Nieszczelność

– Czy istnieje szatan?

Dopiero co weszłam do gabinetu. Byłam zestresowana, bo rok wcześniej ten sam lekarz powiedział mi, że nie mam szans na bycie nauczycielem. O nic nie spytał, rzucił jedynie okiem na gardło i kazał powiedzieć „e”.

– Ma pani fatalną niedomykalność krtani. Fatalną. Najlepiej będzie natychmiast dać sobie spokój, bo tylko sobie pani szkodzi. Dam pani pozwolenie na pracę na rok, ale warunkowe i sama się pani przekona. Po prostu nie ma pani szans. Trzeba pomyśleć o innym zajęciu – powiedział wtedy.

Pamiętam, że, kiedy wpisywał do karty swoją długą diagnozę, pełną niemożności, nieszczelności i zbytniej słabości, patrzyłam przez okno za jego plecami, bo dzień był słoneczny i wśród drzew w oddali widać było Kopiec Kościuszki. Co mam robić, myślałam. Wszystkie drzwi zamykają się, a ja powinnam w końcu wybrać jakąś drogę. Potem nastąpił rok zmagania z gasnącym powołaniem. Zaczęło przygasać już wcześniej, a laryngolog wbił tylko gwóźdź do jego trumny. Jeśli się nie da, to się nie da, co było robić. Nie ma nic gorszego, niż zasiać wątpliwość w słabnącym sercu.

mucha 2

Teraz znowu siedziałam w tym samym gabinecie, ponieważ jakimś cudem postanowiono przedłużyć ze mną umowę i musiałam po raz kolejny przejść badania kontrolne. Za oknem znów widać było Kopiec Kościuszki, pogoda była bowiem równie doskonała jak rok wcześniej. Był wrzesień w pełnym rozkwicie, drzewa na wzgórzu św. Bronisławy były jeszcze kędzierzawe i zielone. Tylko tu i ówdzie widać było pierwsze żółtawe liście.

– Mam niedomykalność krtani, wiem o tym – powiedziałam, wchodząc do gabinetu. – Ale, wie pan, radzę sobie – dodałam szybko. Nie brzmiało to zbyt wiarygodnie, wygłoszone zostało, rzecz jasna, zbyt cichym głosem, słabnącym z każdą sylabą. Doktor Eustachiusz spojrzał na mnie kpiąco. Okulary powiększały jego oczy, więc cały zdawał się być wzrokiem, co tylko dodatkowo rujnowało moją pewność siebie. Zerknął szybko na kartę i swoją diagnozę wydaną rok wcześniej.

– Uniwersytet, hę? – wyciągnął metalową łyżkę, którą za chwilę miał pomagać sobie w oglądaniu mojej krtani, i zaczął podgrzewać ją w płomieniu zapalniczki. – Zobaczymy.

Zapadła cisza. Ogień szumiał cicho, ja wpatrywałam się w okno, spoglądając na Kopiec. Czekałam na ostateczne potwierdzenie własnej niemożności.

– Byłem ostatnio na premierze „Diabłów z Loudun” Pendereckiego. Słyszała pani o tym? – spytał laryngolog.

– Opera. Coś podobnego do „Matki Joanny od Aniołów” Iwaszkiewicza – powiedziałam słabo, patrząc na Kopiec.

Była też obszerna książka Aldousa Huxleya i bazujący na niej dramat Johna Whitinga. Penderecki opierał się właśnie na nich. Sprawą interesował się też Dumas ojciec. Wszyscy, i Huxley, i Whiting, i Iwaszkiewicz, wyszli od tej samej, prawdziwej historii: rzekomego opętania całego klasztoru w Loudun, w tym jego przeoryszy, oraz spalenia kapłana, który miał im pomóc, a sam okazał się kusicielem.

Oczywiście, nie wiadomo, co dokładnie zdarzyło się w XVII-wiecznym francuskim miasteczku, bo mnóstwo tu niedomówień i wiele możliwości interpretacyjnych. Ojciec Grandier mógł po prostu poróżnić się z przeoryszą i narazić się na jej okrutną zemstę. Kobiety, kiedy nienawidzą, to zwykle nie mają litości i dążą do całkowitego unicestwienia przeciwnika. Tak mogło być w tym przypadku. A może – to moje przypuszczenie – ktoś lekkomyślnie szukał jedynie duchowego kontaktu i doszło do tragicznej nadinterpretacji. Wszystko mogło też wydarzyć się jedynie w głowie mniszki lub w głowie duchownego. Ileż historii tego typu to zwykłe nieporozumienie.

Ale pisarze zwykle woleli wierzyć, że kapłan walczył z obskurantyzmem, albo że został złapany w sidła ziemskich namiętności, że opętany był tylko przez oczy przeoryszy, a za to, że im uległ, musiał zapłacić karę główną i zgorzeć. Albo że to ona i wszystkie jej mniszki uległy raczej jego oczom, a potem starały się ukryć swoją winę. Zakonnice mogły też – to uwielbiany temat epoki postfreudowskiej – ulec masowej histerii. Huxley gra właśnie tym wątkiem. Ksiądz byłby wtedy niewinną ofiarą kobiecych zaburzeń i instytucjonalnej opresji.

Kapłan mógł też być po prostu przedmiotem manipulacji. Wiadomo skądinąd, że prawdziwy ojciec Urbain Grandier nie cieszył się przychylnością kardynała Richelieu, bo wcześniej występował przeciw niemu publicznie. Purpurat był tymczasem drażliwym mężem stanu – sprawa opętania mogła mieć zatem i inne dno, polityczne. W trakcie procesu księdza wyszedł na jaw podpisany przez niego pakt z szatanem, w którym Zły po łacinie obiecywał swojej ofierze miłość kobiet, szacunek monarchów oraz zaspokojenie wszelkich namiętności. Ten pakt nie został chyba przez szatana spełniony do końca – szacunek władzy przecież nie nadszedł, nawet jeśli Grandiera rzeczywiście kochał cały konwent w Loudun – ale duszę księdza i tak uratowano na stosie.

Matka Joanna i jezuita Suryn to ta sama historia, tylko szkicowana dużo delikatniej i przeniesiona na Kresy. Uwielbiane przez pisarzy splątanie, w którym nie wiadomo już, co jest opętaniem, a co jest zwykłą, tylko niedozwoloną skłonnością. Także Herling chadzał podobnymi literackimi ścieżkami: zakonnica, diabeł, grzeszna miłość. Co za temat, gra sam, łatwizna, wystarczy tylko siąść i zacząć pisać: mężczyzna, kobieta, zabobon. Powołanie i jego ruina.

Kopiec Kościuszki żeglował ponad drzewami. W szybę okienną uderzała mucha, coraz bardziej leniwie. Już się objadła życiem, ale nadal była łakoma, chciała więcej, tylko chorowała już na wrzesień i opadała z sił. Tymczasem w tej całej opowieści kryło się, moim zdaniem, jeszcze inne pytanie. Kiedy zaczyna się wykroczenie? Bo historia Loudun, tak jak ją dotąd opowiadano, nie jest drobiazgową wiwisekcją. Tam się namiętności i histerię serwuje całymi szuflami. Czy diaboliczne jest całe takie uczucie (jeśli tam w ogóle było uczucie), nawet jeśli stawia mu się zapory? I czy Grandier, kiedy zaczyna mieć słabość do matki Joanny, to już jest stracony? Nie, na to nie chciałam się nigdy zgodzić. Któż bowiem jest w pełni panem swojego serca, zwłaszcza, jeśli wyjątkowo naznaczono je darem empatii, jak to czasami bywa z sercami kapłanów? Takie czułe serca przecież łatwiej rozszczelnić, one ze swojej istoty w ogóle nie są szczelne. Gdyby zatem takie bezwolne przylgnięcie do kogoś było opętaniem, gdyby nie było możliwości wydania temu walki, a wszystko od razu było upadkiem, to serca tego typu byłyby z góry skazane na klęskę i wieczne potępienie. Bóg zaś okazywałby się okrutnikiem, który bierze kogoś na służbę, aby wydać go następnie bezbronnego napastnikom. Nie, przecież tu jest jeszcze cała przestrzeń walki z kuszeniem i w tej przestrzeni mogą dziać się rzeczy naprawdę wzniosłe.

Bo historia z Loudun nie musi być historią upadku i podejrzanych pasji. Jeśli tak ją prezentowano, to może dlatego, że pisali ją dotąd mężczyźni, a ich zawsze nieco mniej interesuje dialektyka serca. Oni widzą zwykle demoniczność matki Joanny, która niemal zawsze ma przewagę nad swoim egzorcystą, i to, co może nastąpić potem, kiedy mężczyzna ulegnie. Tymczasem kluczowa jest chwila, kiedy pękają – lub nie – zapory oblężonego ducha, kiedy trzeszczą zawiasy duszy. Loudun mogłoby być zatem opowieścią o grzechu i o tym, że zło wchodzi zawsze tamtędy, gdzie jesteśmy najsłabsi. To mogą być oczy matki Joanny, które dziurawią kapłańskie pancerze, ale nieszczelnością mogą być przecież i inne rzeczy: niefrasobliwość, złe słowo lub zaniżone poczucie własnej wartości. Czasami zwykły przypadek. Ale nigdy nie jest tak, że wszystko stracone.

Whiting uczynił z Grandiera nieszczęśnika, opętanego pragnieniem autodestrukcji. Subtelność uczuć nie interesowała też Pendereckiego. Ten stworzył historię, która piętnuje fanatyzm religijny. Bo, oczywiście, istnieje jeszcze jedna metafizyczna możliwość. Diabła nie ma, a wszelkie skłonności powinny realizować się bez ograniczeń, wbrew średniowiecznym zabobonom, które głosi się tu i ówdzie.

– Duchowni wyszli z tej premiery, wie pani – zachichotał doktor Eustachiusz. – Co za obłuda. Proszę mi powiedzieć: czy wierzy pani w istnienie szatana? No proszę pani, żyjemy w XXI wieku. Kościół naprawdę powinien już przestać bajdurzyć. I te wszystkie egzorcyzmy, szkodzenie ludziom, doprowadzanie ich do śmierci, kiedy im po prostu potrzeba lekarza. Lekarza im trzeba, wie pani, nie egzorcysty. Lekarza i tabletki, a nie relikwii. Bo wie pani, ja słyszałem, że tu się w Krakowie w kurii przetrzymuje palec papieża Jana Pawła. No relikwie, w XXI wieku? Palec tego biednego człowieka? A dajcież wy mu wszyscy święty spokój. Wie pani, to przecież zgroza jakaś. Więc ja panią pytam: czy istnieje szatan?

Oto sztuka Pendereckiego działała na umysły odbiorców, oto pan Homais poszedł do opery:

– Czy istnieje szatan?

Za oknem trwało słoneczne, wrześniowe przedpołudnie. Płomyk pod łyżką nadal szumiał cichutko, mucha ciągle stukała w szybę. To właśnie nam zostało z Loudun i tamtejszych diabłów: czarny owad i zapalniczka. Niedomykalność.

