O chuliganie i kołach ratunkowych

„Nie po to się czyta młodych krytyków, aby dowiedzieć się, co sądzą o Boileau lub o stylu Montherlanta. Czyta się ich zupełnie w tym samym celu, co powieści i wiersze: aby wciągnąć w nos współczesne powietrze, aby przejąć ich niepokój, ich pasję, ich dreszcze” – pisał Andrzej Kijowski. Ale to przecież dotyczy całej krytyki, także sprzed lat. To znaczy – tej, w której w ogóle są jakieś dreszcze, bo jest i krytyka sztampowa, zbyt uczona, która przemawia z wysokości koturnów i jeszcze dodatkowo wspina się na palce, żeby na pewno przemówić z góry.

Wpadła mi właśnie w ręce jedna z książeczek, w których „Więź” od kilku lat publikuje rozproszone teksty Andrzeja Bobkowskiego. Tym razem to „Ikkos i Sotion”. Czytam ją kilka lat po premierze (2009), ale Bobkowski w ogóle dociera do mnie w rozcieńczeniu. Wcale mi nie szkoda, bo nie ma większej radości od czytania takiego autora na świeżo, po raz pierwszy (ta radość zbliża się do końca, ponieważ z wydanych tekstów Boba zostały mi już tylko listy do Anieli Mieczysławskiej). Podobnych jemu autorów nie ma i nigdy nie było wielu, a pewne wrażenia przeżywa się tylko podczas pierwszej lektury tekstu, kiedy w mózgu otwierają się niespodziewane zapadnie. Wpadamy w nie z radością, bo na ogół prezentują nowy, nieznany korytarz, kto wie, dokąd on zaprowadzi. Druga lektura zna już najważniejsze niespodzianki, nie ma zatem tego wspaniałego efektu zaskoczenia, kiedy się nam ziemia usuwa spod intelektualnych nóg.

Teksty ze zbioru „Ikkos i Sotion” koneserom znane są od dawna, w tym „Keyserling” i „Krzyk chuligana” (zwłaszcza ten ostatni; przecież Bobkowski to „chuligan wolności”, w warszawskich Łazienkach była nawet wystawa pod tym tytułem). Bobkowski staje się w nich krytykiem, a ponieważ pisze „z bebechów”, jednocześnie opowiada nam o sobie. Widzimy tutaj jak w soczewce historię łańcucha literackich wpływów i fascynacji, widzimy, jak to się wszystko odbywa. Jeden autor rzuca mimochodem intuicję lub pomysł, drugi, obudzony przez nią, podchwytuje ją i rzuca dalej w przyszłość, gdzie już czeka następny, a potem następny. I tak dalej.

Zacznijmy od „Keyserlinga” (1946). To esej, w którym Bobkowski oddaje hołd jednemu z najważniejszych, jego zdaniem, filozofów XX wieku. Dla autora „Szkiców piórkiem” był nim bez wątpienia, chociażby jako autor „Dziennika podróży filozofa”. Wiadomo, że Bob czytał go jeszcze w latach studenckich i można przypuszczać, że „Dziennik” jednego wpłynął na „Szkice” drugiego. Ale atrakcyjna dla Bobkowskiego była również filozofia Keyserlinga. „Człowiek w każdym myśleniu musi być żywym – relacjonuje ją. – Filozofia nie jest nauką, lecz sztuką, a mądrość nie jest sumą wiadomości, lecz formą życia, zaletą duszy, bodźcem”.

No właśnie, bodźcem. Czytając tekst o Keyserlingu napotkamy także słowa „katalizator” i „akuszer”. Dotyczą A. Harnacka Chamberlaina, który był takim „wyzwalaczem” dla Keyserlinga, ale nie można nie odnieść wrażenia, że Bobkowski w ten subtelny sposób opowiada nam o tym, kto w rzeczywistości był akuszerem dla niego (wprost napisze jedynie, że Keyserling był „dostarczycielem duchowego chleba”).

