Fragment #10: Rzym

michal-aniol

[PROŚBA do zaprzyjaźnionych portali o nieprzedrukowywanie]

[…]

I oto stała naprzeciwko tego legendarnego geniusza, któremu od dawna chciała wyznać, jak bardzo podziwia jego sztukę. Był już stary i miał na koncie wiele słynnych dzieł. Od powstania Piety minęły już cztery dekady, w zasadzie cała jego dojrzałość, a od powstania pierwszych fresków na Watykanie – prawie trzydzieści lat. Dla Vittorii był sfinksem, zagadką. Człowiek z upływem czasu staje się nią dla innych, niosąc na sobie coraz więcej śladów używania, które dla osoby patrzącej z zewnątrz są świadectwami historii nieznanych i już nie do poznania. Starzec to księga zapisana w zapomnianym języku. Choćbyśmy bardzo chcieli ją przeczytać, poznamy tylko ogólny zarys fabuły i co najwyżej kilka stron bardzo długiej historii.

Michał Anioł tworzył właśnie kolejne freski. Markiza była podekscytowana, chciała dowiedzieć się więcej. Mogła spytać, ale milczała. Była zbyt zmieszana. Uśmiechnęła się i odwróciła wzrok, rzekomo szukając znajomych twarzy. Jej status towarzyski nie był w stanie unicestwić do końca wrodzonej nieśmiałości, ta zaś na ogół w chwilach takich jak ta zatykała jej gardło jak czop. Od dawna chciała zamienić z artystą chociaż kilka słów, teraz jednak nie wiedziała, co właściwie powinna powiedzieć, żeby nie wydało mu się to kolejnym banalnym komplementem, których już się nasłuchał. Nie chciała także stworzyć wrażenia, że przyszła tam tylko po to, aby go poznać.

Chociaż w zasadzie była tam tylko po to, żeby go w końcu poznać. […] Kiedy stała w papieskiej kaplicy, patrząc na sklepienie […], porwała ją jego wyobraźnia, i upór, i miękkość, z której istnienia chyba sam nie zdawał sobie sprawy. To, co niewyobrażalne, akt zaistnienia, stawało się w jego wersji kameralne i czułe; Bóg dotykał człowieka, stwarzał go i czynił pięknym. Miała wrażenie, że to ona wykluwa się nagle z jakiejś skorupy, powstaje – i że jest nowa jak Adam, oszołomiona sobą i otoczeniem. Czuła, że wcześniej poruszała się w półśnie, z którego nagle została wybudzona do pełnej świadomości. Kolory, światło – wszystko stało się ostre i jaskrawe, musiała zmrużyć oczy. […] Wydało jej się wtedy, że mogła dotknąć Michała Anioła gdzieś głęboko i bezpośrednio, pod warstwami, które zostawiły na nim i mijające lata; że mogła uchwycić jego niezmienną tożsamość, wciąż tą samą, która kilkadziesiąt lat temu pozwoliła mu stworzyć Pietę.

Potem o Buonarrotim opowiadał jej Cavalieri, uroczy młody szlachcic, który od kilku lat blisko przyjaźnił się z artystą czy może nawet, jak mówiono, był obiektem jego platonicznych westchnień. 

[…]

Michał Anioł milczał. Widać było, że szuka odpowiedzi, waży słowa, nie wiedząc, jak ma zareagować na jej życzliwość. Vittoria mogła okazać się kolejnym salonowym łowcą, osobą wykwintną, ale niemądrą. Postaci tego pokroju, zwykle zupełnie pozbawione charakteru, stanowią podstawowy budulec tak zwanego dobrego towarzystwa. Wiele o niej słyszał; opowiadał mu chociażby Cavalieri, ale zdarza się, że plotki zupełnie nie przekazują prawdy na temat danego człowieka. Colonna miała nieposzlakowaną opinię. Jej literatura, elegancka i pobożna, zwiastować mogła zarówno kogoś szlachetnego, jak i salonową lwicę, która jedynie stwarza pozory wycofania, aby tym łatwiej owijać sobie wokół palca mniej ustosunkowane damy, teologów i artystów. Rzeźbiarz był przyzwyczajony do admiratorów, oswojony przez rzymskie elity, jednak w głębi serca pozostawał nieufny i dziki. Nigdy nie zrozumiał do końca zasad, które obowiązują na salonach. Konieczność prowadzenia niezobowiązujących rozmów z obcymi ciążyła mu i dlatego stronił od miejsc takich jak to.

Całe szczęście przerwano im, bo milczenie przedłużałoby się lub rzeźbiarz odburknąłby coś w swoim stylu, nie tyle dlatego, że był wobec niej nieżyczliwy, ile z powodu swojego zakłopotania. Szorstkość obejścia bierze się często z zawstydzenia i Buonarroti uchodził za gbura. Ktoś jednak, Vittoria nie pamiętała kto, podszedł do niego i, uśmiechnąwszy się przepraszająco, zaczął mówić do mistrza ściszonym głosem. Chwilowe skupienie Vittorii zniknęło. Przysięgłaby, że jeszcze przed chwilą na zatłoczonej sali istnieli tylko we dwoje, niezręcznie próbując wymienić podstawowe grzeczności. Teraz przestrzeń ponownie zapełniła się innymi osobami, do uszu markizy dobiegły dźwięki, śmiechy i głosy pozostałych gości. Michał Anioł stał kilka kroków od niej ze swoim rozmówcą, całkowicie już nim zajęty.

A wierzyłam, że go przejrzałam, żachnęła się w duchu Colonna. Sądziłam, że wystarczy dać mu znak, by i on mnie zrozumiał. W rzeczywistości wszyscy jesteśmy sobie obcy, nie da się tego uleczyć ani naprawić. Można to jedynie maskować uprzejmością lub przyzwyczajeniem.

Odeszła spokojnie, jak wypadało damie o jej pozycji, odkłaniając się na prawo i lewo, zatrzymując się tu i ówdzie, aby wymienić pożegnalne grzeczności. Poczuła się zmęczona i zaczęła przesuwać się w stronę wyjścia. Gdyby pamiętała jeszcze z dawnych czasów, co znaczy mieć złamane serce, mogłaby powiedzieć, że znów je złamano. Choć może nie; może nagłe rozkojarzenie było skutkiem zwykłego bólu głowy. Jej skroń nieprzyjemnie pulsowała.

Wtedy właśnie spotkała go znowu. On także krążył po sali, zmieniając rozmówców, i zupełnie przypadkiem stanął naprzeciwko. Przestrzeń znowu zamknęła się nad nimi, Vittoria przysięgłaby, że wszyscy wokół umilkli lub nagle zniknęli. Jego twarz nigdy nie była przystojna, a czas zostawił na niej sporo śladów. Nos mu zmiażdżono i pozostał nieforemny, na czole i wokół oczu rysowały się zmarszczki. Broda, niezbyt bujna, była już mocno przetykana siwizną. Nie trzymał się prosto – kiedyś podczas malowania spadł z rusztowania i nigdy nie wrócił do pełnej sprawności. Nie, nie był ani w połowie tak piękny, jak rzeźbione przez niego ciała. Wydawało się niemożliwe, że to właśnie on jest tym słynnym artystą. Zdradzał go jedynie wzrok; jego oczy płonęły, jakby miał wieczną gorączkę.

Mistrz wydawał się równie zakłopotany. Ona, chociaż niemłoda, cieszyła się przywilejami, które daje szlachetna krew – była nadal piękna. Patrząc na jej regularne rysy, musiał odczuwać swoją brzydotę jak uporczywy ból. Nie mógł już uniknąć wymiany grzeczności, a jednak znowu milczał. Vittorii wydało się, że powietrze, którym oddycha, stało się gęste jak woda. Miała wrażenie, że zaraz utonie.

– Proszę tworzyć dalej, ja czekam – powiedziała szybko. Chciała zakończyć wreszcie to niefortunne spotkanie. Wykonała przy tym niezdarny gest dłonią. On zaś chwycił jej rękę, przytrzymał chwilę i uścisnął.

*

– Nie wiem, może źle to wszystko rekonstruuję. Może ona wcale tak tego nie odczuwała. Ani ona, ani on – powiedziałam do T., kiedy skończyłam czytać mu fragmenty swoich notatek. Cały dzień zamiast pracować nad przypisami czytałam o Colonnie lub spacerowałam po bibliotece bez celu, przeglądając przypadkowe książki.

[…]

Fragment opowiadania powstającego w ramach stypendium Młoda Polska 2016.