– Oczywiście, że istnieje – powiedziałam swoim zbyt cichym głosem. Uśmiechnęłam się nawet, bo to było zabawne. Mówienie o tym w takich okolicznościach nie było przecież wyrazem heroizmu, raczej zmęczenia. Uniesienia Eustachiusza widziałam już tyle razy w innym wykonaniu. Jest XXI wiek, wie pan, chciało się powiedzieć, chrześcijan naprawdę trudno już zgorszyć swoją niewiarą. Poza tym wcale nie zależało mi na tej pracy. Powołanie dawno wygasło. Jeśli lekarz orzeknie, że nie mogę uczyć, to zdejmie ze mnie odpowiedzialność, z którą szamotałam się już od dawna. Pójdę na uczelnię i pokażę papier: bardzo mi przykro, ale nie mogę, nie nadaję się.

– I wierzy pani w egzorcyzmy, naprawdę?

– Wierzę.

– Przecież tych wszystkich egzorcystów jest coraz więcej. Co za bezużyteczna banda.

– Oczywiście, egzorcyzmy powinno poprzedzić rozpoznanie psychologiczne. Ale nawet lekarze czasami przyznają, że źródło choroby jest duchowe. Egzorcyści są potrzebni.

Doktor Eustachiusz zgasił zapalniczkę, łyżka stała się już bowiem zbyt gorąca.

– I w relikwie pani wierzy? Naprawdę?

– Wierzę.

– W te wszystkie cudowne kosteczki?

– Wierzę.

I tak rozpoczęło się dziwne, długie wyznanie wiary. Mucha konała na szybie, łyżka stygła, Eustachiusz się gorszył, chociaż coraz słabiej. W końcu wyczerpał się zasób dręczących go pytań i zapadło milczenie. Zapewne on sam był już zmęczony ich zadawaniem. Z pewnością stawiał je wcześniej wielu osobom, miał przecież codziennie bardzo wielu pacjentów.

– Bo wie pani, moja babcia mówiła mi w sumie: idź do kościoła. Na pewno nic złego nic tam ci nie zrobią – powiedział w końcu i zdjął okulary. Jego oczy radykalnie zmalały, wyglądały teraz jakby należały do kreta. Kiwnęłam głową.

– Nie ma pani niedomykalności krtani – stwierdził po chwili ciszy i wpisał do karty pracy zamaszyste „b.o.”, bez ograniczeń, dokładnie w tej samej rubryce, w której w zeszłym roku tak bardzo protestował. – Tylko to się może zmieniać, ta niedomykalność. Na wszelki wypadek proszę na siebie uważać – dodał filuternie.

Skoro moja krtań jest w tak doskonałym stanie, to może jednak będę uczyć, pomyślałam wtedy. Nie ma nic szlachetniejszego niż zwrócić nadzieję sercu, które osłabło. Poza tym nawet zawodowy ateusz, nawet pan Homais musi się czasem rozszczelnić. Każdego bowiem dopada znużenie, każdy czasami męczy się sam ze sobą, budzi się kiedyś z przekonaniem, że poniósł klęskę i że nie da rady zrobić ani kroku więcej. Nikt nie jest szczelny, absolutnie nikt. 

 

Kolejny fragment czegoś innego

Było nas kilkoro, wszyscy z Polski. Mieszkaliśmy w chatce na wrzosowisku, w takiej, w jakiej być może pomieszkiwała Jane Eyre w czasie, kiedy uczyła w parafii St. Johna, ukrywając się przed Rochesterem. Domek stanowił kiedyś część kopalni, teraz stał osamotniony przy żwirowej drodze, łączącej Nenthead ze szczytami wzgórz.

Zwykle rysowaliśmy miejscowe ruiny kamień po kamieniu, mimo deszczu i silnych wiatrów (dokumentację wykonuje się wówczas na nawoskowanej kalce, bo kartki w takich warunkach nie zdają egzaminu: rozwarstwiają się i pęcznieją. Papier zniesie wiele, ale na pewno nie wszystko). Dni były wówczas podobne do siebie jak XIX-wieczne cegły i zdawały się stać nieruchomo tak samo jak one. Prawdziwy czas płynął gdzie indziej, gdzieś uczestniczyło się w rzeczywistości, wpływało na nią, ale emigranci prawie nigdy w niej nie uczestniczą; raczej przepuszczają dni przez palce, wiążą koniec z końcem, prowadzą setki poważnych dyskusji, nie kończących się żadnym skutkiem praktycznym.

87759_8233

Czasami jednak byliśmy potrzebni w innych miejscach, na organizowanych okazjonalnie badaniach ratunkowych, czyli tam, gdzie czyjeś plany budowlane zagrażały poważnie brytyjskiemu dziedzictwu. Zatrudniała nas prywatna firma, która reagowała w zależności od zamówień. Jeśli nie było żadnych, zajmowaliśmy się kopalnią; jeśli jakieś się pojawiały, jechaliśmy tam, gdzie akurat było potrzeba – na jedną z okolicznych farm, by zbadać teren przed rozpoczęciem budowy, lub do niewielkiego miasteczka, w którym remontowano kanalizację. Gdziekolwiek otwierano ziemię, archeolodzy musieli spoglądać w jej trzewia i stawiać diagnozy.

[…]

Innym razem płacono nam za rysowanie odkrytych wcześniej zabytków. Tym zajmowałam się ja. Wtedy mogłam zostać w chatce na wrzosowisku i przenosić na papier dziwne kształty branzolet, naszyjników czy kamiennych narzędzi. Brałam do ręki krzemienie, obracałam w palcach, obserwowałam, które z odprysków powstały przypadkiem, a które wykonano rozmyślnie. Można to rozpoznać: opuszkami śledzi się kształt wklęsłej, pofalowanej powierzchni kamienia, patrzy, jak rozchodzi się półkręgami od miejsca uderzenia, sęczka, podobnie do fal na wodzie. Jeśli sęczek jest na krawędzi, niemal na pewno uderzał człowiek. I, zanim odwzoruje się to wszystko na papierze, widzi się, jak tysiące lat wcześniej cudze palce trzymają ten kamień, by drugą ręką uderzać go tłuczkiem; jak odpada półprzezroczysta łuska o ostrych krawędziach, czasami długa i subtelna, czasami półokrągła, w sam raz, aby osadzić ją w kości i wykorzystać jako ostrze. Rysowałam też ozdoby, zdobione filigranem czy cloisonné, albo mniej wykwintne, odlewane na wosk tracony, pokaleczone przez pługi i nadłamane przez kamienie. Ale to właśnie było obcowanie z kulturą.

Przedmioty mają przecież przewagę, przeżywają nas. Z materialnego punktu widzenia istnieją bardziej niż nasze delikatne tkanki, naskórek i miliony oddechów. Świat jest o wiele bardziej światem rzeczy niż nas. Archeologia mogłaby więc być nauką o tym, że kultura to styl bycia i drobiazgi, którymi się otaczamy, a które wynikają z tego, co myślimy i jak odczuwamy. Archeologia mogłaby ostrzegać przed ich zaniedbywaniem, abyśmy nie stawali się niemi dla potomnych. Archeologia mogłaby też opowiadać o tym, że materialne fundamenty życia przeżywają swojego twórcę, i o tym, że ludzie zaledwie podtrzymują kulturę, jak jakiś powszechnik, jak płachtę, która unosi się na ich głowami, a oni tylko naprężają linki, aby nadać jej upragniony kształt. Ona trwa, a oni znikają. Zmieniają się jak na warcie.

Ale archeologia o tym nie opowiada. Jest zaledwie techniką wykonywania dokumentacji.

Całość tekstu we Frondzie 68 (w sprzedaży od września).

 

Melancholia

Nie jestem pewna, jak dokładnie mówiono o Wirczy: Topieluchowo albo Pieluchowo. Starałam się usłyszeć za każdym razem, kiedy wymieniano to określenie, ale nigdy mi się nie udało. Pierwsza sylaba pojawiała się tylko połowicznie, dźwięczała lub nie, drżała na granicy nieistnienia. Nie miała zresztą większego znaczenia, bo obie nazwy były równie uzasadnione. Pierwsza mogłaby pochodzić od topieli, bo Wircza była płaska jak stół, znajdowała się na ostatniej nizinie przed nagłym podkarpackim skokiem terenu – i zwykle stała tutaj woda, niezależnie od pory roku, chociaż najwięcej było jej, oczywiście, na wiosnę. Pieluchowo zaś – bo tutaj wszyscy się wychowali, bo Wircza była żywiołem kobiecym, były tu tylko babki, ciotki i kuzynki o zdrobniałych imionach (zwracały się do siebie pieszczotliwie nawet kiedy nie łączyło ich nic poza wzajemna niechęcią). Były tu zatem Stenie, Wandeczki, Madzie i Kamy, a ich mężowie stanowili zaledwie konieczne tło. To tutaj niezliczone siostry, które wydały się za mąż za mężczyzn z różnych części Polski, karmiły i chowały swoje niezliczone dzieci, głównie córki, które następnie zostawały tu lub przyjeżdżały na wakacje, łapiąc bakcyla Wirczy, uważając ją, pełną bagnisk i skowronków, za bezsprzecznie najpiękniejsze miejsce na świecie. 
Jacek-Malczewski-Thanatos-4

Wircza pocięta była rowami odprowadzającymi wodę, co było zresztą zadaniem beznadziejnym i czysto symbolicznym, a to, na czyjej posesji znajdował się taki rów, stanowiło nieodmiennie przedmiot gorących sporów, do których żony zachęcały swoich mężów, aby wyrwać odrobinę przetrzeni dla swoich dzieci. O przykopy toczono sąsiedzkie wojny, obrażano się, pisano podania do władz gminnych i udawano się do sądów. Pierwszy dokument pisemny dotyczący Wirczy, odnaleziony w archiwum wawelskim przez pewnego wirczanina, który tak jak i wszyscy tutaj rozkochany był w swoim Topieluchowie, dotyczył właśnie sporu o przykopę, jaki praszczurowie mojej rodziny toczyli w XV wieku z inną rodziną; sporu, dodajmy, zakończonego chwalebną ugodą, zawartą pod naciskiem „pokój czyniącego”, niejakiego Tomasza Prusa, pochodzącego także z mojej rodziny.

Ja nie wyrosłam w Wirczy, przyjechałam tutaj jako dorosła, jedynie spowinowacona, zresztą dość odlegle. Reprezentowałam pierwiastek kobiecy obcy tutejszej kobiecości, inny, jak kropla wody wrzucona do oliwy, która, choćby chciała, nie może się z nią nigdy zmieszać. Patrzyłam więc na wszystko chłodnym okiem, nieuprzedzonym przez tę wirczańską szaloną miłość, docierałam do jej istoty powoli, krok po kroku.

Kiedy pojawiłam się tam po raz pierwszy, napojona słodkim mlekiem opowiadań, zobaczyłam jedynie mokradła, teren płaski jak kartka papieru, łąki po horyzont, falujące jak przestwór jakiegoś oceanu, jednolicie zielone, z wieżą kościoła w Wirczy na horyzoncie.