Rola takich „katalizatorów” w literaturze jest bardzo doniosła. Pisanie to jakby puszczanie w ruch kołyski Newtona, rzucanie kół ratunkowych na niespokojne wody. Nigdy nie wiadomo, kto złapie i w jakich okolicznościach. Czasami, podejrzewam, może to być dla rzucającego sporym zaskoczeniem, bo przecież każdy ma pomysł na swojego idealnego spadkobiercę, a tymczasem dziedziczyć może ktoś, kto się autorowi po prostu nie mieści w głowie.

Od drugiej strony sprawa jest nieco prostsza: to wybudzenie, eureka, jakby ktoś dostroił się do naszych fal radiowych. Od urodzenia słyszeliśmy w eterze tylko szum, a nagle rozlega się ludzki głos i mówi właśnie do nas: chodź. Czytając kogoś, nagle rozkochujemy się w rzemiośle, które tamten uprawia i myślimy sobie: ja też tak chcę, też tak potrafię. A czasami nawet bardziej brawurowo: potrafię lepiej.  I to jest elektron, który wybudza cały układ, dotąd tkwiący w uśpieniu lub działający co najwyżej miernie. Keyserling był jednym z  tych, którzy wybudzili Bobkowskiego.

Ślady podobnego mechanizmu znajdziemy w „Krzyku chuligana”. To tekst późniejszy, z 1958 roku. Jest jeszcze ciekawszy, bo afera z kołami ratunkowymi dotyczy tutaj większej ilości osób, w dodatku aktywnych w polskiej literaturze, i Flauberta, który temu wszystkiemu patronuje. Ta fala oddziaływania ma zresztą swój symbol, słowo, po którym można ją śledzić: „chuligan”. Zaczęło się od Andrzeja Kijowskiego, który napisał o Hłasce: „Rodzi się nowa obyczajowość i nowa moralność człowieka zbuntowanego przeciwko organizowaniu i administrowaniu form życia. Tu i tam są ludzie, którzy przestali skandować. Jedni stali się przez to intelektualistami lub poetami, inni – chuliganami. Hłasko jest i z jednych, i z drugich. To prawda. Bo człowiek wolny, intelektualista i artysta naprawdę wolny – więcej – który chce być wolnym, będzie do końca świata miał w sobie coś z chuligana. Jak Flaubert, jak wieku innych”.

Cytat pochodzi ze zbioru „Różowe i czarne”. Ta książka to debiut Kijowskiego, a jednocześnie rozrachunek z socrealizmem, w który Kijowski wcześniej się zaangażował. Nie dajmy się jednak zwieść tym okolicznościom, Kijowski to jeden z krytyków-burzycieli, dla których literatura była jak „walka byków” i gra o najwyższą stawkę, a krytyka literacka – zaangażowaniem niemal egzystencjalnym, dawaniem twarzy, braniem odpowiedzialności za literaturę. Ugniataniem arcydzieła, mówieniem przykrych rzeczy, ale tylko po to, żeby autor miał szansę się poprawić albo zripostować. Krytyk to podmiot wolny, mający prawo narzucić książce arbitralnie „konceptualizm” i „własne idee” („Miniatury krytyczne”). Z tej arbitralności bierze się pewnie zarzucana czasem Kijowskiemu niekonsekwencja (Kisielewski: „Od lat obserwuję pisarstwo tego ogromnie zdolnego człowieka i od lat stwierdzam, że nigdy nie wiem, co z niego za chwilę wyskoczy. Wieloletnia jego działalność nie układa się w żaden uporządkowany i konsekwentny system myślowy”).

Nawiasem mówiąc, od kilku dni czytam, co ja mówię: pochłaniam Kijowskiego. To jedno z moich ważniejszych odkryć podczas tych wakacji. Nie jestem pewna, jak mogłam przeżyć trzy dekady, nie czytając autora „Kronik Dedala”. Oczywiście, wiedziałam o jego istnieniu, ale wpadł mi w ręce dopiero teraz, bo zawsze było co innego na głowie; nikt nie płaci i nie płacił mi przecież za zajmowanie się literaturą, w dodatku wydawało mi się, że zawsze znajdzie się coś ciekawszego niż felietony sprzed kilkudziesięciu lat. Błędne założenie. Teraz sięgnęłam po Kijowskiego, bo jasne jest to, że ktoś, kto tak „pogonił” Bobkowskiego, musi mieć w sobie coś specjalnego. I ma rzeczywiście. Choćby błyskotliwa intuicja z „Bolesnych prowokacji”, dotycząca młodzieży, której nie wolno spychać do gett pism młodzieżowych ani zmuszać do dostrajania się do starszego pokolenia; zadaniem młodych jest właśnie „szczypanie” tych starszych, zrzucanie ich z piedestału, bo inaczej kultura stoi w miejscu. Jakie to aktualne, na dzisiejszej tzw. młodej prawicy jest zastraszająco dużo podrabianych staruszków.

