Wit Stwosz (Jadwiga)

Skoro zatem mowa o Pasji i Kościele Mariackim – zróbmy dygresję. W dawnym Krakowie były bowiem zawsze dwa żywioły, monarszy i mieszczański, i są tam dwa cudowne krzyże, jeden królewski na wzgórzu wawelskim, z którym rozmawiała Jadwiga, i drugi pod tym wzgórzem, przy Rynku, zamówiony przez mincerza krakowskiego Henryka Slackera u Wita Stwosza.

Fot. L. Schneider / lic. cc 3.0

Fot. L. Schneider / lic. cc 3.0

Krucyfiks ten miał być centralną figurą ołtarza pasyjnego do głównej miejskiej świątyni, którą Mariacki jest nieprzerwanie od XIII wieku. Pozostałe elementy slackerowskiego zamówienia nie zachowały się, ale do dzisiaj w nawie południowej można oglądać kamienną rzeźbę Stwosza, przedstawiającą Ukrzyżowanego. Zwykle, oczywiście, pomija się ją, biegnąc od razu do prezbiterium, aby oglądać ołtarz Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny […].

Rzeźbiarz wykonał potem jeszcze wiele krzyży, zwłaszcza w rodzinnym mieście, do którego powrócił na starość, ale żaden z nich nie zbliża się do tego, który zawieszono w Kościele Mariackim.

Bo oto wisi przed nami Mężczyzna i, nie licząc rozwianego przez nieistniejący podmuch perizonium, które osłania Jego miednicę i uda, możemy podziwiać Go w całym splendorze jego nagości. Jest szczupły, spod jasnej skóry widać wyraźnie przebieg kości i ścięgien, podkreślony przez nienaturalnie rozpiętą pozycję Skazańca. Jego ciało jest rozciągnięte, z pewnością cierpi, chociaż jest już spokojne. Wydaje się, że ustały już wszystkie odruchy, które stanowią automatyczną reakcję na ból. Tylko stopy i dłonie, szlachetne, długopalce, nie uczestniczą w tym napięciu. Przebito je; są zmartwiałe, zdrętwiałe z bólu, skurczone. I jest jeszcze głowa, zwieszona na piersi, jest twarz o podkrążonych oczach. Otwarte usta zdają się wydawać jęk. Tutaj agonia wciąż trwa.

[…]

Wit Stwosz urodził się w Niemczech, ale niewiele wiadomo o jego najwcześniejszych losach. Pierwsza pewna wzmianka na jego temat pochodzi z 1477 roku, kiedy rzeźbiarz zrzekł się swojego norymberskiego obywatelstwa. To wtedy pewnie przyjechał z rodziną do Krakowa, ale mógł to zrobić już wcześniej, a wtedy tylko zrezygnować ostatecznie ze związków z Norymbergą. Wiemy też, że w 1477 roku zaczął prace nad Ołtarzem Mariackim, a to znaczy, że chyba przyjeżdżał do stolicy Polski wcześniej, bo musiał ustalić z Radą Miasta warunki pracy, znaleźć pracownię i zakupić kłody lipowe, które, zanim przyłożył do nich dłuto, musiały schnąć około dwóch lat. Stwosz zjawił się w Krakowie, bo brakowało tam rzeźbiarzy. Nawet nie chodzi o to, że brakowało wybitnych – brakowało w ogóle, a miasto bogaciło się. Fundowano nastawy ołtarzowe, figury świętych, grobowce; owe drobiazgi, które, upchnięte w kaplicach kościołów, sprawiają, że ośrodek robi wrażenie dostatniego.

Stwosz był wtedy jeszcze młodym artystą, nie posiadał renomy. Kiedy pojawił się w Polsce, miał około 30 lat. Był w zasadzie uformowany artystycznie. Posiadł już wszystkie potrzebne umiejętności, które mogły zrobić z niego wielkiego twórcę. Wcześniej z pewnością pozostawał w kontakcie ze sztuką górnej Nadrenii, prawdopodobnie miał styczność z dziełami mistrzów flamandzkich. Spekuluje się nieco o jego fascynacji rzeźbą Mikołaja z Lejdy, jednego z odkrywców fizyczności człowieka, artysty, który pchnął sztukę gotycką na niezbadane wtedy jeszcze drogi fizjologii. Inni napominają, że Stwosz kontynuował w trójwymiarze poszukiwania Rogiera van der Weydena. Mistrzowsko opanował odwzorowywanie kształtu ciała ludzkiego i faktury tkanin, które mogły ulegać ciału lub odskakiwać od niego, poruszone niewyczuwalnym wiatrem. Poznał doskonale tajniki ludzkiej fizjonomii, grymasy bólu, lęku, agonii, rodzaje uśmiechów. Znał przebiegi żył i mięśni. Brakowało mu jeszcze ostatecznego szlifu, pewnej patyny duchowej, która wskazuje, że dany twórca stał się już dojrzały.

I objawił się nagle właśnie w Krakowie. Od razu, od pierwszego dzieła Stwosza nad Wisłą wiemy, że mamy do czynienia z wybitnym artystą. Wybitnym także dlatego, że nigdy nie pozwolił, by ekspozycja jego umiejętności stała się celem samym w sobie. Często zdarza się, że twórca – odnalazłszy swoje mocne strony – zaczyna mnożyć dzieła bez treści lub nadające ciągle tę samą wiadomość, kopiuje sam siebie; staje się autorem rzeczy udanych formalnie, ale nie duchowo. I nie rozwija się już, zasycha jak gipsowa ozdoba. Być może trudno jest spostrzec moment, kiedy przekracza się granicę pustki w sztuce; trudno pewnie dostrzec ją samemu artyście (zdecydowanie łatwej wyczuwać mielizny u kogoś innego). Być może wreszcie nie jest to kwestia świadomego wyboru twórcy, tylko jego wnętrza, które pozostaje aktywne, niespokojne lub wygasa jak stary wulkan. Stwosz nie zgasł. Jego technika pozostała nośnikiem, nigdy nie stała się celem. Człowiek, jego twarz i ciało, należące do świata natury, na rzeźbach norymberczyka są jedynie bramą. Rzeźbiarz panuje nad ekspresją, podporządkowuje ją są nastrojowi duchowemu, czasami melancholijnemu, czasami nieco tanatycznemu – jak na Krucyfiksie Slackerowskim.

Wit Stwosz pracował nad Wisłą 19 lat. Zdobył tu uznanie i wzbogacił, bo prowadził także działalność kupiecką. […] W 1496 roku znajdujący się u szczytu sławy i bogactwa Stwosz wrócił do Norymbergi, zupełnie nagle. Nie do końca rozumiemy powody tej decyzji. Być może miały związek z rodziną – jego żona Barbara, z którą wspólnie przeżyli krakowskie lata, zmarła wkrótce po powrocie do rodzinnego miasta. W Krakowie pozostało jednak kilku potomków rzeźbiarza […]. Sam Wit ożenił się ponownie dwa lata po swojej przeprowadzce, spłodził kolejne dzieci. Potem stracił majątek. Oszukano go, dopuścił się fałszerstwa i został za to skazany. Na policzkach wypalono mu znamiona i otrzymał zakaz opuszczania miasta. Stał się więźniem Norymbergi, próbował uciekać. W miejskich dokumentach zachowało się wiele pomstujących na niego wzmianek, informujących o jego złym charakterze. Pisano, że jest ein irriger und geschrayiger Man (zbłąkanym i krzykliwym człowiekiem) lub ein unruhiger haylosser Burger (niespokojnym i bezecnym obywatelem).

Zdarza się, że złe miejsca, niesprzyjające warunki psują charaktery; łamią ludzi. Każą człowiekowi bronić się przed wszystkim, atakować zawczasu; sprawiają, że nie jest w stanie nikomu zaufać. Wiadomo, Stwosz miał temperament, nerwy nosił na wierzchu – jak każdy artysta. Bez tych nerwów nie dałoby się przecież niczego stworzyć, niczego zaobserwować, niczego przeżyć i przetworzyć. Tak, musiał być wtedy problematyczny, bo stracił sterowność i mógł już tylko żywić się własną żółcią. 