– To nasza Wircza. Jestem szczęśliwa, że tu mieszkam i mam nadzieję, że nigdy nie wyjadę – powiedziała wtedy kuzynka zanim zdążyłyśmy się przywitać, zawrzeć znajomość, czy obejrzeć tak jak kobieta ogląda kobietę, krytycznie. Przyjechała po mnie na stację do sąsiedniej wioski. W samej Wirczy stacja nie była potrzebna, wyjeżdżało się stąd bowiem tylko czasami i pod absolutnym przymusem, co kuzynka dała mi do zrozumienia na samym początku. Jeśli w ogóle opuszczało się Pieluchowo, to tylko do pracy, zawsze z wielką nadzieją na powrót. Jeśli był niemożliwy, fundowało się na przykład witraż w kościele. Zrobili tak kiedyś członkowie Koła Wirczan w Chicago. Teraz pieniądze coraz częściej spływały z Anglii, gdzie wirczanie osiedlili się gromadnie w Carlisle; nadal płynęły do gniazda, w którym żyła szczęśliwsza część wirczan, tych, którzy nie musieli lub za wszelką cenę nie chcieli wyjeżdżać, choćby mieli klepać biedę lub spędzać noce na upijaniu się (o czym wiedziała niezwłocznie cała żeńska część rodziny. Planowano wtedy ratunek lub potępiano, na ogół jedno z drugim równocześnie). Do matecznika wracano też z emigracji na chrzciny i śluby, bo aktów uroczystych można było dokonywać tylko tutaj, żeby były ważne. Wracano wreszcie po śmierci, aby się pochować.

Nie, wieś z całą pewnością nie była szczególna. Nie rozumiałam miłości, którą budziła. Ot, ulicówka, pełna przedwojennych i gierkowskich kostek stojących obok siebie, jakby warunkiem przetrwania w tej okolicy było wybudowanie domu przy drodze, a potem wykrajanie za nim cienkich pasków ogrodu, niby nici ciągnących się w nieskończoność. Toczono tutaj także bitwy o pola, stajonka, wszelkie małe skrawki ziemi uprawnej, rozdrabniane przez stulecia rodzinnych testamentów. Chadzano w ich sprawie do sądów, geodetów i notariuszy. Druga w kolejności średniowieczna wzmianka w księdze gminnej Wirczy dotyczyła sporu, jaki członkowie mojej rodziny toczyli o stajonka ze swoim lokalnym kuzynostwem. Potem procesy o przykopy i stajonka, kłótnie i ugody powtarzały się jak refren w dziwnej epopei, rajeckiej księdze wsi Wircza, zaczynającej się w czasach Długosza, a kończącej gdzieś za rozbiorów. Było również powszechnie wiadomo, że sołtysi aż do XIX wieku przechowywali u siebie romański krucyfiks, który nie wiadomo jak znalazł się w tej okolicy i akurat w ich posiadaniu. W końcu pewien proboszcz oddał krzyż do odległego muzeum, zapewne w Tarnowie, ale nikt tego nie sprawdzał, Tarnów był bowiem zbyt daleko od Pieluchowa.

Tak, Wircza była piękna tylko na tyłach, za gospodarstwami, czyli na Ostodolach, gdzie aż po las na horyzoncie rozpościerały się łąki, pola ziemniaków i – coraz rzadziej – zboża. Malowniczy był zwłaszcza cmentarz widoczny z Ostodoli jako odległa kępa drzew, zamknięta, kryjąca w sobie groby jak kwoka kurczęta. Szło się do niego miedzą, kilometr albo i dalej, bo droga dawno już zarosła (ryzykowało się wówczas ukąszenie przez żmiję, bo łąki były podmokłe i żmije pleniły się tam jak na potęgę; ale chodziliśmy i tak, bo było szybciej niż asfaltem na około). Odwiedziny na cmentarzu, pieszo lub na rowerze, były stałym elementem rytuału odwiedzin w Wirczy. Przyjeżdżało się, jadło obiad, wspominało dzieciństwo, opowiadając w kółko te same historie, a potem razem lub w mniejszych grupach szło na groby, na święconą ziemię, która przyjęła już tylu przodków, że chodziło się w zasadzie po ich prochach, przemielonych po wielokroć; że czuło się, że się z tej ziemi wyrasta jak drzewo, uparte i obojętne.

Cmentarz w Wirczy był niewielki, cichy, położony poza wsią przy drodze na Wierzchosławice, zarośnięty starymi sosnami i lipami, w starszej części zapełniony grobami bez większego ładu i składu. Przyjmował wszystkich, mieszkańców i tych, którzy dawno się stąd wyprowadzili, ale pozostali chorzy na Wirczę.

– Ciotka Amelcia mieszkała w Tarnowie, ale chciała być pochowana tutaj. Ciotka Stenia i jej mąż zostali sprowadzeni aż z Radomia – słyszałam za każdym razem, kiedy przemierzałam tutejsze aleje. – A tu najstarsza siostra babci, Krysia z Krakowa. Tu pradziadkowie.

Najpierw tłumaczono to mi, bo inni doskonale wiedzieli. Potem opowiadano wszystko dzieciom szwagierek i kuzynek. – Najstarsza siostra prababci. Cioteczna babka Stenia i jej mąż. Tu wasi prapradziadkowie.

Nawet niewielka kwatera żołnierzy przy obecnym wejściu wtopiła się już w ogólną sielskość, metalowe krzyże sczerniały, zaczęły tonąć w tutejszej kipiącej trawie. Skąd się tu wzięli, nie wiadomo, w każdym razie nikt się o to nie troszczył i nigdy mi tego nie wyjaśniano. – Widzisz, jak to jest, kiedyś chyba dbano o to, nawet chyba wieńce kładziono, a teraz wszystko zarasta – szepnęła mi kiedyś na ucho ciocia Elżunia. Wojen było tu wiele, przetaczały się jak wiatr we wszystkich kierunkach, czasami mężczyźni musieli iść do lasu, a potem znajdowano ich tutaj. W której dokładnie wojnie walczyli ci z kwatery, za co polegli i po której stronie, co za różnica. Dla kobiet w Wirczy, dla prządek z Pieluchowa, które interesuje tylko chwila narodzin i chwila śmierci, które nigdy nie pytają o powód, bo są wielkoduszne i rozumieją wszystko, żołnierze pozostali anonimowi. Przeszli przez te łąki jak ołowiane figurki przez ogień, stopili się, zostali, przyjęto ich za swoich, a kwaterę na cmentarzu po prostu zaakceptowano, jak przyjęła ją trawa, jak mrówki akceptują w końcu wyrwę, którą ktoś zrobił w mrowisku, skupione bardziej na utrzymaniu jednostajności swojego wspólnego bytowania.

Jacek-Malczewski-Ojczyzna

Kiedy przyjechałam tam ostatnio, był czerwiec. Pogoda była piękna, można było pojechać na cmentarz na rowerach, nadłożyć drogi i cieszyć się każdą chwilą wysiłku, czuć pulsowanie krwi pod skórą. Minęliśmy drogę na Borzęcin z figurą Chrystusa o odstrzelonej dłoni, która stała na rozstaju (odstrzelono jej tę dłoń podczas ostatniej wojny, strzelec ponoć rychło zmarł, ale Chrystus pozostał bez ręki). Minęliśmy pola, gdzie układano siano po pierwszych sianokosach, potem samotną staruszkę w chustce, która podwiązywała pomidory. Spojrzała na nas obojętnie, bo byliśmy hałaśliwi. Lato dopiero się zaczynało, przypominało jeszcze młodą kobietę, która kwitnie, złości się rzadko i nie bywa zapiekła; kiedy upały są jeszcze łagodne, a zieleń bujna.

Na cmentarzu świerszcze grały głośno jak cykady, tylko wyżej i bardziej miękko, jakby naśladowały ptaki. Zawsze tak było, bo zmieniało się tu niewiele i zwykle irytowała mnie ta monotonia. Latem o zmroku dołączał się chór żab, jesienią bywało tu już zupełnie cicho, słychać było tylko ciągnące niebem żurawie, w listopadzie zaś trzeba było uciekać przed wiatrem, szalejącym po łąkach od strony Borzęcina w kierunku Wierzchosławic lub Szczepanowa. Kiedyś, broniąc się przed tym wiatrem, zużyliśmy całe pudełko zapałek, aby zapalić znicz na grobie prababki. Teraz było bezwietrznie, prowadziliśmy rowery piaszczystą alejką w kierunku mogiły pradziadków, pod stopami chrzęściło igliwie. Drobiny pyłu wpadały do butów, koła zapadały się pomiędzy wystającymi korzeniami, ale piach i korzenie były tu wcześniej, trudno im było złorzeczyć. W oddali samotna kobieta myła starannie kamienny nagrobek, pewnie męża, w charakterystycznym rytuale. Jej ruchy były powolne, niemal mechaniczne, widocznie powtarzała je często; zgięta w pół pieściła szmatą załomy szarej lastrikowej płyty, pokrytej wzorem białych kamyków.

Zatrzymaliśmy się przy grobie ciotki Halszki.

– Kiedyś jeden z wujków przyszedł na cmentarz i nagle coś chwyciło go za ubranie. Nie mógł się uwolnić, szarpał się, był przerażony, w końcu zostawił ubranie i wrócił do domu półnagi – powiedziała któraś z kuzynek. Była to historia, którą słyszało się tutaj regularnie, ja – przynajmniej kilka razy.

– Naprawdę? – zadałam rytualną odpowiedź. Dawno pożegnałam się z nadzieją na słowiański wampiryzm, na wirczańskiego topielca, na cokolwiek. Nie pasowały do pogody cmentarza, do wirczańskiej kołyski, w której przecież nikogo się nie straszy, a jedynie usypia, kładzie się palce na oczach i gładzi po głowie. Od dawna wiedziałam, że sielskie Pieluchowo składa się jedynie z obiadów, czułości i opowiadania w kółko tych samych rodzinnych historii.

– Rano okazało się, że to koledzy przybili mu młotkiem ubranie do drzewa. Wisiało na gwoździach, tak jak je zostawił w nocy.

Świerszcze.

– Raz jeden, opowiadał mi kuzyn, jego dziadek zgubił się gdzieś tutaj w lesie, kiedy wracał do domu – powiedziała ciotka. – Pojawiło się światełko, taki błędny ognik. Idąc za nim, doszedł do domu. Wszedł do środka, ale światełko tkwiło nieruchomo przed jego drzwiami. Pomyślał, że zniknie, ale nie znikało. Więc kazała mu żona wyjść i spytać: czego potrzebujesz, duszeczko, żeby się dostać do nieba?

– Tak się spytał?

– Właśnie tak. Dusza odpowiedziała, że jednego „Wieczne odpoczywanie”.

– To niewiele.

– No tak, ale widocznie odprowadziła już kilku wędrowców i nie brakowało jej dużo. Kiedy zmówił modlitwę, światełko zniknęło.

Zapadła cisza. Więcej opowieści nie było. Historia dobrotliwego i mało wymagającego światełka to była najstraszniejsza wirczańska historia o duchach, kto wie, czy nie zmyślona. Zresztą świetlików latem bywało tutaj mnóstwo, o zmroku ich zielone punkty unosiły się nad ziemią, przesuwały na tle gęstwiny, jaśniejąc lub przygasając, kiedy wyciągnęło się do nich rękę. Ta dusza, może to był świetlik. Świetliki, może to były dusze.