W każdym razie – Kijowski swoim cytatem „wrzuca” nam temat wiecznie wolnego chuligana. I od 1957 roku raz na jakiś czas pojawia się ktoś, kto takiego chuligana wypatruje, jednocześnie zerkając w lustro i doszukując się we własnej twarzy chuligańskich rysów. Dla Bobkowskiego cytat o chuliganie był jak smagnięcie biczem. W 1958 roku podjął ten temat, czekając na „gorący krzyk, le cri du Garcon młodego, który jeszcze nie boi się krzyczeć, w którym – na szczęście – giętki intelektualista nie zabił jeszcze chuligana. Bo zagadnienie chuligana nie jest takie proste, jak chcą tego aptekarze”. Dla Bobkowskiego to mógłby być Hłasko, ale i ktokolwiek inny, byle utalentowany, szlachetny i szczery. „Buntują się i krzyczą – pisze Bobkowski o młodym pokoleniu. – Tym bardziej gdy wokoło siebie i na każdej zadrukowanej stronicy, w każdym publicznym wystąpieniu ludzi skądinąd mądrych i myślących, dostrzegają ponury absurd poszukiwań tam, gdzie nic się nie znajdzie, i przemyślnego węszenia obliczonego na to, aby się nigdy niczego nie dowąchać”. „Krzyk chuligana” Bobkowskiego to zresztą esej wyjątkowo autotematyczny, niby o Flaubercie, niby o młodym pokoleniu, ale tak naprawdę widać od razu, że Bobkowski nakłada na chuligana własne cechy i że szuka duchowego potomka. To czas, kiedy już go regularnie operują. Dzisiaj wiemy, że zostały mu trzy lata życia. Po raz kolejny rzuca koło.

I nagle znajdujemy je w rękach Andrzeja Horubały, któremu „pozostał sen o chuliganie, chuliganie, który skalą talentu przewyższyłby wszystkich rewizjonistycznych pisarzy, którego gest odrzucenia marksizmu, wyśmiania go, zakwestionowania byłby silniejszy niż wielotomowe rozważania Leszka Kołakowskiego o głównych nurtach tej zbrodniczej i niemądrej ideologii. Chuliganie, który by wreszcie siłą swego talentu umożliwił Jerzemu Giedroyciowi postawienie na mocniejszego i pewniejszego konia niż rewizjonistów pokąsanych przez Hegla” („Marzenie o chuliganie”, 1998. To naprawdę wspaniały esej, podobnie zresztą jak sąsiedni, o prymusie).

Czekamy zatem na wielki talent, który przyćmi blaskiem wszystkich innych, który będzie trochę jak Neo z Matrixa i nie będzie już musiał uciekać przed agentami, bo to oni będą uciekać przed nim. Oto marzenie (chuligana) o silnym dobru, oto chuligańska wola mocy, ciągle niezrealizowana.

Mam tylko wrażenie, że chuligani pojawiają się regularnie, ale wciąż mało kto na nich stawia. Oni na siebie też nie („Tyle książek – i co? – pisał Bobkowski w okresie gwatemalskim. –  I raptem ta jedna, moja, będzie czymś specjalnym w tych milionach?” [List do Mieczysława Grydzewskiego]). Dlatego pozostają na wieki jedynie autorami didaskaliów, jakże błyskotliwych.

(Andrzej Bobkowski, Ikkos i Sotion oraz inne szkice, Biblioteka Więzi, Warszawa 2009).

POST SCRIPTUM

Ten wpis powstał dwa tygodnie temu. Listy do Anieli Mieczysławskiej, niestety, także mam już przeczytane.

