Andrzej Kijowski – projekt niedokończony 

[Poniższy tekst powstał kilka miesięcy temu na zamówienie Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie. Napisałam go szybko, w zasadzie w zaledwie kilka dni, dlatego wnikliwy czytelnik znajdzie w nim pewne braki. Całość dostępna tutaj: http://skarbsolidarnosci.pl/wp-content/uploads/2014/02/Kwaśnicka-Kijowski-projekt-niedokończony.pdf ]

andrzej kijowski

*

Kiedy myślimy o tym, co warto ocalić z dorobku Solidarności, zwykliśmy wymieniać zjawiska z zakresu życia społecznego: pojednanie, poczucie odpowiedzialności za wspólnotę polityczną – i tak dalej. Wydaje się jednak, że dziedzictwo to można potraktować szerzej – bo przecież proces, który doprowadził do Sierpnia 1980 roku i późniejszych wydarzeń, rozpoczął się wcześniej, jeszcze w latach 1970-tych, i od samego początku byli weń zaangażowani czołowi polscy intelektualiści tego okresu. Każdy z nich wchodził do środowiska opozycyjnego z własnym dorobkiem, każdy też sam był potem przez Solidarność kształtowany.

Dokładnie tak było w przypadku Andrzeja Kijowskiego (1928-1985). […] Kijowski brał udział w najważniejszych przełomach politycznych swojego czasu. W 1968 roku był autorem słynnej rezolucji Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich, żądającej zniesienia cenzury. W latach 1970-tych angażował się w działalność powstającej opozycji, był sygnatariuszem listów protestacyjnych do władz PRL np. Memoriału 101 czy w obronie robotników Radomia. Kiedy w 1980 roku wybuchła Solidarność, nie pojechał do Gdańska, chociaż mógł. […] Ostatecznie zaangażował się, ale zbyt późno – i pojechał wspierać strajk w Szczecinie.

Był także Kijowski – last but not least – krytykiem literackim, i to zdecydowanie lepszym niż pisarzem; jednym z najlepszych krytyków, jacy pojawili się nad Wisłą w XX wieku. Piszę to z pełną świadomością, pamiętając chociażby o Stanisławie Brzozowskim czy Karolu Irzykowskim i zdając sobie sprawę z tego, że teksty Kijowskiego były nierówne i niejednorodne. Zarzucano mu przecież, że pozycje, z jakich krytykował innych, zmieniał jak rękawiczki, i że ciągle przeczył sam sobie. Zdzisław Łapiński nazwał go nawet „gwałtownikiem nieistniejącej sprawy” – choć to akurat określenie jest nieco na wyrost, bo u Kijowskiego nie zmieniało się przecież jedno: marzenie o arcydziele. To ono kierowało jego poszukiwaniami, czasami chaotycznymi, a jednak mającymi doprowadzić go do wymarzonego celu. Przez całe życie pracował nad projektem satysfakcjonującej go literatury. Rozwijał się, próbował rożnych kryteriów.

Zaczynał jako nieco nieortodoksyjny marksista – jak cała szkoła krytyków, która terminowała pod okiem Kazimierza Wyki. Kijowski przeszedł przez nią w latach powojennych, studiując na krakowskiej polonistyce razem z autorami tak później ważnymi jak Jan Błoński czy Konstanty Puzyna. Przeżył okres fascynacji Gombrowiczem, aby wreszcie wyrosnąć z jego egotyzmu i zarzucić mu, że „stylem zastąpił myślenie”. Sam chciał napisać nowe „Próby” (a zatem dzieło na miarę Montaigne’a, wielkie i przełomowe, choć fragmentaryczne). Tworzył eseje historyczne – zasłynął zwłaszcza jego „Listopadowy wieczór”. Popularyzował literaturę polską – i tak powstał szkic o Marii Dąbrowskiej. Przekładał Baudelaire’a, bo był dla niego przykładem geniusza, który wielkie dzieło stworzył z okruchów, a mimo to dokonał przełomu literackiego. Kijowskiego fascynowała wreszcie osobowość Maurycego Mochnackiego, żarliwa, spalająca się w akcie krytycznym, oddana sprawie literatury narodowej – a zatem i ducha narodowego, bo literatura jest przecież zawsze jest czymś więcej niż tylko literaturą; jest sprawozdaniem i projektem życia duchowego.

