Miłosz był ważny, chędożony czy nie (polska literatura to spór o uniwersalia)

Z wielką przyjemnością podczytuję biografię Miłosza, napisaną przez Andrzeja Franaszka. Mam przy tym pewne wyrzuty sumienia, ponieważ miała to być słaba książka. Tymczasem – nie jest słaba. Jest nierówna, momentami zabawna (chodzi tu głównie o sądy jej autora). Tak jak pisarstwo samego Miłosza.

Stwierdziłam kiedyś na Facebooku, że polska prawica od wielu lat nie potrafi sobie poradzić z Miłoszem. Recenzja biografii Franaszka, opublikowana jakiś czas temu przez Andrzeja Horubałę na łamach „Uważam Rze”, potwierdzała tylko, że głównym problemem, który przeszkadza prawicy w uwielbieniu poety, nie jest np. właśnie to, że – właśnie – był nierównym autorem, ale to, że był potencjalnie „chędożony” przez Iwaszkiewicza (a zatem odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście był, staje się najważniejszą kwestią krytycznoliteracką dekady). – Od 2004 nie ukazało się zupełnie nic ważnego nt. CzMi oprócz tego zdania Iwaszkiewicza i teraz kilku obyczajowych szczegółów u Franaszka. Jest w czyśćcu, ale takim niemrawym, gdzie nikt się nim nie interesuje i brak widoków na rychłe wyjście – odpisał mi jeden ze znajomych (nie podaję nazwiska, bo nie wiem, czy mogę).

Sama mam problem z Miłoszem. Jego proza wiele lat temu uświadamiała mi, czego właściwie oczekuję od eseistyki. Był jednym z  tych autorów, których zdania (konstrukcje gramatyczne, nie sądy) budziły we mnie literacką pasję. „Dolina Issy” to niemal nowy „Pan Tadeusz” – tak została zaprojektowana i, trzeba przyznać, ten zamysł się udał. To kolejny opis magicznej Litwy, znowu sporządzony przez emigranta, znowu po polsku, ponownie przywiązuje polską wyobraźnię do północnych dworów i krajobrazów.

Twórczość Miłosza, zwłaszcza poezja, jest absurdalnie wręcz nierówna. Nie jestem znawcą, ale niektóre jego wiersze mnie zachwycają, inne – powodują zażenowanie, i to ze względów artystycznych, nie ideologicznych. Żenuje mnie także jego filozoficzna autorefleksja a la Kroński i autoegzaltacja, z którą do końca życia sobie nie poradził. Wiem, poeci tak muszą. A na pewno niektórzy z nich, bo przecież nie wszyscy.

Nie ulega jednak wątpliwości, że postać Miłosza spina klamrą cały polski XX wiek. Miłosz doświadczył wszystkiego, czego doświadczali nasi rodacy: był donosicielem, aparatczykiem PRL, ale i jednym z najważniejszych emigrantów epoki PRL; mieszkał na Kresach, Kresy utracił, działał w warszawskim podziemiu czasów wojny i uciekał z Warszawy podczas Powstania Warszawskiego (chciał ocalić swój talent dla narodu – rozbrajająca megalomania). Był nostalgicznym miłośnikiem litewskich kniei (przyroda pod Paryżem przypominała mu dolinę Niewiaży), otaczał kultem Mickiewicza, był wreszcie bezlitosnym krytykiem polskości, wręcz polonofobem. Dostał Nobla.

Z Polską, co wiadomo powszechnie, miał ewidentny kłopot; pogardzał nią, bo go ograniczała, ale był uzależniony od polskich czytelników i od polskiego środowiska literackiego.