Był to bowiem świat zupełnie innej cudowności, spokoju wczesnoletniego popołudnia i głośnych świerszczy. Nie było ich widać, przysięgłabym, że były wielkości wróbli, ale pewnie były to zwykłe świerszcze, tylko rozochocone przez pierwsze upały. Był to świat zatrzymany nagle w pół kroku pomiędzy jednym pokoleniem a drugim, obojętny nam, rowerzystom, odmierzający po aptekarsku ziarnka piasku i źdźbła na łąkach, które dzielą nas od końca czasu, jedno po drugim; przechowujący zmarłych w miękkiej otulinie gleby. Kiedy piasek i żwir się skończą, byłam pewna, wstaną wszyscy spod tych sosen, rozpoznają się krewni, wyjdą stąd strumienie wnuków, kuzynów i stryjów, wymienią uprzejmości, dopytają się, co stało się z ich przykopą i czy stajonko pod lipką jeszcze istnieje. Pewnie tutaj, pod tymi sosnami odbędzie się ich sąd. Na razie śnią i czekają cierpliwie. Babki, ciotki i kuzynki myją nagrobki, zapalają znicze, rodzą i karmią, wspominają, opowiadają te same historie. Czas płynie.

Bujność czerwca zwykle napawa mnie melancholią. Jego kwitnienie jest ulotne. Za pasem lipiec, kiedy kolory zbledną, kształty zaczną się męczyć i topnieć. Zgasną świetliki, trawa posiwieje, a słońce wypali na ziemi swoje znamiona. Nie będzie odwrotu. Zrobimy wyraźny krok ku śmierci. Robiliśmy je i wcześniej, ale w marcu czy maju, dopóki rozwijaliśmy się i kwitnęliśmy, nie było to tak dotkliwe. Teraz trwa chwila pełni, teraz jest doskonale, mogę wziąć Cię za rękę, ale kto wie, jak długo jeszcze, jak długo.

W czerwcowe popołudnie pojęłam gorzką pociechę Wirczy. Może cmentarz mógłby przyjąć i mnie, myślałam, kiedy nadejdzie mój grudzień. Może by mnie nie wypluł, bom już spowinowacona. Może zmieliłby i moje kości, przerobił na mlecze, świerszcze i sosny.

(czerwiec 2013)

 

Kiedy Szymon grał na pianinie

Przedwojenne pianino marki Ignaz Dobrzeniecki z Kijowa stało w dużym pokoju. Dostaliśmy je w spadku po pewnej krakowskiej profesor, która ponoć zwykła akompaniować solistom, a nawet sama występowała czasem przed publicznością jako pianistka. Nie wiedziałam o niej niczego konkretnego. Znałam jedynie jej nazwisko, chociaż przejęłam przedmiot, który, jak zgadywałam, był jej szczególnie drogi. Grywała na nim pewnie codziennie dla podtrzymania kunsztu, nie mógł to być zatem pierwszy lepszy instrument. Może odziedziczyła go po kimś albo odkupiła, nie wiem. Trafił do nas przypadkiem, pomagaliśmy rodzinie właścicielki w opróżnianiu mieszkania po zmarłej, zresztą również przypadkiem. Książki i nuty oddano do bibliotek, meble miały trafić do renowacji, ale wielki, nieporęczny klamor nie był nikomu potrzebny. My tymczasem właśnie wprowadzaliśmy się do nowego mieszkania, nie było w nim jeszcze zbyt wielu przedmiotów, mogliśmy go zatem wziąć ze sobą. Oczywiście, wzięliśmy.

piano 663

Trudno było dowiedzieć się czegokolwiek o jego historii. Zabytkowe przedmioty tylko częściowo należą do nas, żyją wspomnieniami, których możemy się jedynie domyślać; ciągną za sobą obecność osób, które dawno odeszły. Pianino było starsze niż jego poprzednia właścicielka, skoro pochodziło z Kijowa, a jego polski producent podpisał się na nim łacińskim alfabetem. Trudno zgadnąć, w jaki sposób i kiedy znalazło się w Krakowie. Nie wiem także, komu na nim akompaniowano, jakim muzykom, ani nawet co na nim grywano. Było ciężkie, czarne, pokryte politurą, wytartą zresztą tu i ówdzie, a nogi miało rzeźbione w roślinne wzory. Klucz do klapy dawno się już zgubił, klawisze pożółkły, ale na pewno dbano o nie, bo, mimo wieku i braku jakiegokolwiek remontu, znajdowało się w całkiem dobrym stanie.

Odkąd trafiło do nas, zwykle milczało, bo moje umiejętności zawstydziłyby nas przed sąsiadami. W kwestii pianistyki nie wyszłam nigdy poza absolutne podstawy, lekcje fortepianu nie pociągały mnie, jego dźwięk wydawał mi się nudny. W dodatku nigdy nie zadawałam sobie trudu, by w ogóle ćwiczyć. Kiedy koledzy ze szkoły muzycznej zaczynali grać pierwsze inwencje Bacha, ja ciągle męczyłam się nad utworami dla dzieci. Ignaz Dobrzeniecki przebywał zatem na emeryturze, czekał, aż się przełamię. Następowało to rzadko, rzadziej jeszcze, od kiedy piętro wyżej wprowadził się zawodowy pianista. Budził nas zwykle szalonymi interpretacjami Czajkowskiego czy Beethovena, a potem dźwięki fortepianu towarzyszyły nam przez większość dnia, jakby sączyły się z jakiegoś ściszonego radioodbiorbiornika. Jak mogłabym w takich okolicznościach rozpocząć swoje niezręczne gamy i pasaże? Sąsiad poza tym bez wątpienia miał prawdziwy fortepian. Mój Ignaz, czarny i nieostentacyjny, nigdy nie byłby w stanie wydobyć z siebie tylu tonów i subtelności barwy.

Czasami jednak przychodzili do nas goście, którzy potrafili grać. Na przykład Szymon, który był organistą w jednym z krakowskich kościołów. Wpadł z jedną z szybko zaimprowizowanych wizyt, aby nas zaprosić na swoje wesele. Znaliśmy go jeszcze w czasach, kiedy był w liceum, a my – na pierwszych latach studiów. Jako przyjaciel pełnił nawet funkcję organisty na naszym ślubie, grał wówczas bardzo przejęty swoją rolą, sztywnymi palcami, w kościele znajdowało się bowiem co najmniej kilku zawodowych muzyków. Teraz sam był już zawodowcem, Chopin, Bach, cokolwiek sobie życzą.

Podałam herbatę i ciastka, wszystko w zastawie z białej porcelany malowanej w drobne kwiaty, która zresztą trafiła do nas kiedyś zupełnie przypadkiem, bo komuś tam nie była potrzebna, więc spytano nas, czy ją chcemy. Oczywiście, chcieliśmy. Rozmawialiśmy trochę z Szymonem o minionych czasach, o wspólnych znajomych, w końcu, wiedząc, że mamy pianino, spytał, czy mógłby je zobaczyć. Zaprowadziliśmy go do dużego pokoju, otworzył klapę z namaszczeniem, wypróbował kilka klawiszy, zagrał jakiś standard jazzowy, potem drugi, a potem jeszcze kilka innych rzeczy na nasze zamówienie.

– Zagraj Poloneza z „Pana Tadeusza”.

Szymon się skrzywił. Tłumaczył, że to dość prymitywny utwór, oparty na prostym pomyśle i kilku akordach. Poza tym zgrano go doszczętnie na studniówkach, kojarzy się już tylko z sunącym bezładnie korowodem spoconej młodzieży. Nawet studenci Kilara mogliby skomponować lepszy.

– Niech skomponują, tymczasem zagraj ten.

– Oj nie, naprawdę, może coś innego. Może jakiś inny utwór filmowy.

– Poloneza zagraj, Szymon.

W końcu zagrał. Ignaz Dobrzeniecki brzmiał początkowo cokolwiek niepewnie, jak śpiewak, który dawno nie wydawał głosu i musi się trochę rozśpiewać. Palce Szymona muskały za słabo stare, nieznane im klawisze, a w niektóre trzeba mocniej uderzyć. Po chwili jednak zgrali się ze sobą, Szymon i Ignaz, instrument nabrał pewności, jego dźwięk, bynajmniej nie miękki, lekko jakby chrypiący, brzmiał jednak niezwykle szlachetnie.

Pianino było zupełnie przemienione. Oddawało kilku akordom Kilara całe bogactwo swojego starego wnętrza, wszystkie nadwerężone struny, wszystkie wysłużone młotki. Siedziałam w dużym pokoju przy stole, T. obok na kanapie. Przez okna wpadały ostatnie światła wieczoru, pachniało wilgotną ziemią. Niedawno skończyła się zima, wyjątkowo długa. Jeszcze w święta wielkanocne brodziliśmy w śniegu po kolana, chociaż leśne powietrze tętniło już życiem, ptaki śpiewały i gdyby zamknąć oczy, można było uwierzyć, że panuje wiosna. Jednak wszystko było jeszcze uśpione pod  grupą warstwą białego puchu. Wydawało się wręcz, że wiosna nigdy nie nadejdzie. Teraz jednak rośliny obudziły się nagle, wystarczyło kilka cieplejszych dni. Na drzewach pojawiła się zielona mgła, winobluszcz pokrył się pąkami. A zatem: spotkanie przy herbacie, porcelana w kwiaty, za oknem wiosna, bo już nawet nie przedwiośnie. I Szymon przy pianinie.

Była to scena jak z ryciny. Przez chwilę poczułam się nawet dość nieswojo. W moich żyłach płynęła przecież krew zmieszana, władcy historii zrobili wszystko, abym nie miała tożsamości. Moja niewrażliwość na dźwięki fortepianu miała uzasadnienie w genach, które dziedziczyłam. Dziadek ze strony ojca był, co prawda, ze szlachty zaściankowej spod Białegostoku, gdzie wszyscy nazywają się tak jak ich wioski, ale jego rodzina od dawna nie różniła się od chłopstwa, swoje prawa polityczne utraciwszy pewnie jeszcze za pierwszej Rzeczypospolitej. Jak mit powtarzano w rodzinie historię o herbie, który ponoć jeszcze niedawno można było zobaczyć w starej chacie, ale prawdą jest, że nikt żyjący go nie widział, chatę zresztą dawno zburzono, aby postawić nowy, murowany dom bez ganku i spadzistego dachu. Herb, zamówiony na podstawie herbarzy, bo nikt, oczywiście nie widział, o jaki wizerunek chodziło (ten z herbarzy był piękny, zdążył jednak w najnowszej historii obrosnąć negatywnymi skojarzeniami, nasza rodzina dzieliła go bowiem nie tylko z romantycznym wieszczem, lecz i pewnym generalissimusem), wieszali sobie na ścianie tylko niektórzy członkowie rodziny, w dodatku jedynie ci, którzy zostali mieszczanami.

Trudno zgadywać, co moi przodkowie robili w dawnych wiekach. Z pewnością siedzieli w tamtej okolicy, co ponoć łatwo dałoby się prześledzić w księgach parafialnych, może wojowali, ale w jakich wojnach – nie wiem. Który z nich pierwszy usłyszał dźwięk fortepianu? Tego już nie dam rady ustalić, pewnie było to już za PRL. Tam, pod Białymstokiem przed wojną na pewno nie słuchano takich instrumentów, nie posiadano przecież nawet nawet zegarów z kurantem. Słyszano pewnie organy w kościele, ale organy, chociaż monumentalne, to jednak coś innego. Szlachta zaściankowa wolała, wiadomo, inne instrumenty, chociażby karabele. Dziadek opuścił zaścianek, walczył trochę w podziemiu, przeszedł przez Stutthof, po wojnie trafił na Mazury, gdzie poznał babcię. Rodzina dziadka sprawdzała ponoć nawet pochodzenie wybranki, zanim wydała zgodę na ten związek, chociaż i ta historia może być rodzinną legendą.

