Hannah Arendt. Szlemiel i banalność zła

Panowało straszne zimno, śnieg chrzęścił pod stopami, a ten padający osiadał na twarzy wilgotną warstwą. Weszliśmy do pierwszej lepszej kawiarni.  Przyjechaliśmy zbyt wcześnie, bo honda, ten japoński cud techniki z końca lat 1990-tych, bez problemów zapaliła na mrozie, a potem znakomicie poradziła sobie z zaśnieżonymi ulicami.

Teraz zatem zamówiłam brownie, piłam kawę. Za oknem panował zimowy wieczór. Po drugiej stronie ulicy widać było przeszkloną ścianę cukierni Michalskiego, urządzonej po staroświecku, z kwiecista tapetą i stolikami przykrytymi koronką. Jadłam spokojnie i, patrząc z jednej ekskluzywnej kawiarni w okna drugiej, miałam mieszane uczucia. Byłam trochę jak Bobkowski, który w Paryżu cieszył się życiem, kiedy na wschodzie Europy strzelano na ulicach. Przyznaję, było to dojmujące uczucie – i w sumie nowe, jeśli chodzi o paletę polskiego odczuwania; poczucie bycia sytym Zachodem w stosunku do Ukrainy, skąd docierały wstrząsające informacje o śmierciach, w tym o śmiertelnych pobiciach, których dokonano w lesie. Na tyle było jeszcze we mnie polskiego mesjanizmu, który każe poświęcać siebie dla ustanowienia lepszego świata, że budził się we mnie kompleks dezertera. Nie miałam jednak pewności, czy był słuszny.

Zobowiązani jesteśmy nieść pomoc wszystkim, którzy cierpią, to jasne. W tym wypadku zbyt łatwo było jednak ulec bezwarunkowej empatii. Ulegamy jej zawsze, kiedy zmienną w politycznym równaniu staje się Rosja. Od dawna wiadomo, że politykę zupełnie niezależną od resentymentów jesteśmy w stanie prowadzić  jedynie w kierunku zachodnim – a i to nie zawsze. Oczywiście, współczułam Ukraińcom na Majdanie, zwłaszcza w taką pogodę jak dzisiaj. Zgadzałam się jednak z T., że wsparcie dla nich jest oczywistą opcją, ale tylko w granicach korzystnych dla Polski. Miłość ludzkości powinna być stopniowalna.

T. był pochłonięty Kijowem; sprawdzał ciągle informacje na swoim smartfonie. Cud, że wyszedł z domu. Tylko dla Hanny Arendt dało się go wyciągnąć sprzed komputera (uwielbia ją za jej pisma o idei polityczności, ja – za całokształt), ale i teraz, kiedy czekaliśmy na film w kinie „Pod Baranami”, jedna z najwybitniejszych intelektualistek XX wieku zlewała mu się z Majdanem. Mówił, że na Ukrainie mają prawdziwą rewolucję, taką w znaczeniu autorki „Kondycji ludzkiej”, gdzie podmiotem staje się właśnie buntujący się lud, a nie jego pośrednicy; gdzie zbiorowość podejmuje decyzje, a wszelkie ustalenia negocjowane przy stołach różnego kształtu muszą uzyskać ludową sankcję – albo pozostają nieważne.

Hannah_Arendt_Film_Poster

Idea wolności politycznej, tak jak rozumiała ją Arendt, polega na osobistym spotkaniu z innymi i wspólnym podejmowaniu decyzji. Jest pewnym napięciem, które wydarza się pomiędzy ludźmi zgromadzonymi w jednym miejscu i władnymi, aby o sobie decydować. Podstawowym środkiem polityki jest zatem słowo, które mówimy do innych, aby ich przekonać do własnego zdania, albo by wypracować wspólne stanowisko. Władzę sprawuje się właśnie za pomocą słów, bez uciekania się do przemocy. Przemoc, tępa i niema, jest zatem z definicji niepolityczna, chociaż może doprowadzić do pojawienia się wolności politycznej. Na tym polegają rewolucje, pisała Arendt.  I to chyba zaczynało wydarzać się na Majdanie, kiedy my piliśmy kawę w kawiarni „Aida”, a T. po raz kolejny sprawdzał pocztę: – Ukraińcy stworzyli sobie przestrzeń polityczną, rozgrywają to lepiej niż my.

Wspominam o tym, bo z filmu Margarethe von Trotta o Hannie Arendt, który oglądaliśmy potem „Pod Baranami”, niewiele można dowiedzieć się o zagadnieniu wolności politycznej, centralnym przecież dla tej intelektualistki. Niewielu pamięta o tym, jak bardzo było ważne, a przecież nawet opisana przez nią banalność zła wypływa właśnie z tego problemu. Arendt była bowiem pasjonatką polityki, wielkim teoretykiem starożytnej idei republikańskiej. Odmawiała filozofom prawa do zajmowania się inżynierią ustrojową. Filozofia polityczna była, jej zdaniem, szkodliwą anomalią; polityka wydarzała się bowiem jedynie między ludźmi, wszelcy następcy Platona, pragnący zarządzać odgórnie i systemowo, byli zaś niebezpiecznymi uzurpatorami, planującymi zamach na istotę wolności. Sama sobie odmawiała zresztą z tego tytułu miana filozofa; miała się za myślicielkę polityczną.