Fragment #9: Pomyłka

[…]

Telefon dzwonił uparcie już któryś raz tego ranka. W końcu odebrałam, litując się nad rozmówcą, który tak uporczywie domagał się kontaktu.

– Halo?

Po drugiej stronie nie odezwał się nikt. W tle słychać było jedynie gwar jakiejś sali telewizyjnej – szumiał odbiornik, brzmiały przytłumione rozmowy osób siedzących po sąsiedzku. Ktoś, kto wykręcił numer, milczał jednak dłuższą chwilę. Był chyba zaskoczony nagłą zmianą sytuacji, zdążył bowiem przyzwyczaić się do daremności swoich wysiłków.

telephone-164250_1280

– Halo? – powtórzyłam.

– Z panem Łąckim proszę.

Głos, który odezwał się w słuchawce, był bardzo słaby. Bez wątpienia należał do jakiejś staruszki: łamał się, zlewał z szumem otoczenia, a mimo to brzmiał nieco uroczyście, jakby rozmowa, która miała zaraz nastąpić, była niezwykle ważna.

– Bardzo mi przykro, to pomyłka. Niestety, wykręciła pani zły numer.

Odpowiedziało mi jedynie krótkie sapnięcie, po którym ponownie nastąpiło milczenie. Przez chwilę słuchałam dobiegającego z oddali szumu telewizora, w końcu jednak, nie mogąc doczekać się reakcji, dorzuciłam jeszcze „do widzenia” i rozłączyłam się.

Telefon zadzwonił znowu kolejnego poranka, a potem jeszcze raz przed południem.

– Chciałybyśmy rozmawiać z panem Łąckim. – Kiedy podniosłam słuchawkę, usłyszałam energiczny głos kobiety w średnim wieku, zapewne salowej lub opiekunki. Pielęgniarki to zwykle osoby pogodne i zdecydowane, czasem niemal obcesowe; w tak trudnym zawodzie trudno byłoby się utrzymać kobietom o innych cechach charakteru. W tle brzmiał znowu gwar sali telewizyjnej lub korytarza szpitalnego, na którym ustawiono włączony odbiornik.

– Bardzo mi przykro, ale to zły numer. Już wczoraj państwo do mnie dzwonili. To niestety nie jest dom pana Łąckiego.

– Bardzo przepraszam – odpowiedziała kobieta. – Zły numer! – poinformowała współczującym głosem kogoś, kto stał obok niej, zapewne znaną mi już staruszkę, a następnie znowu zwróciła się do mnie: – Przepraszam, do widzenia.

[…]

Odłożyłam słuchawkę i urządzenie przez kilka dni milczało. Wydawało się, że moim rozmówczyniom udało się nawiązać połączenia z upragnioną osobą lub zrezygnowały z dalszych prób kontaktu. Potem jednak przedpołudniowe telefony zaczęły się powtarzać, a słaby głos nieznanej staruszki po drugiej stronie pytał niezmiennie o pana Łąckiego.

Kim był? Gdyby nieznana pacjentka szukała rozmowy z kimś przypadkowym, nie wykręcałaby ciągle tego samego szeregu cyfr; nie robiłaby tego choćby dlatego, że ja odbierałam nieregularnie i było jasne, że nie nadaję się do przelotnych pocieszeń. Nie chodziło też raczej o rutynowy telefon do najbliższej rodziny, o zwykłą pogawędkę o zdrowiu czy prośbę o odbiór ze szpitala – w takim przypadku staruszka posiadałaby dobry numer lub udałoby się szybko ustalić jego właściwą wersję i pomyłka zostałaby naprawiona. Starsza pani dzwoniła jednak uparcie, prosiła o pomoc swoją opiekunkę. Może bała się, że wykręca niewłaściwe cyfry i chciała mieć pewność, że pomiędzy nią a Łąckim nie stanął brak sprawności jej palców.

Prawdopodobnie niechcący znalazłam się w samym centrum czyjejś historii. Nieznana rozmówczyni musiała być wiekowa – głos rzadko kiedy kłamie w tej kwestii; można wprawdzie mieć głos osoby dojrzałej, będąc jeszcze młodzieńcem, lub odwrotnie, zachować przez większość życia głos dziecka – trudno jednak mówić w ów szczególny, starczy sposób, co chwila walczyć z drżeniem dźwięku i krótkością oddechu, jeśli naprawdę nie jest się starcem.

[…]

Co chciała powiedzieć panu Łąckiemu? Może były to rzeczy, które trzeba było powiedzieć wiele lat temu; może chciała mu wyjaśnić sprawy, których kiedyś wyjaśnić nie miała okazji lub czasu. Może rozdzieliła ich historia – ostatecznie w Polsce w ostatnich dekadach działo się tak wiele, że tragiczne losy rozdzielonych osób, może bliskich krewnych […], mogły powtarzać się w wielu wariantach: ktoś walczył z okupantem i komuną, ktoś tego nie robił; ktoś emigrował, a ktoś zostawał w kraju. Może jednak rozdzieliło ich zwykłe nieporozumienie, takie, które przydarza się ludziom mieszkającym pod każdym niebem, zarówno w czasach pokoju, jak i wojny […]. Ludzkie losy są przecież przypadkowe i różne od siebie jak numery telefonów. Czasem wystarczy pomylić się tylko odrobinę, zmienić jeden szczegół, aby los stał się zupełnie inny. Spotkać kogoś lub nie spotkać – ale przez to znaleźć się nagle w zupełnie innej wersji swojego życia, jakby wszechświat był kalejdoskopem i pojedyncze spotkanie lub decyzja miały moc przewracania tego kosmicznego instrumentu i uzyskiwania w sposób nieodwracalny zupełnie innego wzoru. Wystarczy wykręcić trochę inny szereg cyfr, aby usłyszeć kogoś zupełnie nieznanego, mieszkającego w jakimś odległym miejscu. Przypadek, pomyłka […].

Ale może wcale tak nie jest?

[…]

Fragment opowiadania powstającego w ramach stypendium Młoda Polska 2016.

Fragment #8: Moskiewska

Zegar na ścianie zaczął bić, chociaż nie było jeszcze pełnej godziny. Był dość stary, dawno nienaprawiany. Wuj dostał go w prezencie, ale od dłuższego czasu nie miał okazji się nim zająć. Urządzenie oznajmiało zatem pełne godziny wtedy, kiedy miało na to ochotę, albo dla odmiany nie robiło tego wcale. Żyło we własnym rytmie, nie uwzględniało czasu w jego tradycyjnej formie. Było jak wschodni satrapa: robiło to, co chciało i kiedy chciało, utrzymując mieszkańców domu w stanie ciągłej niepewności. Gospodarze zaś pozwalali mu na to, przyzwyczajono się już bowiem do nieprzewidywalności jego zachowań. Teraz drzwiczki nad tarczą otworzyły się, nie pojawiło się w nich jednak nic. Biesiadnicy przez chwilę patrzyli na zegar wyczekująco. Po chwili stało się jasne, że kukułka się nie wyłoni, więc dobrze zmrożona butelka pełna gęstego, przezroczystego płynu zaczęła krążyć dalej z rąk do rąk.

1024px-Polska_Włodarz_002

Na imieniny wuja […] zjechali krewni z całej Polski oraz kuzyni z Ukrainy […].

Nazwa na ozdobnej etykiecie głosiła, że wódka, którą właśnie spożywano, nazywała się „Moskowskaja”, ale tak naprawdę moskiewska była tylko z nazwy, bo oryginalną zawartość dawno już spożyto. Ta, którą pito teraz, powstała własnym staraniem na strychu, gdzie wuj prowadził niewielką bimbrownię. Butelki z naklejkami zapisanymi cyrylicą przywieziono natomiast z Niemiec i kiedyś pewnie zawierały prawdziwą rosyjską wódkę, obecnie jednak od kilku lat służyły do przechowywania samogonu. Produkt domowej gorzelni miał koło osiemdziesięciu procent, więc ciotka rozcieńczała go w kuchni wodą w proporcjach pięćdziesiąt na pięćdziesiąt.

Rozmowa toczyła się początkowo niespiesznie. Wypytywano o Ukrainę, bo na jej wschodniej granicy trwała wojna z Rosją. Krewni z Wołynia zdawali relację z nastrojów w swoim mieście. Bano się, że Saszka, dorodny, przysadzisty trzydziestolatek, stanowiący wielką dumę i nadzieję rodziny, dostanie powołanie do armii […].