To rozterka wielu pisarzy: pisać po polsku? Ale wówczas będą skazani tylko na naszą publiczność, która od dwóch wieków jest jaka jest; egzaltowana na prawo, albo egzaltowana na lewo. Bobkowski wyemigrował, ale pisał w języku ojczystym (znajdziemy u niego uwagi o tym, jak atrakcyjne jest zestawianie słów po polsku. Nasza „wierna mowa” ma w sobie jakiś fatalny wręcz magnetyzm); Conrad polszczyźnie podziękował i stał się międzynarodową sławą. Miłosz pozostał przy polskim; kiedy czyta się jego kryształowe frazy, widać, że i on dał się wciągnąć czarnej dziurze polszczyzny. […] Teraz przyznaję się do zwątpienia. / Są chwile kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie. / Bo ty jesteś mową upodlonych, / mową nierozumnych i nienawidzących / siebie bardziej może od innych narodów, / mową konfidentów, / mową pomieszanych, / chorych na własną niewinność. //[…] Moja wierna mowo, / może to jednak ja muszę ciebie ratować. / Więc będę dalej stawiać przed tobą miseczki z kolorami / jasnymi i czystymi jeżeli to możliwe, / bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno.

Ale udało mu się zaistnieć. Jest koronnym dowodem, że „wielcy” na ogół stają się tylko poeci ustosunkowani.

*

Od Franaszka nie dowiemy się niczego w jakże palącej kwestii, czy Miłosz był kochankiem Iwaszkiewicza. Autor biografii rozmywa tę kwestię. Poznamy za to plejadę żeńskich kochanek poety. Widać jednak, że Franaszek w „Miłosz. Biografię” włożył olbrzymią pracę – i za to należy mu się szacunek. Należy się także za język, którym całość jest napisana. Przyznam się do słabości (dotyczy także malarstwa) – czasami nieważny jest temat obrazu, jeśli tylko pociąga mnie warsztat malarza.

Widać, że Franaszek darzy Miłosza kultem. I nie chodzi tutaj o zbyt łatwe rozgrzeszanie ideologicznych wyborów poety – tutaj jestem elastyczna i nie oczekuję po innych autorach poglądów identycznych z moimi. Nie chodzi też o górnolotne uzasadnienie narcystycznych wyborów Miłosza – miłość jest ślepa i taka jest też miłość Franaszka. Ot, kolejny w naszej historii przykład pośmiertnego wybielania poety.

W oddaniu czci uwielbianemu poecie nie byłoby nic złego, gdyby nie prowadziło to do sądów zabawnych lub absurdalnych; często rozgrzeszających autora „Doliny Issy” wbrew krzyczącym ze stron książki faktom. Dowiadujemy się na przykład, że amerykańska działalność Miłosza z PRL-owskiego okresu jego życia „zbliżała się do tak zwanego białego wywiadu” (s. 421), aby po chwili przeczytać kilka indywidualnych charakterystyk (Tuwima, Wittlina czy Ronikiera – ta ostatnia opatrzona klauzulą „ściśle tajne”), skreślonych ręką Miłosza i będących rezultatem prywatnych spotkań Miłosza z zainteresowanymi (s. 421-422). To przecież nie jest „tak zwany biały wywiad”. To tak zwane donoszenie.

Inna perełka? Ta pewnie niezamierzona: ” ‚Listy z Francji’ pozostały na antenie aż do jego [Miłosza] wyjazdu z Europy. – Bierze się pierwszą lepszą wiadomość z prasy, rozbudowuje się to, umieszcza na pewnym tle i już – instruował Miłosz Zbigniewa Herberta, namawiając kolegę do podejmowania podobnych zatrudnień i być może nie doceniając własnych zalet, takich jak rozległa wiedza, a przede wszystkim zdolność dostrzegania powiązań w tematach z pozoru odległych” (s. 533; jak wiadomo powszechnie, Herbert szerokiej wiedzy ani niezwykłej skali skojarzeń nie posiadał).

I tak dalej, i tak dalej.

*

Nie mam wątpliwości, że Miłosz jest jednym z najważniejszych polskich poetów XX wieku; decyduje o tym skala poruszanych przez niego problemów. Poruszanych z większym lub mniejszym sukcesem – dodajmy od razu – ale ważne jest to, że wprowadzał je do zbioru zagadnień aktualnych. Poza tym poeci nie powinni być naszymi wyroczniami. Jeśli tak się ich traktuje, to błąd jest po naszej, a nie poetów, stronie.