Przez całe lata 1970-te autor „Kronik Dedala” stopniowo zbliżał się do Kościoła, z którym zerwał za młodu. Zmagał się z wiarą „oficjalną”. Pod koniec życia – pod wpływem pontyfikatu polskiego papieża, ale nie tylko – odkrył Kościół na nowo. Wzbogacił wtedy swoje marzenia o wielkiej literaturze zapiskami na marginesie świętego Augustyna, a pisarstwo – które zawsze było dla niego czynnością wyższą, niemal mistyczną – zyskało obudowę teologiczną. Stało się chrześcijańskim powołaniem.

Mimo tak licznych inspiracji, kapryśności wręcz, transformacja Kijowskiego była zatem spójna, chociaż nie została dokończona – i pewnie dlatego tak trudno jest podsumować twórczość autora „Tropów” czy choćby poddać ją rzeczowej krytyce. Andrzej Horubała zarzucał późnym, religijnym tekstom Kijowskiego intelektualne kapitulanctwo. „[W „Tropach”] tworzy […] teksty poniżej swoich możliwości. Poniżej swojej drapieżnej inteligencji, tak wspaniale owocującej w polemice […]. Przeskok z niewiary w wiarę powoduje, iż osobiste wątpliwości, jakie towarzyszyły dawniej autorowi, zagłusza ton apologetyczny bądź opowieść o przeciętnych, powszechnych oporach budzonych przez fałszywe rozumienie Kościoła” – notował Horubała.

Do pewnego stopnia miał rację; Kijowski piszący o wierze nie pozostawił po sobie spuścizny o takiej sile rażenia jak jego pisma krytyczne. Powiem więcej: Kijowski w ogóle nigdy nie stał się pisarzem w pełni suwerennym, ani szukając wiary (bo przecież „Dziennik” pełen jest zapisków na jej temat; krytyk przepracowywał ją w sobie przez całe niemal dorosłe życie, więc jego nawrócenie było efektem długiego procesu, co wiemy dzisiaj, bogatsi o lekturę jego notatek osobistych), ani po jej odnalezieniu i utożsamieniu się z Kościołem. Nigdy nie stał się suwerenny, jeśli przez suwerenność będziemy rozumieć wypracowanie własnej formy myślenia i stosunku do rzeczywistości, która czyni danego autora wyrazistym punktem odniesienia w historii literatury. Wiedział to sam Kijowski – jego „Dziennik” to także nieustanne poszukiwanie swojego pisarskiego „ja”, ubolewanie nad własną nieforemnością, zapis niekończących się literackich stanów depresyjnych. Jego proza jest trudna w czytaniu, obsesyjna, żmudna. Autor „Arcydzieła nieznanego” zachwyca swoją drapieżnością i przenikliwością poszczególnych sądów, nie stając się nigdy w pełni literacką osobowością – bo osobowość taka musi wchłonąć i przekształcić świat, który opisuje, a Kijowski poddawał mu się i sam przez ten świat był przekształcany. Jego umysł pracował bez zarzutu tylko wówczas, kiedy posiadał punkt odniesienia w postaci cudzych tekstów, z którymi mógł polemizować. Świecił jedynie światłem odbitym.

Mimo to Kijowski może inspirować. Autor „Listopadowego wieczoru”, co zauważano wielokrotnie, przeszedł typową drogę intelektualisty PRL. Jak się okazało, doprowadziła go ona do chrześcijaństwa i Solidarności. Jego dorobek pozostał jednak otwarty. […] Czy zatem dziedzictwem Solidarności może być (niedokończony) projekt literatury i krytyki literackiej? Myślę, że warto się nad tym przynajmniej zastanowić. Poniżej postaram się wskazać kilka (spośród wielu) inspirujących punktów.

Krytyka literacka i automatyzm społeczny. Pisanie po Gombrowiczu 

Droga Kijowskiego była charakterystyczna także i pod tym względem, że – jak większość literatów polskich XX wieku – przeszedł okres głębokiej fascynacji Witoldem Gombrowiczem. Autor Ferdydurke był dla Kijowskiego niezmiennie ważnym punktem odniesienia, stał się też przedmiotem studium literaturoznawczego Strategia Gombrowicza, napisanego przez Kijowskiego dla PAN i drukowanego potem w „Twórczości”. Fascynacja ta została jednak zakończona uznaniem niewystarczalności filozofii autora Ślubu. Dzisiaj, kiedy dziedzictwo Gombrowicza nadal pozostaje w dużej mierze nieprzetrawione przez polskich czytelników, a mimo to nie przestaje oddziaływać na polską literaturę i fascynować jej kolejnych odbiorców, warto wziąć pod uwagę uwagi Kijowskiego – zarówno te, które poczynił w okresie, kiedy znajdował się pod wpływem Gombrowicza, jak i zastrzeżenia, które wysuwał przeciwko swojemu mistrzowi, kiedy ich literackie drogi rozeszły się, w latach 1970-tych oraz na początku lat 1980-tych.