[…]

Jadwiga. Czyń, co widzisz [fragmenty]

Wisi na prawo od drzwi zakrystii, iuxta portam sacristiae – i najprawdopodobniej jest tak od samego początku, to znaczy od chwili, kiedy przywieziono go do Krakowa. Pierwsza wzmianka, która potwierdza jego obecność w katedrze, pochodzi z 1403 roku i wiemy, że już wtedy znajdował się tam, gdzie można go oglądać dzisiaj. Zapewne pojawił się na Wawelu w roku 1384 i przyjechał jako jeden z przedmiotów królowej. Jeśli wierzyć źródłom, zawieszono go od razu właśnie w tym zakątku ambitu. Inne kaplice były już zagospodarowane, a narożnik katedry tworzył dodatkową wnękę, którą można było wykorzystać w celach kultowych. Od tego czasu zmieniały się tam tylko dekoracje […].

L. Wyczółkowski, Krucyfiks wawelski

Kult Czarnego Krucyfiksu trwa nieprzerwanie co najmniej od XVII wieku – tak wynika ze źródeł – i od samego początku jest związany z Jadwigą. Dzisiaj krzyż znajduje się na tle srebrnej blachy. […] Rzeźba Chrystusa ma dwa metry. Wyrzeźbiono ją z drewna lipowego. Wisi na dębowych belkach, przybita do nich trzema gwoździami. Ciało Zbawiciela jest lekko skręcone w prawo i przepasane perizonium, kunsztownie udrapowaną przepaską biodrową. Także głowa Umęczonego jest skręcona w prawo i opuszczona. Młodzieniec na krzyżu ma gładkie policzki i lekko falujące włosy. Właśnie skonał, Jego język dotyka dolnych zębów. Mięśnie, jak się wydaje, jeszcze są wiotkie, jeszcze nie nastąpiło stężenie tkanek. Twarz jest spokojna, opuściły ją już grymasy męki. Śladów bólu można szukać jedynie w podniesionej nadal linii brwi. Krwi jest sporo. Obficie wycieka z przebitego boku, wsiąka w perizonium, tworzy skorupę na łydce. Ale guzów i zakrzepłych strupów jest więcej – są na nogach i rękach. Spod skóry widać żebra.

Krucyfiks wawelski nie należy do owych pięknych krzyży, które kontempluje się także estetycznie. Daleko mu do wspaniałego krzyża Wita Stwosza, który wisi w Kościele Mariackim. […] Oblicze wawelskiego Chrystusa jest nieco kanciaste, geometryczne wręcz. Każdym centymetrem przypomina, że pomiędzy mną a Jadwigą znajduje się jednak ponad sześć wieków i że gusta jej współczesnych były odmienne od moich. Krzyżem zachwycać mogą się historycy sztuki, ale będzie to martwy zachwyt zawodowców – ci upajają się głównie analogiami i pokrewieństwami zamiast samym przedmiotem, który mają podziwiać. Artystyczni krewni Czarnego Krucyfiksu znajdują się zaś w Czechach. Pod koniec XIV wieku tworzono tam tak zwane „Piękne Madonny” o podobnie nieruchomych twarzach, jakby umarły za życia, trzymając na rękach swojego Syna. Na to powinowactwo wskazuje też meandryczne ukształtowanie spływów tkaniny, pojawiające się i tu, i tam.

Ale korzenie wawelskiej rzeźby tkwią także gdzie indziej. Nieco wcześniej, na przełomie XIII i XIV wieku w rejonie Nadrenii i w środkowych Włoszech popularne stały się krucyfiksy mistyczne, których autorzy tak dosłownie prezentowali mękę Chrystusa, że – oprócz gwoździ i śladów po biczu – nie wahali się na obnażonym ciele Zbawiciela rzeźbić spustoszeń, jakie czyni trąd. Nie można bowiem wykluczyć, że nikt wcześniej, ani nikt później nie cierpiał tak jak On; że Jego męka była absolutna i nawet w bólu przerósł zwykłą, ludzką miarę. Nie tylko zamęczono Go od zewnątrz, nie tylko podał policzki rwącym Mu brodę. On gnił od środka, Jego ciało zostało zupełnie przenicowane; On był całkowicie, na wskroś przeklęty. Ropiejące wrzody, leproma – czyli guzy trądowe – są także na wizerunku wawelskim. Nasz Chrystus naprawdę jest umęczony, jest Hiobem, a nawet więcej niż Hiobem – bo jest zupełnie niewinny i z nikim się nie wadzi, nikomu niczego nie wypomina, a Hiob robił to. Wyrzucał przyjaciołom: oto dziesięciokroć znieważyliście mnie i nie wstyd wam było mnie nękać. A choćbym naprawdę zbłądził, mój błąd zostaje ze mną. Chrystus tymczasem milczał, a nie zbłądził na pewno.

[…]

Krucyfiks wawelski nie posiada jednak nadreńskiej gwałtowności. […] Tutaj bitwa już została stoczona – i przegrana. Teraz zaczynają się czary wielkopiątkowej nocy i Wielkiej Soboty, kiedy okaże się, że oścień śmierci nie istnieje, że śmierć połknęła Kogoś, kto zaraz rozedrze jej cielsko od środka. To chwila największego uniżenia. To moment śmiertelnej ciszy. Chrystus wydał ostatni oddech. To chwila zwątpienia świadków męki. Nie wiedzą jeszcze, że to moment odbicia, że od tej chwili będzie już tylko lepiej. Że gdzieś tam, w innym planie, coś właśnie zakiełkowało, coś buzuje już i zaraz wybuchnie, przebije się i do nas, bo po tej stronie zostało zasiane. Ale na razie nie dzieje się nic.

[…]

Nie wiadomo, jak i o co dokładnie modliła się Jadwiga pod tym krucyfiksem. Trudno zbadać, jakie są ścieżki czyichś modlitw. Ponoć rozważała, czy czy dopełnić przyrzeczeń danych Wilhelmowi, czy wybrać nieznanego Jagiełłę, poganina z północy. Wiedziała, że brakuje mu ogłady, że pochodzi z innego świata, że życie z nim może wyglądać jak oswajanie dzika. Nie wiedziała, czy, wybierając Litwina, nie była wiarołomna wobec Habsburga. Poruszała się zupełnie po omacku, nie mogła kierować się uczuciami, bo te często są złym przewodnikiem. Nie była pewna rozstrzygnięć Kościoła. Potem pewnie modliła się o to, by ucichły oszczerstwa na jej temat, potem o dziecko. A może nie, może wcale się o to wszystko nie modliła. Trudno dociec, jak i o co należy się modlić, żeby zostać wysłuchanym. Jeśli Jadwiga błagała o rzeczy szczegółowe, jeśli przedstawiała Chrystusowi listę swoich życzeń, to z pewnością nie została wysłuchana. Plotki nie ucichły, umierały kolejno jej najbliższe osoby, matka i siostra, każda tragicznie […]. Sama została matką tylko na kilkanaście dni i były to dni boleści. O co zatem należy się modlić? Nie wiem, spekuluję jedynie, patrząc na dziwne, drewniane Oblicze, wcale nie zachęcające do wylewności, i na strzemię Kara Mustafy, które zawiesił tam Jan III Sobieski, ostatni wielki polski monarcha. Być może należy modlić się o wytrwanie w dobrym, o niezłomność, o dar podejmowania dobrych decyzji w złych sytuacjach. O szansę bycia takim, jakim wymyślił nas sobie Bóg, wbrew temu, co nas przygina do ziemi. Zawsze przygina nas wiele rzeczy.

Jadwiga modliła się więc pewnie o wytrwanie w dobrym. […]

Na Wawelu, czyli nigdzie

"Akropolis" w Teatrze Starym, fot. M. Hueckel

„Akropolis” w Teatrze Starym, fot. M. Hueckel

[„Akropolis” dla moich studentów]

Wszystko dzieje się w noc zmartwychwstania, przypominanie dziejów świata, ożywianie posągów i arrasów wpisuje się zatem jakoś w tradycję Wigilii Paschalnej. W oczy rzuca się także – mi przynajmniej – pokrewieństwo dramatu w stosunku do „Dziadów”. Jak wiemy od Mickiewicza, dramat słowiański powinien wyrastać z lokalnych tradycji czy obrzędów – i „Akropolis” rzeczywiście z nich wyrasta, chociaż tym razem nie jest to pogański ryt ku czci zmarłych, tylko arcychrześcijańska uroczystość poprzedzająca Zmartwychwstanie. I tu, i tam dramat odchodzi znacząco od oryginalnego misterium; i tu, i tam mamy jednak do czynienia ze świętą nocą, kiedy porządki historyczny, realny i ponadnaturalny zostają zawieszone, mieszają się ze sobą. Jest to widoczne zwłaszcza w miejscu takim jak Wawel, gdzie współczesność zawsze spotykała się z odwieczną wielkością, dokąd pielgrzymowano w czasach zaborów, gdzie chowano najważniejsze osoby z polskiej historii. Mówiąc krótko – Wyspiański, który lekturę Mickiewiczowskich dramatów i wykładów miał odrobioną, był naturalnym zwieńczeniem polskiego romantyzmu, kimś, kto po prostu musiał się pojawić, aby połączyć romantycznego ducha z zabytkami Krakowa.