Najnowszy film von Trotta to, oczywiście, popowa wersja Hanny Arendt, skupiona jedynie na sprawie Eichmanna, w dodatku podanej w wersji instant. Scenariusz pokazuje kulisy powstania „Eichmanna w Jerozolimie”, najsłynniejszej książki Arendt, w której myślicielka z charakterystyczną dla siebie pieczołowitością prześwietliła sposób funkcjonowania nazizmu na przykładzie jego sztandarowego pracownika. Intelektualistka sformułowała tam swoją słynną tezę o banalności zła.

Nie chodzi tu bynajmniej o to, że słynny SS-man okazał się nie bestią spod znaku Hannibala Lectera, lecz urzędniczyną – a przynajmniej nie tylko o to. Za nijakością Eichmanna stało przecież coś więcej: Arendt (w książce, bo nie w filmie) pokazała mechanizmy, które umożliwiły „Ostateczne Rozwiązanie Kwestii Żydowskiej”: pojawienie się człowieka gotowego do całkowitej rezygnacji z samodzielnego osądu w imię przynależności do większej grupy; marzącego jedynie o awansie, a myślącego za pomocą sformułowań i praw, które podsuwali mu przełożeni. „Był [on] zdolny do wysłania na śmierć milionów ludzi, a nie potrafił mówić na ten temat we właściwy sposób, nie otrzymawszy <reguły językowej>”, notowała myślicielka, po raz kolejny wskazując na związek wolności z dobrze używanym słowem. Nawet ostatnia przemowa SS-mana, wypowiedziana tuż przed egzekucją, a zatem w momencie dramatycznym z punktu widzenia samego Eichmanna, była jedynie krótkim zlepkiem mów pogrzebowych zasłyszanych gdzie indziej; wiązanką nic nie znaczących cytatów.

To zatem brak intelektualnej samodzielności, zbyt wielki nacisk położony na rozwój własnej kariery oraz instynkt stadny były czynnikami, które zrobiły z Niemca współtwórcę przemysłu śmierci. Eichmann był jedynie człowiekiem-wydmuszką. Granica pomiędzy nim a każdym z nas jest bardzo cienka. Totalitaryzm łatwo może się zatem powtórzyć. Już mechanizmy rządzące funkcjonowaniem koterii i środowisk Arendt miała za przeczące polityczności  i pre-totalitarne.

Ale książka pokazuje i inne wrażliwe punkty nazizmu, na przykład rozmycie odpowiedzialności. Eichmann specjalizował się w transporcie Żydów; podczas procesu nie udało się przekonująco udowodnić jego udziału w samym ludobójstwie, chociaż, oczywiście, miał świadomość tego, dokąd jadą wysyłane przez niego pociągi. Jego wina polegała zatem na ułatwianiu zbrodni i przyzwoleniu na nią. Arendt demonstruje też bezsilność sądów, które miały mierzyć się z rozliczaniem ludobójstwa; to, że niemal automatycznie stawały się miejscem przedstawień – zwłaszcza ten jerozolimski – często nie dotykając praktycznie istoty sprawy, nad którą miały deliberować.

W „Eichmannie” Arendt opisała wreszcie kwestię współpracy przywódców żydowskich z Niemcami podczas przeprowadzania Ostatecznego Rozwiązania. Kiedy myślicielka zaczęła publikację swojej relacji z procesu na łamach „New Yorkera”, to, rzecz jasna, właśnie ten ostatni problem spotkał się z największym odzewem, a Arendt – Żydówkę przecież – zaczęto odsądzać od czci i wiary. Odwrócili się od niej przyjaciele, a dawni admiratorzy włączyli się w wygodny – bo szeroki – front zaszczuwania, dając, nawiasem mówiąc, doskonały przykład na powszechność postaw, które opisała Arendt w „Eichmannie”. I na tym właśnie wątku von Trotta rozpięła swój film.

Chociaż więc dzieło niemieckiej reżyserki nie wykracza poza konwencję pop-filozofii, to przecież posiada plusy. Barbara Sukowa gra świetnie. Wspaniała jest scena finałowa, kiedy z katedry uniwersyteckiej Arendt broni swoich poglądów, a przede wszystkim prawa do niezależnego myślenia, do posiadania własnej opinii wbrew tyranii społecznych tabu. Znakomicie wybrzmiewa tam płeć głównej bohaterki, o co niewątpliwie chodziło autorce obrazu. Sukowa doskonale gra kobiecym roztrzęsieniem; pokazuje, jak, wiedząc, że ma rację, Arendt jest w stanie nad nim zapanować. Wcześniej – nawet w chwalonej po wielokroć „Róży Luksemburg” – Sukowej nie udawało się grać na takim poziomie (tu pełna zgoda z innymi komentatorami: von Trotta kręci w zasadzie ciągle ten sam film, zwykle z tą sama aktorką; ale ten akurat jest całkiem dobry).

Widzimy zatem, jak Arendt słuchają studenci, często nierozumiejący o co właściwie chodzi, ale porwani jej charyzmą. Słuchają jej szykanujący ją koledzy. Autorka „Korzeni totalitaryzmu” składa tymczasem hołd temu, czego nauczyła się od swojego mistrza Heideggera (i robi to trochę przeciwko Heideggerowi, który przecież zaangażował się w nazizm); składa hołd namiętności – właśnie tak: namiętności – myślenia.