 

Gombrowicz – polski romans z nominalizmem

“Nie róbcie ze mnie taniego demona” – apelował Gombrowicz (tom II, s. 17; cytaty za wydaniem Wydawnictwa Literackiego). I miał rację. Zbyt go wyegzorcowaliśmy. Oddaliśmy go całkowicie w złe ręce. Tymczasem Gombrowicz był Polakiem, miał się za Polaka i chciał uleczyć polską kulturę. Tak jak umiał. Reakcje Jaśnie Panicza są przesadne, Ale jego „Dziennik” to lektura, której nie może nam dzisiaj zabraknąć; w warstwie krytycznej pełna intuicji wprost genialnych.

*

Kultura to rzeczywistość, którą ciągle musimy wykuwać na nowo; nie jest muzealną wystawką, gdzie nie wolno palcować Mickiewicza i Słowackiego, gdzie pod sufitem, ponad naszym zasięgiem, wisi portret Wyspiańskiego, a innych pisarzy w ogóle się nie pokazuje. Polska kultura to wyzwanie i obowiązek, to ściąganie na ziemię, ciągle i bez końca, rzeczywistości wiecznej. Wyrzucanie części autorów na śmietnik lub opisywanie ich kompromitujących przygód zamiast rzetelnego namysłu nad tym, co mieli do powiedzenia, jest odwróceniem się od tego obowiązku (por. tekst o Gombrowiczu we Frondzie 59; ten artykuł mógłby być dodatkiem do tekstu krytycznego, ale nie jego zamiennikiem). „Niepodobna rozróżnić, co jest w Was dążeniem do prawdy, a co dążeniem do mobilizacji psychicznej w tej walce” (I, 30) – pisał Gombrowicz. Tak, rzeczywiście, czasami trudno to odróżnić.

Gombrowicza można jednak czytać inaczej – nie tylko przez pryzmat synczyźnianej, PRLowskiej recepcji jego twórczości. W literaturze polskiej ostatnich 200 lat można inaczej rozpisać głosy. Jeden z dwóch ważnych dla mnie nurtów, mistyczny, często filozoficznie ciążący ku neoplatonizmowi, wydał wiele wspaniałych kwiatów, włącznie z talentem Mickiewicza; drugi, krytyczny, wydał między innymi Gombrowicza, Bobkowskiego i właśnie Norwida.

Gombrowicz i Norwid będą mieli sporo wspólnego. Będzie dla nich jasne, że Ojczyzna to coś więcej niż ziemia (w “Dzienniku” Gombrowicz będzie pisał słowo “kraj” z dużej litery). Będą rozumieli Ojczyznę jako coś, co powinno realizować się tam, gdzie jest dany Polak, niekoniecznie w Polsce: “Wiedzcie, że Ojczyzna wasza to nie Grójec, ani Skierniewice, nawet nie kraj cały, i niech krew uderzy wam na policzki rumieńcem na myśl, że ojczyzną waszą wy jesteście” (I, 95) – pisze Gombrowicz.

Jaśnie Panicz, tak samo jak Norwid, będzie ubolewał nad twórczą niemocą Polaków. Gombrowicz zwróci uwagę na powód tego kopiowania: „Bezsilność Polaka wobec kultury. Dla Polaka kultura nie jest czymś, czego i on jest współtwórcą, ona przychodzi mu z zewnątrz jako coś wyższego, nadludzkiego – i ona mu imponuje”. Bo i jest coś nie tak z naszym podejściem do kultury: większość z nas jest wobec kultury wyobcowana, nie ma ochoty wchodzić z nią w twórczy dialog, współtworzyć jej. W paradygmacie Mickiewicza poeta jest wieszczem, a zatem ma kontakt ze sferą wyższą; jest kapłanem, przez którego dłonie lud ma kontakt z Pięknem i Prawdą. “Nominaliści” w duchu Gombrowicza uważają tymczasem, że każdy może – i powinien – być współtwórcą kultury, na takim poziomie, na jakim chce i potrafi. Kultura to bowiem nie tylko natchniona poezja (Gombrowicz, jak wiadomo, w ogóle specjalnie jej nie cenił). I ta ostatnia propozycja, to, wybaczcie moje natręctwo, dużo bardziej republikańskie podejście.

