekst to rodzaj myślowego eksperymentu. Wnioski, które z niego wyciągam, są – w świetle tak dobranych kryteriów – dość oczywiste. A jednak było to dla mnie swojego rodzaju odkryciem: nie ma wątpliwości, że nasze mentalne „uwschodnienie” rozpoczęło się właśnie w dobie zaborów. Wcześniej Wschód stanowił nasze ulubione przebranie, słabość, na którą mogliśmy sobie pozwolić, będąc z ducha krajem Zachodu. Od czasów Wielkiej Emigracji duchowo leżymy na Wschodzie.

“Pan Tadeusz” to jeden z najcenniejszych wytworów polskiej kultury; dzieło, które oprawia tęsknotę za Polską w kunsztowne ramy i pozwala jej ujść bezpiecznie. Wiem, bo czytałam go podczas trwającego kilka miesięcy wyjazdu z kraju. Jeśli zatem analizuję to dzieło, jeśli mu się przyglądam, to z pozycji jego miłośnika; osoby, która w pełni smakowała słodyczy jego owoców.

*

Nawet Rousseau nie miał złudzeń (Gouvernement de la Pologne): Ce ne sont ni les murs, ni les hommes qui font la patrie; ce sont les lois, les moeurs, les coutumes, le gouverneement, la constitution, la manière d’être qui résulte detout cela. La patrie est dans les relations de l’êtat à ses membres; quand ses relations se changent ou s’anéantissent, la patrie s’évanouit („To nie mury czy ludzie tworzą ojczyznę. To prawa, tradycje, obyczaje, rząd, konstytucja i sposób bycia, który z nich wszystkich wypływa. Ojczyzna znajduje się w relacjach  państwa do jego członków; kiedy te relacje zmieniają się lub znikają, znika ojczyzna”). Intuicja jest prosta: ojczyzna istnieje w pełni tylko wówczas, kiedy posiada nie tylko obyczaje, wiarę przodków czy nawet ich zabytki, ale własne instytucje i prawa. To główne nici, po których rozpoznaje się przynależność i ciągłość poszczególnych wątków.

Co jednak wynika dla nas z tego krótkiego cytatu? Najprościej odpowiedzieć, że, patrząc na naszą historię z takiego punktu widzenia, Serenissima skończyła się i o jakiejkolwiek jej późniejszej kontynuacji nie może być mowy. To chyba jednak zbyt prosta konkluzja. W 1795 roku utraciliśmy kościec polis, ale przecież Polska nie zginęła. Cały problem polega na tym, że nie zginęła zupełnie, ale podążyła dalej, wiodąc życie po śmierci. Stała się mistyczna. Wyobrażona. I taka pozostaje do dzisiaj.

Najprościej byłoby to zapewne wyjaśnić, odwołując się do terminologii Friedricha Meineckego. Opisując procesy powstawania narodów, wyróżnił on dwa bieguny narodowości – Staatnation (a zatem naród, którego głównym spoiwem są struktury państwa) i Kulturnation (gdzie głównym spoiwem jest kultura). Obydwa powinny współistnieć, trudno bowiem na dłuższą metę wyobrazić sobie kulturę i język, które nie mogą się wspinać, jak bluszcz, po solidnych strukturach praw i instytucji. Kluczowe dla tożsamości narodowej w jej zachodnim rozumieniu są przecież wspólne terytorium, historia „świętych”, którzy ją zamieszkiwali, wspólna kultura, wreszcie wspólny system prawny i interesy ekonomiczne ludzi razem zamieszkujących. Element instytucjonalny jest dla kultury niezbywalny; działa to jednak i w drugą stronę. Chociaż wielu zwolenników współczesnego „neutralnego państwa” wolałoby widzieć współczesne państwa jako aksjologicznie obojętne twory, instytucjonalne perpetua mobilia, trudno zaprzeczyć, że na kształtowanie się tych prawnych konstrukcji zawsze ma (i powinien mieć) wpływ lokalny koloryt.