Bo rzeczywiście chodzi tutaj o Wawel. Katedra w noc zmartwychwstania staje się miejscem przypominania, uobecniania dawnych mitów i historii biblijnych. Ożywają wawelskie grobowce, z arrasów schodzą postaci. Kościół oddycha, na kilka godzin przestaje być kamiennym cmentarzem. Wygląda to tak, jakby ktoś nagle włączył przycisk „play” i uruchomił zatrzymaną scenę – Chrystus jęczy i kona na czarnym krucyfiksie, ale ożywione posągi nie chcą już kontemplować Jego męki. Pragną – przez trzy godziny wolności, które im dano – zakosztować życia w całej jego intensywności. Muszą nadrabiać stracony czas, szukają silnych doznań. Aniołowie, panny, młodzieńcy rzucają się na siebie wygłodniali – zaczynają się schadzki miłosne, wyznania, uściski i pocałunki (Wyspiański, w przeciwieństwie do swoich współczesnych inscenizatorów, nie był dosłowny. Jedynie wysyłał posągi parami w ciemne zaułki katedry). To zatem, można powiedzieć, pierwszy poziom diagnozy: kiedy dane nam jest podejrzeć tajemne życie wawelskich posągów, okazuje się, że większość z nich nie jest w stanie wyobrazić sobie życia innego niż orgia; że wpatrywanie się w narodowe i święte emblematy tak naprawdę jest dla nich zbyt męczące. Tylko niektóre z figur (Klio i Tempus z grobowca biskupa Kajetana Sołtyka oraz Pani z pomnika Michała Skotnickiego) przekroczą ten poziom i wyjdą szukać prawdziwego życia gdzie indziej. Będą wypatrywać Salwatora, który ma nadejść o świcie.

Potem, w dwóch kolejnych aktach, ożyją postaci z arrasów wawelskich. Pojawią się herosi z dwóch tekstów założycielskich kultury – z „Iliady” i „Księgi Rodzaju”. Poznamy historię oblężonych Trojan. Hektor będzie szykował się do boju, Andromacha będzie go żegnać, Kasandra – wieszczyć, Helena i Parys zaś, podobnie jak posągi, wybiorą niekończące się pieszczoty. Priam będzie patrzył jedynie w przyszłość, a Hekuba podzieli los niektórych matek – skupi się na rozpamiętywaniu przeszłości i bezkrytycznym zachwycaniu się własnym potomstwem, mimo jego oczywistych win i niedostatków. Potem będziemy kontemplować biblijną historię Jakuba – rozpoczynającą się zdradą brata, a kończącą się walką z Czarnym Aniołem, wymuszeniem na nim błogosławieństwa i pojednaniem z Ezawem. Akt czwarty to występ Harfiarza, oczekiwanie Salwatora i Jego nadejście.

Romantyzm trzeba przewalczyć

Cały dramat kręci się wokół Wawelu. Krakowski akropol jest nie tylko miejscem wydarzeń, jest także głównym bohaterem. Katedra mówi do widzów, wyjawia tajniki swojego wnętrza, uruchamia historie, które zwykle widzimy zatrzymane w pół słowa. Sztuka wyrasta także ze sporów, jakie toczyły się na przełomie XIX i XX wieku wokół świętego wzgórza Polaków. Porządkowano je wówczas: usuwano grobowce, które, zdaniem specjalistów, zajmowały niezasłużenie ważne miejsce, zamawiano nowe (na przykład grobowiec Jadwigi Andegaweńskiej), zdejmowano niektóre arrasy. Wyspiański bronił integralności zbioru. Zabytki Wawelu przyrastały przez wieki jak słoje drzewne, ważny był zatem każdy szczegół, nawet nagrobki XIX-wiecznych arystokratów, świadczące o upadku ducha i spodrzędnieniu sztuki. Dlatego w dramacie Wyspiańskiego mówią właśnie te mniej ważne, przesuwane czy usuwane przez bezwzględnych purystów. Zabierają głos w sporze o narodową wielkość. Wyjaśniają, co dokładnie znaczy to, że się do niej nie dorasta. O tym właśnie jest „Akropolis”: o katedrze-labiryncie, jak nazywa ją Ewa Miodońska-Brookes; o świątyni, wobec której trzeba zdobyć się na czyn, jednak bynajmniej nie czyn muzealny, ale prawdziwy; gdzie, konfrontując się z grobami, mamy dorastać do walki o doskonałość. I jest to także sztuka o tym, że nie dorastamy; że wawelska symbolika i groby są dla nas bardziej jak Geniusz z „Wyzwolenia”, tyrańskie i osłabiające; że nas unieruchamiają.

My dzisiaj musimy się zaś konfrontować już i z romantykami, i z Wyspiańskim; z  ich przerostami wyobraźni, rozchwianiem, nadmiarem egzaltacji, czasami zwykłym gadulstwem. Musimy odpowiedzieć na pytanie, czy i na ile pomysły dawnych mistrzów powinny być dla nas inspirujące. Gdybym miała sformułować krótko swój własny program w tej kwestii, powiedziałabym, że nie chodzi bynajmniej o negację romantyzmu, ale o jego przekroczenie, o pójście dalej; o swoisty postromantyzm, który zawierałby w sobie wszystkie pozytywne idee romantyczne, nie dając się jednak temu dziedzictwu omamić i spętać (wolałabym też znaleźć inną nazwę niż postromantyzm, bo przedrostek „post” tchnie dekadencją – to jednak zadanie na inny czas). Chciałabym też na pewno, by wielkie zadania etyczne i duchowe stawiano w pierwszej kolejności przed jednostkami, a dopiero potem przed bytami zbiorowymi takimi jak naród, bo narody mogą być wielkie tylko wtedy, kiedy wielcy są ich członkowie. Za frazesami o zbiorowej misji zbyt często chowamy indywidualną małość.

Ale to tylko ja i moje blogowe refleksje – tymczasem głównym miejscem konfrontacji z tradycją polskiego dramatu powinny być inscenizacje. W przypadku „Akropolis” trudno zaś wyobrazić sobie lepsze okoliczności niż te, jakie właśnie zaistniały: możliwość oglądania sekretnego życia Wawelu na deskach Teatru Starego. Właśnie dlatego poszliśmy na ten spektakl ze studentami. Wspólna wyprawa, którą recenzują potem w pracy zaliczeniowej, staje się powoli kursową tradycją. W tym roku mieli do wyboru kilka tytułów. Wybrali ten.

Zbawiciel nie nadchodzi

Dramaty Wyspiańskiego są wymagające. Trzeba je uzupełniać wizualnie, bo sam tekst nie zawsze potrafi się obronić. Taki zresztą w ogóle był teatr autora „Wyzwolenia”: przemawiał jako całość, stanowił wizję, a słowa, często nierównej jakości, były tylko jednym z równorzędnych elementów. I pierwsze kilkanaście minut krakowskiego spektaklu dawało nadzieję, że będziemy świadkami czegoś, co nawet jeśli nie uchwyci do końca wszystkich sensów oryginału, nawet jeśli nadpisze na nim coś nowomodnego, to przekaże przynajmniej niektóre elementy ducha „Akropolis”. Bo oto po kilku minutach ciemności, w której na zawieszonym pod sufitem ekranie majaczyły zarysy twarzy osób szepczących do siebie słowa miłosne i bezwstydne (co bynajmniej nie kłóci się przecież z wymową Aktu I), na scenie pojawiali się Hektor i Andromaka. Oglądaliśmy scenę pożegnania: mąż bez skazy mówił o swoim wojennym powołaniu, a żona zaklinała go, by po bitwie do niej powrócił. Nadal panował półmrok, a na wielkiej płaszczyźnie nad naszymi głowami wyświetlały się przetworzone cyfrowo sylwetki obojga, wielkie, srebrzyste, upiorne. Przenikające się jak dym. Wyglądali trochę jak Kazimierz Wielki z witrażu, który Wyspiański zaprojektował dla katedry wawelskiej. Tak rozwijające się przedstawienie, odważnie szafujące mrokiem i światłem, z „duchowym” profilem postaci pojawiającym się czasem na wielkim ekranie, mogłoby być naprawdę interesujące.