[…]

Zbyt dużo ideologii, zbyt mało poczucia winy 

Kijowski wskazywał, że nasza literatura rodziła się nie, jak na Zachodzie, z chanson de geste, ale traktatów o naprawie Rzeczypospolitej; była zawsze pełna dydaktycznych wierszy, napomnień i przestróg. „Literatura ta nie może zgubić raz przyjętego tonu kaznodziejskiego: może z niego szydzić, ale nie obejdzie się bez niego nigdy. Wszystko, co produkuje poza tym urzędem nauczycielskim wydaje się jej nieistotne”. Właśnie dlatego nie interesuje się rzeczywistością, życiem i coraz trudniej jej jest nawiązać kontakt z człowiekiem jako żywą istotą, uwikłaną w nieusuwalne tragiczne dysonanse.

[…] Ten stan rzeczy miał, zdaniem Kijowskiego, swoją wyraźną przyczynę. Jak zauważał w jednej ze swoich najbardziej błyskotliwych szarż, literatura polska jest „niezmiernie zadowolona z siebie, pomimo wszystkich kompleksów niższości, jakie posiada. Jest taka od dawna, chyba od początków XIX wieku, od utraty niepodległości, od schyłku literatury stanisławowskiej […] – odkąd uznała się za literaturę narodu niewinnego. Poczucie niewinności uodporniło ją na przeżycia, które były decydujące dla literatury europejskiej XIX, a potem XX wieku. Uodporniło ją przede wszystkim na Dostojewskiego, na Dostojewskiego, który postawił kulturę właśnie przed problemem winy”.

[…]

„Wyznania” jako literatura totalna 

Każda prawdziwa literatura jest autobiograficzna, nawet jeśli doświadczenia autora są skrzętnie ukrywane pod postaciami jego bohaterów. Andrzej Kijowski przez całe życie chciał napisać jakiś rodzaj prozy autobiograficznej, pamiętnik lub powieść, a rozważania na temat tego, jak powinien to zrobić, jak żyć, aby było to godnym materiałem literatury, wreszcie – w którym miejscu zacząć narrację i jak uniknąć błędów, które popełniali inni autorzy tego typu dzieł (chociażby Maria Dąbrowska – Przygody człowieka myślącego zaczęła „zanadto z dala”) stanowią leitmotiv jego Dziennika. […] Marzenie o autobiografii nie zmieniło się także po nawróceniu krytyka. Powróciwszy na łono Kościoła, Kijowski chciał jednak literatury jeszcze prawdziwszej – i właśnie dlatego pod koniec życia – przeczuwając już, że ten koniec się zbliża – sięgnął po Hipponatę.

„Co mnie naprawdę pociąga: spisywanie czegoś w rodzaju autobiografii intelektualno-uczuciowej […]. Napisać w nich szkice […] – szkicować swoje własne Wyznanie, które będzie nie tyle wyznaniem, co zamknięciem pewnej epoki. Autobiografia, której nie ja będę bohaterem” – notował. Nie chodziło zatem o proste opowiedzenie o sobie, bo takie jest często aktem autodestrukcji. Autor opowiadający zbyt wcześnie i zbyt szczerze, nie mający nic do przekazania poza własną rozpaczą, po prostu rozmienia się na drobne i przestaje istnieć […]. Augustyn wyznawał tymczasem nie siebie, ale swoją wiarę; to nie był „akt samozniszczenia, lecz samoocalenia”.

[…] Dopiski do „Wyznań” świętego Augustyna pozostały zbiorem intuicji i wytycznych, których jak dotąd nie podjęto, jeśli nie liczyć coraz liczniejszych – trzeba przyznać – literaturoznawczych gloss do twórczości samego Kijowskiego. Wyznania świętego Augustyna nie stały się dla nikogo modelem literatury. Wielka katolicka księga w języku polskim, „mityczna księga polskiego intelektualisty, księga-wyzwanie, która w okruchach i niedopełnieniach swoich istnieje i stanowi najwyższy, niedokonany wyraz polskiej kultury”, pozostaje nienapisana. Może warto zatem, poznawszy drogę i testament Andrzeja Kijowskiego, pójść właśnie tym tropem?