Paradoksalnie Polacy pokazali, że przesłanie pozbawionej państwa tożsamości narodowej w nieznaną instytucjonalną przyszłość jest możliwe – po zaborach naród polski stał się stopniowo Kulturnation w stanie czystym, nie mającym nic poza jakże chybotliwą podstawą swojego języka i tradycji skrojonej na miarę tej przedziwnej tratwy ratunkowej. Aby ta arka przetrwała, trzeba było polskość zdefiniować i obmyślić zupełnie na nowo.

Sytuacja Polski różniła się od innych (przyszłych) państw wschodnioeuropejskich. Polacy byli narodem starym i okrzepłym, mającym za sobą długą i zupełnie oryginalną tradycję polityczną własnego państwa. I Rzeczpospolita spełniała wszystkie zachodnie kryteria narodu (pisze to zresztą z pełna świadomością, że rzutuję nowoczesne kategorie w głęboką nowożytną przeszłość). Było tu i wspólne terytorium, i wspólna mitologia, język polityczny wreszcie kultura i system prawny. Wspólny był również interes ekonomiczny dominującej warstwy społecznej.

Tymczasem zachodni historycy idei wrzucają sposób, w jaki dorobiliśmy się nowoczesnej tożsamości narodowej, do wspólnego worka z młodymi narodami – Ukraińcami, Białorusinami czy Słowakami. Zawsze mnie to irytowało – ale robią to przecież nie bez powodu: w XIX wieku język polski, dotąd narzędzie polityki, musiał nagle posłużyć do nowych celów. I to chyba stało się główną przyczyną wschodniego zwrotu naszego narodu, że, kiedy został zmuszony do autodefinicji, musiał przemówić właśnie w kategoriach XIX wieku. A nie były to przecież kategorie zgodne z tym, co wcześniej działo się nad Wisłą, gdzie od kilku stuleci po polsku odmieniano przez wszystkie przypadki słowo „rzeczpospolita”, a naród był “szlachecki”.

Kilka faktów z jesiennych lektur. Hans Kohn (The idea of nationalism: a study in its origins and background) wyróżnił nacjonalizm zachodni, racjonalny w stylu anglosaskim, i wschodni – tworzący się w warunkach silnej i na ogół obcej władzy centralnej, z konieczności mistyczny. Anthony D. Smith (National Identity) wskazuje z kolei na charakterystyczne językowo-kulturowe wychylenie narodów, które w XIX wieku krzepły na Wschodzie. Państwa Europy Wschodniej i Azji większy nacisk – ze względu na mniejszy rozwój instytucjonalny – kładły na rodzinne więzi, łączące mieszkających wspólnie ludzi. Zamiast praw, tkanką, na której opierało się poczucie wspólnoty, stawał się tam język. I rzeczywiście – od XIX wieku polskie poczucie tożsamości narodowej spełnia kryteria wschodniego. Różni się od innych może tym, że na olbrzymia skalę występuje w nim motyw wdowieństwa i sieroctwa. Na wspólnocie języka poszybowaliśmy zatem duchowo na Wschód.

Owo „uwschodnienie” Polski to dzieło emigracyjnej inteligencji. To ona w XIX wieku wymyśliła nas na nowo – tak, jak pozwalały jej na to warunki. W każdym razie nie bez przyczyny inteligencja nie występuje nigdzie poza Europą Wschodnią. Jako specyficzna warstwa wykształciła się przecież na wschód od Łaby, w krajach ekonomicznie zapóźnionych, które w XIX wieku wkroczyły na tory modernizacji. Miała zastąpić szlachtę. Od początku krystalizowania się inteligencji, jej główna cechą miało być posiadanie „rządu dusz”: kreowanie opinii i ambicje przywódcze.

Pierwszą wielką szkołą polskiego myślenia inteligenckiego była Wielka Emigracja, wybitnie niezakotwiczona społecznie i państwowo, a odgrywająca w historii kultury naszego kraju całkowicie kluczową rolę. Nośnikiem polskiej tożsamości stała się odtąd szeroko pojęta kultura.