Wszyscy kiwali głowami ze zrozumieniem. Ostatecznie większość biesiadników była na tyle wiekowa, że doskonale wiedziała, na czym polega rosyjska dezinformacja i zdawała sobie też sprawę z istnienia dezinformacji ukraińskiej. Wypytywano Saszkę o jego pracę naukową (był inżynierem) i plany na kolejne miesiące. Z każdym kieliszkiem „Moskiewskiej” geopolityka stawała się zresztą coraz mniej jasna, lub może raczej coraz bardziej oczywiste było jej wieczne zaciemnienie; to, że jej naturę trudno było zrozumieć nawet w rejonach, w których historia od lat już nie przyspieszała. Próbowano zmieniać temat. Mówiono o nieopłacalności wszystkich przedsięwzięć, streszczano losy nieobecnych krewnych.

Zapadał zmrok, zapalono światła, a przeładowana sprzętami izba pełna ludzi stawała się powoli podobna do niewielkiego stateczku, który żegluje wśród ogarniających go zewsząd ciemności. Do rozmowy włączyli się sąsiedzi wuja.

– Mój znajomy kupił sobie ziemię, tu, w okolicy. Chciał posadzić jabłonki, zaczął kopać dziury – powiedział jeden z leśników. – Okazało się, że dało się kopać tylko na kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią. Potem był beton. Sklepienie jakieś.

– I co to było? – spytano chórem.

Kotlina Kłodzka pełna jest ukrytych budowli z czasów hitlerowskich, czasem starszych, więc historię betonu zakopanego na niewielkiej głębokości wszyscy przyjęli ze zrozumieniem. Część podziemnych struktur stała się nawet sporą atrakcją turystyczną, która przyciągała w te strony grotołazów i miłośników założeń wojskowych. Raz po raz w okolicy pojawiali się poszukiwacze skarbów z tajemniczymi mapami, opowiadano też historie o ukrytych kosztownościach, które na łożu śmierci mieli wyznawać nieznani hitlerowcy. Ktoś szukał Bursztynowej Komnaty, ktoś inny „złotych pociągów”. Opinię publiczną w kraju elektryzowały od czasu do czasu historie podobnych znalezisk, które na ogół okazywały się wyssane z palca. Przekonanie o tym, że pod ziemią istnieje jakaś ciągle nierozpoznana rzeczywistość, było jednak powszechne i fiasko kolejnych misji poszukiwawczych bynajmniej nie zmniejszało wiary w ukryte komnaty. Potrzeba było jedynie kogoś, kto – niemal jak grecki Prometeusz – przyniósłby ludziom dar w postaci prawdy o zakopanych tunelach i ich zawartości.

– Co to było, nie wiem. Zaraz potem dostał anonima, żeby on tam więcej nie kopał. Bo jak się nie posłucha, to ma się bać o swoją rodzinę – odpowiedział leśnik zupełnie spokojnym tonem, mimo że historia, którą opowiadał, powinna być elektryzująca: znajomy ma w ogrodzie podziemną komnatę, która jest pilnowana przez nieznanych strażników-morderców.

Także i tę odpowiedź przyjęto jednak ze zrozumieniem, bo, dopóki Prometeusz z wiedzą o podziemiach się nie pojawiał, dopóty wszyscy skazani byli na domysły i zmagania z anonimowymi właścicielami mitycznych dóbr. Nadal, po kilku dekadach, które minęły od wojny, mieszkańcy tych okolic mieli poczucie, że ziemia, po której chodzili, do końca nie należała do nich.

– I co zrobił?

– Bał się. Sprzedał. Kupił ziemię gdzie indziej.

– Dobrze zrobił – pokiwał głową jeden z sąsiadów.

– Ale co tam mogło być? – pytał ktoś przyjezdny.

– Bo ja wiem? – żachnął się leśnik. Tego typu spekulacje, chociaż ciekawe, zawsze były drugorzędne.

[…]

Głęboka prowincja, taka z której niezwykle trudno jest wyrwać się i odmienić swój los, niemal zawsze jest zaludniona stoikami, bo odwieczny brak perspektyw każe tamtejszym ludziom żyć bez przesadnych ambicji: współczuć bardziej pokrzywdzonym od siebie (stąd i o zwykłe dobro jest tam łatwiej) i nie zazdrościć przesadnie tym, którzy są postawieni wyżej. Nade wszystko jednak – nie pytać o zbyt wiele. 

– Oj tak, oni tu są, ciągle są. I dobrze wiedzą, czego pilnują […].

Przemykali zatem obok tych sekretów jak pierwotni nomadzi i zdążyli już zżyć się z tajemniczością. Choć imperia upadły i przeminęły, nikt nadal nie pomógł im rozgościć się we własnych domach.

[…]

Fragmenty prozy powstającej w ramach stypendium „Młoda Polska” 2016

Fragment #7: Winda

zremb

Wsiadało się do typowej, polskiej windy – typowej, czyli powstałej w czasach PRL, pokrytej wewnątrz dziwnym tworzywem, które miało pewnie imitować drewnianą okładzinę, w rzeczywistości było jednak śliską powierzchnią o niewyraźnej, brązowej barwie, czasami jaśniejszej, jeśli miała naśladować sosnę, innym razem ciemniejszej, jeśli miała być dębem lub innym, bardziej szlachetnym gatunkiem drzewa. Czasami brązowe mazaje rzeczywiście zdawały się układać w coś na kształt słojów, ale były to słoje bardzo umowne i trudno było choć na chwilę poddać się złudzeniu obcowania z naturalną okleiną. Jeśli cokolwiek w ogóle przyciągało wzrok w tych obskurnych wnętrzach, to raczej napisy, którymi niemal zawsze pokryte były ich ściany. Były to deklaracje miłości do klubów piłkarskich lub dziewcząt z sąsiedztwa, obelgi kierowane w stronę znajomych z innych pięter, czasem rysunki męskich części intymnych,wykonane długopisem lub wyryte przy pomocy klucza. Czytało się zatem czyjeś imiona, najprostsze zaklęcia miłosne lub złorzeczenia. Śledziło losy gier w kółko i krzyżyk, uczestniczyło w misteriach sąsiedzkich konfliktów.

Na jednej ze ścian przeciętnego elewatora, po prawej lub lewej ręce wsiadającego, znajdował się panel z aluminium, a na nim okrągłe guziki z cyframi – osiem, dziesięć, piętnaście, w zależności od tego iloma piętrami mógł poszczycić się blok. Te, wykonane z miękkiego plastiku, stanowiły ulubiony obiekt wandalizmu młodocianych podróżnych – wypalano je, dłubano w nich, pozbawiano faktury. Nad nimi widniały jeszcze dwa przyciski – pierwszym był „stop”, którym można było zatrzymać jadącą windę, jeśli jej ruch wiązał się z jakimś zagrożeniem. Na ogół jednak używano go tylko po to, żeby wyczyścić zaprogramowaną wcześniej trasę urządzenia lub bawić się w precyzyjne zatrzymywanie go na wybranym piętrze. Był tam wreszcie, na samej górze, guzik dzwonka alarmowego – i ten zwykle zostawiano w spokoju, trudno dokładnie zrozumieć dlaczego. Może był to jakiś zabieg magiczny, jakieś tabu; może wszyscy czuli jednak trwogę przed uwięzieniem w metalowej puszce i woleli nie dotykać guzika, który mógł zapewnić im ratunek w przypadku, gdyby winda zacięła się między piętrami. Na panelu lub nad nim znajdowała się także zwykle informacja, że sunący w betonowym tunelu pojazd jest w stanie unieść najwyżej sześć osób. Jechało się nim zatem, mając świadomość, że istnieje ciągłe ryzyko katastrofy.

Typowa polska winda osiedlowa, zwana potocznie ZREMBem, była komorą otwartą z jednej strony. Nie posiadała drzwi wewnętrznych, jak było w przypadku wind zupełnie nowoczesnych, coraz powszechniejszych w biurowcach i nowych blokach mieszkalnych – w nich srebrne kurtyny zasuwały się lub rozsuwały same i uciekały spłoszone, jeśli na swojej drodze napotkały jakiś przedmiot lub ciało pasażera. Windy PRLowskie nie miały też drzwi takich jak dźwigi najstarszej generacji, w których, aby ruszyć z miejsca, trzeba było zamknąć bramę na piętrze i dodatkowo zaciągnąć wewnętrzną kratę lub które w ogóle nie posiadały bariery między kapsułami i piętrem, a podróż polegała na dosiadaniu się i wysiadaniu w locie, podczas gdy nieprzerwany naszyjnik pomieszczeń w żółwim tempie mijał kolejne piętra i zawracał na strychu, by ponownie zjechać na dół.