W filmie w dosyć zabawny sposób został pokazany wątek damsko-męskiej Hassliebe. Wygląda na to, że Arendt tak miewała: mężczyźni bywali w niej zadurzeni, a potem gwałtownie się od niej dystansowali, niszczyli wręcz, co często było alergiczną reakcją na jej niezależność. Nie sądźmy jednak, że, pokazując to, von Trotta serwuje nam tutaj jakąś feministyczną ideologię; to byłoby zbyt łatwe. Wydaje się, że tego typu reakcje wykraczają poza jakikolwiek feminizm czy patriarchalizm i są zakotwiczone gdzieś na najbardziej podstawowych poziomach kultury, tam, gdzie ta kultura łączy się jeszcze z biologiczną walką o dominację.

Sama Arendt miała zresztą tego świadomość. Za młodu, kiedy pozwalała sobie jeszcze na romantyzowanie własnego niedostosowania – na tle etnicznym, ale przecież nie tylko – zajmowała się przecież Rahel Varnhagen, cytując obficie fragmenty jej egzaltowanych listów: „>Bądź wrażliwa, spoglądaj na świat, jak niewielu na niego spogląda, bądź wielka i szlachetna, wiecznego myślenia również ci nie odmówię. O jednym jednak zapomniano: bądź Żydówką<, i już całe moje życie jest jednym wielkim wykrwawianiem się; jeśli zastygnę w bezruchu, mogę odroczyć koniec; każdy ruch, niezbędny, aby zatamować krew, oznacza nową śmierć; a bezruch jest dla mnie tylko w śmierci możliwy”. Życie Arendt niewątpliwie bywało egzystencją szczutego zająca lub – trzymając się żydowskiego terminu – szlemiela, osoby nie pasującej do otoczenia, którą prześladuje pech.

Tym bardziej inspiruje cechująca ją odwaga myślenia. „Bo gdy życie rzeczywiście nie uda się w kilku ważnych sprawach, jakich od niego naturalnym trybem oczekujemy, wówczas rozwój – jedyna ciągłość w czasie, jaką zna natura – urywa się, a ból bierze górę”, pisała w „Rahel…”. W przypadku Arendt nie wziął. I film Margarethe von Trotta posiada na pewno tę zaletę, że o tym przypomina.

Wyszłam z kina zbudowana. I kiedy, walcząc z zacinającym śniegiem, szliśmy Gołębią w stronę Piłsudskiego, gdzie czekała honda, pomyślałam, że to chyba najważniejsza rola sztuki – wysokiej czy niskiej, nieważne, bo to rozróżnienie jest zupełnie drugorzędne – żeby nas utwierdzała w trzymaniu postawy wyprostowanej, zwłaszcza wtedy, kiedy innych ogarnia masowa histeria i kiedy racje rozsądku po prostu przestają się liczyć.

Newsroom. Prywatna wojna Aarona Sorkina

Aaron Sorkin to autor między innymi inteligentnych scenariuszy do The Social Network i Wojna Charliego Wilsona oraz jednego kultowego serialu, The West Wing. Właśnie tworzy kolejny, który miał powtórzyć tamten sukces. Jego najnowsze dzieło, Newsroom, to jednak zaledwie blady cień wspaniałej sagi o Białym Domu. Jest dużo mniej uczciwe.

Sorkin uwielbia pokazywać kulisy polityki i mediów, wtykać palce w mechanizmy władzy czy pokazywać, jak urabia się prawo – i robi to świetnie. Wydaje się także wierzyć w to, że zarówno politycy jak i media mają prawdziwą misję i że powinni tą misję spełniać. W swoich scenariuszach chce pokazywać właśnie takich bohaterów, Don Kichotów chcących robić słuszną i skuteczną politykę, albo rzetelne dziennikarstwo. Tyle teorii. Zanim zanurzymy się w politycznych narracjach Sorkina, trzeba zdać sobie sprawę ze specyfiki jego poglądów. Autor scenariusza do The West Wing jest zatwardziałym lewicowcem, ale swoje lewicowe poglądy nazywa centrowymi. Co gorsza, z wiekiem zdaje się tracić do nich jakikolwiek dystans.

Zacznijmy od tego, za co lubię Sorkina: serial The West Wing („Zachodnie skrzydło”, chodzi o to skrzydło Białego Domu, w którym pracuje prezydencka ekipa, skąd prowadzi się wojny, wytycza politykę medialną i gdzie wytwarza się prawo; w Polsce serial funkcjonował jako „Prezydencki poker”, ale to tytuł dość kuriozalny, nie będę się zatem nim posługiwać). Prezydent Jed Bartlet (znakomity Martin Sheen) to wierzący i praktykujący katolik, dobroduszny mędrzec, noblista w dziedzinie ekonomii, prawdziwy ojciec narodu. Otacza go wianuszek błyskotliwych, młodych prawników, którzy piszą dla niego ustawy i przemówienia, omijają rafy republikańskiej większości w kongresie, zdobywają polityczne poparcie dla projektów itd. itp.