Jak bardzo polska myśl romantyczna nie zajmowałaby się problemem wyzwolenia ludu, ideami rewolucji i równości, zajmowała się nimi tylko w teorii, bo praktykę polityczną kształtuje przecież (co oczywiste) tradycja praktyki politycznej. Traktat polityczny, chociażby najwybitniejszy, zawsze pozostaje w sferze dorobku kulturalnego. W rzeczywistości zaborów jedyna opcją polskiej praktyki politycznej (co więcej, opcją wypracowaną w kraju), była walka zbrojna i ten kod kulturowy wpisaliśmy sobie głęboko. Żadnego innego nie mieliśmy okazji.

Garść wniosków

Ta sytuacja nie jest ślepą uliczką. Polska nigdy nie była w pełni zachodnia, ale nie była także krajem wschodnim. Polskość przetrwała. Musimy być odtąd szczególnie ostrożni. Naród, którego tożsamość opiera się na komunikacji werbalnej, jest podatny na manipulacje w sferze języka. Zmiana słów zmienia sposób, w jaki myślimy o sobie, w jaki funkcjonujemy.

Jeżeli zaś narzekamy na brak aktywności każdego kolejnego pokolenia, zwracamy uwagę na to, że realizuje się głównie na płaszczyźnie kultury, że łatwo godzi się na trwanie zaborczych struktur, zobaczmy, jak dawno zaczęła się ta specyficzna droga polskiej inteligencji.

Język polski stał się głównym skarbcem polskości. Jeśli mamy wskazać istotę naszej narodowości, nie pokażemy miast, których już nie mamy. Nie pokażemy instytucji, które dawno zniknęły. Te, które mamy dzisiaj, to zaledwie nowoczesny przeszczep, który zresztą wciąż dobrze się nie przyjął. Żeby pokazać obcemu istotę polskości, powiemy: – Czytaj, czytaj „Pana Tadusza”!

I tutaj jeszcze jeden paradoks. Wydaje się, że Mickiewicz, całą siłą swojego talentu, starał się przywiązać nowy paradygmat inteligencji do dawnych, szlacheckich kształtów. Stąd kluczowość „Pana Tadeusza” – kluczowość, którą słusznie odgadły późniejsze pokolenia, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co właściwie zrobił Mickiewicz. Nasza epopeja narodowa to nie proste, chociaż genialnie napisane, „odtworzenie przeszłości”, tak oczekiwane w kontekście XIX-wiecznych zaborów i epoki pielgrzymstwa. „Pan Tadeusz”, ten wgląd w szlachecką polskość z całą jej oryginalną i jakże zachodnią kulturą, przekazany nam w nowych, XIX-wiecznych kategoriach, okazał się porażką jego twórcy. Kiedy bowiem Adam Mickiewicz zamknął polskość w arce poematu, niechcący uczynił nas wschodnim narodem.

(Zakrzówek, listopad 2010)

Jednorazowość po polsku

Nie raz zastanawiała mnie jednorazowość polskich przedsięwzięć. Jeśli raz sfilmowaliśmy „Potop”, to nie musimy już tego robić drugi raz. Jeśli Jasienica napisał popularne książki o historii Polski, to nikt więcej nie musi już tego robić.

Powrócę jeszcze do brytyjskiego amor historiae – tam telewizje publiczne i komercyjne co kilka lat filmują najważniejsze pozycje anglosaskiej klasyki. Robi to również Hollywood. I nikt nie zapomina tych największych ekranizacji, zrobionych przez najważniejszych twórców. Ale ciągle pojawiają się nowe intepretacje i nowi aktorzy, dzięki którym Jane Austen, siostry Bronte czu Charles Dickens stają się bohaterami pop-kultury. Widzów najnormalniej w świecie interesuje, czy nowa „Emma” Austen jest równie udana jak starsze wersje, a Rochester z nowej adaptacji tak samo przystojny (lub nie, bo Rochester niby ma być brzydki, choć, oczywiście, rzadko bywa) jak Timothy Dalton. Nie mówiąc już o panu Darcym. I nie gorszmy się, że miłość do klasyki jest tu podszyta niższymi instynktami (czytaj: chęcią oglądania przystojnych aktorów i pięknych aktorek). Taka jest natura człowieka; dobrze, jeśli potrafimy te „pasje” kierować ku rzeczom wzniosłym. Za zainteresowaniem twarzą Keiry Knightley (ostatnia ekranizacja „Dumy i uprzedzenia”) idzie przecież zainteresowanie dziełami Jane Austen.