Nowe i staroświeckie windy były ze wszech miar mniej przerażające od ZREMBów, najbardziej powszechnych: tamte albo zamykały podróżnego w iluzji bezruchu, odcinając go srebrnymi drzwiami od świata zewnętrznego, albo, na odwrót, dawały mu całkowitą kontrolę nad sytuacją; przemieszczały go przez elegancki, ażurowy świat klatki schodowej i wieziony mógł obserwować kunsztowne zawijasy krat, schody, kafle na półpiętrach, drewno lub kamień pokrywające schody. Do ZREMBów wsiadało się przez ciężkie, metalowe drzwi, znajdujące się na poszczególnych poziomach. Teoretycznie odrzwia te blokowały się, kiedy nie było przy nich windy, ale nie raz słyszało się o wypadkach, że ktoś otworzył je mimo braku kapsuły i przez roztargnienie znalazł swój koniec w betonowym szybie. Podczas jazdy taką windą przed oczami przesuwały się kolejne piętra, zawsze takie same, widoczne jedynie przez niewielkie, podłużne okienko, i betonowe plomby pomiędzy poziomami. Wszystkiego można było dotknąć, sunąć placem po surowych, szarych przestrzeniach, miało się bezpośredni kontakt z brudnymi trzewiami budynku.

Kiedy byłam dzieckiem, jazda ZREMBami przerażała mnie. Urządzenia tego typu były wszędzie i odwiedziny kogokolwiek wiązały się z niemal obowiązkową przejażdżką jednym z nich. Zwykle biegałam po schodach, bo miewałam koszmary, że winda nie zatrzymuje się na właściwym piętrze, ale jedzie gdzieś dalej, w rejony, o których istnieniu nie miałam pojęcia, wyżej i wyżej, że mija kolejne poziomy oznaczone jakimiś tajemniczymi symbolami, a potem wjeżdża w strefę, gdzie nie ma już wcale metalowych drzwi, zwiastujących możliwość wydostania się, jest tylko betonowa, chropowata ściana – i że jestem uwięziona na dobre, unoszona w jakąś pionową nieskończoność.

[…]

Fragmenty prozy powstającej w ramach stypendium „Młoda Polska” 2016

Fragment #6 (Powierzchniówki)

[…]

Bardzo szybko wyprawa zmieniła się w zwykły spacer, bo szukaliśmy tak, by nic nie znajdować, ciesząc się pierwszymi, bladymi promieniami słońca. Wdychaliśmy kwaśnawe, wiosenne powietrze lub po prostu dawaliśmy odpocząć oczom, które zamiast wyszukiwać drobin w ziemi, zaczynały błądzić po popielatych, nagich wciąż zaroślach na miedzy. Niektórzy z nudów wdawali się w pogawędki, które rzadko jednak dotyczyły rzeczy naprawdę istotnych. Zbyt byliśmy na to znudzeni i zmarznięci, niespecjalnie także zainteresowani sobą nawzajem. Co do mnie – postanowiłam zamienić kilka słów ze szczupłym chłopakiem o ciemnej karnacji, który rzadko pojawiał się na zajęciach, a, jeśli to zrobił, wymykał się zaraz po nich, biegnąc za swoimi sprawami. Od pewnego czasu szliśmy już obok siebie, znaleźliśmy nawet wspólnie wyjątkowo interesujący krzemienny zabytek, nad którym prowadzący rozwodził się dłuższą chwilę.

piasek

Jeśli jednak cokolwiek mogło mnie wówczas zainteresować, był to jakiś okruch życia innego niż archeologia. Coraz częściej wydawało mi się bowiem, że żyję nieswoim życiem, egzystencją pożyczoną od kogoś innego na czas przejściowy, zanim w pełni rozgoszczę się w rzeczywistości. Czułam się, jakby moja osoba i świat zewnętrzny odkleiły się od siebie, jakbym unosiła się tylko bezwolnie nad powierzchnią rzeczy, które żyły swoim rytmem, niezależnym od mojego. Ich pulsu nie rozpoznawałam niemal w ogóle. Być może – co byłam gotowa zaakceptować – było to normalne uczucie. Może dorosłość w ogóle miała polegać na tymczasowości i nierozgoszczeniu się; może chodziło właśnie o to, by wegetować pomimo niezakotwiczenia, by płynąć tam, gdzie akurat mnie niosło – zarabiać, jeść, spać, związać się z kimś lub nie, może urodzić dzieci i płynąć dalej i dalej. Czy nie o tym były wszystkie dzieła egzystencjalistów i postmodernistów? O stawaniu się, o płynności wszystkiego, o tym, że w rzeczywistości my sami i cały świat jesteśmy z piasku, który rozsypuje się w palcach; że chodzi tylko o to, by jak najwięcej tego piasku donieść do mety? Nie chciałam jednak godzić się na to od razu. Gorycz koczowników, bądź co bądź, nie jest uczuciem, które pojawia się za młodu. Zwykle cechuje tych, którzy nie dość, że przegrali, to jeszcze zdążyli się pogodzić z porażką. W wieku dwudziestu lat byłoby jeszcze na to zdecydowanie za wcześnie. Wtedy przecież próbuje się okiełznać rzeczy, zrobić cokolwiek, żeby zostawić na nich swój ślad. Wtedy wierzy się, że kamienie są rzeczywiście twarde i że można w nich rzeźbić.

Miałam także wiele innych hipotez na temat dojrzałości i musiałam sprawdzić wszystkie. Poza tym byłam ciekawa, kim był ów chłopak w wojskowych spodniach i skórzanej kurtce. Wyglądał zresztą nieco komicznie w tym ubraniu, bo nogawki spodni wpuszczał do wysokich butów, przez co powstawało coś na kształt pumpów. Był to jednak dość szlachetny komizm, bo on sam wiedział, że wygląda nietypowo, i obnosił się z tym, jakby miał na sobie mundur.

Nie przychodził na zajęcia, bo miał na głowie drugi kierunek.

– Teologię – wyjaśnił, kiedy go spytałam jaki.

Studiowanie dwóch rzeczy, o czym przekonałam się dość szybko, stanowiło wówczas w Krakowie całkowicie normalną praktykę. Dwa dyplomy, gdyby udało się ich dochrapać, były lepsze niż jeden – ale nie to było głównym motorem postępowania większości studentów. Chodziło przede wszystkim o to, że zajęcia w drugim instytucie stanowiły wygodną wymówkę do unikania obowiązków w pierwszym (i odwrotnie), co od zawsze dla wszystkich studentów świata było korzyścią nie do pogardzenia.

– Dlaczego teologię? To dziwna specjalność – stwierdziłam. Na archeologii było kilka osób, które zaliczały także zajęcia w instytucie historii, byli jacyś historycy sztuki czy etnografowie. Teologia wydawała się jednak z tym wszystkim bardzo nie po drodze. Poza tym ja nie byłam osobą wierzącą, więc wybór studiów religijnych w ogóle nie mieścił mi się w głowie.

Wielokrotnie próbowałam zrekonstruować powody, dla których straciłam wiarę. To znaczy – raczej nie straciłam jej wcale, straciłam jedynie potrzebę jej praktykowania, jakby brak praktyki mógł przynieść ze sobą osłabienie uczuć religijnych. Być może istotnie ma to czasem miejsce: może rezygnacja z udziału w rytach zwykła wygaszać potrzeby duchowe – bo przecież jest tutaj jakaś współzależność. Pascal zalecał praktykowanie religii niewierzącym. Proponował im słynny zakład – na podstawie prawdopodobieństwa oraz rachunku zysków i strat wykazywał, że najbardziej opłacalną taktyką życiową było założyć, że Bóg jest i żyć tak, jakby istniał, a zatem stosować się do norm moralnych i uczestniczyć w liturgii. W najgorszym razie stalibyśmy się uczciwymi ludźmi, co samo w sobie jest przecież wartością, o którą warto zabiegać, a w najlepszym – to znaczy wówczas, gdyby nasz zakład okazał się prawdziwy i Bóg rzeczywiście istniał – zyskalibyśmy życie wieczne. Poza tym, jak zapewniał Pascal, uczestniczenie w liturgii ostatecznie miało przynieść akt wiary. Nasze ciała są bowiem związane z duszami węzłem ciasnym i często tragicznym. To, co robimy, dokąd chodzimy i z kim się spotykamy, ma wpływ na nasze życie duchowe. Modlitwy, sakramenty mogły zatem zrobić z agnostyka człowieka wiary. A ja nie chciałam wierzyć – więc postępowałam odwrotnie. Moje uczucia wobec Boga, którego prawdopodobnie nie było, pozostawały jednak gorące przez niemal cały czas skłócenia z Kościołem. […]