Moje nadzieje rozwiały się jednak bardzo szybko. Łukasz Twarkowski wcale nie chciał bowiem bawić się w metafizykę, ba!, jak się wydaje, nie chciał w ogóle wystawiać „Akropolis”. Nie chodziło mu wcale o witraże wawelskie. Razem z Anką Herbut, dramaturgiem, oraz resztą kolektywu Identity Problem Group zaproponowali coś, co korzysta wprawdzie z fragmentów dzieła Wyspiańskiego, ale składa się na bardzo niespójną opowieść o współczesnym solipsyzmie, o nas i naszych niespokojnych, samotnych mózgach. Tak, właśnie mózgach, nie umysłach, rozumach czy duszach, bo twórcy przedstawienia nie pozostawiają wątpliwości, że chodzi im o najbardziej podstawową, biologiczną stronę zagadnienia. Grająca w przedstawieniu kilka ról Małgorzata Hajewska-Krzysztofik ma nawet całe wejście à la TEDx, podczas którego opowiada o badaniach nad schizofrenią i wylewie, który doprowadził graną przez nią Jill Bolte Taylor do stanów mistycznych.

Tekst Wyspiańskiego idzie zupełnie obok tego, co widzimy na scenie. Wawelu nie ma tutaj w ogóle. Wielkie postaci kultury i religii, które u Wyspiańskiego pojawiają się zawsze z całym bagażem sensów, zachowały jedynie swoje imiona. Część „trojańska” składa się z kilku poszatkowanych cytatów, obowiązkowej kopulacji Parysa i Heleny oraz paru bezsensownych, niemych powtórzeń, popychających nas raczej w stronę estetyki absurdu. Hektor tańczy do skocznej muzyki, wpadająca na proscenium Hekuba wybucha histerycznym śmiechem i, zataczając się, schodzi ze sceny z Priamem. Nad naszymi głowami pojawiają się filmowe przebitki, przywodzące na myśl sytuacje z „pokoju zwierzeń”, który pojawiał się kiedyś w popularnym show, nagrania z terapii psychiatrycznej czy rozmowy z Halem 9000 odbywane przez bohaterów „Odysei kosmicznej”. W akcję zostają wplecione także dwa samobójstwa. Podobnie oderwany od zamysłu Wyspiańskiego jest akt „biblijny”. Tutaj główną atrakcją jest bitwa Racheli z Lią na tle ściany z kaset wideo; bijatyka połączona z wyzwiskami i darciem rajstop. Walka Jakuba z Aniołem to z kolei nic innego jak solilokwium umęczonego pacjenta. Tymczasem w dramacie to przecież kluczowa, symboliczna chwila. Mówi o tym, że błogosławieństwo dane przez Boga bywa tożsame z przekleństwem. Wyspiański wiedział o tym doskonale z własnego życia, nie wiedzą tego jednak zapewne członkowie Identity Problem Group. Oni mają jedynie problem z tożsamością. Mówią nam: poza pofałdowaną strukturą o dwóch półkulach w twojej głowie nie ma niczego. Jesteś sam.

Spektakl kończy się na tej scenie. Oklaski są krótkie i ciche. Nie ma Harfiarza, nie ma hymnu paschalnego, który przywołuje Chrystusa („Na wrogów mych nie będę biadał / nie będę ścigał winnych. / W Tobiem ufności me poskładał; / modlitew chcę dziś innych. […] Rozewrzej strop, rozeprzej ściany, / w rum zwal ołtarze-truny. / Przybywaj, Zbawco, wywołany, / w różanej blaskach łuny” itd.) Nie ma także Paruzji – trudno byłoby się jej zresztą spodziewać w zmedykalizowanym, bezdusznym świecie krakowskiego przedstawienia.

Wawel, który więzi

Trudno oczywiście doszukać się tutaj jakiegokolwiek dialogu z Wyspiańskim. To raczej konfrontacja przez zaniechanie. Nie do końca rozumiem jednak, dlaczego do opowiadania o biologicznym podłożu samotności człowieka koniecznie trzeba wykorzystywać „Akropolis”. Czy nie lepiej, aby dramaturdzy, którzy tak licznie pomagają dzisiaj reżyserom, napisali na ten temat własne teksty, zamiast bezsensownie kroić istniejące?

Szkoda, naprawdę szkoda tego dramatu, szkoda kolejnej zmarnowanej szansy do przewalczania naszych bolączek – bo przecież Wawel, który jest głównym bohaterem „Akropolis”, nie przestaje grać pierwszoplanowej roli w tym, co nam się przydarza. Wystarczy wspomnieć kwestię pochówku Lecha Kaczyńskiego i protesty, jakie wzbudzała ta inicjatywa. Z jednej strony to, że wciąż można być pochowanym w tym właśnie miejscu z całym należnym ceremoniałem, jest dowodem na to, że polska historia się nie skończyła, a Wawel pozostaje otwarty (tę trafną uwagę usłyszałam od Pawła Rojka, nie mam zamiaru odbierać mu autorstwa). Z drugiej strony – co dodałby Wyspiański, a ja z nim – ciągła chłonność Wawelu jest bardzo niebezpieczna dla Polaków, bo jakże szybko, zamiast wykradać stamtąd święty ogień, przymierzać się do wielkości, zaczynamy żyć na poziomie wiecznej żałoby, wspominek i uroczystości rocznicowych. Grób, z którego trzeba wyjść, aby wywalczyć zmartwychwstanie, zamienia się w trumnę, która zawęża horyzont myślowy, więzi. Czy przypadkiem nie mamy z tym do czynienia właśnie teraz? „Akropolis” to przecież sztuka o tym, że – jeśli zadamy siebie trud walki o to, by spotkać Salwatora twarzą w twarz, jeśli dorośniemy do zadanej nam pełni (wcale nie trzeba jej pojmować po katolicku, jeśli akurat ma się alergię na katolicyzm – może to być po prostu teatr wysiłku etycznego); jeśli wreszcie wyjdziemy ponad poziom miłostek, egoizmu, a nawet zbyt jednostronnego heroizmu – to Wawel nie będzie nam już potrzebny. Dlatego w chwili Paruzji, która kończy „Akropolis”, bezcenne zabytki na wzgórzu znikają, rozsypują się w pył. A więc – Wyspiańskiemu chodzi o coś więcej; jemu już nawet nie chodzi o Polskę, jemu chodzi o przebóstwienie.

Oczywiście mamy w dramacie dwuznaczność, nie wiadomo bowiem, czy Zbawiciel na pewno nadszedł. Być może była to jedynie gra cieni, zakończona oślepiającym wschodem słońca. Może to wszystko tylko nam się wydaje. Ale w tej dwuznaczności, w owej niepewności co do tego, kim właściwie jesteśmy i w czym właściwie uczestniczymy, zawiera się nasza istota. To tutaj właśnie tkwi najważniejszy „identity problem” wszech czasów. Tylko że młodzi reżyserzy są impregnowani na taką tematykę. Wydaje się wręcz, że mają swoistą konkurencję – wygrywa ten, kto podejdzie do klasyki z największą dezynwolturą; kto ją najbardziej pokroi, wprowadzi do spektaklu najwięcej absurdalnych pląsów, wątków pożyczonych z popkultury, wrzasków i histerycznego śmiechu, który nijak nie musi wynikać z przebiegu dramatu. Młodzi twórcy doskonale potrafią bowiem korzystać z nowych technologii – ekranów czy ujęć POV – nie potrafią jednak w ogóle unieść sensów, przed jakimi stawiają ich teksty. Są intelektualnie i duchowo nieprzygotowani do ich poprawnego wystawienia, a tym mniej – do krytycznego demontażu. Rzucają się tymczasem na najważniejsze dramaty, co potęguje tylko efekt niezamierzonej groteski. Nie ma bowiem nic bardziej żałosnego, niż oglądanie wielkich dzieł oczami zarozumiałych ignorantów.

A gdyby inscenizować tę sztukę na poważnie, można byłoby przecież powadzić się i z przesadnym krakowskim konserwatyzmem – co niby jest programem Jana Klaty, dyrektora Teatru Starego. Naprawdę, nie on pierwszy ma problem z dusznawą atmosferą Krakowa. Wydaje się jednak, że jego poprzednicy – z Wyspiańskim i Swinarskim na czele – podchodzili do sprawy dużo bardziej serio, więc i efekty ich zmagań stawały się doniosłe.