Jeśli ktokolwiek mógł chadzać na koncerty, była to właśnie rodzina babci ze strony ojca, zmieszczaniała szlachta z Kujaw i Pomorza, siedząca dawniej pod pruskim panowaniem. Ród ten wydał kilka ważnych osób, w tym pewnego sławnego kapelana wojskowego, który walczył w Powstaniu Warszawskim i po kilku dekadach doczekał się honorowego tytułu generała. Byli tam i inni kapelanowie. Jeden z nich przed wojną służył na „Darze Pomorza”, inny siedział we Wronkach. Prapradziadkowie mieli w Chełmnie kamienicę, córki kształcili na uniwersytetach. Pradziadkowie z tej linii byli zaś wiejskimi nauczycielami. Mieszkanie, według rodzinnych relacji, wydzielono im przy szkole, gdzie uczyli, i było bardzo skromne. Gości ponoć kładli spać na piecu. Z drugiej strony, sądząc po zdjęciach prababki i jej sióstr, posiadały one niezwykłe wyczucie stylu. Kiedy babcia opowiadała o tamtych czasach, zmieniała sie w modystkę, jej historie pełne były plisowanych sukien, krochmalonych koszul, kokard i białych pończoch. Może zatem oni słuchali czasem fortepianu, może na przykład prapradziadkowie, którzy leżą przy katedrze w Chełmnie, chadzali kiedyś na jakieś koncerty. W rodzinie babci miał być nawet podrzutek-sierota, który przybył w te strony razem z Napoleonem. Może on słuchał fortepianu? Ale to jedynie rodzinna legenda. A może jeszcze inna, mityczna praprababcia, która urodziła osiemnaścioro dzieci, może ona. Nie jestem w stanie tego sprawdzić, była to bowiem część rodziny, z którą, przez powikłane losy moich rodziców, nie miałam w zasadzie kontaktu. Ich losy nie były dla mnie nigdy żywą tradycją, nie nasiąkałam w dzieciństwie tymi opowieściami. Ale to wszystko, te wspomnienia, które nigdy nie były moje, stały mi teraz przed oczami, budziły się we mnie zupełnie niespodziewanie, kiedy Szymon grał na pianinie.

Dziadek z drugiej strony pochodził z kolei z chłopstwa z Zamojczyzny. Tam, na zboczach pagórków Roztocza pochowano większość jego przodków, których długi łańcuch ginął jednak w mrokach niepamięci. Byli stamtąd, to pewne. Z dzieciństwa pozostał mi pod powiekami widok jasnych włosów kuzynów, ich duże, niebieskie oczy, krzepkie nogi i szeroki sposób wymawiania samogłosek. Były tam także, chociaż akurat to wspomnienie balansowało gdzieś na granicy nosa i podniebienia, ciepłe bułki, które stryjenka wypiekała w piecu chlebowym, i mleko prosto od krowy, po które stawiałam się codziennie rano w oborze. Na Roztoczu na pewno nikt nie słuchał fortepianu. Kto wie, czy przed erą telewizji w ogóle wiedziano o istnieniu czegoś podobnego. Za całe piękno wystarczał tamtejszy krajobraz (było to ogromne piękno, na pewno warte tego, by oddać za nie wszystkie fortepiany). Dziadek opuścił dom jeszcze przed wojną, ponieważ przeznaczono go na księdza. Ostatecznie jednak skończył na robotach w Niemczech, po których nie wrócił do seminarium. Nawet Boga po wojnie wspominał rzadko, jak przystało na byłego seminarzystę. Ożenił się, rozgościł w państwie, które akurat się przydarzyło i wyniosło go z biedy.

O przeszłości babci, jego żony, również nie wiem wiele. Urodziła się na terenach dzisiejszej Ukrainy, jej ojciec był urzędnikiem. Musiała stamtąd uchodzić spod noży ukraińskich sąsiadów. Skąd jednak w ogóle jej przodkowie wzięli się na Ukrainie, czy w ogóle byli stamtąd – nie wiadomo. Swoje pochodzenie zamilczała, może ze względu na państwo, w którym żyła i w którym skończyła studia prawnicze, aby zostać sędziną; jedyne opowieści o historii rodzinnej, na które dawało się ją namówić, dotyczyły nocy, którą spędziła z rodzicami na cmentarzu, kiedy ukraińscy siepacze przeszukiwali ich dom, oraz oficera, który podkochiwał się w jej grubym warkoczu, w czasie kiedy przebywała w niemieckim obozie pracy (warkocz był tak piękny, że ponoć nawet w obozie go nie obcięto). Nie chciała niczego wspominać, po prostu nie chciała. Dopytywanie zbywała zakłopotanym milczeniem lub półsłówkami.

Przez to wszystko właśnie byłam typowym Polakiem naszych czasów, o pamięci sięgającej jedynie dwóch czy trzech pokoleń wstecz, o zmieszanym pochodzeniu, o genach, w które wpisano sporą dawkę waleczności i niemałe skłonności do konformizmu. Ale to wszystko, co się dało wyskrobać z przeszłości, nawet te niewielkie skrawki pamięci pchały mi się teraz do głowy, stawały mi przed oczami. Ignac tymczasem zupełnie się już rozegrał. Znikło nawet uporczywe wibrowanie niektórych strun. Akordy harmonizowały coraz lepiej. Od okna zawiało słodkawym zapachem dymu, gdzieś palono już pierwsze ogniska. Lada dzień miały zacząć śpiewać słowiki, które dziesiątkami, setkami może, gnieżdżą się w krzewach nad rzeką. Czekałam na nie co roku jak na wielkie święto. Wkrótce słońce miało się przeglądać w motylach, bo była wiosna.

A zatem, myślałam dalej, jeżeli większość moich przodków kiedykolwiek słuchała fortepianu, to było to dopiero na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Kształciłam się w najbardziej topornych, postkomunistycznych szkołach, w mieście, które z tradycją polskiej szlachty (to ona przez wieki była nośnikiem polskiego stylu) nigdy nie miało zbyt wiele wspólnego. Jeśli jednak polskość to dzieło ostatniego wieku, jeśli to nowy wynalazek, jak mówią nam o tym mędrca szkiełko i oko, jeśli stary naród ustąpił nowemu, to skąd u mnie, nowej, to kiczowate wzruszenie i poczucie dumy, kiedy Ignac ze staroświecką godnością wydobywał z siebie akordy poloneza?

A może jest tak, że polskość jest jednak od Mieszka i Sobieskiego, od szlachty z karabelami, a potem, kiedy broń zawiodła, z fortepianami w salonach, a jeszcze później z pianinami w mieszczańskich wnętrzach, gdzie wygrywano już tylko sentymenty? Może jednak – mam nadzieję – to nie tylko sentymenty i nie smutna inteligentczyzna. Może dźwięki Ignaca niosły ze sobą coś więcej; może była opowieść o tym, że polskość jest jednak starsza od nas i zdecydowanie bardziej żywotna, że ewoluuje z nami, jeśli jej pozwolić; że przychodzi sama, oczarowuje sobą nowe grupy, jak prosty polonez Kilara, bo tutaj nawet Chopina nie trzeba, cóż dopiero Chopin; że oczarowuje nawet chłopów o lokalnej tożsamości, jak moi przodkowie z Roztocza, jak chłopi z Galicji, którzy niedawno jeszcze zabijali Polaków; nawet mnie, dziecko z zewsząd, o krótkiej pamięci, zupełnie bez rodowodu. I to wszystko stało mi teraz przed oczami, kiedy Szymon grał na pianinie.

(kwiecień 2013)

 

Oklaski (Pożegnanie Benedykta)

Kilka dni wcześniej planowaliśmy, że Wielki Post rozpoczniemy w jednym z pomniejszych kościołów Rzymu, najlepiej w surowych wnętrzach jednej ze starożytnych bazylik. Teraz było jednak jasne, że w Środę Popielcową musimy być na Watykanie. Ostatnia publiczna msza papieska miała rozpocząć się o 17:00. Już dwie godziny wcześniej kolejka do Bazyliki osiągnęła monstrualne rozmiary, wychodząc spod jednego ramienia kolumnady, ciągnąc się wzdłuż przeciwległego, zawijając do środka Placu, a następnie jeszcze raz – w stronę wyjścia z Bazyliki.

duch święty

Kiedy weszliśmy do środka, nawa główna, którą miał przejść papieski orszak, była już wypełniona wiernymi i zamknięta przez straż watykańską. Wierni i ciekawscy tłoczyli się teraz w nawach bocznych. W Bazylice panował zaduch, jakby na zewnątrz było co najmniej upalne, wrześniowe popołudnie, nie lutowe; jedno z takich, kiedy pogoda dostaje już zadyszki i zdajemy sobie sprawę z tego, że najpiękniejsze momenty roku mamy już za sobą, że teraz, chociaż jeszcze jest ciepło, trzeba już w zasadzie czekać na wiosnę. Ale wiosna, paradoksalnie, była już blisko, bo przecież był luty, nie wrzesień. Środa Popielcowa zwiastuje jej nadejście bardziej niż cokolwiek innego; teraz, w Wiekim Poście, nawet nad Wisłą zaczną rozwijać się pąki, które pękną już za kilka tygodni, w okresie Wielkanocy.

Około 16:30 w ciepłym wnętrzu Bazyliki rozpoczął się różaniec. Ave Maria, gratia plena, dobiegało z prezbiterium. Pierwsza dziesiątka zmusiła gapiów do ściszenia głosów. Dominus tecum, mniej wytrwali zaczęli się zastanawiać nad opuszczeniem kościoła. Benedicta tu in mulieribus, przy drugiej dziesiątce wyszli niemal wszyscy Japończycy, wszędobylscy, ale nadal dyskretni, wyczuli dość szybko, że znajdują się nie na swoim miejscu. Et benedictus fructus ventris tui Jesus. Po trzeciej zaczęła wychodzić rozchichotana młodzież, która przyszła tu, aby zobaczyć ex-papieża, czekanie jednak zbyt się przedłużało. Sancta Maria, Mater Dei, ora pro nobis peccatoribus. Kiedy kończyła się czwarta dziesiątka, kościół stopniowo wyludniał się. Nunc et in hora mortis nostrae. Romanitá, rzymski styl bycia, to ponoć sztuka brania na przetrzymanie. Kiedy po różańcu rozpoczęła się litania do wszystkich świętych, śpiewana uroczyście jak na papieskim pogrzebie, nawy boczne były prawie puste, zostały w nich wielobarwne grupki sióstr zakonnych, szare, białe, niebieskie, i trochę wiernych świeckich, którzy przyszli do Bazyliki zbyt późno, aby załapać się na krzesła w nawie głównej.