– Jestem agnostykiem – powiedziałam do kolegi z wystudiowanym spokojem, któremu towarzyszył ironiczny uśmieszek. Po tym wystudiowanym spokoju poznaje się właśnie zawiedzionych kochanków Boga. […]

Fragment #5 (Sąsiedzi)

[…]

Próbowałam łowić plotki z zakładu fryzjerskiego, te były jednak zupełnie nieinteresujące, pełne imion nieznanych siostrzeńców i wnucząt, problemów żołądkowych czy historii ze świata kolorowych gazet. Dużo większy potencjał miały historie zasłyszane na ulicy lub podczas wspinaczki po schodach.

klatka schodowa

Rodzina Wietnamczyków, która zajmowała całe wschodnie skrzydło na pierwszym piętrze, prowadziła egzystencję wsobną, głośną wprawdzie i wyraźnie dostrzegalną, ale zamkniętą dla obserwatorów z zewnątrz. Był to mikrokosmos nie do końca oswojony, porozumiewający się własnym, egzotycznym językiem. Średnie pokolenie mówiło wprawdzie po polsku z jaką taką biegłością, a najmłodsze, korzystające z lokalnych szkół – już doskonale, ale i tak wszyscy korzystali z przywileju obcości, przy lada okazji wycofując się za mur wietnamskiego. Było jasne, że w ich przypadku brak pełnej asymilacji był raczej wyborem niż traumą niedostosowania. Polska była dla nich przestrzenią kulinarnego podboju, całkiem udanego, bo ich knajpka, identyczna jak inne, podobne lokale, które funkcjonowały w Krakowie w tym czasie, nieźle prosperowała, nawet jeśli nie miała szansy na pojawienie się w poważnych przewodnikach po mieście, nie wspominając nawet o otrzymaniu gwiazdek Michelina czy innych prestiżowych wyróżnień.

Odpowiednio zabezpieczeni materialnie Wietnamczycy trzymali się razem i, jak się wydawało, nie mieli szczególnie wygórowanych ambicji. W kontaktach z obcymi bywali albo uśmiechniętymi restauratorami ze śródmieścia (było to wtedy, kiedy mieli coś do załatwienia), albo pozwalali sobie na dystans, spoglądając na sąsiadów z charakterystycznym, kpiącym uśmiechem (wtedy, kiedy nie musieli załatwiać nic). Zajmując najbardziej reprezentacyjne z pięter starej, krakowskiej kamienicy, tworzyli zalążek czegoś na kształt krakowskiego Little Saigon. Żyli życiem gwarnym, osobnym, nawet jeśli już nie w pełni wietnamskim, to na pewno niepolskim.

Na drugim piętrze atmosfera zmieniała się. Niewielkie mieszkanie naprzeciwko schodów zajmowała tam inna dwujęzyczna rodzina. Ci lokatorzy pochodzili z Rumunii – prawdopodobnie, ponieważ ich narodowości nigdy nie udało mi się ustalić. Było jednak równie prawdopodobne, że przybyli do Krakowa z jednego z państw Kaukazu. Byli to rodzice z synkiem, który uczył się grać na skrzypcach – i dlatego od razu zwrócili moją uwagę. Bolesne rzępolenie początkującego skrzypka, ćwiczenia na pustych strunach, potem proste utwory czy żmudne cyzelowanie gamy G-dur na strunach G i D – to wszystko dochodziło zza drzwi ich mieszkania i przywodziło mi na myśl moje własne dzieciństwo.

Na schodach spotykało się ich rzadko. Przemykali jedynie pomiędzy bramą wejściową i drzwiami swojego mieszkania, zawsze grzeczni i cisi. Cała trójka miała włosy ciemne, chociaż nie krucze, bardzo jasną karnację i duże oczy, które nadawały ich twarzom cechy niemal dziecinne. Ubierali się wyjątkowo skromnie. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek widziała ich w ubraniu jaskrawego koloru lub choćby odważniej skrojonym – i jeśli czymkolwiek wyróżniali się z coraz barwniejszego tłumu, to właśnie swoją szarą nieosobliwością. Między sobą rozmawiali we własnym języku, robili to jednak półgłosem, słychać było zatem tylko melodię tej mowy, zupełnie niesłowiańską. Sąsiadów natomiast pozdrawiali po polsku. „Dzień dobry” lub „dobry wieczór” wypowiadali z tak perfekcyjnym akcentem, całkowicie pozbawionym lokalnego kolorytu czy choćby cienia fonetycznego niedbalstwa, że już samo to pozdrowienie, zbyt doskonałe, zdradzało, że nie byli stąd. Cała ich egzystencja, pozbawiona jakichkolwiek znamion szczególnych, zdawała się wielkim wysiłkiem niezwracania na siebie uwagi.

Cudza dyskrecja powinna być zaraźliwa, dlatego zwykłam przechodzić tamtędy na palcach. Bez wątpienia sąsiedzi ci byli odmiennym rodzajem niepełnej asymilacji – inność Wietnamczyków była jawna, wylewała się z lokum na pierwszym piętrze z ich śmiechem, żartami, które wykrzykiwali do siebie przez na wpół zamknięte drzwi, nie bacząc na sąsiadów przechodzących po schodach. Widać ją było w uśmiechach dzieci, które biegały po klatce pomiędzy kuchnią restauracji i mieszkaniem ze styropianowymi pudełkami pełnymi ryżu i ciastek w kokosowej panierce. Sąsiedzi z drugiego piętra prowadzili podwójne życie: na zewnątrz byli Polakami bez właściwości, jakby trochę zakłopotanymi własną, ukrywaną odmiennością. Można było tylko domyślać się, jacy byli, kiedy znajdowali się w swoim gronie. Musiałam wierzyć, że ich syn kiedykolwiek bywał psotliwy. Na klatce schodowej malec szedł zawsze za swoją łagodną matką, trwożliwie spuszczając oczy. Kiedy spotkało się go samego – co zdarzało się bardzo rzadko i tylko wtedy, kiedy wracał ze szkoły muzycznej z małym futerałem – przyspieszał kroku. Mijał obcych szybko, unikając ich spojrzeń.

Nie wiedziałam, z jakich powodów jego rodzina przyjechała do Krakowa – czy przybyli tu, szukając lepszego losu, czy może z miłości do naszej literatury, bo niewątpliwie znakomicie władali polszczyzną i gdzieś musiano ich jej nauczyć. W obejściu całej trójki było jednak coś ze spłoszenia, które przekraczało zwykłą dyskrecję, dlatego przyzwyczaiłam się myśleć, że zmienili miejsce pobytu nie z własnej woli, o co ostatecznie nie było trudno, jeśli pochodziło się z naszej części Europy.

Trzecie piętro różniło się już od poprzednich. Zostało gruntownie przebudowane. Obniżono sufity, aby poziom wyżej, na poddaszu, mogły powstać pełnowymiarowe mieszkania. Klatka schodowa traciła przez to charakter typowej dla starego budownictwa i zaczynała wyglądać jak zwykła, w bloku. Pozostało tam jednak – obok całego archipelagu garsonier – jedno spore mieszkanie, którego okna wychodziły na oficynę. Miała w nim miejsce prawdziwa tragedia miłosna. Także ona odbywała się w dwóch językach, co nadawało seledynowej kamienicy charakteru miniaturowej wieży Babel. […]

cdn.