W serialu niby nic się nie dzieje, bo nawet wojenne interludia, polegające na tym, że Bartlet schodzi do „Situation Roomu”, aby wysłuchać raportów i uruchomić wojskowe operacje, mówiąc „Go”, nie mają szczególnie epickiego charakteru. Ale historia bardzo wciąga, jest świetnie napisana. My naprawdę chcemy się dowiedzieć, co będzie dalej z tą czy tamtą ustawą, wysłuchujemy fragmentów dorocznej przemowy prezydenta, State of The Union, i czujemy to samo napięcie, co jej autorzy. Tak samo czekamy na sondaże. Co powiedziała na to Ameryka? Jak zareagowała na kontrowersyjne zdanie, które w ostatniej chwili dorzucił asystent? Do tego dochodzi odważna gra konwencją. Podczas kampanii prezydenckiej, jaka toczy się pod koniec drugiej kadencji Jeda Bartleta (w ostatnim sezonie serialu) odbywa się debata nowych kandydatów na prezydenta, demokraty Matta Santosa (w tej roli Jimmy Smitts) i republikanina Arnolda Vinicka (Alan Alda). Ten odcinek „szedł” na żywo jako swoisty teatr telewizji. To było prawdziwe starcie. Aktorzy wyuczyli się ról, a przede wszystkim argumentów (wygląda na to, że sporo improwizowali), prawdopodobnie na sali była również prawdziwa publiczność (nie licząc kilku prowodyrów od wykrzykiwania skrajnych haseł).

Seriale Sorkina są pełne patosu. Na taką jego ilość nikt w Polsce by się nie zdecydował. Działalność polityków w The West Wing odbywa się w służbie USA, państwa które jest skarbem i ideą, źrenicą wolności. Kiedy demokratyczny prezydent wzywa zaciekłą republikańską prawniczkę, „aby mu służyła”, to ona, choć jego administracji po prostu nie znosi, zgadza się, bo przecież służba głowie państwa to zaszczyt, to obowiązek. Wiadomo, że w życiu sprawy zwykle mają się inaczej niż w telewizji, ale już samego faktu, że w USA można bez wstydu włożyć taką scenę do serialu, bardzo Amerykanom zazdroszczę.

I jeszcze potencjał popularyzatorski. Oglądając The West Wing poznamy sporo tajników amerykańskiego systemu politycznego. Sorkin, jak na Anglosasa przystało, zbudował swój serial na precendensach. Jeśli mamy odcinek o subtelnym mechanizmie senackiej obstrukcji (The Stackhouse Filibuster), to senator Stackhouse czyta z mównicy Szekspira i książkę kucharską, dokładnie jak podczas filibustera Hueya Longa w latach 30. XX wieku. A to tylko jedna z 86 hipotetycznych sytuacji, jakie pokazano w każdym z odcinków. Dowiemy się, jak odwołać wiceprezydenta USA i powołać nowego, jak dokonać zmiany prezesa Sądu Najwyższego (za Bartleta zostaje nim Glenn Close), a nawet że sam prezydent może odsunąć się od władzy, a następnie do niej powrócić, i tak dalej. Wydaje mi się też, że Sorkin dokonał czegoś zupełnie niezwykłego. Wymyślił dla USA młodego, ciemnoskórego prezydenta z Partii Demokratycznej na kilka lat przed wyborem Obamy (w serialu został nim Matt Santos, Latynos z Teksasu, który w ostatnim odcinku zastąpił Bartleta).

W The West Wing Sorkin był uczciwy, grał w otwarte karty. Nie ukrywał poglądów, prezentował swoją własną, wymarzoną administrację – ale to było jasne. Dlatego „Zachodnie skrzydło” pokochali również ludzie z drugiej strony barykady („Jestem konserwatystą i zupełnie się nie zgadzam, ale uwielbiam oglądać serial…” – pisali do niego widzowie). Tworząc apoteozę demokratycznych rządów i wykonując lewicujące rundy honorowe, Sorkin wspaniałomyślnie był czasami w stanie dostrzec jasne punkty po drugiej stronie barykady, więc w jego historii pojawiali się również ciekawi republikanie. W „Newsroomie” to się zmienia. – W przeszłości byłem oskarżany, że piszę same karykatury republikanów, więc proszę, Will to umiarkowany republikanin, żaden oszołom, błyskotliwy były autor przemówień dla prezydenta Busha seniora, który jednak nie zawaha się przypuścić szturmu na Tea Party i braci Koch – mówił scenarzysta w wywiadzie dla „Polityki”. Założenie jest słuszne, gorzej z realizacją. Bo ten umiarkowany konserwatysta, ten Don Kichot dziennikarstwa, jak swojego bohatera nazywa Sorkin, jak na razie zauważa kłamstwa tylko po stronie republikanów i tylko republikanów „rozjeżdża” na wizji, sprzedając nam jednocześnie (z pozycji obiektywnego mędrca, w dodatku sympatyzującego z prawicą) całe mnóstwo lewackich, bo już nawet nie lewicowych, sloganów. Dowiemy się na przykład, że zamachowcy z 9/11 to nie muzułmanie tylko szaleńcy, a chrześcijanie powinni się od nich odczepić, bo neonaziści działają właśnie w imię białych chrześcijan, podobnie zresztą jak robili to zabójcy Martina Luthera Kinga i Johna Lennona. I robią przeciwnicy aborcji.

Tym bardziej to wszystko groteskowe, że założenie serialu jest równie wzniosłe jak w przypadku The West Wing: media mają misję, powinny rzetelnie informować, tymczasem osunęły się masowo w tanią rozrywkę lub bezpardonową grę pomówieniem i populizm. Grany przez Jeffa Danielsa prezenter „Wiadomości” Will McAvoy ma być wzorem dziennikarza, który stoi na straży prawdy i nie godzi się na jakiekolwiek manipulacje. Sorkin kilka razy przemyci aluzję, że to Edward R. Murrow nowego typu… Ech, zdecydowanie wolę Sorkina-marzyciela niż Sorkina-populistę.