Cały tekst na stronie „Skarb Solidarności”: http://skarbsolidarnosci.pl/wp-content/uploads/2014/02/Kwaśnicka-Kijowski-projekt-niedokończony.pdf 

Że w polskiej literaturze istnieje spór o poezję

To dość oczywiste, ale jednak to napiszę. Spór o uniwersalia, który majaczy za postawami polskich pisarzy i który szkicuję tutaj lapidarnie grubą kreską, pokrywa się w zasadzie z innym: im ktoś bliższy będzie biegunowi realizmu, tym wyżej będzie cenił poezję jako najwyższą formę wyrazu, świętą mowę. Nominaliści będą poetyckimi sceptykami.

*

W Polsce na przestrzeni ostatnich dekad toczy się utajony spór o poezję. Zupełnie wprost podważą jej sensowność tylko niektórzy, inni zauważą mimochodem, że jej nie czytają lub czytają tylko czasami, ale w zasadzie nie jest im potrzebna. W każdym razie: w Polsce deklaracja, że się nie ceni poezji, będzie często oznaczała coś więcej.

Nie mam wątpliwości, że poezja dostaje tutaj „rykoszetem”. W naszej tradycji tak związała się z etosem wieszcza, że niektórym łatwiej jest po prostu – razem z Mickiewiczem i Słowackim – wyrzucić do kosza całą ideę poezji.

Wiadomo, wieszczowie nie mogli mówić prozą, a przynajmniej tak się wielu wydaje. Pewien pakiet przekonań musiał być przekazywany w określony sposób. W XIX wieku poezja przejęła u nas funkcję struktur państwa, była osią, wokół której rósł naród. „Polska tradycja wieszcza romantycznego jest po prostu naszą narodową interpretacją figury poety-proroka, który jest jednocześnie królem, wodzem, kochankiem i artystą. To nowa interpretacja postaci autora Psalmów” – powiedział mi ostatnio prof. Andrzej Waśko, z którym rozmawiałam o Krasińskim (wypowiedź jeszcze nie autoryzowana).

Mickiewicz nawoływał: „Słowiczku mój! twe pióra zzuj, / Sokole skrzydła weź, / I w ostrzu szpon, zołoto-stron / Dawidzki hymn tu nieś!” Krasiński do tej biblijnej tradycji odwoływał się, pisząc „Psalmy przyszłości”.  „Treść polskiego proroctwa mesjanistycznego musi mieć odpowiednią formę stylistyczną i znajduje ją właśnie w gatunku hymnu” – mówił mi prof. Waśko.

Taki spór o poezję jest charakterystyczny dla Polski, bo tylko u nas do tego stopnia duchowo dominowali poeci. I powiedzmy szczerze: dzięki nim Polska przetrwała zabory. Ale co dalej?

*

Poezja i wieszczenie w XIX wieku splotły się tak nierozerwalnie, że nawet Gombrowicz nie potrafił ich rozpleść. A to jednak dwa różne zjawiska, które spotykają się tylko czasami.

Z powodu romantycznego splotu nominaliści (a do nich zaliczam autora „Ferdydurke”) nie będą ufali poezji. „Aczkolwiek zwątpiliśmy prawie o wszystkim, uprawiamy jeszcze kult Poezji i Poetów i to bodaj jedyne Bóstwo, którego nie wstydzimy się wielbić z wielką pompą, z głębokimi pokłonami, głosem napuszonym… Ach, ach, Shelley! Ach, ach, Słowacki! Ach, słowo Poety, misja Poety i dusza Poety! […] Nie idzie tu o twórczość człowieka dla człowieka, a tylko o obrządek pełniony przed ołtarzem […]. Zbyt łatwo zaiste poświęcamy na tych ołtarzach autentyczność i wagę naszego istnienia” – pisał Gombrowicz („Przeciw poetom”).

Wiadomo, pamiętamy, jednostka u Gombra stoi zawsze przed formą, ideą i bytami zbiorowymi. Na wszelkie przejawy nieautentyczności będzie rzucał się z zębami. Dzielny pies pasterski, który czasami nie poznaje swojego pana i go atakuje.

Ta nieufność względem poezji będzie jednak widoczna i u mniej radykalnych pisarzy. Walka z „paradygmatem romantycznym” dla wielu będzie walką o własną tożsamość i niezależność; często będzie zmaganiem zupełnie przesadnym i duchowym ojcobójstwem. Jeszcze inni będą się bali histerii – w romantyzmie istnieje cienka granica, za którą patos zmienia się w emocjonalny wodospad. Poezja romantyczna tylko sporadycznie jest histeryczna, ale historia recepcji, jak wiadomo, na ogół jest czymś zupełnie odrębnym.