Fragment #4 (Kamienica)

Tak właśnie znalazłam się w Krakowie, narodzona dla studiów i dla humanistyki. Zupełnie nowa, pozbawiona balastu toksycznych uczuć. W dodatku niemal od początku wyposażona we własne mieszkanie, niewielką kawalerkę prawie przy samych Plantach. […]

Fasady na Satrowiślnej, za: idacdonikad2.blox.pl/2009/10/Starowislna.html

Fasady na Starowiślnej, za: idacdonikad2.blox.pl/2009/10/Starowislna.html

Kamienica, w której zamieszkałam, była nieznośnie zielona. Zbudowano ją na przełomie XIX i XX wieku i właśnie odnowiono. Wymieniono instalacje, podzielono wielkie mieszkania dawnego krakowskiego patrycjatu na mniejsze, odpowiadające kompaktowym gustom współczesnych dorobkiewiczów. Fasadę także odświeżono, nie troszcząc się zupełnie o estetykę i to, jak będzie się komponowała z poszarzałym otoczeniem. Wystarczyło więc powiedzieć „mieszkam w seledynowej kamienicy na Starowiślnej” – i niemal wszyscy od razu wiedzieli, o którą chodzi, ponieważ rzucała się w oczy z daleka nie tylko z powodu koloru, ale i swoich eklektycznych zdobień: figur nieznanych muz, pilastrów, tralek i gzymsów. Tynku zresztą później nie zmieniano, przez ostatnie lata kolor jednak przygasł. Przegrał walkę z krakowskim smogiem, zieleń stała się miętowo-szara i budynek nie wyróżnia się już tak jak wcześniej. Wtedy jednak wszystko było pachniało nowością – kamienica, Kraków, ja sama.

Mieszkanie było maleńkie, na poddaszu, ze skośnym sufitem. Z okien było widać Wawel i korony Plant. Żeby je zobaczyć, trzeba było się wspinać po schodach na czwarte piętro – a były to wysokie, stare piętra, nie wszyscy zatem decydowali się podjąć ten trud. Klatki schodowej porządnie nie odnowiono, odmalowano tylko jej ściany, nie wkładając w to ani pieniędzy, ani serca. Schody były nadal drewniane i skrzypiące, pociągnięte jedynie dość cienką warstwą ciemnego lakieru, a półpiętra nadal pokryte glazurą. Nikt nie wymienił także na szczęście żelaznych balustrad z drewnianymi poręczami.

Wchodziło się zatem z rozgrzanego lub zmrożonego miasta do mrocznego hallu kamienicy, zawsze chłodnego i osłoniętego od wiatru. Pachniało w nim wilgocią, która ciągnęła od podwórca, czasem zaś chemią fryzjerską, zwłaszcza latem, bo ciepłe powietrze chętniej nasyca się zapachami. Na parterze znajdował się wtedy staroświecki zakład piękności, inny niż te, które wówczas się tworzyły, sterylne i oświetlone halogenami. Ten wyłożony był nadal boazerią i wypełniały go wielkie hełmy do trwałej, w których stałe bywalczynie-emerytki przesiadywały godzinami, śmiejąc się i plotkując. Słychać je było w całej oficynie, bo głosy kumoszek uciekały z zakładu przez niewielki lufcik w ścianie razem z zapachem lakierów. […]

Kiedy, po wejściu na klatkę schodową po lewej stronie hallu, pokonało się strefę zapachów i miejskiego gwaru, wspinało się po schodach na samą górę do jednej z fatalnie wyizolowanych akustycznie kawalerek. Nie wszystkie były zamieszkane. Lokatorzy spotykali się rzadko, więc, chociaż mogli poznać swoje zwyczaje nocne i dzienne, sprawy tak intymne jak tematy kłótni rodzinnych i odgłosy wydawane w czasie uprawiania miłości, to w zasadzie nie znali swoich twarzy. Przez kilka lat, które tam spędziłam, napatrzyłam się za to na widok z okien. Kawalerka nie posiadała zwykłych, pionowych – te mieli tylko sąsiedzi mieszkający niżej. Mi przypadł w udziale strych, który zaadaptowano do celów mieszkalnych. W ścianie frontowej znajdował się jedynie maleńki świetlik, w którym pewnie kiedyś gnieździły się wróble. W mieszkaniu były za to okna połaciowe, po których nocami biegały łasice i koty.

Mieszkanie na poddaszu, chociaż wspinaczka była męcząca, miało jednak plusy, bo tylko stąd było widać Wawel majaczący nad dachem klasztoru stojącego po drugiej stronie ulicy. Był to luksus niedostępny dla lokatorów mieszkających niżej, ponieważ urszulanki z naprzeciwka ze swoją wysoką, trójkondygnacyjną kamienicą zasłaniały widok. Sporo czasu tuż po przeprowadzce spędzałam więc na antresoli w jednej z połaciówek, gdzie z łokciami opartymi o blachę, którą pokryto budynek i która latem parzyła jak rozgrzana patelnia, patrzyłam, jak Wawel zmienia kolor w zależności od pory dnia i roku. […]

Hejnał z wieży mariackiej było tam słychać doskonale, zwłaszcza nocą, kiedy nie jeździły tramwaje. Torowiska wtedy jeszcze nie wymieniono, budynek trząsł się zatem do rytmu z każdym przejeżdżającym składem. Szyny stukały, antresola w mieszkaniu drżała, stuletnie belki stropowe trzaskały niepokojąco. Mieszkanie wzdychało, przenikały je dreszcze, żyło. Dopiero późnym wieczorem zapadała względna cisza, bo komunikacja miejska przestawała kursować – wówczas jednak z ulicy dochodził gwar. Stare Miasto żyło wtedy całą dobę. Studenci nie przenieśli się jeszcze na dobre na Kazimierz, by ustąpić miejsca pijanym turystom. Gwar studencki jest zaś inny od tego, jaki wydają z siebie przyjezdni. Brzęczenie ośrodka uniwersyteckiego jest charakterystyczne. Przypomina dźwięk ula: jest stałe, dość równomierne, czasami tylko pojawiają się w nim głośniejsze dźwięki, okrzyk czy wybuch śmiechu. Kiedy studenci zniknęli z okolic Rynku, miasto nocą stało się dużo cichsze. Mieszkańcy po zmroku zaczęli rozpierzchać się po domach lub w ogóle wyprowadzili się z tego rejonu, tak jak po latach zrobiłam to ja. Centrum pozostawiono na pastwę przybyszów. Ci ostatni poruszają się w grupach i chodzą określonymi trasami, bo nie znają skrótów – więc nocna cisza od czasu do czasu tylko przerywana jest ich hałaśliwym zachowaniem. Turyści, zwłaszcza Brytyjczycy, którzy zwykli przyjeżdżać do Krakowa na wieczory kawalerskie i z innych, podobnych okazji, są jak marynarze, wypuszczeni ze statku do dzielnicy portowej po długim okresie alkoholowego i seksualnego postu. Wypiwszy nieco, albo zagrzewają się do dalszej zabawy, albo dzielą się wrażeniami, które już zdobyli. Kraków w ostatnich latach stał się czymś na podobieństwo dzielnicy portowej, w której równie łatwo znaleźć można płatną miłość, jak i anonimową śmierć w zaułku. […]

Fragment # 3 (Literatura)

Ale stolica nie chciała mnie puścić, czy może, jak jestem skłonna sądzić dzisiaj, była to raczej literatura, która też żyje życiem utajonym, ale zupełnie samodzielnym – i niechętnie wypuszcza tych, których już zdołała pochwycić.

mszyna 664

Kiedy rano wsiadałam do pociągu, przeczytałam w gazecie, że zmarł Gustaw Herling-Grudziński. Był to jeden z moich ulubionych licealnych autorów. […] Szekspir był przewodnikiem, który wprowadził mnie w dziedzinę literatury, wrzucił mnie w nią i otworzył mnie na całą sferę rzeczywistości pisanej, na którą wcześniej jako dziecko pozostawałam zupełnie głucha – jak przystało, bo dzieciństwo to okres szczęśliwej głuchoty, kiedy nie dociera do nas nic poza głosami najbliższych. Dojrzewanie to nic innego jak wychodzenie z tej ciszy, to chwila, kiedy zaczynają do nas dobiegać nowe dźwięki, czasami piękne, a czasami trudne do zniesienia. Więc jeśli Szekspir otworzył moje uszy, to Herling i kilku innych jeszcze autorów wyostrzyli mój słuch. Uświadomili mi, że istnieje coś takiego, jak polski sposób patrzenia i pisania, polski słuch i nadwiślańska barwa głosu – i że odziedziczyłam je zupełnie niechcący, niezależnie od tego, co myślałam sama o sobie i jakie snułam plany na przyszłość. Gdybym kiedyś została człowiekiem pióra – a chciałam przecież nim zostać, chociaż jeszcze bardzo nieśmiało – to Herling na pewno patronowałby moim próbom literackim jak dobrotliwy dziadek. I właśnie on studiował warszawską polonistykę, tę samą, której studentką mogłam się właśnie stać […]. Herling – właśnie Herling – był dowodem obalającym moją dziwaczną teorię, że studiowanie filologii szkodzi pisarzom. Zmarł właśnie teraz, pewnie w dokładnie chwili, kiedy moje nazwisko przytwierdzano pinezkami do instytutowej tablicy ogłoszeń po stronie „Przyjęci”. […]