Miłosz jest daleko ważniejszy niż Szymborska, która czyta swoje wiersze na niemal każdym krakowskim spotkaniu dotyczącym autora „Zniewolonego umysłu”. Dlatego szkoda, że Miłosz ciągle jest „w czyśćcu” i że jego osobą zajmuje się tylko zamknięte grono urzędowych wielbicieli, natomiast, jak napisał mi wspomniany wyżej znajomy, młodzież nad Miłoszem „zaziewuje się na śmierć”. Z drugiej strony – czy nie zaziewuje się również nad Kochanowskim i Mickiewiczem? Od wieków jest tak, że nad wielką literaturą nie zaziewują się tylko niektórzy, bo tylko oni potrafią wyłuskać to, co najważniejsze.

POST SCRIPTUM

W jednym z wcześniejszych wpisów podzieliłam polskich poetów i pisarzy na tych, którzy idą w stronę neoplatońską, i tych, którzy zwracają się ku nominalizmowi. Przyznam, że inspiracją była mi tu Jadwiga Staniszkis (podział tomizm/nominalizm według niej decyduje o kształcie poszczególnych państw europejskich). Chociaż niepełny, pobieżny i w jakimś sensie ułomny, wydaje się być dobrym narzędziem myślenia. Podobnie jest z moją dychotomią, stworzoną na potrzeby literackie – nie jest ani wyczerpująca, ani ogólnie obowiązująca, pozwala jednak spojrzeć na twórców literatury z ciekawej perspektywy. Literatura to także spór o uniwersalia.

Mickiewicz, mistyk i kapłan poezji, znajdował się na biegunie neoplatońskim. Do ciążących ku nominalizmowi zaliczyłabym Gombrowicza, Bobkowskiego i Norwida, chociaż ten ostatni nie był bynajmniej nominalistą, raczej jakimś ogniwem pośrednim.

Miłosz, który przeżył wszystko, co w XX-wiecznej polskiej biografii było do przeżycia, powtórzył ten wszechogarniający zabieg w swojej twórczości. Był bowiem i nominalistą, i neoplatonikiem; zajmował też wiele pozycji pośrednich. Wierzył w kapłaństwo poety, ale buntował się przeciw powszechnikom; wierzył w nieuchronność Historii, ale i w niezbywalność doświadczenia jednostkowego. Był sensualistą.

Miłosz jest ważny także i z tego punktu widzenia.

*

Wpis o Norwidzie: http://kwasnicka.kresy.pl/?p=420

Wpis o Gombrowiczu: http://kwasnicka.kresy.pl/?p=437

 

 

Warszawa czasów ekstatycznych

To była jedna z najwartościowszych generacji w naszych dziejach, a przez hekatombę, jaką sama z siebie złożyła, sprawiła, że przekaz naszej tradycji został mocno nadwyrężony. Z drugiej strony, wartościowość tego pokolenia dostrzegamy właśnie w jego ofierze, a wyrazistość tej ofiary sprawia, że pewne wartości wciąż są dla nas ważne. Powstanie to pytanie, na które niełatwo znaleźć odpowiedź.

*

Inter arma silent musae (W czasie wojny milczą Muzy). Przynajmniej tak bywa na ogół. Mówiąc o wyjątkowości okupowanej polskiej stolicy i Powstania, jakie w niej wybuchło 1 sierpnia 1944 roku, trzeba pamiętać, że Warszawa okazała się niezwykła także i pod tym względem. W miażdżonym przez totalitaryzm mieście muzy nie zamilkły – wprost przeciwnie. Młodzi, przedwcześnie dojrzali ludzie musieli skondensować w ciągu kilku lat wszystko to, na co inni mają dekady spokojnego życia. Kondensowali zatem – nie tylko samo życie, ale intelektualne spory i twórcze poszukiwania. Nie było czasu na zawieszenie odpowiedzi, na postawę agnostyka – dlatego ideowe batalie były zaciekłe, a postawy w nich zajmowane niejednokrotnie trudne do zrozumienia.