Ale i tak, nawet kiedy krzywię się w grymasie, słysząc płynące z ekranu lewackie slogany, po raz kolejny bierze mnie zazdrość, że Anglosasi mają takich scenarzystów i że potrafią robić tak dobrze obsadzone i zrealizowane seriale o polityce czy mediach. Powtórzę raz jeszcze to, co napisałam rok temu: polityka ma potencjał epicki. Polscy pisarze i scenarzyści ciągle nie chcą tego zobaczyć, lub, jeśli widzą, wychodzi im broszura propagandowa, tylko na ogół napisana dużo gorzej niż którykolwiek z Sorkinowskich dialogów. Popkultura, przy odrobinie polotu, może zaś szybować naprawdę wysoko – i Sorkin to wie.

Prywatnie o czarodziejach

To historia bardzo mroczna i w zasadzie nie dla dzieci, choć dla nich napisana. Pełna aluzji literackich i astrologicznych. Wraz z ostatnią ekranizacją kończy się „era Pottera”. (Uwaga, spoilery!)

Pamiętam oczekiwanie na część siódmą – książkę. W dniu premiery poszliśmy z mężem pieszo do Empiku, żeby ją kupić (całe szczęście, jeszcze była), a potem czytaliśmy ją na głos niemal przez całą dobę, symultanicznie tłumacząc zdanie po zdaniu z angielskiego i pokładając się na dywanie z emocji (podobnie czytaliśmy wszystkie poprzednie).

To fenomen. Literatura rzadko budzi takie namiętności. Że to czytadło dla dzieci? I owszem, ale nie kiepskie. Postaci bynajmniej nie są papierowe. Główny bohater jest irytujący, a potem i tak okazuje się, że intrygę cały czas trzymał w rękach ktoś inny. Główny biegun mądrości okaże się wystarczająco mądry, aby pokonać zło, chociaż kilka razy w niego zwątpimy. I Snape – arcydzieło. Zły nauczyciel jak stereotypowy jezuita z katolickiej szkoły, surowy i niesympatyczny, sprawiający wrażenie jednego ze złych bohaterów, okaże się na końcu jednym z najjaśniejszych punktów całej historii. Jego wątek Rowling tkała podskórnie, dopiero na samym końcu poznajemy całą prawdę.

JK Rowling nie jest sztampowa i całym garściami czerpie z cywilizacji Zachodu; ponoć jest bardzo oczytana, a ukrywanie wątków i zabawa słowami sprawiają jej wielką radość. W każdym razie w książkach znajdziemy mnóstwo aluzji: Chaucer, Szekspir, mitologia grecka, Beowulf, cała tradycja anglosaska z mitem arturiańskim na czele (czyż Dumbledore nie jest Merlinem?). – Do woli czerpałam z folkloru i mitologii, ale w ogóle się tego nie wstydzę, bo brytyjskie tradycje są bękartem. Ciągle nas ktoś najeżdżał i przyjmowaliśmy ich bogów i mityczne stworzenia. Właśnie dlatego nasz folklor jest jednym z najbogatszych na świecie. Stwierdziłam, że mogę swobodnie z niego czerpać i sama do niego pododawać nowe rzeczy – mówiła Rowling w wywiadzie, którego udzieliła Stephenowi Fry’owi w BBC.

Nie będę broniła Pottera od zarzutu, że może fascynować magią. Może. Ja jestem dorosła. Czytając, nie miałam wątpliwości, że magia w Potterze to tylko decorum, przypadkowe dekoracje, które można by zastąpić innymi. Tu nie chodzi o czary, chociaż one, oczywiście, narzucają się najbardziej i dodają całej historii rozmachu. Nie ma jednak wątpliwości, że dzieci, które chłoną opowieści w całości, bez literackich roztrząsań, mogą rozpocząć naukę zaklęć i astrologii. Chyba że czytają z rodzicami i oni wskażą im sedno tej historii. Sama Rowling tłumaczy się: – Uważam, że ludzie chcą oczyszczać literaturę dziecięcą (z takich wątków – przyp. MK), aby chronić dzieci przed ich własną wyobraźnią. Kilka lat temu byłam w USA przed Halloween. Na trzech kanałach telewizyjnych cały dzień wyjaśniano dzieciom, że to wszystko dzieje się na niby. Ale jest powód, dla którego obchodzimy te wszystkie pogańskie święta i tworzymy te historie. Potrzebujemy czuć strach i zmierzyć się z nim w kontrolowanych warunkach. To ważna część dorastania, aby nie stały się później jego ofiarą w prawdziwym świecie.

W książkach o Harrym Potterze tego strachu jest sporo. Decyzje jednostek zawsze wpływają na wynik całości. Strasznie to woluntarystyczne. Nie ma też tutaj Opatrzności, która czuwa (chrześcijaństwo jest jedynie kodem kulturowym), trup ściele się gęsto, a główny bohater wygrywa, nie dlatego, że mu to przeznaczono, tylko dlatego, że miewa szczęście. I że ma za sobą Dumbledora. – Moją ulubioną wypowiedzią o Harrym jest udzielona przez małego chłopca, który wystąpił w jakimś materiale telewizyjnym – zwierzała się JK Rowling Fry’owi. – Małego spytano, dlaczego lubi postać Harry’ego. „Przez większość czasu wydaje się nie mieć pojęcia, co robi. I ja też”, odpowiedział.