W “Dzienniku” znajdziemy krytykę ślepego podążania za Europą: “Miłosz jest po stronie Brzozowskiego, Miłosz chce, aby inteligencja polska dogoniła Zachód. Jest […] wyrazicielem powojennego polskiego zrywu w kierunku “europejskości” i “nowoczesności”. A ja, szlachcic-hreczkosiej panie święty starej daty, wyciągam rękę i powiadam: – Z wolna! Nie tędy droga! Po diabła wam to? […] To, co dotychczas było waszym wstydem, może być wprowadzone w Europę jako punkt wyjściowy zbawiennej rewizji” (III, 59-60).

*

Nie można nie odnieść wrażenia, że Gombrowicz to sprężyna, która odskakuje zbyt mocno po tym, jak ją zbyt mocno przygięto. Autor “Dziennika” piętnuje jednostronność polskiej kultury, to, że przez dekady miała do zaoferowania tylko jeden model pozytywny, męczeński. „Historia zmusiła nas do hodowania w sobie pewnych tylko cech naszej natury i jesteśmy nadmiernie tym, czym jesteśmy – jesteśmy przestylizowani. A to tym bardziej iż, wyczuwając w sobie obecność tamtych, innych, możliwości, pragniemy je gwałtem unicestwić […]. Jeśli przyjrzymy się innym naszym cechom narodowym (jak miłość ojczyzny, wiara, zacność, honor…), to w nich wszystkich dostrzeżemy ów przerost […]. Ale stąd wynika, że Polak jest zubożony ściśle o połowę siebie samego, przy czym nawet ta połowa, której przyznaje się prawo głosu, nie może się ujawnić w sposób naturalny. […] A zatem przekora powinna stać się dominantą naszego rozwoju” (I, 172-173).

Zdaniem Gombra, II RP była porażką, ponieważ nie zmieniła owego domyślnego modelu polskości. „Powietrze wolności zostało nam dane, abyśmy przystąpili do rozprawy z wrogiem bardziej dręczącym niż dotychczasowi ciemiężcy – z sobą […]. Póki byliśmy pochłonięci buntem przeciw obcej przemocy, pytania: kim jesteśmy? co mamy z siebie zrobić? jak gdyby zasnęły – ale niepodległość zbudziła śpiącą w nas zagadkę. Z odzyskaniem wolności powstał przed nami problem istnienia. Na to, aby naprawdę zaistnieć, musielibyśmy się przerobić” (I, 238). Nie chodzi jednak o odejście od polskości, o rezygnację z bycia Polakami. Nie chodzi nawet o rezygnację z miłości Ojczyzny, bo Gombrowicz uważa, że z braku innych cech, także te, które posiadamy, nie mogą odpowiednio wybrzmieć. Autor “Dziennika” za wszelką cenę pragnie stworzyć nowy model, alternatywny. “Podchodzę do Polaka i mówię mu: – Ty całe życie padałeś przed nią na kolana. […] Powstań. Pomyśl, że nie tylko ty masz Jej służyć – że ona także ma służyć tobie, twemu rozwojowi […]. Niechętnie zabierałbym się do wynaradawiania… Wszak powiedziałem już: nie jestem wielbicielem kosmopolityzmu” (II, 21-22). I jeszcze: „Marna jest ta kultura polska, która tylko wiąże i przykuwa, godna uznania i twórcza i żywa ta, która wiąże i wyzwala jednocześnie” (I, 174). Gombrowicz godzi się na związanie, ale związanie, które jednocześnie wyzwala. Chce mieć wolność wyboru. Ot, woluntarysta.

*

Gombrowicz mocno się buntuje; jak zwykle, doprowadza postawę przeciwną do skrajności. Uwagi o Polsce znajdziemy wśród rozważań o klęsce artystycznej Beethovena, Cezanne’a i Czajkowskiego. Ale to absolutnie genialna fanfaronada! Jaśnie Panicz palcuje wielkich twórców (pamiętamy rolę palca w “Ślubie”; to metafora, którą Gombrowicz po prostu mi narzuca), palcuje polską tradycję. “Moje pragnienie “przezwyciężenia Polski” było jednoznaczne z chęcią wzmocnienia naszej indywidualnej polskości” (II, 22-23) – wyjaśnia.