Problem z poezją rozwiąże się zresztą sam. W XX wieku okaże się, że naród rozpoznaje wieszcza nawet, jeśli mówi prozą (vide: Jan Paweł II). Ale to temat na inny wpis.

POST SCRIPTUM

W literaturze polskiej jest jeszcze jeden ostry spór, który wyjątkowo dotyczy pojedynczego człowieka. Istnieje bowiem pisarz, który w pojedynkę narzucił nam sposób, w jaki się pojmujemy, a który staje ością w gardle „wyrafinowanym” krytykom. To Sienkiewicz.

Myślimy nim, mówimy nim, nawet, jeśli go nie szanujemy. Spór o Sienkiewicza w historii polskiej idei jest tak samo ostry, jak spór o romantyków. Stosunek do Sienkiewicza jest swoistym papierkiem lakmusowym polskich postaw. Autor „Trylogii” kształtuje pokolenia podobnie jak romantycy. Wkrótce napiszę o tym więcej.

[Wszystko wskazuje na to, że wywiad o Zygmuncie Krasińskim będzie można przeczytać w czwartym numerze „44”]

Gombrowicz – polski romans z nominalizmem

“Nie róbcie ze mnie taniego demona” – apelował Gombrowicz (tom II, s. 17; cytaty za wydaniem Wydawnictwa Literackiego). I miał rację. Zbyt go wyegzorcowaliśmy. Oddaliśmy go całkowicie w złe ręce. Tymczasem Gombrowicz był Polakiem, miał się za Polaka i chciał uleczyć polską kulturę. Tak jak umiał. Reakcje Jaśnie Panicza są przesadne, Ale jego „Dziennik” to lektura, której nie może nam dzisiaj zabraknąć; w warstwie krytycznej pełna intuicji wprost genialnych.

*

Kultura to rzeczywistość, którą ciągle musimy wykuwać na nowo; nie jest muzealną wystawką, gdzie nie wolno palcować Mickiewicza i Słowackiego, gdzie pod sufitem, ponad naszym zasięgiem, wisi portret Wyspiańskiego, a innych pisarzy w ogóle się nie pokazuje. Polska kultura to wyzwanie i obowiązek, to ściąganie na ziemię, ciągle i bez końca, rzeczywistości wiecznej. Wyrzucanie części autorów na śmietnik lub opisywanie ich kompromitujących przygód zamiast rzetelnego namysłu nad tym, co mieli do powiedzenia, jest odwróceniem się od tego obowiązku (por. tekst o Gombrowiczu we Frondzie 59; ten artykuł mógłby być dodatkiem do tekstu krytycznego, ale nie jego zamiennikiem). „Niepodobna rozróżnić, co jest w Was dążeniem do prawdy, a co dążeniem do mobilizacji psychicznej w tej walce” (I, 30) – pisał Gombrowicz. Tak, rzeczywiście, czasami trudno to odróżnić.

Gombrowicza można jednak czytać inaczej – nie tylko przez pryzmat synczyźnianej, PRLowskiej recepcji jego twórczości. W literaturze polskiej ostatnich 200 lat można inaczej rozpisać głosy. Jeden z dwóch ważnych dla mnie nurtów, mistyczny, często filozoficznie ciążący ku neoplatonizmowi, wydał wiele wspaniałych kwiatów, włącznie z talentem Mickiewicza; drugi, krytyczny, wydał między innymi Gombrowicza, Bobkowskiego i właśnie Norwida.

Gombrowicz i Norwid będą mieli sporo wspólnego. Będzie dla nich jasne, że Ojczyzna to coś więcej niż ziemia (w “Dzienniku” Gombrowicz będzie pisał słowo “kraj” z dużej litery). Będą rozumieli Ojczyznę jako coś, co powinno realizować się tam, gdzie jest dany Polak, niekoniecznie w Polsce: “Wiedzcie, że Ojczyzna wasza to nie Grójec, ani Skierniewice, nawet nie kraj cały, i niech krew uderzy wam na policzki rumieńcem na myśl, że ojczyzną waszą wy jesteście” (I, 95) – pisze Gombrowicz.