Ale przede wszystkim to opowieść o miłości. Wcale nie jakiejś ogólnoludzkiej czy o umiłowaniu dobra, ale tej najbardziej konkretnej i silnej – jednostkowej. Potter wygrywa, bo matka oddała za niego życie. Bo Snape kochał jego matkę do szaleństwa i ze względu na jej pamięć ryzykował nieustannie, pomagając Harry’emu mu przez wszystkie lata (ten wątek – łagodnej i dobrej Lily Potter zdradza ego autorki; w ostatecznym rozrachunku to przez Lily dobro zwycięża. Widać, że książki pisała matka, kobieta). Harry wygrywa wreszcie, bo ufa bezgranicznie przyjaciołom, a oni go nie zawodzą.

I ta szkoła! Ile bym dała, żeby móc taką skończyć, nawet jeśli zamiast zaklęć uczono by mnie tam polskiego i chemii. Kolegium z internatem, z dala od miasta, o kilkusetletniej tradycji. Pełne charyzmatycznych nauczycieli, a przede wszystkim kultywujące tradycję poszczególnych burs, ze szkolną rywalizacją sportową.

Ekranizacje zrobili Amerykanie, ale JK Rowling była na miejscu i pilnowała, żeby nie utraciły ani joty ze swojej brytyjskości. – To historia angielska szpiku kości. W zasadzie brytyjska, bo przecież Hogwart jest w Szkocji – wyjaśniała. Gdyby adaptacja utraciła ten rys, po prostu rozpadłaby się na kawałki, i ja nie mam co do tego wątpliwości.

Filmów jest, jak wiadomo, osiem. Pierwsze dwa, bajkowe, wyreżyserował Chris Columbus. Widać było jednak, że jego formuła się wyczerpała, dlatego trzeci film oddano w „nowe” ręce. Ta „brudna”, postmodernistyczna trójka („Harry Potter i więzień Azkabanu”), wyreżyserowana przez Alfonso Cuarona, ze wspaniałą ścieżką dźwiękową, jest moją ulubioną adaptacją Harry’ego. Najmniej ulubioną jest z kolei czwarta, zbyt „nastolatkowa” (reż. Mike Newell). Ostatnie cztery filmy są jednak znowu znakomite. Widać, że David Yates, który je wyreżyserował, rozumie tę historię, że ją „czuje” i że się nią bawi. A o to przecież tutaj chodzi.

Wszystkie filmy serii są dopracowane w najmniejszym szczególe. Oglądając je po kilka razy, zawsze znajdowaliśmy nowe, zabawne elementy. No i aktorzy! Na planie Pottera spotkały się absolutne gwiazdy brytyjskiego (i światowego kina): Gary Oldman, Ralph Fiennes (znakomity zwłaszcza w czwórce), Kenneth Branagh, Emma Thompson, Michael Gambon, Alan Rickman (Snape), Maggie Smith, Julie Walters i, last but not least, Helena Bohnam-Carter. Ta ostatnia to objawienie. Czytając książkę, zastanawiałam się, jak w ogóle można zagrać Bellatrix Lestrange (główna zła postać kobieca), ale Bonham-Carter, która pojawiła się w piątym filmie, jest w tej roli absolutnie zjawiskowa. Twierdzę, że seria o Potterze to absolutna klasa jeśli chodzi o aktorstwo charakterystyczne, scenografię i kostiumy.

Pierwszy raz zdarzyło się też chyba, że ekranizacje wpływały na książkę, bo jej kolejne części powstawały równolegle z ekranizacjami pierwszych. Wiadomo, że rola Robbiego Coltrane’a (Hagrid) wpłynęłą na autorkę książki, kiedy pisała kolejne części. Jestem pewna, że podobnie było z Emmą Watson, grającą Hermionę. Podobno trudno je od siebie odróżnić.

Kończy się epoka. Zazdroszczę Brytyjczykom tych ich opowieści; brytyjskich do przesytu. Zazdroszczę, że ciągle znajdują inspirację we własnej przeszłości. Historia Harry’ego Pottera jest znakomicie napisana i znakomicie zekranizowana. Jest pochwałą bohaterstwa, poświęcenia i miłości. Czego chcieć więcej?

Polityka ma potencjał epicki

Niechcący zrobię kolejny wpis o Anglosasach.

Niedawno miałam okazję obejrzeć całą „trylogię Blaira”, filmy scenarzysty Petera Morgana. Wspominam o tym, bo na horyzoncie pojawił się kolejny film o brytyjskiej polityce. Wejdzie do kin na początku przyszłego roku.  Ale po kolei.

Jaka jest brytyjska klasa polityczna według Petera Morgana? Fascynująca. Pierwszym, wyprodukowanym na rynek brytyjski filmem, była „The Deal” (Umowa – 2003) o relacjach pomiędzy Gordonem Brownem a młodym, emergicznym Blairem (Michael Sheen); opowieść o tym, jak dwaj młodzi przywódcy laburzystów walczą o tekę premiera i, co za tym idzie, nowe oblicze partii. W długiej rozgrywce, pełnej przyjacielskich dyskusji, a potem podchodów, kończącej się jednak męskim spotkaniem „oko w oko”, wygrywa Blair.