Msze w bazylice, największym kościele świata, mają w sobie coś intymnego. Kiedy jesteśmy w Rzymie, przychodzimy czasem na msze popołudniowe, odprawiane w prezbiterium pod słynnym witrażem Ducha Świętego. Wierni mieszczą się wtedy pomiędzy wschodnią ścianą kościoła i konfesją świętego Piotra, turyści mogą nadal zwiedzać nawy i wcale nie przeszkadzają modlącym się. Teraz, chociaż nawa główna była pełna, a mszę odprawiał przy ołtarzu głównym sam Benedykt, niezwykłe uczucie intymności pozostało. Siedziałam przy grobie błogosławionego Innocentego XI, w nawie bocznej co prawda, ale bardzo blisko konfesji świętego Piotra. Trwała zwykła liturgia Popielca, którą biskup miejsca sprawował dla swoich wiernych, nie tak znowu licznych, jak wskazywałoby na to miejsce czy okoliczności. Może tylko kapłani sypali więcej popiołu na głowy, bo w chwilach takich jak pożegnalna msza papieska potrzeba pokuty wydaje się bardziej paląca. I wydawało się, że tak się skończy ten pontyfikat, bez wyraźnej kody, z niedosytem w sercach, że wiernym nie będzie dane odbyć jakichkolwiek czynności żałobnych po papieżu, który przecież nie umarł, a kiedy to zrobi, będzie to cicha śmierć w cieniu pontyfikatu następcy.

Sytuacja była zatem dziwaczna i nikt nie wiedział, jak się zachować. Papieże zwykli umierać, żegnamy ich wtedy ze łzami podczas uroczystego pogrzebu, patrzymy jak wiatr na Placu Świętego Piotra wertuje strony Pisma Świętego, które spoczywa na trumnie, aby w końcu zamknąć Księgę zdecydowanym podmuchem. Tymczasem ten papież sam sprawował swoją pożegnalną liturgię i teraz, kiedy msza miała się ku końcowi, wystąpił kardynał Tarcisio Bertone, aby zrobić cokolwiek, wydukać słowa podziękowania i zamknąć w słowach niesprecyzowane uczucia katolików. Wygłosił zatem kwiecistą mową o całunie smutku, który spoczął na sercach wiernych i o tym, że papież pokazał nam, jak być skromnym pracownikiem winnicy Pańskiej – mówiąc krótko, przypomniał najsłynniejsze cytaty z samego Benedykta, jakby występował na jakiejś akademii. Był zakłopotany, wiedział, że nie wypowiada wcale tego, co od kilku godzin unosiło się w powietrzu Bazyliki; także obecni w kościele ludzie przestępowali z nogi na nogę, nie do końca wiedząc, co powinni robić. Taka pożegnalna mowa – to nie było katolickie, bo nie odpowiadało naszemu sensus communis, bo nijak nie miało się do naszych uczuć. Nie tak chcieliśmy żegnać naszego biskupa.

I wtedy zaczęto klaskać. Kto dokładnie to zrobił, nie wiem, pewnie klerycy z tylnych rzędów nawy głównej, może jednak ktoś zupełnie inny. Ważne, że owacja rozlała sie po kościele w mgnieniu oka, jak pożar; wstawano z miejsc, kardynałowie i biskupi w pierwszych rzędach klaskali dostojnie, z tyłu krzyczano i wiwatowano, zupełnie tak, jak nie powinno się tego robić w świątyni, i wszyscy wiedzieli, że tym razem tak po prostu trzeba. Oklaski nie chciały umilknąć przez dobrych kilka minut, uderzano w dłonie w jakimś zapamiętaniu. Biły brawo siostry zakonne, nie tylko młode, podobne do Teresy z naszego dawnego podrzymskiego klasztoru, także starsze, jak Battista-kucharka, odzyskiwały nagle młodość i wlewały całe serce w trwającą owację. Klaskał zgromadzony w kościele tłum rzymski, kobieta z zakupami, która siedziała obok mnie, zupełnie zapomniała o swoich siatkach i podbiegła do barierki przy nawie głównej; hałaśliwa młodzież włoska stała się jeszcze bardziej hałaśliwa – i wyjątkowo byliśmy jej za to wdzięczni, hałasowaliśmy razem. A Papież słuchał zdziwiony.

Potem, kiedy Benedykt udzielał błogosławieństwa, tłum umilkł na chwilę, aby dokończyć modlitwy, ale po chwili hałas rozpętał się znowu, nasilił się jeszcze, kiedy Ojciec Święty przemierzał ponownie nawę główną. Była to prawdziwa rzymska ovatio, wrzawa fetująca zwycięzcę. Po przebyciu kościoła orszak papieski skręcił w lewo, w stronę Piety. Znajdowała się tam przygotowana wcześniej kurtyna, która zasunęła się, jak tylko Papież minął jej poły. Wtedy zobaczyłam Benedykta XVI po raz ostatni: zgarbioną postać przesuwającą się powoli wśród wiwatów i oklasków na tle cierpiącej Madonny o przepięknej twarzy. Nazajutrz mieliśmy wyjechać z Rzymu, było to zatem podwójne pożegnanie, z miastem i jego biskupem.

Tak właśnie w Środę Popielcową w pewnym rzymskim kościele drobny staruszek na samobieżnym wózku, niedoceniany, uznawany za zbyt twardego przez miękkich i zbyt miękkiego przez twardych, odbył swój pożegnalny triumf.

(luty/marzec 2013)

Wtorek (Pożegnanie Benedykta)

We wtorek przypadkowo trafiliśmy na Plac Św. Piotra. Nie planowaliśmy tego. Najpierw od rana wygrzewałam się na słońcu w zacisznym zakątku Wyspy Tyberyjskiej, przy grobie świętego Bartłomieja Apostoła. Przejaśniło się i, jeśli usiadło się w miejscu osłoniętym od wiatru, temperatura była niemal letnia. Nam, przyjezdnym z północy, przesiadywanie na słońcu sprawiało wyjątkową przyjemność. W Krakowie od dwóch miesięcy wszystko było koloru rozwodnionej szarej farby, tutaj kamienie były już ciepłe, niebo nabierało zaś włoskiego koloru lub ja może, coraz bardziej wypoczęta, zaczęłam je wreszcie zauważać. Potem jednak wciągnął nas Rzym, bo miasta mają swoją grawitację, cel, do którego mimowolnie podąża się ulicami, zwłaszcza jeśli poruszać się po nich bez wytyczonego planu. Punkt ciężkości Rzymu znajdował się zaś teraz na Watykanie. Broniliśmy się długo, zaglądaliśmy w opustoszałe zaułki, do kościołów, które były jeszcze świątyniami, pełnymi wiekowych zapachów i sparciałych płócien, i do takich, w których mieściły sie teraz biura projektowe. Wchodziliśmy też do antykwariatów, aby oglądać ich zbiory. Był to jeden z naszych rytuałów, poszukiwanie w obcym mieście jakiejś książki, czasami konkretnej, innym razem kupowanie znalezionej zupełnie przypadkowo, oglądanie niedzisiejszych twarzy bukinistów i antykwariuszy, którzy zwykli pokazywać nam swoje rarytasy za setki i tysiące euro, a my – kiwać głową z udawanym znastwem, dusząc w sobie śmiech i mając do wydania najwyżej dwadzieścia.

rzym mapa

Rozpoczęły się zatem łowy na papier. W jednym ze sklepików spotkaliśmy Włocha, który utrzymywał się ze sprzedaży starych grafik i ich współczesnych, aluminograficznych reprodukcji, a wolny czas spędzał na oglądaniu dzieł Leonarda. Po przejrzeniu sterty oryginałów, kupiliśmy u niego kopię XVII-wiecznej mapy Rzymu. Była wyjątkowo ładna, starannie wykonana, pieczołowicie dokumentowała papieski stan posiadania – wtedy panowanie arcykapłanów rozciągało się tutaj wszędzie, w każdej ze 476 parafii, jakie na niej oznaczono, liczbie nieprzypadkowo zapewne przywodzącej na myśl datę upadku Rzymu cesarzy.

– Z Krakowa! – wykrzyknął, kiedy na jego uprzejme pytanie T. powiedział, skąd jesteśmy. Otworzył oczy szeroko, jakby nagle nawiedzili go aniołowie. Natychmiast rozwiązał się mu język: – Za miesiąc jadę do Krakowa. Widziałem już wszystkie dzieła Leonarda, co do jednego, poza może kilkoma atrybucjami, bo wiedzą państwo, szkoła Leonarda była bardzo płodna i osobiście nie wierzę, żeby jego dziełem był na przykład odkryty niedawno Salvator Mundi. Poza tym na tej wielkiej wystawie w Londynie, gdzie go pokazano, trzeba było się ustawić w kolejce o piątej rano, więc uznałem, że nie dam rady. No więc nie widziałem tego obrazu. Ale widziałem wszystkie pewne oryginały. Wszystkie, poza jednym, poza waszą „Damą”. To była Cecilia Gallerani, kochanka Il Moro, ale to na pewno wiecie. I teraz właśnie do niej jadę.

Potok słów urwał się jednak tak szybko, jak wytrysnął, a wyraz twarzy antykwariusza zmienił się na bardzo niepewny.

– Ale, powiedzcie mi, czy Ona – słowo „ona” powiedział z naciskiem, gdyby pisał, a nie mówił, z pewnością napisałby je z dużej litery – czy Ona teraz jest w Krakowie? Czy można ją w ogóle zobaczyć?

Ona, czyli „Dama”. Mieliśmy dobre nowiny, Ona tam była. Widać było, że niepokoiła go ta spóźniona pielgrzymka, że nasz świat był dla niego obcy – w przeciwnym razie pojechałby do portretu Cecilii dużo wcześniej; „Dama” to jeden z najważniejszych obrazów Leonarda. Teraz, kiedy nas spotkał, kiedy zobaczył, że plan XVII-wiecznego Rzymu, zachwalany wcześniej przez niego jako arcydzieło aluminografii wykonane w kilku odcieniach szarości, trzymam w rękach nie jak egzotycznego kanarka, ale jak mapę własnej duszy, mimo moich obcych, słowiańskich rysów, rozpoznawanych na Zachodzie zawsze na pierwszy rzut oka, postanowił zasięgnąć języka. Trzeba było mu zatem poradzić, jak właściwie się ubrać. Wypytywał szczegółowo o polską pogodę i o to, jak poradzić sobie w naszym surowym świecie, w którym w marcu, kiedy Wieczne Miasto jest już w pełnym władaniu wiosny, wciąż możliwy jest śnieg.

Poradziwszy mu to i owo, ruszyliśmy dalej na spacer bez celu, z mapą Rzymu zwiniętą w rulon i opakowaną starannie w papier pakowy. Tak znaleźliśmy się nagle w antykwariacie przy murach Watykanu. Prowadziła go starsza kobieta, jedna z tych ciepłych Włoszek, które śmieją się na końcu każdego wypowiedzianego zdania. Zaprowadziła nas do działu z używanymi książkami, pełnego klasyków, wydawanych tutaj regularnie co kilka lat w edycjach dwujęzycznych, kieszonkowych lub oprawnych w skórę. Rzecz jasna, od razu pojawiło się przed nami jakieś rzadkie, łacińskie wydanie Salustiusza z rycinami, za kilkaset euro, do którego, dla porównania, dorzucono kilka innych książek, mniej efektownych i sporo tańszych. Obok piętrzyły się pokreślone tomy „Boskiej komedii”, Plotyn, ilustrowana „Pustelnia parmeńska”, niezliczone inne wydania włoskich przekładów światowej klasyki, niechciane, zakurzone, wrzucone do kosza z książkami za kilka euro. Tragedie zebrane Seneki w oryginale, Cyceron, tomy Liwiusza, za grosze. Niewiarygodna obfitość, dziedzictwo, które pielęgnowano z obowiązku, którego nikt już nie potrzebował, którego było za dużo, bo kto dzisiaj czyta klasyków, zwłaszcza po łacinie.