Komunikat o jego zgonie był jak wezwanie. Bo tak, już wtedy chciałam zostać człowiekiem liter jak on, tak naprawdę nie miałam wyjścia, tylko nie uświadamiałam sobie tego w pełni. Tyle szans marnuje się tylko dlatego, że zbyt późno pojmujemy jakieś prawdy o sobie lub tracimy czas, aby sprawdzić to, co nie wymaga sprawdzenia. Największą przeszkodą bywamy dla siebie sami – my i brak rozpoznania własnych, najbardziej podstawowych odruchów. Czasem trzeba kogoś z zewnątrz, aby nas wybudził; czasami nie pojawia się nikt, więc dryfujemy z prądem, marnujemy czas, żyjemy w ciszy i tęsknimy do dźwięków, które nigdy nie nadchodzą. W końcu gorzkniejemy od tego czekania – i to jest moment, w którym przegrywamy ostatecznie. Wtedy zaś pociągała mnie archeologia. Wierzyłam w to święcie – i nie było jeszcze nikogo, kto uświadomiłby mi, że moja podatność na uroki świata liter nie była przypadkiem, ale przynależała do samej mojej istoty. Nikt jeszcze swoim pisaniem nie nawrócił mnie ostatecznie, a tak to się zwykle odbywa: pojawia się inny autor, którego teksty pociągają nas za sobą i to on staje się naszym literackim ojcem. Nikt nie pokazał mi, że tak naprawdę nic innego nie było w stanie uczynić mnie szczęśliwą, jak tylko podążenie tą drogą; że wszystko inne będzie mi doskonale obojętne i z niczym nie będę się w stanie utożsamić, pod niczym nie będę się chciała podpisać, jak tylko pod działalnością literacką – nawet gdybym miała utrzymywać się z innych rzeczy.

Odkrycie tego było jeszcze przede mną; odkrycie żałosne i wstydliwe, bo nie chcę udawać, że artysta jest kimś lepszym od innych ludzi i że jego słabość do świata liter czy dźwięków to szczególne posłannictwo – to raczej słabość, której musi hołdować, ponieważ nie jest w stanie robić niczego innego. W niczym innym nie będzie użyteczny. Ale nikt jeszcze wówczas tych strasznych prawd o mnie samej mi nie objawił.

[…]

Fragment #2 (Hamlet)

Teresa Budzisz-Krzyżanowska jako Hamlet (fot. Cyfrowe Muzeum Teatru Starego)

Teresa Budzisz-Krzyżanowska jako Hamlet (fot. Cyfrowe Muzeum Teatru Starego)

[…]

Wyników nie byłam pewna, bo egzamin nie należał do tych, z których wychodzi się w spokoju. Pamiętałam, że wpadłam na niego spóźniona, prosto z podróży. W obszernym, ale mrocznym pokoju […] siedzieli chudy adiunkt w wieku lat na oko trzydziestu pięciu, przedsiębiorcza pani profesor w wieku lat sześćdziesięciu i dobroduszny staruszek, który zapewne dorabiał wykładami do emerytury. Chociaż jeden zestaw tego rodzaju spotyka się chyba na każdym egzaminie w każdym instytucie w Polsce, a pomnożony – na każdej radzie instytutu i radzie wydziału. Dobroduszny król-senior, kostyczna królowa i pokorny następca tronu, budulec każdego dworu i polski uniwersytet w pigułce. Siedzieli i patrzyli na mnie, zdyszaną, nieforemną nastolatkę ze Śląska, zupełnie niewyklutą. Pewnie napatrzyli się w życiu na wielu nieopierzonych kandydatów, przerażonych lub zbyt pewnych siebie młodzianków u progu dorosłości. […] Nie należałam zresztą do żadnego z charakterystycznych gatunków; chwilami byłam całkowicie wyzuta z ekspresji, chwilami nadekspresyjna, jakby się jeszcze moja powłoka zewnętrzna nie zdecydowała, jak ma wyglądać, jak się zachowywać i kim właściwie chce być, kanciastym chłopcem czy delikatną dziewczyną, dzieckiem czy dorosłym. Wyglądało pewnie, że raczej chłopcem i raczej dzieckiem – i gdybym była wówczas w stanie zbadać swoje wnętrze, nic prawdopodobnie nie oddawałoby lepiej moich pragnień. […] Taka właśnie byłam – smutny chłopiec z książką w ręku.

Egzamin, oprócz kilku standardowych pytań, sprawdzających wiedzę humanistyczną, miał polegać na dyskusji na temat dzieła wybranego przez kandydata. A ponieważ trzymałam w ręce eseje T.S. Eliota, komisja uznała, że to właśnie ta książka będzie przedmiotem rozmowy.

– Nareszcie coś ciekawego – powiedział adiunkt.

Nie, nie chciałam rozmawiać o Eliocie. Była to książka podróżna i początki znajomości z tym autorem. Kupiłam go kilka dni wcześniej, niemal zupełnie przypadkiem, bo w zbiorze znajdował się esej o księciu duńskim. Moje lektury od zawsze były kapryśne i całkowicie nieprzewidywalne, jak zwykle bywa w przypadku samouków, którym los nie postawił na drodze żadnego prawdziwego doradcy. Jedna książka sprowadzała drugą, a ta kolejną. Wyważałam wiele otwartych drzwi, dokonywałam na własną rękę fascynujących odkryć. Nie dałoby się tutaj opracować żadnego algorytmu.

– Chcę porozmawiać o „Hamlecie”.

Przez twarze komisji przemknął lekki skurcz zawodu. Szekspir to była jednak jazda obowiązkowa, czytanka licealna, tylko trochę wychodząca poza listę podstawowych lektur, bo przerabiało się wówczas w szkołach zwykle „Romea i Julię”. Ja jednak „Hamleta” – i przez to Szekspira w ogóle – także otaczałam wtedy czcią, na jaką stać tylko nastolatka, który ma obsesję na danym punkcie. Niemal zawsze miałam przy sobie egzemplarz tej sztuki – wydanie „Znaku” z lat dziewięćdziesiątych w przekładzie Stanisława Barańczaka, z błękitno-zielonkawą okładką, a w domu kilka innych wersji, w tym oryginalną, którą sama nieporadnie próbowałam tłumaczyć. O ile pamiętam, nie udało mi się skończyć nawet jednej sceny, ale notatnik z próbami również zwykle nosiłam przy sobie. Moment, w którym mogłabym zmierzyć się z Barańczakiem, Tłumaczem, mógł nadejść w każdej chwili.

– Dobrze, to zacznijmy od Szekspira. Bardzo prosimy.

Zaczęłam zatem snuć refleksje o księciu trochę nadekspresyjnym, a trochę szalonym (ponieważ istnieją przecież granice ekspresji, za którymi zaczyna się nienormalność). Ja jednak w szaleństwo Hamleta nigdy nie chciałam wierzyć. Obłęd księcia był dla mnie zawsze próbą obrony przed rzeczywistością; obrony tak radykalnej, że nie wahał się ranić innych […]; więc ranił ich, byle tylko utrzymać samego siebie „w kupie”, kiedy wszystko inne się rozpadało. Była to forma trzymania dystansu, bo przecież musiał być zdystansowany, żeby nie zwariować – zwłaszcza na dworze takim jak duński, pełnym szpiegów, przyjaciół, którzy byli gotowi go oddać za prospekt kariery, ludzi, którymi książę gardził, ponieważ w tym wszystkim był nie tylko szlachetny, ale i nieco zarozumiały; na dworze z naiwną matką i zbrodniczym stryjem u sterów. On tymczasem dopiero się wykluwał, dorastał do rządów. Był jeszcze bezbronny jak młoda roślina, którą złamać może każdy silniejszy podmuch. Być może już za moment byłby już gotów, żeby władać Danią, ale uniemożliwiono mu rządy. Decyzję podjęto za niego. Konflikt był więc nieunikniony – nawet gdyby się nie pojawił żaden Duch, Hamlet po prostu musiał się upomnieć o władzę, bo mu się należała. Z drugiej strony – czy mógłby kiedykolwiek stać się gotowy, żeby być suwerenem? On, taki nadwrażliwiec, obezwładniony nadmiarem autorefleksji? Sam sposób, w jaki zabrał się do sprawy, te wszystkie teatry-pułapki, udawanie chorego w zależności od kierunku wiatru – już ten sposób dyskwalifikował go jako potencjalnego władcę. Fortynbras zrobiłby to lepiej – szybciej doprowadził do konfrontacji z Klaudiuszem, zmierzył się z nim, pokonał pewnie, przejął rządy. Nie podglądałby stryja z widowni teatralnej, nie snuł dziwacznych intryg z aktorami, tylko od razu ruszyłby do czynu. Nie, Hamlet nie był nawet potencjalnym Markiem Aureliuszem, chociaż wtedy zapewne w to wierzyłam. Był zdecydowanie zbyt miękki, nie było w nim natomiast chłodnego męstwa, które cechowało pisma Aurelego. Dramat Szekspira to opis ześlizgiwania się po równi pochyłej, spadania w nicość. Książęcy komentarz do złej, coraz gorszej sytuacji, bo on sam widział przecież, jak jego szanse na zwycięstwo topnieją, im bardziej nie zgadzał się na zastaną sytuację; bo niezgoda ta, zamiast dodawać mu woli do walki, paraliżowała go. Każda kolejna decyzja była gorsza od poprzedniej. Nie, „Hamlet” to dorastanie nie tyle do władzy, ile do porażki. […]