Ciąg dalszy historii porusza „The Queen” (Królowa – 2006), oskarowa superprodukcja ze wspaniałą Helen Mirren w roli brytyjskiej monarchini. W rolę Blaira wciela się ponownie Michael Sheen. O ile „Umowa” to po prostu opowieść polityczna, o tyle w „Królowej” mamy już, poza oczywistą historią śmierci i pogrzebu księżnej Diany, wątki polityczne i metafizyczne. Bo jest tam trochę o istocie królewskości – czym właściwie jest? Czy wciąż może być atrakcyjna? Czy może iść na kompromis z kulturą masową i masowymi emocjami? Jak daleko idący kompromis? Elżbieta II musi odpowiedzieć sobie na te pytania w obliczu międzynarodowej żałobnej histerii, której zupełnie nie rozumie. I tutaj pojawia się Blair, lewicowiec, który stopniowo staje się „ga-ga for the queen”; ulega urokowi instytucji, którą wcześniej chciał nawet zlikwidować. Królowa, niemal wbrew sobie, odkrywa w nim partnera, z którym może pokonać kryzys monarchii. W tle historii pojawia się królewski czternastak – wspaniały jeleń, którego upolowanie było kiedyś domeną władcy. Teraz zabija go bogaty przedsiębiorca, który wykupił prawo do polowania na posesji sąsiadującej z królewską. Elżbieta II rezygnuje z wakacyjnych łowów, zgadza się na dyktat Blaira i wraca do Londynu, aby ukorzyć się przed ludem. (Mitotwórcza siła „Królowej” uwidoczniła się, kiedy Tony Blair w 2010 roku opublikował swoje wspomnienia. Okazało się, że pamięta wszystko dokładnie tak samo jak w filmie!)

„The Special Relationship” (polski tytuł: Władcy świata, 2010) to z kolei historia przyjaźni Blaira i Clintona. Blair (oczywiście, gra go Sheen) jest początkowo uczniem amerykańskiego przywódcy, Clinton udziela mu porad i wspomaga w trudnych momentach (na przykład podczas rozmów pokojowych w Irlandii Północnej). Prezydent USA ma wizję: oto na „joystickach” dwóch mocarstw kciuki trzymają podobnie myślący liberalni demokraci. Można teraz pokierować historią, odwrócić pewne trendy na dłużej. Ale – znów – Blair wbrew Clintonowi nakłania ONZ do interwencji w Kosowie; przemawia jak republikanin, zdradza pasje konserwatysty (nawiasem mówiąc, Tonibler to dzisiaj w Kosowie bardzo popularne imię). Po przegranej Clintona odważnie idzie na spotkanie z Bushem, tym razem już jako równoprawny partner.

Peter Morgan jest rownież autorem scenariusza filmu „Frost/Nixon” (scenariusz powstał zresztą na podstawie sztuki teatralnej Morgana), gdzie Sheen pojawia się ponownie, ale tym razem jako dziennikarz David Frost, który w pojedynkę podejmuje sąd nad Richardem Nixonem. I znowu mamy tu kilka wątków: rzetelności dziennikarskiej, problemu wierności własnym przekonaniom, kiedy wymogi oglądalności są bezlitosne, wreszcie niejednoznacznego osądu samego Nixona.

Dzisiaj zupełnie przypadkiem natrafiłam na trailer kolejnej premiery – „The Iron Lady”. O Margaret Thacher, w którą wcieli się genialna Meryl Streep. Scenariusza nie napisał, co prawda, Peter Morgan, ale już ten pierwszy trailer pokazuje, że film będzie, jak trzeba, jednocześnie poważny i zabawny (miejmy jednak nadzieję, że nie aż tak zabawny, jak „W.” Olivera Stone’a, gdzie pamflet wygrał z rzetelną analizą). Thacher to dopiero zagadka: kobieta, która niemal w pojedynkę zmieniła państwo. Ów paradoks widać już w trailerze: odda kapelusz, ale perły w ogóle nie podlegają dyskusji. Tak samo będzie ze strajkującymi.

Polityka ma potencjał epicki. Anglosasi widzą to wyraźnie; może im łatwiej, bo mają na podorędziu niezmordowanego Morgana, który w mgnieniu oka dostrzega w politycznych rozgrywkach akty o potencjale Szekspirowskiego „wielkiego mechanizmu”. Blair, Nixon i Thacher mogą rozpalać emocje. W polityce z jednostkowych decyzji rodzą się przecież fakty narodowe i międzynarodowe.

Ale i współczesna polska polityka ma taki potencjał; być może nawet większy, bo i różnice pomiędzy naszymi dramatis personae są obecnie jakby jaskrawsze niż na Zachodzie, a postawy bardziej spolaryzowane. Nie wmawiajmy sobie, że ktoś z najwyższych szczytów władzy nie jest interesujący. Tam można podejmować decyzje, które zmieniają dzieje (albo ich nie zmieniają, chociaż potrzeba zmiany), można wykonywać widoczne gesty; te, które się wykonuje, mówią wiele o „węźle tragicznym”, w którym aktualnie się znajdujemy. Jeśli je wyłowić, pomogą w diagnozowaniu miejsc największego zapętlenia. To stara prawda: na trudne sytuacje nie ma niczego ponad sztukę.