Koniec końców wygrało jednak miasto, bo miejsca mają przecież sposoby, żeby z nami rozmawiać, przyciągać, wskazywać to, co dla nich istotne:

– Nie mam „Jezusa z Nazaretu”. Wszystkie książki Benedykta są wyprzedane. Proszę spróbować w księgarni watykańskiej – usłyszałam głos sprzedawczyni.

– Tam także nie ma, pytałem – odpowiadał klient. – W ogóle niczego nie ma. Najnowsze „L’Osservatore Romano” rozeszło się na pniu.

Byliśmy niedaleko Placu św. Piotra. Widocznie po krótkim okresie niepewności, spotęgowanym jeszcze przez wczorajszą nawałnicę, wygrała tam już atmosfera sensacji.  Półoficjalna gazeta watykańska wychodziła popołudniami, musiała zatem ukazać się poprzedniego dnia wieczorem i pewnie zawierała oficjalną informację o rezygnacji Ojca Świętego. Takie wydanie to rarytas. Spojrzałam na T. porozumiewawczo, wybraliśmy interesujące nas książki, zapłaciliśmy i poszliśmy w kierunku Placu. Wkrótce porwała nas rzeka ludzi. Tłumy były tam zdecydowanie większe niż w niedzielę, a kolejka do Bazyliki o wiele dłuższa, choć we wtorki przecież nic szczególnego się w niej nie działo. Wyglądało na to, że przyszli tu niemal wszyscy turyści przebywający w mieście i niektórzy mieszkańcy, żeby sprawdzić, czy świątynia ciągle stoi, kiedy papież zrezygnował z kierowania Kościołem. Wśród kałuż powoli rozstawiały się stacje telewizyjne. Dziennikarze biegali z mikrofonami, szukali chętnych do wypowiedzi, ludzie rozbiegali się jak spłoszone gołębie, płynął zatem wielojęzyczny potok relacji na żywo.

– Jutro audiencja generalna, a wieczorem, ponieważ przypada Środa Popielcowa, początek katolickiego Wielkiego Postu, odbędzie się ostatnia publiczna msza święta, jaką odprawi Benedykt podczas swojego pontyfikatu – mówiła do mikrofonu Hiszpanka. – Będzie to jego pożegnanie z wiernymi z Rzymu.

– To Jan Paweł II założył na Watykanie niewielką wspólnotę klauzurową, w której osiądzie obecny papież – referował do innego mikrofonu stojący obok ksiądz.

– Nie będzie żadnej ceremonii zakończenia pontyfikatu, Benedykt XVI po prostu opuści swoje apartamenty. Jedynym widocznym znakiem końca pontyfikatu będzie zejście z warty przez gwardię szwajcarską, której zadaniem jest służba głowie Kościoła. Obecnie pokoje, w których Benedykt zamieszka na emeryturze, są remontowane – opowiadał Anglik z plakietką „Eurovision”.

– W połowie marca rozpocznie się tutaj konklawe, które wybierze nowego papieża – dodawał z boku elegancki Włoch.

– Mówi się, że będzie to pierwszy czarny papież w historii – informował ktoś jeszcze inny.

Ludzie na Placu wymieniali się tymczasem jednym, dyżurnym egzemplarzem „L’Osservatore Romano”, nie czytali go jednak, rozkładali jedynie, tak aby było widać stronę tytułową i robili sobie z nim zdjęcia na tle Bazyliki. Rzeczywiście, nigdzie nie można go już było kupić; szczęśliwi nabywcy nosili pod pachami po kilka egzemplarzy, eschatologię w wydaniu gazetowym, rzadki podarek dla rodziny i znajomych. Mieliśmy jednak trochę szczęścia. W księgarni watykańskiej, do której poszliśmy, trwały zapisy, bo za chwilę miał przyjść niewielki dodruk. Pani odnotowywała długopisem nazwiska chętnych. Swoje, zbyt skomplikowane, musiałam wpisać sama. Kiedy jakiś czas potem wróciliśmy na Watykan, dostałam spod lady kilka zadrukowanych płacht. „Papież kończy pontyfikat”, głosił nagłówek pierwszej strony. Poniżej, pod zdjęciem papieża, symetryczny, regularny strumień liter, bo łacina wygląda przecież w druku inaczej niż jakikolwiek inny język świata, informował o tym, że Benedykt osłabł duchowo i cieleśnie, że siły w ostatnich miesiącach zmniejszyły się w nim na tyle, że uznał się niezdolny do pełnienia posługi i że, pozostając wolnym i w pełni świadomym tego, co robi, deklaruje, że od 28 lutego od godziny ósmej wieczorem tron Piotrowy będzie należało uznać za opuszczony. Quapropter bene conscius ponderis huius actus plena libertate declaro me ministerio Episcopi Romae, Successoris Sancti Petri, mihi per manus Cardinalium die 19 aprilis MMV commisso renuntiare ita ut a die 28 februarii MMXIII, hora 20, sedes Romae, sedes Sancti Petri vacet.

CDN.

Burza w Rzymie. Viltade (Pożegnanie Benedykta)

nil rzym

W poniedziałek, kiedy rezygnację podano do publicznej wiadomości, nad Rzymem przeszła wczesnowiosenna burza. Dopadła nas, kiedy wysiedliśmy z metra, aby odwiedzić bazylikę św. Pawła za Murami. Padało już od niemal doby, teraz zaczęło błyskać, właśnie teraz, jakby Opatrzność chciała dać wydarzeniu apokaliptyczną oprawę. Niebo wygrażało ziemi bezgłośnie; błyskawice nie dosięgały ziemi, rozjaśniały tylko niebo na mgnienie oka, zalewając wszystko trupim blaskiem. W kościele nie było prawie nikogo. Spod sufitu spoglądały portrety wszystkich papieży w historii, snop światła wciąż wydobywał z ciemności tondo z portretem Benedykta XVI, na prawo, jak zwykle, majaczył wizerunek Jana Pawła II. Koło po lewej ciągle było puste.

Potem okazało się, że przynajmniej jedna z błyskawic trafiła w cel – uderzyła w kopułę Bazyliki na Watykanie, co zelektryzowało opinię publiczną na całym świecie. Zwykle taki grom nie zdziwiłby nikogo, bo kopuła Piotra to najwyższy punkt w okolicy, ale w tym wypadku znaki wiązano powszechnie z decyzją papieża, pierwszą rezygnacją z tronu Piotrowego od 600 lat i jedną z niewielu w ogóle. Wieczorem telewizja Rai co kilka minut prezentowała zdjęcie tego gromu: kopuła Bramantego na tle nocnego nieba, trafiona jaskrawym biczem Bożym. Do tego Tyber był wezbrany, mętny i pędził na oślep, pienił się i bulgotał wokół przęseł trawertynowych mostów, rzucał się na nabrzeża Wyspy Tyberyjskiej. Ale pocieszałam się, że to pewnie jak zwykle na wiosnę; że wszystko idzie normalnym torem, nawet jeśli z pozoru wydaje się być inaczej.

Wróciliśmy do hotelu zmoknięci i przemarznięci. Susząc włosy, włączyłam telewizor. Włoskie stacje poświęciły Benedyktowi XVI niemal całą wieczorną ramówkę. Dziennikarzy i świeckich watykanistów najbardziej niepokoiło to, co papież napisał w swojej rezygnacji: ad navem Sancti Petri gubernandam et ad annuntiandum Evangelium etiam vigor quidam corporis et animae necessarius est, qui ultimis mensibus in me modo tali minuitur, ut incapacitatem meam ad ministerium mihi commissum bene administrandum agnoscere debeam; do kierowania Łodzią Piotrową i głoszenia Dobrej Nowiny potrzebny jest wigor duchowy i cielesny, a ten w ostatnich miesiącach zmniejszył się we mnie tak bardzo, że przestałem być pewien, czy jestem zdolny do dobrego pełnienia powierzonego mi zadania.

– Decyzja nie ma związku z żadną chorobą – mówił nocą w Rai Due rzecznik Stolicy Apostolskiej, ks. Federico Lombardi (chwilę wcześniej był w Rai Uno i mówił to samo). – Raczej z osłabieniem fizycznym czy nawet czymś bardziej głębokim, osłabieniem osobowości, które uniemożliwia Papieżowi kierowanie Kościołem z taką energią, jaka, jego zdaniem, jest do tego potrzebna.

Ale to nie uspokoiło zgromadzonych w studiu. Papież bez sił, papież o osłabionej osobowości – to prawie jak papież bez wiary, to jak sól, która straciła smak, nic dziwnego, że przyroda była wzburzona, a grom trafił w kopułę Bramantego. Przecież trwanie na takim stanowisku to kwestia sumienia. I w dodatku zrobił to Benedykt, właśnie ten niezłomny, ten żelazny, pancerny, co miał stać na przeciw bram piekielnych i bronić dostępu do Kościoła, po którym nikt nie spodziewałby się dezercji. I oto osłabł, odwrócił się, opuścił stanowisko. Niektórzy komentatorzy złorzeczyli jak Dante na Celestyna V w III pieśni „Piekła” (Celestyn był teraz na ustach wszystkich): mogłem rozpoznać tego i owego. W końcu dostrzegłem i cień osoby, która ze strachu splamiła się ową słynną odmową. Ze strachu, nikczemności i małoduszności, bo to znaczy słowo, którego użył Dante: per viltade, che fece per viltade il gran rifiuto.

Wcale nie pomagał fakt, że Kościół wyniósł Celestyna na ołtarze, nie podzielając diagnoz poety; że słabość, zwłaszcza ta wynikająca ze starości, jest wkalkulowana w każdą posługę, a kodeks prawa kanonicznego od dawna przewiduje taką możliwość. Decyzja Benedykta była bardzo odważna, szła wbrew kilkusetletniej tradycji. Nie musiał heroicznie walczyć z umieraniem na oczach tłumów, jak Jan Paweł II, mógł przecież, czując osłabienie starości, ograniczyć swoje obowiązki do minimum i trwać na stanowisku dla świętego spokoju, pozwalając Kościołowi dryfować w dowolną stronę. Jego heroizm był inny, polegał na uznaniu swojej niemocy. Nie byłam już pewna, czy jego łamiący się w niedzielę głos był efektem zmęczenia czy zbieraniem sił przed swoim wielkim wystąpieniem, bo tekst rezygnacji, co pokazały wszystkie stacje telewizyjne, przeczytał pewnie i zupełnie spokojnie. Benedykt chciał teraz osiąść we wspólnocie klauzurowej na Watykanie i doczekać swoich dni w odosobnieniu, na rozważaniach, pokucie i modlitwie. Wiadomo było już, że opuści swoje apartamenty ostatniego dnia lutego i na czas konklawe wyjedzie z Rzymu, zostawiając kardynałom wolną rękę, nie wpływając na wybór następcy. Potem na Watykanie mieli mieszkać dwaj papieże i żaden nie miał być antypapieżem, ani ten w słynnych apartamentach z widokiem na Plac św. Piotra, ani drugi, drobny staruszek we wnętrznościach Państwa Kościelnego, w klasztornym odosobnieniu.

CDN.