Fiasko inscenizacji jest jasne także dla osób bez wykształcenia polonistycznego czy teatrologicznego. Moi studenci to muzycy, ludzie bardzo wrażliwi, których nikt nigdy nie poddał indoktrynacji. Przyszli ze mną do teatru, aby potem dyskutować na temat tego, co zobaczyli. Rozmowa jest jeszcze przed nami, ale ich pierwsza reakcja była charakterystyczna: nie klaskali. Wyszli smutni i zmęczeni. – Nareszcie można obejrzeć coś ciekawego – powiedział jeden z nich, kiedy w końcu znaleźliśmy się na wspaniałym foyer Teatru Starego. I ten niewyszukany dowcip jest chyba najlepszym podsumowaniem spektaklu. Bo kiedy na scenie trwa głupkowata dekonstrukcja, do widzów zaczynają mówić ozdoby w przedsionku. Tam przynajmniej nikt nie ma wątpliwości, że i Kraków, i Wyspiański zasługują na coś więcej.

Jadwiga. Boże stópki (fragmenty)

[rezygnuję z numeracji części „Jadwigi”, ponieważ pierwotna kolejność tekstów o „Jadwidze” uległa zaburzeniu]

sopka 2

Wróćmy do najpierwotniejszej funkcji pisma, jaką jest rejestrowanie faktów. Kościół, który znany jest dzisiaj jako świątynia Karmelitów Trzewiczkowych na Piasku, miał powstać już za Władysława Hermana. Książę ufundował ponoć pierwszą budowlę w podziękowaniu za swoje cudowne uzdrowienie. Cierpiał z powodu tajemniczego fetoru, wrzodów i boleści, które dręczyły jego ciało. Archeolodzy nie odkryli jednak żadnych pozostałości romańskich w rejonie Garbarów (bo tak nazywano kiedyś to miejsce, co zdradza zresztą jego pierwotną funkcję – było to przedmieście zamieszkane przez garbarzy skór, okolica zapewne brudna i smrodliwa jak schorzenie Hermana), więc nawet jeśli władca rzeczywiście miał widzenie Najświętszej Marii Panny i rzeczywiście został wysłany za mury podwawelskiej osady, aby szukać fiołków i cudownych piasków – bo tak głosi legenda – to ostatecznie wybudował tam chyba żadnej stałej świątyni, chociaż są w źródłach wzmianki, że próbował.

Pierwszy klasztor na Piasku ufundowali natomiast w 1395 roku Jadwiga i Jagiełło. Podkreśla się zwłaszcza rolę Jadwigi. Królowej chodzić miało o upowszechnianie kultu maryjnego, a w tym specjalizowali się zakonnicy związani z Karmelem. To zatem za sprawą Jadwigi sprowadzono z Pragi pierwszych karmelitów, którzy osiedli w tym miejscu na stałe.

[…]

Świątynia istnieje nadal. Dzisiaj stoi na rogu ulic Karmelickiej i Garbarskiej, ale budynek, chociaż od średniowiecza tkwi fundamentami w tym samym punkcie, jest dużo późniejszy. Okolica była wielokrotnie palona, a klasztor i kościół cierpiały w zasadzie za każdym razem, kiedy pod Kraków podchodziły obce wojska. […]. Teraz, kiedy stoi w ścisłym centrum miasta, niedaleko Teatru Bagatela i znajdującego się tam węzła komunikacyjnego, na którym przesiadają się niemal wszyscy, stracił sporo ze swojego pierwotnego charakteru. Otoczenie sprawia, że jego fasada, szaro-bura, klasycznie barokowa, nie ma w sobie owej nowożytnej zwinności, która cechuje chociażby nieodległy kościół świętej Anny czy wspaniałą pojezuicką świątynię Piotra i Pawła na Grodzkiej. W murach krakowskich Karmelitów Trzewiczkowych znajduje się jednak coś wyjątkowego, co sprawia, że muszę wspomnieć o nich w tej historii. Chodzi o ślad stopy, który rzekomo miała odbić w kamieniu Jadwiga, kiedy odwiedziła plac budowy.

[…]

„Boża stópka” znajduje się na bocznej ścianie kościoła, od zewnątrz od strony ulicy Garbarskiej. Ślad trudno przeoczyć, bo zabezpieczono go kratą, która jest widoczna z daleka. Historia powstania „stópki” jest najzupełniej standardowa. Etnografowie znają tysiące tego typu opowieści. Jadwiga miała osobiście doglądać budowy kościoła. Przechadzała się pomiędzy robotnikami, patrzyła jak pracują, rozdawała datki kamieniarzom i murarzom. Któregoś dnia zobaczyła, że jeden z nich płacze. Kiedy spytała, co się stało, ten opowiedział jej o chorobie swojej małżonki i o tym, że nie ma pieniędzy, aby opłacić lekarzy. Królowa oparła wówczas stopę na leżącym obok kamieniu, odpięła z trzewika drogocenną klamrę i wręczyła ją kamieniarzowi. Po odejściu monarchini okazało się, że po jej stopie pozostał ślad. Rzemieślnik miał podkuć go jeszcze, aby nie było żadnych wątpliwości, że wydarzył się cud. Następnie kamień wmurowano w ścianę kościoła. Kultem zaczęto otaczać go po Potopie, ale ślad Królowej zasłynął dopiero w XIX wieku, kiedy ona sama zaczęła stawać się coraz bardziej popularna. Dzisiaj, okratowany, mijany przez tłumy studentów i zabieganych mieszczan, odcisk nie wzbudza niczyjego zainteresowania.

Oczywiście nikt już nie wierzy, że wklęsła plama widoczna na ścianie kościoła karmelitów to odcisk. Ślady stóp na kamieniach zwróciły uwagę badaczy już na początku XIX wieku – najpierw oczywiście badaczy niemieckich, bo ci katalogują wszystko, a metodologia każdej nauki zaczyna się właściwie wówczas, kiedy zaczynają się nią zajmować Niemcy. W 1820 roku Carl Ritter opublikował w Berlinie dzieło „Die Vorhalle europäischer Völkergeschichten vor Herodotus”, gdzie opisał kilka takich „odcisków” […]. To Ritter postawił tezę, że w przypadku chrześcijaństwa ślady te były zawsze pozostałością pogańską, świętymi kamieniami, które wchodziły do Kościoła razem ze swoimi czcicielami. Ochrzczeni byli tak przywiązani do boskich znaków na kamieniach, że zabierali je ze sobą w nową, chrześcijańską erę. Trzeba było tylko zmienić tożsamość bóstwa, które zostawiło odciski stóp, czasami odczekać trochę, by święty kamień miał szansę przejść duchową kwarantannę.

[…]

Także w Polsce powstało kilka opracowań tematu. […] W 1907 roku Maksymilian Baruch przeprowadził badania terenowe. Zebrał informacje o podobnych kamieniach, a następnie pytał proboszczów parafii, na terenie których znajdowały się „stópki”, czy wiedzą, że mają u siebie taki kamień i czy znają legendy związane. Zwykle wiedzieli, a historie były na ogół jednakowe – ktoś się objawił, najczęściej Najświętsza Maria Panna lub inni święci, przed czymś ostrzegali lub odpowiadali na jakąś prośbę. Mogły to też być ślady diabelskie. […]

Ślady kultu „bożych stópek” – i ich dziwnej, pieszczotliwej nazwy – znajdziemy już w 1281 roku. Przywilej pomorskiego księcia Mestwina II, omawiając grunty nadawane jednemu z klasztorów, wymienia charakterystyczny kamień leżący na granicy majątku klasztornego i podaje jego nazwę własną: Bozistópka. A to oznacza, że już w 1281 roku Bozistópka była zjawiskiem pradawnym, tajemniczym, po którym pozostała budząca grozę nazwa, bo – gdyby to, co nazwano wówczas „jakimś kamieniem” (quedam lapidem), miało być żywym przedmiotem kultu, nie podano by jego nazwy własnej, ale nadmieniono, że to skała, na której znajduje się cudowny odcisk czyjejś (czyjej?) stopy. Nie podano jednak tych informacji, co znaczy, że w XIII wieku stópka jeszcze nie została ochrzczona i że stanowiła raczej świadectwo wierzeń przedchrześcijańskich.