To chyba najbardziej w fenomenie wojennego pokolenia poetów-żołnierzy niezwykłe: owa intensywność życia intelektualnego, pragnącego ocalić nie tylko biologiczny byt narodu, ale także coś dużo bardziej nieuchwytnego, a podstawowego – jego egzystencję duchową, kulturalną. Wojenni autorzy odpowiadali na postawione przez siebie pytania ze śmiertelną powagą, nie mającą w sobie nic z histerii czy egzaltacji. Niezwykła była również „istotność” tych pytań – troską młodych ludzi był bowiem nie tylko kształt polskiej literatury, ale i całej kultury narodowej. Mówiąc słowami Aleksandra Kamińskiego, chodziło nie o to, „czy walczyć”, ale „o co i jak walczyć”. Zastanawiali się nad tym wszyscy, od lewicy po prawicę. Dotyczyło to także ludzi z kręgu pierwszego literackiego periodyku pokolenia, związanego z Konfederacją Narodu pisma „Sztuka i Naród”, stawiających pytania o rolę kultury w życiu narodu i właściwy sposób jej kształtowania. Podobnych środowisk, często znajdujących się na ideologicznych antypodach, było w okupowanej Warszawie więcej, ale niech właśnie „SiNowcy” posłużą mi jako przykład postawy pokolenia.

Dla młodych ludzi skupionych wokół „SiNu” – Tadeusza Gajcego, Andrzeja Trzebińskiego, Zdzisława Stroińskiego czy Wacława Bojarskiego – jasne było to, że sztuka ma moc przemieniania rzeczywistości, dlatego trzeba tworzyć z rozmysłem, świadomie, wiedząc, co poprzez swoje dzieło chce się osiągnąć. Według młodych poetów i motta, które wzięli z Norwida, a które widniało na każdym numerze „SiNu”, artysta miał być organizatorem wyobraźni narodowej. Przedwojenni poeci umyli ręce od tej, podstawowej według młodych twórców, roli sztuki. „Z całą pasją młodości deptaliśmy twórczość okresu przedwojennego. Drażnił nas oportunizm tamtych czasów i twórców, ta cała „wolność tragiczna”, która rozpoczęła się w kabarecie, a zakończyła szkieletami spalonych pojazdów na wrześniowych drogach” – tłumaczył potem inny poeta tego pokolenia, Lesław M. Bartelski.

Poglądy „SiNowców” kształtowały się zatem w opozycji do Dwudziestolecia, które dla poetów z tego kręgu było czasem straconym. Gajcy uderzał w „Skamandra” i jego pustą „kabaretowatość”, polemizował z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim (który duchowo bliższy był starszemu pokoleniu i kiedy chłopcy z „SiNu” zaczynali dopiero publikować, on dysponował już sporym dorobkiem), Trzebiński przeprowadził zaś miażdżącą krytykę „Kwiatów polskich” Tuwima, a w fascynującej polemice starł się z o dekadę starszym Miłoszem (książkę na ten temat napisał kilka lat temu Aleksander Kopiński). Wojna, jak wierzyli redaktorzy „Sztuki i Narodu”, przynosiła szansę na nowe otwarcie w polskiej literaturze, nowy język i nowego ducha, który powinien rozpalać dzieła pokolenia wojennego i późniejszych. Była mowa o aktywnej postawie twórczej, dzięki której zyskuje się lepsze poznanie rzeczywistości, o cierpieniu, którym trzeba okupić prawdziwą twórczość. Sztuka jest ramą, w której krystalizuje się duch narodu, dlatego zadanie artysty jest niezwykle odpowiedzialne – pisali „SiNowcy”.

Pytania o kształt nowej rzeczywistości – bo powrotu do dawnej być nie mogło – zadawali sobie, jak już napisałam, nie tylko poeci z kręgu „SiNu”. Widać tu, rzecz jasna, echa romantyzmu – epoka ta jest dla polskiej literatury wiecznym punktem odniesienia, a zbieżność historyczna tylko pogłębiała łączność młodych poetów z XIX-wiecznymi mistrzami, Mickiewiczem, Słowackim, Norwidem czy Mochnackim: i tu, i tam Polska była zniewolona, i tu, i tam sytuacja wymagała czynu, będąc swoistym katalizatorem dla twórców. Wielki był również wpływ Stanisława Brzozowskiego, którego wojenna młodzież namiętnie czytała. Paradoksalne jest to, że jego „woluntarystyczna” interpretacja marksizmu była natchnieniem dla ludzi z wszelkich środowisk – od lewicy po prawicę. Ową opisywaną tutaj „potrzebę czynu” poszczególni autorzy rozumieli zresztą inaczej: od niezaangażowanej „spokojnej anielskości” Baczyńskiego, która tak dziwiła jego kolegów z „Drogi” (ale która nie przeszkodziła mu zginąć z bronią w ręku już w czwartym dniu Powstania), romantycznej postawy Gajcego, który niejako wcielał w czyn to, co kiedyś, idąc do Powstania Listopadowego, napisał Mochnacki („Czas nareszcie przestać pisać o sztuce. Co innego zapewne mamy teraz w głowie i w sercu. Improwizowaliśmy najśliczniejsze poema Narodowego Powstania! Życie nasze jest poezją. Zgiełk oręża i huk dział. – Ten będzie odtąd nasz rytm i ta melodia”), po swoistą „wolę mocy” Trzebińskiego.