Czasami schodzi jednak na mielizny. Stawia Polaka ponad Polską, ponieważ jednostka ma dla niego pierwszeństwo przed bytem zbiorowym. I tu zgoda; chociaż każdy pogląd, jeśli doprowadzić go do skrajności, okazuje się fałszywy. U Gombrowicza wzmacnianie Polski może być pomyślane tylko i wyłącznie jako wzmacnianie jednostkowego Polaka. Nie ma zatem mowy o jakimkolwiek poświęcaniu dla innych. Wyrzucamy do kosza zarówno przesadną martyrologię, jak i zdrową odpowiedzialność za wspólnotę.

Jaśnie Panicz idzie także zbyt daleko, kiedy proponuje własne rozwiązanie genialnie zdiagnozowanego kryzysu polskiej kultury. A zatem o ile zgodzę się z nim, że „naród prawdziwie dojrzały powinien z umiarem sądzić własne zasługi”, nie zgodzę się, że naród „prawdziwie żytwotny musi nauczyć się je lekceważyć” (I, 16). A Gombrowicz idzie przecież jeszcze dalej: „Objawiło mi się paradoksalnie, że jedyny sposób, w jaki ja, Polak, mogłem stać się zjawiskiem pełnowartościowym w kulturze, był ten: nie ukrywać mojej niedojrzałości, ale przyznać się do niej”. Zdeprecjonować Polskę i z tej deprecjacji uczynić własny oręż. To już o krok za daleko. Co dalej? „Resztą zupełnie się nie przejmowałem. Reszta – prędzej czy później – zrobi się sama” (I, 264).

To nieodpowiedzialność egocentryka. “‘Ja’ rosnące zakłóca mu coraz bardziej stosunek do świata” (II, 151) – pisze sam o sobie. „Czy jestem człowiekiem pozbawionym zmysłu moralnego? […] Jestem naturą raczej szlachetną, choć niewypowiedzianie słabą” (I, 299-300) – przyznaje się. Właśnie dlatego za podążanie za swoim przykładem nie ręczy: “Na żadnego ‘przywódcę’ nie reflektuję […]. Ja chcę być Gombrowiczem tylko, niczym więcej” (II, 74).

Jaśnie Panicz schodzi na mielizny także tam, gdzie katolicyzm czyni winnym kulturalnej nijakości Polski (impotencja w kulturze „gdyż Bóg nas prowadził za rączkę”  – por. I, 280). Katolicyzm jest niewyczerpanym źródłem, tylko należy z niego należycie czerpać. Wkrótce pokażę jeden ze zdrojów.

 

Norwid czyli polska szkoła myślenia krytycznego

W naszej literaturze niewiele jest postaci takich jak Norwid. Osobnych i trzeźwych. Starających się myśleć ostro i odpowiedzialnie.

To zabawne, ale Norwid jest dziś dla nas zaledwie źródłem bon motów, które wyjęte z kontekstu stają się na ogół wypranymi z treści frazesami (tragiczny koniec wspaniałej twórczości). Poeta z Głuch jest zapomniany do tego stopnia, że nie dostrzega się jego ewidentnego wpływu na kluczowe postaci polskiej historii.

Niedawno przez polską prawicę przetoczył się spór o to, do jakiego stopnia Jan Paweł II był dziedzicem romantyków – i to w ich heterodoksyjnej wersji. Tymczasem oficjalne pisma papieża Jana Pawła II wprowadzają na łono Kościoła powszechnego tylko ortodoksyjnego Norwida.

Papież był mesjanistą norwidycznym, czyli pod względem wszelkich „przeanieleń” bardzo umiarkowanym, trzeźwo stąpającym po ziemi. Nie miał wątpliwości, że rzeczywistość trzeba przebóstwiać (jestem przywiązana do tego słowa – występuje m.in. w liturgii i w teologii; wystarcza nam na razie za wszelkie heterodoksyjne synonimy, w tym niebezpieczny mesjanizm, który wciąż musimy przemyśleć) i że chrześcijańska Polska może przemienić Europę.