Jaśnie Panicz, tak samo jak Norwid, będzie ubolewał nad twórczą niemocą Polaków. Gombrowicz zwróci uwagę na powód tego kopiowania: „Bezsilność Polaka wobec kultury. Dla Polaka kultura nie jest czymś, czego i on jest współtwórcą, ona przychodzi mu z zewnątrz jako coś wyższego, nadludzkiego – i ona mu imponuje”. Bo i jest coś nie tak z naszym podejściem do kultury: większość z nas jest wobec kultury wyobcowana, nie ma ochoty wchodzić z nią w twórczy dialog, współtworzyć jej. W paradygmacie Mickiewicza poeta jest wieszczem, a zatem ma kontakt ze sferą wyższą; jest kapłanem, przez którego dłonie lud ma kontakt z Pięknem i Prawdą. “Nominaliści” w duchu Gombrowicza uważają tymczasem, że każdy może – i powinien – być współtwórcą kultury, na takim poziomie, na jakim chce i potrafi. Kultura to bowiem nie tylko natchniona poezja (Gombrowicz, jak wiadomo, w ogóle specjalnie jej nie cenił). I ta ostatnia propozycja, to, wybaczcie moje natręctwo, dużo bardziej republikańskie podejście.

W “Dzienniku” znajdziemy krytykę ślepego podążania za Europą: “Miłosz jest po stronie Brzozowskiego, Miłosz chce, aby inteligencja polska dogoniła Zachód. Jest […] wyrazicielem powojennego polskiego zrywu w kierunku “europejskości” i “nowoczesności”. A ja, szlachcic-hreczkosiej panie święty starej daty, wyciągam rękę i powiadam: – Z wolna! Nie tędy droga! Po diabła wam to? […] To, co dotychczas było waszym wstydem, może być wprowadzone w Europę jako punkt wyjściowy zbawiennej rewizji” (III, 59-60).

*

Nie można nie odnieść wrażenia, że Gombrowicz to sprężyna, która odskakuje zbyt mocno po tym, jak ją zbyt mocno przygięto. Autor “Dziennika” piętnuje jednostronność polskiej kultury, to, że przez dekady miała do zaoferowania tylko jeden model pozytywny, męczeński. „Historia zmusiła nas do hodowania w sobie pewnych tylko cech naszej natury i jesteśmy nadmiernie tym, czym jesteśmy – jesteśmy przestylizowani. A to tym bardziej iż, wyczuwając w sobie obecność tamtych, innych, możliwości, pragniemy je gwałtem unicestwić […]. Jeśli przyjrzymy się innym naszym cechom narodowym (jak miłość ojczyzny, wiara, zacność, honor…), to w nich wszystkich dostrzeżemy ów przerost […]. Ale stąd wynika, że Polak jest zubożony ściśle o połowę siebie samego, przy czym nawet ta połowa, której przyznaje się prawo głosu, nie może się ujawnić w sposób naturalny. […] A zatem przekora powinna stać się dominantą naszego rozwoju” (I, 172-173).

Zdaniem Gombra, II RP była porażką, ponieważ nie zmieniła owego domyślnego modelu polskości. „Powietrze wolności zostało nam dane, abyśmy przystąpili do rozprawy z wrogiem bardziej dręczącym niż dotychczasowi ciemiężcy – z sobą […]. Póki byliśmy pochłonięci buntem przeciw obcej przemocy, pytania: kim jesteśmy? co mamy z siebie zrobić? jak gdyby zasnęły – ale niepodległość zbudziła śpiącą w nas zagadkę. Z odzyskaniem wolności powstał przed nami problem istnienia. Na to, aby naprawdę zaistnieć, musielibyśmy się przerobić” (I, 238). Nie chodzi jednak o odejście od polskości, o rezygnację z bycia Polakami. Nie chodzi nawet o rezygnację z miłości Ojczyzny, bo Gombrowicz uważa, że z braku innych cech, także te, które posiadamy, nie mogą odpowiednio wybrzmieć. Autor “Dziennika” za wszelką cenę pragnie stworzyć nowy model, alternatywny. “Podchodzę do Polaka i mówię mu: – Ty całe życie padałeś przed nią na kolana. […] Powstań. Pomyśl, że nie tylko ty masz Jej służyć – że ona także ma służyć tobie, twemu rozwojowi […]. Niechętnie zabierałbym się do wynaradawiania… Wszak powiedziałem już: nie jestem wielbicielem kosmopolityzmu” (II, 21-22). I jeszcze: „Marna jest ta kultura polska, która tylko wiąże i przykuwa, godna uznania i twórcza i żywa ta, która wiąże i wyzwala jednocześnie” (I, 174). Gombrowicz godzi się na związanie, ale związanie, które jednocześnie wyzwala. Chce mieć wolność wyboru. Ot, woluntarysta.