Tak, Hamlet był bezbronny jak młoda roślina, chociaż niby hodowano go na rycerza. Nie zadziałało już w jego przypadku średniowieczne wychowanie, zestaw przekonań odziedziczony po ojcu. Z drugiej strony – nie był jeszcze w pełni renesansowy, bo nie ma w nim nowożytnej elastyczności. Zupełnie brakuje mu też humanistycznego optymizmu. Nadpsuły go książki, zwłaszcza Montaigne – sceptyk; nauczyły go wątpić, ale jeszcze nie zmieniły do końca. Być może zrobiłyby to, gdyby książę mógł dalej czytać w spokoju. Tymczasem musiał dać odpowiedź natychmiast, a nie był gotowy. Hamlet to chłopiec z pokolenia przełomu, pozbawiony azymutów i nie potrafiący jeszcze stworzyć ich sobie sam. […] 

Fragment #1 (Warszawa)

Siedziałam zwrócona plecami do trasy W-Z, która tuż za mną wypadała spod ziemi i biegła w stronę Wisły. W ten sposób, opierając się o balustradę, mogłam widzieć niemal wszystko: fasady kamienic u wylotu Krakowskiego Przedmieścia, kolumnę Zygmunta, fragment murów otaczających Starówkę, pierzeję budynków przy Placu Zamkowym, wreszcie, jeśli odwróciłam głowę, sam zamek. Chłonęłam ten widok, zwłaszcza spiętrzenie kamieniczek przy Placu z charakterystyczną, łamaną linią dachów, zza której wyłaniał się szczyt archikatedry. Wygląda to jak sterta pudełek rzuconych w jedno miejsce bez ładu i składu. Nieporadność architektoniczna warszawskiej Starówki zawsze mnie rozczulała. Kolory były soczyste, dachówki – odpowiednio rdzawe, a fasady – kolorowe, bo pogoda była piękna i słońce pozwalało nie dostrzegać brudu. Tak wyglądała Warszawa, której doświadczałam po raz pierwszy.

Fot. Guillaume Speurt.

Fot. Guillaume Speurt.

Właśnie dostałam się na tutejszy uniwersytet. Rozpierała mnie duma. Mogłam wybierać pomiędzy Krakowem i Warszawą – w przypadku tej ostatniej było to zwieńczenie wielkiego młodzieńczego uczucia. Otwierały się różne perspektywy. Rodzice od pewnego czasu zbierali informacje o obydwóch miastach. Było już jasne, że – jak zapewniały znajome, te wszystkie ciotki starej daty, które wiedzą wszystko na każdy temat – w Warszawie poznam wpływowych ludzi i zrobię być może jakąś karierę, większą czy mniejszą, bo wiele tam instytucji, przy których można się „zahaczyć”. Było też wiadomo, że w Krakowie poznam smak studiowania i klimat starego uniwersyteckiego ośrodka, który w stolicy dawno się zatracił – czy też może raczej w ogóle się nie wytworzył, bo stołeczne uniwersytety zawsze muszą zmagać się z miastem, w jakim się znajdują; tam się nie studiuje, tam się odpowiada na zapotrzebowanie historii, administracji i licznych centralnych instytucji.

To, co właściwie zamierzałam studiować, było zupełnie drugorzędne i tym nikt nigdy nie zawracał sobie głowy. Chodziło o dyplom […] i o to, żeby kierunek był odpowiednio oblegany. Im bardziej, tym lepiej; tym bardziej się podziwiało studenta w jego rodzinnych stronach. Z takim dyplomem wszystko potem miało się już  ułożyć. Stąd wziął się późniejszy wysyp filozofów, socjologów i politologów czy nadprodukcja doktorantów. Każdy lokalny prymus ma przecież plan awaryjny – karierę akademicką.

Przekonanie o kluczowej roli studiów w życiu człowieka było także moim posagiem. Niosłam je ze sobą na liczne egzaminy wstępne – bo sztuka godnego opuszczania domu rodzinnego wymagała również tego, żeby dostać się na wiele kierunków w różnych miejscach i następnie dopiero podejmować decyzje, żeby się potem rodzice mieli czym chwalić krewnym i współpracownikom.

Była to, mówiąc krótko, odwieczna historia prowincjusza wysyłanego na studia do wielkiego miasta: hodowanego mniej lub bardziej troskliwie dla chwili, kiedy będzie mógł podjąć naukę z dala od domu, najlepiej w jednym ze sławnych ośrodków akademickich.

Prowincjusze tego typu w szkołach średnich odliczają minuty do upragnionej chwili wyjazdu – bo to są ich właściwe narodziny, wypełnienie obowiązku pochodzenia z rodziny, w której niemal wszyscy coś studiowali i upatrywali w wykształceniu gwarancji na przyszłość. Kiedy byłam dzieckiem, nigdy nie opowiadano mi historii z liceów (cóż ciekawego jest w prowincjonalnych liceach?); opowiadano mi anegdoty z akademików i sal wykładowych. Było jasne, że tylko na wyższej uczelni przeżywa się przygody i tylko tam w pełni poznaje siebie. Z takim przekonaniem wysyłała w świat swoje dzieci inteligencja końca XX wieku, wygłodniała dodatkowo po okresie PRL, ukołysana realiami sprzed transformacji, lecz spragniona sukcesów. Wyposzczeni rodzice, chcący wyposażyć swoje dzieci w to, czego sami nie mieli, żeby nareszcie podbiły świat.

Od kiedy nauczyłam się chodzić było jasne, że kiedyś wyjadę na studia i że będzie to Kraków. […] Warszawa pojawiła się później jako olśnienie. Wydawało się, że przeważy, bo uczucia nastolatków są świeże i obsesyjne. Obiekt miłości pochłania się całym sobą, bezrefleksyjnie, łapczywie, a więc i dramaty są większe, i zawiedzione uczucia bolą dużo dotkliwiej. Miłość nastolatka parzy, chociaż to zimny płomień, bo brakuje w nim ciepła. Później już się tak nie kocha lub robi się to wyjątkowo. Wcześniej jednak, w tym krótkim prześwicie, jakim jest dojrzewanie, wszystko jest jedynie tak, tak – nie, nie; obsesja na plus, obsesja na minus. Kocham – nienawidzę. Podziwiam – gardzę. I Warszawę właśnie kochałam całym sercem, namiętnie. […]

Ile razy potem – po latach – przyjeżdżałam do Warszawy, szukałam w sobie dawnego żaru, ale przykrył go już popiół późniejszych doświadczeń. Miasto tkwiło jednak jak drzazga w moim sercu, pozostało dla mnie wielkim, niezrealizowanym uczuciem. Ale wówczas, w ciepły dzień lipcowy na przełomie tysiącleci, wszystko jeszcze było świeże i stolica nigdy wcześniej nie wydawała mi się tak szlachetna i pociągająca jak wtedy, w chwili tuż przed rozstaniem. Bo rozstanie było nieuniknione. Chciałam studiować, a nie robić karierę w strukturach centralnych – i tego akurat wyboru nigdy nie żałowałam. Wtedy wierzyłam, że tych dwóch rzeczy nie da się pogodzić; nadal zresztą nie jestem pewna, czy to możliwe – więc musiało paść Kraków. […] Przyjechałam na Krakowskie Przedmieście jedynie po wyniki.

[…]