W tym roku Hollywood wypuściło kolejną adaptację „Jane Eyre” Charlotte Bronte (Mia Wasikowska i Michael Fassbender w rolach głównych). Zaledwie cztery lata po ostatniej, niezmiernie udanej, wyprodukowanej przez BBC (Ruth Wilson, która grała tam Jane, była absolutnie zjawiskowa; odsunęła w cień Samanthę Morton i Zelah Clarke z poprzednich wersji).

„Jane Eyre” to znakomita książka. Bronte w opisie indywidualności kobiety osiągnęła chyba wszystko. Na niej feminizm mógłby się w zasadzie zatrzymać, bo każdy krok naprzód był już wypaczeniem. Jane Eyre to typ kobiety niespokojnej, w której naturze leży ciągła chęć rozwoju; która nie chce zgodzić się na przypisaną jej przez kulturę pasywną rolę (słynny cytat: „The restlessness was in my nature; it agitated me to pain sometimes”). I pozostaje aktywna, chociaż czeka ją mnóstwo rozterek, w tym wybór pomiędzy miłością a wiernością Ewangelii. Wybiera dobrze: Ewangelię, i odtąd Opatrzność jej błogosławi. Także Rochester zda swój test moralny, zanim uzyska spełnienie.

Bronte, podobnie jak Austen, była córką pastora. I podobnie jak Austen, ukrywała w swoich książkach odważny projekt etyczny. Całe szczęście to XIX-wieczny romans, więc wszystko kończy się szczęśliwie – to znaczy: „Reader, I married him…” („Czytelniku, wzięłam z nim ślub…”). W tym wypadku to kobieta zaślubia swojego wybranka, nie odwrotnie; chociaż Bronte nie uważa wcale, aby musiało to być normą obowiązującą.

Na przykładzie dwóch ostatnich ekranizacji tej książki widać, jak anglosascy scenarzyści, aktorzy i reżyserzy nieustannie pracują nad nowymi odczytaniami dawnych treści, jak tasują wątki. Zaryzykuję stwierdzenie, że tak elektryzującej i poruszającej sceny powrótu Jane do Rochestera jak w ekranizacji z Ruth Wilson (2006) długo już nie zobaczymy. Ale najnowsza adaptacja również jest wspaniała. Mia Wasikowka jest bardzo przekonująca, a Fassbender, jak trzeba, przystojny.

W Polsce ekranizacja danego dzieła, zwłaszcza jeśli dokona jej Wajda lub Hoffmann, po prostu uśmierca dzieło. Odtąd jesteśmy już skazani na tę jedną wersję i jedną interpretację. Chroniczna jednorazowość, która zabija naszą kulturę.

Klasyka jest klasyką, jeśli żyje. W tym kontekście możemy zaryzykować twierdzenie, że polska klasyka ledwo zipie. A zatem: kiedy doczekamy się nowego „Potopu”? Chętnie zobaczę nowego Kmicica. Myślę, że nie ja jedna.

POST SCRIPTUM

Krewna Asia: „Chętnie bym te nowe ekranizacje zobaczyła, tylko z równie „świeżymi”i aktorami. Najlepiej z takimi o których jeszcze pudelek nie pisał”

Odpowiadam: BBC w swoich adaptacjach zawsze wprowadza nowych aktorów, którzy występują za ekranie obok sław. Ruth Wilson , Jane Eyre z 2006 roku, to klasyczny przykład takiego debiutu. A ekranizacje BBC mają siłę wyrzutni. Nowa twarz, Timothy Dalton, Rochester z 1983 roku,  zaraz po „Jane Eyre” został Bondem. Obyśmy mieli podobne wyrzutnie w Polsce.

Tutaj znajdą Państwo mój tekst o brytyjskich ekranizacjach prozy Jane Austen: http://www.polskieradio.pl/24/289/Artykul/167542,Sfilmowac-Jane