Pożegnanie Benedykta. Urlop w Rzymie (1)

rzym

Zmęczenie, bladość rzeczy. Nie żebym była szczególnie wyczerpana, ale tak się jakoś złożyło, że bez urlopu byliśmy już 18 miesięcy. Mieliśmy sporo rzeczy na głowie, jak nie jedną, to drugą, dzień w dzień to samo – i tak minął cały rok, a potem jeszcze kilka miesięcy. Obowiązki stawały się coraz cięższe i, chociaż obiektywnie przedstawiały ciągle ten sam poziom trudności, to zajmowały mi coraz więcej czasu. Oczy zamykały się same, rano nie chciało się wstawać z łóżka. Każde nowe zadanie stawało się stopniowo brzemieniem nie do zniesienia. W końcu pojawiła się szansa na wyjazd – w lutym. Zbliżała się przerwa międzysemestralna, do tego nadarzał się dogodny moment w nawale innych zajęć, pozwalający na krótki wypad gdziekolwiek. Trzeba było szybko podejmować decyzję – więc stanęło na Rzymie.

Zupełnie nie wiem, jak to się stało, że wyjazdy do tego hałaśliwego miasta, pięknego w sposób nieoczywisty – bo przecież nie wystarczy mieć skarbów, żeby być pięknym, trzeba jeszcze o nie dbać, a rzymianie tego nie robią – stało się naszą pasją i wielką radością. Może dlatego, że po raz pierwszy spędziliśmy tam aż trzy tygodnie jeszcze jako studenci. Przygarnęły nas wówczas dobre siostry z przedmieścia. Gotowały dla nas włoskie potrawy, ich makaron był zawsze wymoczony w oliwie z czosnkiem, muśnięty pomidorami, pachniał intensywnie, a one, zwłaszcza Battista-staruszka, czekały na nas do wieczora jak zastęp troskliwych matek. My zaś całymi dniami biegaliśmy po Forum Romanum, bo można tam było wtedy wejść za darmo, przemierzaliśmy przestrzenie Circus Maximus, wspinaliśmy się na Awentyn do pomarańczy świętego Dominika, rysowaliśmy niezliczone łuki triumfalne (moim ulubionym stał się szybko zapomniany łuk Galiena, który wzniesiono na na Eskwilinie; jest wciśnięty pomiędzy dwie kamienice i dosłownie się wali), albo – w ostateczności – siedzieliśmy w bibliotekach, oficjalnie bowiem celem naszego wyjazdu była kwerenda biblioteczna. Ja kończyłam dzień na Gregorianum, a T. – w Papieskim Instytucie Wschodnim. Każdego dnia przychodziliśmy tam coraz później; T. odprowadzał mnie na Piazza della Pilotta z któregokolwiek miejsca, w jakim w danym dniu byliśmy, a potem sam szedł piechotą w okolice Santa Maria Maggiore, gdzie mieści się Instytut, mijając Angelicum i kilka antycznych ruin. Po paru godzinach wracał i jechaliśmy na sutą kolację do sióstr.

Dobre zakonnice, u których mieszkaliśmy, uwielbiały „Tommaso”, bo, nie wiadomo czemu, przypominał im Karola Wojtyłę za młodu. Były to już czasy pontyfikatu Benedykta XVI, ale było jasne, że będzie stanowił kodę, spokojne rozwinięcie długiego, charyzmatycznego panowania papieża-Polaka, zamknięcie pewnych wątków, rozwianie wątpliwości. Wszystko, co chociaż trochę przypominało Jana Pawła II, w maleńkim domu klasztornym pod Rzymem nadal było otaczane miłością i czcią. W tym „Tommaso”. Dwie papieskie postaci, Jan Paweł II i Benedykt XVI, występowały zresztą wówczas obok siebie, jak awers i rewers jednej monety, jak twarze Janusa.

Potem wracaliśmy do Rzymu wiele razy, zwykle w celach naukowych, zawsze byliśmy poirytowani hałaśliwością rzymian, wszechobecnością samochodów i brudem, latem dodatkowo mierził smród śmieci rozkładających się w upale – i nieodmiennie chłonęliśmy to miasto do upadłego. Rzym to esencja kultury Zachodu. Zawsze miałam się bardziej za dziedziczkę Rzymian niż Greków. Geny greckie są w genach rzymskich, to jasne, ale przecież Grecję przyswoiliśmy sobie oswojoną i uspokojoną, wypraną ze swoich dziwactw przez łaciński racjonalizm i rzymskie tradycje prawne. Ale miasto nad Tybrem to coś znacznie więcej, to dowód na żywotność tej kultury, która odradza się ciągle z własnych popiołów, żyje nieprzerwanie, żywiąc się wielkimi talentami w czasach świetności, a własnymi odpadkami w czasach posuchy. Tutaj maksymy cesarskie przechodziły naturalną ewolucję w kierunku papieskich inskrypcji, greckie porządki architektoniczne wyglądały podobnie w swoim wydaniu z przełomu er i z XVI wieku. Wątki starorzymskich cegieł wyłaniały się spod o wiele nowszych tynków, kolumnady Hadriana sterczały ze współczesnych budynków użyteczności publicznej. Świątynia Agryppy była teraz kościołem, w którym pochowano Rafaela. Kiedy się potykałam, mogłam zgadywać, jak stare było to, o co niemal złamałam sobie nogę. Kiedy wchodziłam do jednej z wczesnochrześcijańskich bazylik, chociażby św. Praksedy czy Jerzego na Velabrum, czułam nieprzerwany łańcuch modlitw sięgający do czasów apostolskich. W tym miejscu klękali przecież ci, których wiara urodziła się ze słyszenia samych Apostołów, potem mijały pokolenia, w tych samych okolicach obok łuku Janusa czy Marii Maggiore opowiadano sobie ciągle tę samą nowinę, którą słyszymy do dzisiaj. Modlono się w czasach prześladowań i w czasach triumfów Kościoła, modlono się teraz, kiedy chrześcijaństwo stawało się ekscentryczną formą konserwatyzmu.

Zdzieraliśmy zatem buty na rzymskich brukach, liczyliśmy kolumny, spacerowaliśmy po via Appia, odwiedzaliśmy bazyliki papieskie, jeździliśmy do urokliwej św. Agnieszki za Murami, bo obok niej znajduje się mauzoleum Konstancji, córki Konstantyna, pokryte mozaikami, których prawie nikt nie ogląda. Nasz Rzym związał się na dobre z papieżem ciągłości, z Benedyktem, bo wszystkie nasze wizyty przypadły na czas jego pontyfikatu. Pod jego oknem w Pałacu Apostolskim stawialiśmy się niezliczoną ilość razy, a on pojawiał się w nim niemal niezmieniony. Kiedy obejmował tron św. Piotra, już był staruszkiem, nie mógł zatem – a przynajmniej tak mi się podświadomie wydawało – postarzeć się jeszcze bardziej.

Teraz przyjechaliśmy znowu, pierwszy raz w lutym i pierwszy raz tylko po to, aby po prostu być w Rzymie. Nasze wędrówki po tym mieście dawno już stały się zupełnie bezcelowe, niemal wszystko już widzieliśmy, nogi niosły nas same, w dół i w górę, z Wiminału na Kwirynał, Kapitol czy Awentyn, z zaskoczeniem odkrywaliśmy, że w dane miejsce można trafić inaczej niż poprzednio. Rzym był jednak tym razem zaledwie cieniem znanego nam miasta, które znajduje się tutaj od marca do jesieni, o rdzawych fasadach i grafitowym bruku. Teraz był szaro-beżowy, niebo wygrzewało się jeszcze dość nieśmiało w promieniach bladego słońca, kwitły pierwsze podbiały, a platany nad Tybrem nie miały liści.

O rezygnacji papieża dowiedzieliśmy się w poniedziałek z polskich mediów, do których mieliśmy dostęp, bo stolica Włoch żyła swoim własnym życiem. Na ulicach widać było ostatkowych przebierańców, turyści szaleli na wyprzedażach, a zwykli Włosi po prostu zajmowali się pracą. Kiedy jednak dotarła do mnie decyzja Benedykta, przypomniałam sobie, że, kiedy poprzedniego dnia przyszłam na Plac Św. Piotra na „Anioł Pański”, Ojciec Święty rzeczywiście wydawał się wyjątkowo zmęczony; miał zapadnięte policzki, jakby przebył długą i poważną chorobę, mówił niewyraźnie, a wymawianie spółgłosek sprawiało mu kłopot. – Strasznie się postarzał. Być może wkrótce czeka nas konklawe – powiedziałam do T., a on przytaknął. Teraz okazało się, że, kiedy Papież modlił się z nami w niedzielę, historyczna decyzja już zapadła.

CDN.

Szmaciarz (notatki z tramwaju)

480351_31386499

Był dość schludny. Bynajmniej nie przypominał tych kloszardów, których pojawienie się w tramwaju wywołuje popłoch wśród pasażerów i którzy wnoszą ze sobą smród tak wielkiego nieszczęścia, że pojazd wyludnia się na kolejnym przystanku. Od tego biedaka czuć było jedynie alkohol, zresztą niezbyt intensywnie. Pił pewnie poprzedniego dnia i zdążył już wszystko przetrawić.

Wgramolił się z trudem po stromych schodach wagonu i rozsiadł na pierwszym wolnym siedzeniu, zaraz przy drzwiach. Widać było, że chodzenie sprawia mu trudność. Miał na sobie starą, obszerną kurtkę, kilka razy naprawianą, i wełniany beret z guzikami, wciśnięty na głowę głęboko, aby zakrywał mu uszy. Miałam wrażenie, że beret założyła mu jak dziecku jakaś osoba trzecia, a on następnie chodził w tym nakryciu głowy jak roztrzepany malec, zupełnie o nim zapomniawszy, ale możliwe było i to, że sam nałożył go sobie w ten sposób. Może pomieszkiwał w jakimś przytułku i ktoś, na przykład siostry zakonne, dbał o jego garderobę. W rękach trzymał olbrzymią siatkę z materiału, w połowie pustą, szczelnie zamkniętą. Trudno było zgadywać, co znajdowało się w środku, co właściwie zbierał, żeby się utrzymać.

— Pani siada, pani nie kasuje biletu — zwrócił się do kobiety, która wsiadła za nim. — Po co kasować? Nic im nie jesteśmy winni.

Przesunął się przy tym, żeby zrobić jej miejsce obok siebie. Nie skorzystała. Spojrzała na niego spode łba, nieufnie, i poszła dalej, nie odpowiedziawszy mu ani słowem. Wiele osób robi dokładnie tak samo, kiedy ktoś nieznajomy zaczepia je w tramwaju.

Był brudny dzień styczniowy, mokry i zimny. Wilgoć osiadała na policzkach i rzęsach, a przy gruncie zmieniała się w krzepnącą bryję, w której brodziło się po kostki. W nocy spadł śnieg, rano stopniał, a teraz, po południu, przyszedł przymrozek i wszystko znowu zaczynało gęstnieć, zastygać. Nikt niczego nie odśnieżał, wszelkie oczyszczanie wyglądało na walkę z wiatrakami. Powietrze było zresztą tego samego koloru, co błoto pośniegowe i tylko trochę rzadsze. W Krakowie zimą bywa tak bardzo często. Nad miastem unosi się wtedy czop burego smogu, a tematem grzecznościowych konwersacji w środkach komunikacji miejskiej jest poziom skażenia powietrza.

— Znowu czterokrotnie przekroczone — dał się słyszeć przedsiębiorczy głos z tyłu.

— W taką pogodę dzieci i starcy powinni siedzieć w domu. Ale co robić, trzeba wychodzić — odparł ktoś inny głosem starca.

[…]