W Polsce „bożym stópkom” towarzyszą zwykle krzyże lub kapliczki. Często kamienie ze śladami stanowią część kościołów – i tak jest w Krakowie. Wygląda na to, że dawni budowniczowie wmurowali tu głaz, który już wcześniej otaczano kultem, pewnie jeszcze w czasach pogańskich. Potem ślad powiązano z Jadwigą. Mamy tu zatem do czynienia z historią dużo starszą niż Andegawenka, starszą nawet niż Herman i niż całe krakowskie chrześcijaństwo. Chodzi o jakiś pierwotny głód dotykalności bóstwa, obecny wszędzie, nawet tam, gdzie nie dotarli misjonarze chrześcijańscy. Od zawsze przecież chcieliśmy dowodów, że cuda dzieją się naprawdę, że nie są zbiegiem przypadków, ale że coś – sam Bóg pewnie – interweniuje w naszym życiu i to On splątuje okoliczności w niebywały rezultat. Tak, „stópki” to namacalny dowód, że święci, aniołowie i prorocy przebywali z nami; że, chociaż już odeszli, to ktoś nadal nawiguje wśród szalejącego wokół żywiołu przypadkowości, nawet jeśli wydaje się nam, że robi to kapryśnie i tylko od czasu do czasu. Że nie jesteśmy sami. Inaczej to wszystko nie ma sensu; inaczej jesteśmy tylko ogniwem w biologicznym łańcuchu płodzenia i umierania, zupełnie jak owady, które rozdeptać możemy nawet tego nie zauważając.

Ale my nie chcemy być owadami. Więc, kiedy stoję na Garbarskiej przy kracie na ścianie kościoła, to wiem, że patrzę głębiej, zaglądam w ślepia pierwotnego mysterium tremendum et fascinans, które tutaj obłaskawiono zaledwie, wiążąc je ze świętą królową. Zza kamieni, przekazów historycznych i suchych danych biograficznych na temat ludzi, którzy dawniej tu żyli, ale już odeszli, wyłania się tu jakaś blada poświata czy raczej cień, który powoduje zawrót głowy i drżenie dłoni, jakieś podwojenie zarysów wszystkiego. Tak wiele pokoleń przychodziło tu wcześniej i, spoglądając na niewielką skazę na kamieniu, miało nadzieję, że rzeczywiście jesteśmy czymś więcej niż kości i skóra, że się wymykamy rozumowi, językowi, złym słowom, jakie ktoś czasami rzuci w naszą stronę, i że przy całym tym materialnym uwikłaniu, przemijalności wszystkiego rzeczywiście istnieje w nas jakaś mesjańska resztka.

CDN.

Jadwiga (9. Alma Mater)

Nie chcę epatować próżnym sentymentalizmem, bo naprawdę nie o to chodzi. Nie chodzi też o tani uczelniany mistycyzm – ale przecież przecież każdy, kto studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, pamięta chyba chwilę, kiedy odbierał indeks krakowskiej wszechnicy. Mały, seledynowy prostokąt pulsował wiekami tradycji. Jeżeli nie poczuliśmy tego sami, natychmiast dawano nam to do zrozumienia. Śmiać z tego uczyliśmy się dopiero z czasem, początkowo jednak robiło to na nas wielkie wrażenie. Oto poszerzaliśmy grono sław, które kiedyś tu studiowały. Stawaliśmy się kolegami Kopernika, byliśmy gotowi wstrzymać Słońce.

fot. MK.

fot. MK.

Do miejsc, w których się uczyliśmy i gdzie nas ukształtowano, zawsze ma się specjalny stosunek – nie wstydzę się tego, bo tutaj po prostu nie ma się czego wstydzić. Szkołę niesie się w sobie już zawsze jako część własnego DNA. Musiano by dać nam w tej szkole mocno w skórę, abyśmy kiedykolwiek stali się obojętni na jej los. Ale przecież i wtedy nie zobojętniejemy do końca, nawet jeśli będziemy próbowali.

Zjeżdżaliśmy do Krakowa z całej Polski, tak jak robiło się to w średniowieczu – i jak dalej się tu zjeżdżają nieopierzeni nastolatkowie z odległych miast i wiosek. Uczelnia przyjmowała wszystkich: domorosłych prymusów z Mielca i Nawłoci, napuszonych absolwentów krakowskiego Nowodworka (wielu z nich nosiło z dumą na piersiach krzyże maltańskie) i zakompleksionych przybyszów ze Śląska – takich jak ja. Zawsze było ich tutaj pełno, także w średniowieczu (zapisywano ich wówczas zwykle do nacji polskiej i nikt nie protestował). Śląsk leży bowiem o rzut kamieniem od Krakowa. Dzisiaj dzięki autostradzie odległość między Katowicami i Krakowem skurczyła się jeszcze bardziej. Jest tak niewielka, że – gdyby nie koszta czy fatalny stan kolei – można nawet od biedy codziennie dojeżdżać stamtąd na zajęcia; przeskakiwać z pociętej blokowiskami aglomeracji do wymoszczonego krakowskiego kurnika, a potem wracać i patrzeć, jak gdzieś koło Trzebini Małopolska zaczyna się rozpuszczać, wzgórza topnieją, wydłużają się, pojawia się surowy, industrialny Górny Śląsk. Wyrasta nagle zza horyzontu monumentalną elektrociepłownią Jaworzno.

Dojeżdżającym zawsze współczułam, bo studia w Krakowie polegają głównie na przesiąkaniu jego dziwactwami. Zajęcia są tutaj sprawą zupełnie drugorzędną. Skądkolwiek przybywaliśmy, zaczynaliśmy zatem poznawać miasto (potem okazywało się dopiero, jak bardzo jest zapyziałe – ale wówczas wielu z nas kochało je już za bardzo, aby w ogóle się tym przejąć). Wrastaliśmy w nie, zapuszczaliśmy korzenie. Uczyliśmy się jego ścieżek, wspinaliśmy się na kopce i wapienne skały, poznawaliśmy zapachy sekretariatów i surowe spojrzenia ich pracownic. Wpajano nam uniżoność wobec profesorów (legendarną wręcz, zwłaszcza jeśli porównać status, którym cieszy się przeciętny profesor w Krakowie, z pozycją, jaką posiadają wykładowcy w innych miastach). Oswajaliśmy się z legendą.

[…]

Na Starym Mieście stoją nadal dwa pierwsze kolegia odnowionej uczelni, które zakupiono z legatu królowej Jadwigi: Collegium Maius i Collegium Iuridicum. Maius, utworzone jeszcze w 1400 roku, wcześniej było domem niejakiego Szymona Pęcherza. Prawdopodobnie zakupiono go jeszcze za życia Jadwigi, ponieważ królowa nie ustawała w staraniach odnowienia uniwersytetu i zawczasu starała się go zabezpieczyć materialnie. W średniowiecznych tekstach pojawiają się także właściciele  sąsiednich posesji, Żydzi Lelka i Szmul, którzy również mieli odsprzedać swoje nieruchomości przedstawicielom władców. Cały zespół stał się zalążkiem kwartału uniwersyteckiego pomiędzy ulicami Gołębią i świętej Anny (wtedy: Żydowską). To tutaj rozpoczęto wykłady na odnowionej uczelni.

Kiedy umierała Jadwiga, teren ten był ponoć słabo zabudowany – i dlatego go wybrano. Dzisiaj Collegium Maius, charakterystyczny, gotycki gmach z wykuszem od strony ulicy, mieści muzeum i reprezentacyjne sale Uniwersytetu. Chodzę tam czasami zobaczyć krużganki. Lubię zwłaszcza ich wapienne kolumny. Nie są oryginalne. Wstawił je tu bodaj Adolf Szyszko-Bohusz, który odnowił i przebudował połowę Krakowa. W zasadzie trudno znaleźć zabytek, którego by nie poddał swojej czułej i nadgorliwej konserwacji. Nowe kolumny Maius wyciosano z lokalnego surowca, jurajskiego wapienia, który ma się nijak do materiałów z importu – takich chociażby jak marmur, z którego wyrzeźbiono wawelską Jadwigę. Wapień jurajski w tej odmianie, którą wykorzystano w Collegium Maius, jest pełen krzemieni. Filary wyglądają zatem jak skażone […].

fot. MK.