To właśnie ostatni z wymienionych rozwinął najciekawszą filozofię „własną”, szukając – tropem ojca Józefa Warszawskiego i jego specyficznej interpretacji tomizmu – drogi pomiędzy totalizmem, który otoczył Polskę od wschodu i zachodu, a mieliznami rezygnującej z transcendentnych odniesień demokracji liberalnej. „Uniwersalizmu”, bo to on miał być trzecią, pośrednią drogą, nie da się zrozumieć bez odniesień transcendentnych: miał to być system, w którym jednostka, w pełni realizując siebie, działa jednocześnie na korzyść całości. Wbrew temu, co zarzucają Trzebińskiemu nieuważni czytelnicy, na gruncie religijnym taki system jest do pomyślenia – i nie tylko Trzebiński o nim marzył.

Pokoleniowo donioślejsza jest jednak polemika, którą niespełna 21-letni poeta ze „Sztuki i Narodu” odbył z Czesławem Miłoszem, poetą przez wojenne pokolenie szanowanym, chociaż należącym do twórców jeszcze przedwojennych. Najogólniej rzecz ujmując, podzielił ich wówczas właśnie stosunek do czynu, irracjonalizmu i woluntaryzmu. Wypowiadający się z pozycji wierzącego w racjonalność historii, toczącej się niejako pomimo wyborów ludzi, Miłosz decydował się na postawę klerka, Trzebiński pragnął zaś silnego dobra, siły, która – jak przesadnie zarzucali mu interlokutorzy – tym różni się od hitlerowskiej, że jest po stronie Polaków. Żyjemy tutaj i teraz, nie udawajmy zatem, że istniejemy gdzie indziej – tłumaczył młody poeta. Miłosz uznaje świat za nieodwracalnie zepsuty i dlatego umywa ręce od wszelkiej działalności, atakował go Trzebiński. W praktyce, jak się potem okazało, chodziło o prosty wybór: ocalić się w imię kultury (jak zrobił Miłosz, opuszczając Warszawę przed Powstaniem), czy też w imię tej kultury – którą jest coś więcej niż tylko sztuka, bo cały sposób, w jaki się istnieje – zginąć? Drugą opcję wybrali wszyscy młodzi poeci, nawet jeśli ideologicznie byli od Trzebińskiego odlegli. Ich śmierć była męczeństwem, daniem świadectwa o prawdzie, aktem prawdziwie norwidycznym.

Są momenty, kiedy nie wolno skąpić krwi. Myślę, że Powstanie Warszawskie jest jednym z nich. Ale ta podwójność polskich postaw pozostaje pytaniem, które nam, Polakom, zadaje historia. Męstwo polega przecież na roztropności i świadomym wyborze.