*

Gombrowicz mocno się buntuje; jak zwykle, doprowadza postawę przeciwną do skrajności. Uwagi o Polsce znajdziemy wśród rozważań o klęsce artystycznej Beethovena, Cezanne’a i Czajkowskiego. Ale to absolutnie genialna fanfaronada! Jaśnie Panicz palcuje wielkich twórców (pamiętamy rolę palca w “Ślubie”; to metafora, którą Gombrowicz po prostu mi narzuca), palcuje polską tradycję. “Moje pragnienie “przezwyciężenia Polski” było jednoznaczne z chęcią wzmocnienia naszej indywidualnej polskości” (II, 22-23) – wyjaśnia.

Czasami schodzi jednak na mielizny. Stawia Polaka ponad Polską, ponieważ jednostka ma dla niego pierwszeństwo przed bytem zbiorowym. I tu zgoda; chociaż każdy pogląd, jeśli doprowadzić go do skrajności, okazuje się fałszywy. U Gombrowicza wzmacnianie Polski może być pomyślane tylko i wyłącznie jako wzmacnianie jednostkowego Polaka. Nie ma zatem mowy o jakimkolwiek poświęcaniu dla innych. Wyrzucamy do kosza zarówno przesadną martyrologię, jak i zdrową odpowiedzialność za wspólnotę.

Jaśnie Panicz idzie także zbyt daleko, kiedy proponuje własne rozwiązanie genialnie zdiagnozowanego kryzysu polskiej kultury. A zatem o ile zgodzę się z nim, że „naród prawdziwie dojrzały powinien z umiarem sądzić własne zasługi”, nie zgodzę się, że naród „prawdziwie żytwotny musi nauczyć się je lekceważyć” (I, 16). A Gombrowicz idzie przecież jeszcze dalej: „Objawiło mi się paradoksalnie, że jedyny sposób, w jaki ja, Polak, mogłem stać się zjawiskiem pełnowartościowym w kulturze, był ten: nie ukrywać mojej niedojrzałości, ale przyznać się do niej”. Zdeprecjonować Polskę i z tej deprecjacji uczynić własny oręż. To już o krok za daleko. Co dalej? „Resztą zupełnie się nie przejmowałem. Reszta – prędzej czy później – zrobi się sama” (I, 264).

To nieodpowiedzialność egocentryka. “‘Ja’ rosnące zakłóca mu coraz bardziej stosunek do świata” (II, 151) – pisze sam o sobie. „Czy jestem człowiekiem pozbawionym zmysłu moralnego? […] Jestem naturą raczej szlachetną, choć niewypowiedzianie słabą” (I, 299-300) – przyznaje się. Właśnie dlatego za podążanie za swoim przykładem nie ręczy: “Na żadnego ‘przywódcę’ nie reflektuję […]. Ja chcę być Gombrowiczem tylko, niczym więcej” (II, 74).

Jaśnie Panicz schodzi na mielizny także tam, gdzie katolicyzm czyni winnym kulturalnej nijakości Polski (impotencja w kulturze „gdyż Bóg nas prowadził za rączkę”  – por. I, 280). Katolicyzm jest niewyczerpanym źródłem, tylko należy z niego należycie czerpać. Wkrótce pokażę jeden ze zdrojów.

 

Norwid czyli polska szkoła myślenia krytycznego

W naszej literaturze niewiele jest postaci takich jak Norwid. Osobnych i trzeźwych. Starających się myśleć ostro i odpowiedzialnie.

To zabawne, ale Norwid jest dziś dla nas zaledwie źródłem bon motów, które wyjęte z kontekstu stają się na ogół wypranymi z treści frazesami (tragiczny koniec wspaniałej twórczości). Poeta z Głuch jest zapomniany do tego stopnia, że nie dostrzega się jego ewidentnego wpływu na kluczowe postaci polskiej historii.

Niedawno przez polską prawicę przetoczył się spór o to, do jakiego stopnia Jan Paweł II był dziedzicem romantyków – i to w ich heterodoksyjnej wersji. Tymczasem oficjalne pisma papieża Jana Pawła II wprowadzają na łono Kościoła powszechnego tylko ortodoksyjnego Norwida.

Papież był mesjanistą norwidycznym, czyli pod względem wszelkich „przeanieleń” bardzo umiarkowanym, trzeźwo stąpającym po ziemi. Nie miał wątpliwości, że rzeczywistość trzeba przebóstwiać (jestem przywiązana do tego słowa – występuje m.in. w liturgii i w teologii; wystarcza nam na razie za wszelkie heterodoksyjne synonimy, w tym niebezpieczny mesjanizm, który wciąż musimy przemyśleć) i że chrześcijańska Polska może przemienić Europę.