[…]

W XV wieku tworzono także bursy dla studentów, aby nie musieli pomieszkiwać na mieście. W 1468 roku zakazano im wręcz szukania pokoi u krakowskich mieszczan. Odtąd mogli mieszkać jedynie w bursach, kolegiach lub przy szkołach parafialnych. Bursy mnożyły się zatem, zwłaszcza w okolicach kolegiów, gdzie prowadzono wykłady. Bursy Ubogich, Bogaczy, Węgierska i Niemiecka wznosiły się w okolicach ulicy Gołębiej. Już nie istnieją. Była też Bursa Filozofów, która znajdowała się tam, gdzie dzisiaj wznosi się XIX-wieczny rektorat UJ. Powstała około 1400 roku i miała stanowić dom dla przybyłych z Pragi profesorów. Tuż obok stała Bursa Jeruzalem, największa i najsłynniejsza, z własną biblioteką. Ufundował ją Zbigniew Oleśnicki, ponoć jako wotum za niezrealizowany ślub pielgrzymki do Jerozolimy – ale jej nie dokończył. Zrobił to Długosz, jego wychowanek i duchowy spadkobierca. To bardzo piękna historia, z gatunku tych archetypowych: kolejna odmiana nauczyciela, który zawiódł i czegoś nie dopełnił. Próbował zadośćuczynić, ale dopiero jego uczeń miał zrobić to za niego, i to z nawiązką.

Takie opowieści chwytają za serce – bo nasze życie składa się przecież z samych archetypów. Każdy dzień przynosi nową odmianę jakiejś historii, która jest znana od stuleci. Tak naprawdę nic nowego się nie wydarza; wszyscy jesteśmy aktorami i gramy znane role: Learów, Dedalów i Odysów; Zbigniewów i Janów. Wybory moralne, przed którymi stajemy, to nic innego jak próba nadania nam samym takiej lub innej interpretacji, skierowania się w stronę jednej lub drugiej znanej historii; pójścia tą lub inną drogą, lepszą lub gorszą, łatwiejszą lub trudniejszą, z bardziej lub mniej wzniosłym finałem. Bo wszystko zostało już opowiedziane, i to po wielekroć. Bo życie jest grą na historie. Tak właśnie literatura walczy o nas i dla nas. Daje nam dobre narracje, abyśmy ich używali zamiast złych. Właśnie po to istnieje. Historia wiernego ucznia to zaś jeden z najbardziej krzepiących archetypów.

[…]

*

Europejskie uniwersytety powstawały falami. Pierwsze uczelnie, które są w pełni godne tej nazwy, powstały w Bolonii (1088) i Paryżu (około 1100), potem w Oksfordzie (1167). Początkowo nie były liczne i stanowiły poligon doświadczalny. Od niemal tysiąca lat elity Europy kształcą się na uniwersytetach, gdzie otrzymują w miarę zestandaryzowaną edukację. Ale wtedy dopiero ustalano, jak taki standard miał wyglądać, wytyczano szlaki dla zachodniego intelektu. Łączono starożytną dyscyplinę myślenia z chrześcijańskim Objawieniem i całą ówczesną wiedzą.

Do końca XIII wieku powstało zaledwie kilkanaście uniwersytetów, które zaczęto organizować na dwa główne sposoby. Uczelnia działająca na modłę włoską (modus italicus, powstał w Bolonii i Padwie) skupiała się na kształceniu prawników. Była korporacją studentów, którzy wyłaniali spośród siebie rektora. Nie musiał tam istnieć wydział Artium, bo nauczanie sztuk wyzwolonych stało w szkołach katedralnych w Italii na stosunkowo wysokim poziomie. Można było zatem immatrykulować się na uniwersytecie bez tytułu mistrza sztuk i od razu rozpocząć dalsze studia – jeśli tylko posiadało się odpowiednie umiejętności w zakresie łaciny, dialektyki, retoryki i kilku innych jeszcze podstawowych nauk, które wchodziły w skład tak zwanych siedmiu sztuk wyzwolonych. Drugi sposób organizacji uczelni nosił nazwę paryskiego (modus parisiensis) – w nim dominowali mistrzowie, a na uczelni najważniejszy był wydział sztuk, który trzeba było skończyć, aby studiować pozostałe kierunki – prawo, medycynę i teologię. W ramach wydziału tworzono nacje i kolegia, w których studenci żyli i studiowali razem.

Druga fala organizacji uniwersytetów ruszyła w XIV wieku – i w tej fali był już Kraków (1364), zresztą jako jeden z pierwszych ośrodków w Europie Środkowej, bo doczekał się uniwersytetu tuż po Pradze (1347), ale przed Wiedniem (1365). Do 1500 roku Europa kilka razy pomnożyła ilość swoich uczelni. U schyłku średniowiecza było ich już około 70. Krakowska Alma mater zdążyła w tym czasie przedwcześnie się wypalić, a potem na nowo rozkwitnąć. W tym czasie wprowadzono tu model włoski i zrezygnowano z niego. Odnowiona uczelnia krakowska funkcjonowała już według wzorów z Paryża.

CDN.

[całość na papierze]

Jadwiga (8. Zwierciadło władcy)

Jeśli w twoich żyłach płynie krew królewska, zmierz się z nią.

Władców nie pozostawiano w tych zmaganiach samych sobie. Stawiano przy nich doradców, którzy mieli prawo udzielać im wskazówek i liczyć, że zostaną wysłuchane. Porady te formułowano w odpowiednio kunsztowny sposób, bo nie godziło się ofiarować monarsze niczego, co nie byłoby drogocenne. I tak właśnie powstał gatunek zwierciadła władcy czy też księcia – speculum principis.

fot. Jan Mehlich.

fot. Jan Mehlich.

To fenomenalna forma. Widać w niej wszystkie cechy literatury, i to w stanie czystym. Speculum było słowami z ambicją prawdziwej przemiany rzeczywistości. Autorzy zwierciadeł nie pragnęli władać abstrakcyjnym milionem dusz, bo wystarczyło przekonać jedną, właściwą. Oczywiście, mogli je czytać i podziwiać wszyscy – literaci nie byliby literatami, gdyby nie liczyli na szerokie uznanie dla tego, co stworzyli. Zdarzało się zatem, że zwierciadła krążyły w odpisach, czytywano je dla intelektualnej rozrywki. Ale prawdziwy adresat był ściśle określony – i to kolejna cecha literatury. Bo tylko tekst pisany do (albo dla) kogoś nabiera precyzji, posiada ów wewnętrzny nerw, który sprawia, że postronni czytelnicy chłoną go z wypiekami na twarzy. To nie musi być wcale relacja miłosna, czasami nawet nie powinna taką być – ale bez konkretnego odbiorcy, zmieniającego się, czasami zbiorowego lub utajonego, do którego się pisze i który generuje płynący w tekście prąd, choćby sam nigdy nie miał rzucić okiem na rezultat, nie będzie żadnej prawdziwej sztuki słowa.

Specula nie kryły, że posiadają obiekty i adresatów, nie wstydziły się marzeń o wpływie na świat. Były znane już starożytnym, ale dopiero w czasach karolińskich okrzepły jako odrębna forma literacka. Rzadko były zwykłą apoteozą, traktatem o cnotach konkretnej osoby. Wychodziły od nich co najwyżej, aby szybko zmieniać się w dyskurs o władcy doskonałym, który rządzi swoim państwem ku zbudowaniu i pożytkowi poddanych.

Karolińscy teoretycy władzy wzorowali się na ogół na pochodzącym z VII wieku irlandzkim traktacie „De XII abusivus saeculi” Pseudo-Cypriana, który wymieniał dwanaście najpoważniejszych zagrożeń czyhających na ludy w ich drodze do zbawienia. Zauważał, że zło pojawia się wówczas, kiedy ktoś uchyla się przed wypełnieniem swojego powołania – na przykład wtedy, gdy mędrzec nie chce nauczać czynami, pozostając jedynie na poziomie słów, a bogacz nie rozdaje jałmużny. Klęska grozi także wówczas, kiedy król nie chce prowadzić ku dobru swoich poddanych. Im ktoś więcej otrzymał zdolności i władzy, tym więcej można od niego wymagać.

Karolińskie specula inkrustowano też cytatami z „O państwie Bożym” św. Augustyna. Biskup Hippony pozostawił sporo uwag na temat tego, czym powinien cechować się monarcha idealny: musi władać sprawiedliwie, miłosiernie i z pokorą. W V księdze „De civitate” Augustyn zauważał, że sprawiedliwi władcy „szczęśliwi są, jeśli swą władzę na usługi Majestatowi Bożemu poświęcają, używając jej nade wszystko ku pomnożeniu czci Bożej; jeśli chowają Bojaźń Bożą w sercu, i miłość, i wiarę; jeśli bardziej miłują owo królestwo, w którym się nikt nie lęka, że nie ma wspólników; […] jeśli za swe grzechy nie zaniedbują składać przed Bogiem w ofierze pokory swej”. Królestwo, w którym nikt nie lęka się, że nie ma wspólników, królestwo, w którym samotność nie jest straszna i gdzie nie trzeba bać się złośliwości czy zawiści innych; nie wiem, czy to nie najpiękniejsza definicja niebiańskiej harmonii. Tutaj tak nie jest.