*

Jak to było w okupowanej i powstańczej Warszawie? Cóż to było za dziwne uniesienie? Zawsze wstrząsał mnie ten ferment młodych głów, które z zupełną niefrasobliwością rzucały się najpierw na niemieckie napisy i transporty, a potem na niemieckie czołgi. Żeby zrozumieć, jak wyglądała śmiertelność pokolenia, przyjrzyjmy się, jak zginęli redaktorzy samego tylko „SiNu”: pierwszym redaktorem naczelnym pisma był Onufry Bronisław Kopczyński, kompozytor. Po wywiezieniu go na Majdanek stanowisko przejął Wacław Bojarski, który zmarł 5 czerwca 1943 roku w wyniku ran, jakie odniósł podczas akcji złożenia kwiatów pod pomnikiem Mikołaja Kopernika (tego samego, z którego wcześniej niemieckojęzyczną tablicę zdjął inny sławny dwudziestolatek, Maciej Aleksy „Alek” Dawidowski, który z kolei zmarł raniony w akcji pod Arsenałem w marcu 1943 roku). Kolejnym redaktorem „Sztuki i Narodu” został Andrzej Trzebiński, rozstrzelany niecałe pół roku później, 12 listopada 1943 roku, podczas publicznej egzekucji na Nowym Świecie – podobno, co niezwykle wymowne i symboliczne – z zagipsowanymi ustami. Wówczas kierownictwo w redakcji przejął poeta spośród „SiNowców” zdecydowanie najwybitniejszy, Tadeusz Gajcy. Autor Do Potomnego zginął w pierwszych tygodniach Powstania w sierpniu 1944, najprawdopodobniej w Arsenale, czyli tam, gdzie półtora roku wcześniej Tadeusz „Zośka” Zawadzki odbił z rąk gestapo swojego przyjaciela, Jana „Rudego” Bytnara (obydwaj zginęli w 1943 roku).

Muzy nie umilkną nawet w czasie Powstania, chociaż tutaj będzie już mniej miejsca dla sztuki. Ostatni opublikowany numer „Sztuki i Narodu” wyjdzie w lipcu 1944 (kolejny nie trafi już do kolportażu). Żadne inne wydawnictwo nie ukazywało się w okupacyjnej Warszawie tak długo. Związana z PPS „Droga”, której najwybitniejszym poetą był z pewnością Krzysztof Kamil Baczyński, a w której pojawiali się również Jan Nowak-Jeziorański, Tadeusz Borowski i Jan Józef Szczepański, ostatni raz ukaże się w kwietniu 1944. Na powstańczych podwórkach będzie się jednak nadal pisać i recytować poezję – tak jak później w niezliczonej ilości obozowych baraków, o których opowiadała mi kiedyś biorąca udział w Powstaniu Zofia Książek-Bregułowa, aktorka i poetka. Teatrzyki potworzą się nawet pod barykadami, a wiersze, wielokrotnie wzruszająco nieporadne, będą pisane dosłownie z głową na karabinie.

To właśnie pani Zofia Książek-Bregułowa zawsze była dla mnie żywym symbolem całego Powstania: kiedy szła walczyć, była świeżo upieczoną absolwentką podziemnego aktorstwa, a kiedy podczas walk wskutek wybuchu straciła wzrok, cała jej przyszłość na scenie została przekreślona. Dzisiaj jest poetką. Taka była dola młodych artystów z okupowanej Warszawy – jak poeta z Homera i Orchidei, dramatu Gajcego, pani Zofia stała się twórcą, który oślepł i cierpiał, aby okupić rolę wybranego przez Muzy. Wielu za życie w „czasach ekstatycznych” zapłaciło jeszcze wyższą cenę.

Twórczość i postawa tego jednego pokolenia, które dojrzewało w czasie okupacji, jest fenomenem na niezwykłą skalę. Jest prawdziwym tragicznym węzłem: to była jedna z najwartościowszych generacji w naszych dziejach, a przez hekatombę, jaką sama z siebie złożyła, sprawiła, że przekaz naszej tradycji został mocno nadwyrężony. Z drugiej strony, wartościowość tego pokolenia dostrzegamy właśnie w jego ofierze, a wyrazistość tej ofiary sprawia, że pewne wartości wciąż są dla nas ważne. Powstanie to pytanie, na które niełatwo znaleźć odpowiedź.

Wskutek Powstania także Warszawa stała się polskim „miejscem świętym”, prawdziwą stolicą, miejscem, w którym objawiła się, jak pięknie pisał Dariusz Gawin, polska wspólnota – klasyczna i arcypolska idea rzeczy wspólnej i wolności, dla której naprawdę warto było umierać. Jak pisał Gajcy, „Jak nie kochać strzaskanych tych murów, / Tego miasta, co nocą odpływa, / Kiedy obie z greckiego marmuru: / I umarła Warszawa, i żywa”.

(Warszawa, sierpień 2007; Zakrzówek, sierpień 2011)