Jednorazowość po polsku

Nie raz zastanawiała mnie jednorazowość polskich przedsięwzięć. Jeśli raz sfilmowaliśmy „Potop”, to nie musimy już tego robić drugi raz. Jeśli Jasienica napisał popularne książki o historii Polski, to nikt więcej nie musi już tego robić.

Powrócę jeszcze do brytyjskiego amor historiae – tam telewizje publiczne i komercyjne co kilka lat filmują najważniejsze pozycje anglosaskiej klasyki. Robi to również Hollywood. I nikt nie zapomina tych największych ekranizacji, zrobionych przez najważniejszych twórców. Ale ciągle pojawiają się nowe intepretacje i nowi aktorzy, dzięki którym Jane Austen, siostry Bronte czu Charles Dickens stają się bohaterami pop-kultury. Widzów najnormalniej w świecie interesuje, czy nowa „Emma” Austen jest równie udana jak starsze wersje, a Rochester z nowej adaptacji tak samo przystojny (lub nie, bo Rochester niby ma być brzydki, choć, oczywiście, rzadko bywa) jak Timothy Dalton. Nie mówiąc już o panu Darcym. I nie gorszmy się, że miłość do klasyki jest tu podszyta niższymi instynktami (czytaj: chęcią oglądania przystojnych aktorów i pięknych aktorek). Taka jest natura człowieka; dobrze, jeśli potrafimy te „pasje” kierować ku rzeczom wzniosłym. Za zainteresowaniem twarzą Keiry Knightley (ostatnia ekranizacja „Dumy i uprzedzenia”) idzie przecież zainteresowanie dziełami Jane Austen.

W tym roku Hollywood wypuściło kolejną adaptację „Jane Eyre” Charlotte Bronte (Mia Wasikowska i Michael Fassbender w rolach głównych). Zaledwie cztery lata po ostatniej, niezmiernie udanej, wyprodukowanej przez BBC (Ruth Wilson, która grała tam Jane, była absolutnie zjawiskowa; odsunęła w cień Samanthę Morton i Zelah Clarke z poprzednich wersji).

„Jane Eyre” to znakomita książka. Bronte w opisie indywidualności kobiety osiągnęła chyba wszystko. Na niej feminizm mógłby się w zasadzie zatrzymać, bo każdy krok naprzód był już wypaczeniem. Jane Eyre to typ kobiety niespokojnej, w której naturze leży ciągła chęć rozwoju; która nie chce zgodzić się na przypisaną jej przez kulturę pasywną rolę (słynny cytat: „The restlessness was in my nature; it agitated me to pain sometimes”). I pozostaje aktywna, chociaż czeka ją mnóstwo rozterek, w tym wybór pomiędzy miłością a wiernością Ewangelii. Wybiera dobrze: Ewangelię, i odtąd Opatrzność jej błogosławi. Także Rochester zda swój test moralny, zanim uzyska spełnienie.

Bronte, podobnie jak Austen, była córką pastora. I podobnie jak Austen, ukrywała w swoich książkach odważny projekt etyczny. Całe szczęście to XIX-wieczny romans, więc wszystko kończy się szczęśliwie – to znaczy: „Reader, I married him…” („Czytelniku, wzięłam z nim ślub…”). W tym wypadku to kobieta zaślubia swojego wybranka, nie odwrotnie; chociaż Bronte nie uważa wcale, aby musiało to być normą obowiązującą.

Na przykładzie dwóch ostatnich ekranizacji tej książki widać, jak anglosascy scenarzyści, aktorzy i reżyserzy nieustannie pracują nad nowymi odczytaniami dawnych treści, jak tasują wątki. Zaryzykuję stwierdzenie, że tak elektryzującej i poruszającej sceny powrótu Jane do Rochestera jak w ekranizacji z Ruth Wilson (2006) długo już nie zobaczymy. Ale najnowsza adaptacja również jest wspaniała. Mia Wasikowka jest bardzo przekonująca, a Fassbender, jak trzeba, przystojny.

W Polsce ekranizacja danego dzieła, zwłaszcza jeśli dokona jej Wajda lub Hoffmann, po prostu uśmierca dzieło. Odtąd jesteśmy już skazani na tę jedną wersję i jedną interpretację. Chroniczna jednorazowość, która zabija naszą kulturę.

Klasyka jest klasyką, jeśli żyje. W tym kontekście możemy zaryzykować twierdzenie, że polska klasyka ledwo zipie. A zatem: kiedy doczekamy się nowego „Potopu”? Chętnie zobaczę nowego Kmicica. Myślę, że nie ja jedna.

POST SCRIPTUM

Krewna Asia: „Chętnie bym te nowe ekranizacje zobaczyła, tylko z równie „świeżymi”i aktorami. Najlepiej z takimi o których jeszcze pudelek nie pisał”

Odpowiadam: BBC w swoich adaptacjach zawsze wprowadza nowych aktorów, którzy występują za ekranie obok sław. Ruth Wilson , Jane Eyre z 2006 roku, to klasyczny przykład takiego debiutu. A ekranizacje BBC mają siłę wyrzutni. Nowa twarz, Timothy Dalton, Rochester z 1983 roku,  zaraz po „Jane Eyre” został Bondem. Obyśmy mieli podobne wyrzutnie w Polsce.

Tutaj znajdą Państwo mój tekst o brytyjskich ekranizacjach prozy Jane Austen: http://www.polskieradio.pl/24/289/Artykul/167542,Sfilmowac-Jane