Rozmawiałam o tym z norwidologiem, prof. Markiem Busiem. Mówił mi: „Karol Wojtyła jeszcze w teatrze szkolnym recytował Promethidiona, głębiej wszedł w Norwida w założonym przez swego nauczyciela, Mieczysława Kotlarczyka, tajnym Teatrze Rapsodycznym. Nawiązań do poety w twórczości i nauczaniu Jana Pawła II są liczne dziesiątki (moja uczennica, Krystyna Wójcik, napisała o tych wielorakich związkach obszerną i i ciekawą pracę magisterską, życzliwie przyjętą w Watykanie). Jednak poemat „o pięknie i pracy” zajmował zawsze, od czasu młodzieńczych fascynacji, miejsce szczególne i jako przedmiot estetycznej fascynacji, i jako źródło mądrości, wzór lapidarnego i plastycznego ujmowania trudnych zagadnień. Papież cytował Promethidiona wielokrotnie, czasem z pamięci, jako biskup i jako papież, zarówno na spotkaniach ze środowiskami artystycznymi czy naukowymi, jak i zwracając się do zebranych tłumów wiernych. W szczególności upodobał sobie, dziś już słynny, dystych „Bo piękno na to jest, by zachwycało / Do pracy – praca, by się zmartwychwstało”, który poprzez grę znaczeń i wieloznaczności wskazuje i na sprawczy aspekt piękna (chwytać, wciągać, nie tylko budzić zachwyt), i na teologiczny wymiar pracy. Najgłośniejszym dokumentem jest, oczywiście, głośny, przypominający też że piękno „kształtem jest miłości” List do artystów, w którym cytat ten powraca kilkukrotnie. Tezy Promethidiona były, jego zdaniem, tak ważne, a ich sformułowania tak celne, że trzeba było je „zadać” wszystkim (czy tylko chrześcijańskim?) artystom”.

Norwid był jednym z ewidentnych źródeł Wojtyliańskiej teologii pracy, kapłaństwa powszechnego (jeszcze w czasach Soboru Watykańskiego II) i papieskich pomysłów na relacje chrześcijanie-judaizm. Dowodów fascynacji było więcej. Jeszcze jako biskup, Karol Wojtyła patronował wydaniu dzieł zebranych Norwida (prace trwają do dzisiaj), chciał doprowadzić do ich przekładu na podstawowe języki europejskie.

*

Norwid był także bezlitosnym krytykiem polskiej małości. Widział, że bardzo często w wysokim emocjonalnym c znajdujemy rekompensatę własnych niedostatków. Uważał, że za bardzo upajamy się Polską, że szastamy polską krwią, co jest zaprzeczeniem prawdziwego męczeństwa, wreszcie – że bezkrytycznie przyjmujemy kulturę europejską, ale nie wnosimy do tej kultury nic od siebie. Tymczasem to właśnie kultura jest prawem narodu do istnienia. To zaskakujące, ale te same zarzuty znajdziemy później u Gombrowicza. Myślę, że na historię naszej literatury ostatnich 200 lat można patrzeć i w ten sposób: w Gombrowiczu znajdziemy areligijnego kontynuatora Norwida (napiszę o tym następnym razem). Do tej samej rodziny myślenia będzie należał Bobkowski. Każdy znajdzie inne rozwiązanie „polskiego kompleksu”.

Religijne rozwiązanie Norwida powstało w okresie zaborów, a i tak jest, jak dotąd, najlepsze. Trafność jego uwag o Polsce i polskich elitach stawia włosy na głowie. A więc już wtedy byliśmy tacy? Już wtedy baliśmy się samodzielnie myśleć, nie dbaliśmy o prawdę i bezkrytycznie kłanialiśmy się Europie? Czy to błędne koło? Jak z niego wyjść?

Norwid spełnił swój własny postulat dzięki Janowi Pawłowi II. Polacy mają kształtować kulturę powszechną? Proszę bardzo: oto Norwid staje się miejscem poznania teologicznego w papieskich dokumentach. Mówiąc krótko, chcemy pamiętać o Papieżu, nie zapominajmy o Norwidzie.

 

POST SCRIPTUM

Pełna wersja mojej rozmowy z prof. Markiem Busiem ukazała się w styczniowym numerze „Pressji”. Można go przeczytać tutaj.