Rozmawiałam o tym z norwidologiem, prof. Markiem Busiem. Mówił mi: „Karol Wojtyła jeszcze w teatrze szkolnym recytował Promethidiona, głębiej wszedł w Norwida w założonym przez swego nauczyciela, Mieczysława Kotlarczyka, tajnym Teatrze Rapsodycznym. Nawiązań do poety w twórczości i nauczaniu Jana Pawła II są liczne dziesiątki (moja uczennica, Krystyna Wójcik, napisała o tych wielorakich związkach obszerną i i ciekawą pracę magisterską, życzliwie przyjętą w Watykanie). Jednak poemat „o pięknie i pracy” zajmował zawsze, od czasu młodzieńczych fascynacji, miejsce szczególne i jako przedmiot estetycznej fascynacji, i jako źródło mądrości, wzór lapidarnego i plastycznego ujmowania trudnych zagadnień. Papież cytował Promethidiona wielokrotnie, czasem z pamięci, jako biskup i jako papież, zarówno na spotkaniach ze środowiskami artystycznymi czy naukowymi, jak i zwracając się do zebranych tłumów wiernych. W szczególności upodobał sobie, dziś już słynny, dystych „Bo piękno na to jest, by zachwycało / Do pracy – praca, by się zmartwychwstało”, który poprzez grę znaczeń i wieloznaczności wskazuje i na sprawczy aspekt piękna (chwytać, wciągać, nie tylko budzić zachwyt), i na teologiczny wymiar pracy. Najgłośniejszym dokumentem jest, oczywiście, głośny, przypominający też że piękno „kształtem jest miłości” List do artystów, w którym cytat ten powraca kilkukrotnie. Tezy Promethidiona były, jego zdaniem, tak ważne, a ich sformułowania tak celne, że trzeba było je „zadać” wszystkim (czy tylko chrześcijańskim?) artystom”.

Norwid był jednym z ewidentnych źródeł Wojtyliańskiej teologii pracy, kapłaństwa powszechnego (jeszcze w czasach Soboru Watykańskiego II) i papieskich pomysłów na relacje chrześcijanie-judaizm. Dowodów fascynacji było więcej. Jeszcze jako biskup, Karol Wojtyła patronował wydaniu dzieł zebranych Norwida (prace trwają do dzisiaj), chciał doprowadzić do ich przekładu na podstawowe języki europejskie.

*

Norwid był także bezlitosnym krytykiem polskiej małości. Widział, że bardzo często w wysokim emocjonalnym c znajdujemy rekompensatę własnych niedostatków. Uważał, że za bardzo upajamy się Polską, że szastamy polską krwią, co jest zaprzeczeniem prawdziwego męczeństwa, wreszcie – że bezkrytycznie przyjmujemy kulturę europejską, ale nie wnosimy do tej kultury nic od siebie. Tymczasem to właśnie kultura jest prawem narodu do istnienia. To zaskakujące, ale te same zarzuty znajdziemy później u Gombrowicza. Myślę, że na historię naszej literatury ostatnich 200 lat można patrzeć i w ten sposób: w Gombrowiczu znajdziemy areligijnego kontynuatora Norwida (napiszę o tym następnym razem). Do tej samej rodziny myślenia będzie należał Bobkowski. Każdy znajdzie inne rozwiązanie „polskiego kompleksu”.

Religijne rozwiązanie Norwida powstało w okresie zaborów, a i tak jest, jak dotąd, najlepsze. Trafność jego uwag o Polsce i polskich elitach stawia włosy na głowie. A więc już wtedy byliśmy tacy? Już wtedy baliśmy się samodzielnie myśleć, nie dbaliśmy o prawdę i bezkrytycznie kłanialiśmy się Europie? Czy to błędne koło? Jak z niego wyjść?

Norwid spełnił swój własny postulat dzięki Janowi Pawłowi II. Polacy mają kształtować kulturę powszechną? Proszę bardzo: oto Norwid staje się miejscem poznania teologicznego w papieskich dokumentach. Mówiąc krótko, chcemy pamiętać o Papieżu, nie zapominajmy o Norwidzie.

 

POST SCRIPTUM

Pełna wersja mojej rozmowy z prof. Markiem Busiem ukazała się w styczniowym numerze „Pressji”. Można go przeczytać tutaj.