[…]

*

Wiem o tym od dawna i ciągle nie mogę się nadziwić: jak wielkie jest nasze zaufanie do literatury. Oddajemy się jej we władanie, staramy się w niej przejrzeć i za jej pomocą zobaczyć prawdę o świecie. Chcemy, aby nas uwieczniła. Ufamy jej, jakby słowa były z najczystszego kryształu. W czasach Karola Wielkiego i Jadwigi miało to może jeszcze sens – bo i sztuka była wtedy niewinna, nie tak zdradziecka jak obecnie, kiedy ma za sobą długą historię nadużyć. Tyle razy przecież wychwalała tyranów, zło nazywała dobrem i zdradzała swoje wierne sługi, służąc mydłkom. Tak, waluta państwa liter dewaluuje się z każdym pokoleniem i nie jestem pewna, czy jesteśmy w stanie temu przeciwdziałać na większą skalę.

I w ogóle – czym jest to pisarstwo, o które tak walczymy? To jakiś strumień liter, zapis chwili wzruszenia, który zostaje na zawsze; emocjonalna skamielina, poruszenie, które pisarz ogląda pod szkłem powiększającym, aby naszkicować dobrze jego zarysy. W dodatku tekst zwykle sugeruje, że jej autor zawsze żyje w uniesieniu, a przecież nigdy tak nie jest. Zaraz wstanę znad tej filipiki i pójdę gotować ziemniaki, albo wyjdę na łąki pod Górką Pychowicką, żeby zobaczyć  kikuty traw wysuszone przez pierwsze mrozy – i ta proza życia będzie tyleż prawdziwsza niż wszystkie literackie zaklęcia.

Lecz wrócę – bo literatura jest jak nałóg; kto wie, czy nie z tych najbardziej wstydliwych […]

CDN.

Jadwiga (7. Korzenie klęski)

Od 1384 roku Jadwiga była już w Krakowie, wówczas też została koronowana na suwerena Polski. Bośniaczka opóźniała jej przyjazd tak długo jak się dało, w końcu jednak stało się jasne, nie można było dłużej zwlekać. Wraz z przybyciem królowej nad Wisłą rozpoczęła się nowa epoka. Coś zakiełkowało, co miało procentować jeszcze długo potem, a Kraków znalazł się nagle w samym centrum rozterek epoki.

Andegaweni żywo interesowali się intelektualnym życiem Europy, towarzyszyli najważniejszym przemianom kultury. Byli zawsze au courant, więc i Kraków za panowania Jadwigi był au courant. Wówczas oznaczało to sprzyjanie devotio moderna, nowej duchowości, która dopiero co pojawiła się w Niderlandach i przyległej części Niemiec. Na Wawelu pojawili się zatem jej przedstawiciele.

jadwiga manuskrypt

To nie jest byle ciekawostka bibliograficzna. Trzeba zastrzec od razu: pobożność ta, sentymentalna i indywidualistyczna, jest solą w oku miłośników klasycznego średniowiecza. Nic dziwnego, bo to właśnie w niej kiełkowała nowożytność, a zatem i nowoczesność, moje niepokojące wybranki. W XIV wieku na dobre zaczęły pękać solidne gmachy teologii Tomasza, kruszone przez woluntarystów i nominalistów, podkopywane przez mistyków czy wzruszeniowość nowego malarstwa. Z XIV- i XV-wiecznych obrazów Chrystus zwykł patrzyć na wiernych ze smutnym wyrzutem, zwracać się wprost do odbiorcy z nieco przesadną emfazą: zobacz, jak cierpię; tak, to przez ciebie. Łacina, święta mowa, od kilku dekad toczona była przez miłośników języków lokalnych i ich niskie pasje. Dante zdążył przemierzyć zaświaty, jeszcze wprawdzie średniowieczne, ale opisał je już po włosku. Także Petrarka nieortodoksyjnie zakochał się w Laurze i jego miłość była zupełnie doczesna, opiewał ją też w języku potocznym. Nie ma wątpliwości: to wtedy, w czasach Jadwigi, wraz ze wszystkimi pomysłami pionierów devotio moderna i ich współczesnych do europejskiego krwiobiegu trafiły bakcyle, które spowodowały nowoczesną gorączkę.

Nowa duchowość podkreślała znaczenie indywidualnej pobożności. Ścieżka do nieba zwężała się, nie była odtąd gościńcem, którym podążało się wraz z całą wspólnotą, lecz dróżką własnych praktyk ascetycznych i osobistej relacji z Bogiem. Założeni przez Gerarda Groote bracia wspólnego życia, główni rozsadnicy devotio, żyli wprawdzie razem, ale nie składali ślubów, a ich głównym celem było doskonalenie wewnętrzne. Prowadzili też szkoły (przez jedną z ich placówek miał przejść wkrótce Tomasz à Kempis, domniemany autor „O naśladowaniu Chrystusa”, dzieła, które dzisiaj kojarzy się powszechnie z tym ruchem). Dowartościowana została stara, piękna idea reformatio, ciągłej reformy, zmiany życia chrześcijańskiego na lepsze, wcześniej skierowana raczej do członków zgromadzeń zakonnych, teraz nabierająca znaczenia także w życiu świeckich. Oba wątki, reformy i religijnego indywidualizmu, z rozmachem rozwinął potem Luter. Musiały inkubować jeszcze tylko sto lat.

I w ogóle – trzeba wybiec około 150 lat w przyszłość, do XVI wieku, aby zobaczyć, jakie owoce wydały idee pionierów nowej duchowości. Znajdziemy je u niemal wszystkich ojców nowożytności – Lutra, Erazma, Kalwina czy katolickich świętych. Teresa Wielka, odnawiająca Karmel i przeżywająca prywatne ekstazy, była przecież pod tymi względami jasną alternatywą w stosunku do Wittenbergi. I był nią Ignacy z Loyoli, który stworzył najważniejszy nowożytny zakon, a sam kształcił się w kolegium związanym z braćmi wspólnego życia. W jego przypadku kontynuacja jest nawet bardziej widoczna: medytacja chrześcijańska, do której zachęcano wiernych w ramach XIV-wiecznej pobożności, bazowała na wyobraźni i uczuciach, dokładnie tak jak „Ćwiczenia duchowne”. Ignacy wyraźnie stawiał też na indywidualizm, chciał mieć armię mistrzów samodyscypliny, a każdy jezuita musiał przede wszystkim pilnować siebie samego. Zachwycający pomysł, który działał, ale tylko dopóki charyzmat zakonu był świeży. Potem jego struktury osiadły pod swoim własnym ciężarem, a „jezuityzm” stał się stopniowo – chociaż nie bez pomocy oszczerców – synonimem źle pojętego sprytu i obłudy.

Im dłużej myślę o historii Towarzystwa, tym jaśniejsze jest dla mnie, że było się tak nie bez przyczyny. Bo sentymentalizm i indywidualizm devotio moderna – to było rzeczywiście stanięcie nad przepaścią. Ale w XIV wieku jeszcze o tym nie wiedziano, to było jeszcze wszystko niewinne. Któż bowiem może w pełni być indywidualistą? Jeszcze się nie zastanawiano, przeczuwano zaledwie, że tylko święci. Inni poruszają się nieprzerwanie na granicy światła i cienia, po śliskiej ścieżce nad przepaścią. Spadają prawie wszyscy.

W czasach Jadwigi kiełkowała zatem epoka klęski. Znamy ją doskonale, bo w niej wyrośliśmy.  Oto nadciągała nowożytność z całym swoim obosiecznym indywidualizmem, czas rozpadu wszystkiego i gorączkowego, punktowego zapobiegania katastrofie. Tutaj nie mogło już być rozwiązań ogólnych. Wierność wartościom miała stać się stopniowo kwestią własnej niezłomności, jakże zawodnej, lub – co potem słusznie wykpił Pascal w „Prowincjałkach” – odpowiednio giętkiej nauki moralnej (a Pascal ze swoimi trwogami i kruchością sam był przecież do szpiku kości nowożytny, bo w średniowieczu nie byłby możliwy ani on, ani Dostojewski, ani męska proza Conrada). Ale czy bohaterstwo i wierność nie jaśnieją bardziej, kiedy widać, jak łatwo można było ich nie dotrzymać i jak łatwo usprawiedliwić, że się zawiodło? I czy nie krzepią bardziej wszelkie chwile nawrócenia? Nowożytność to jednak ciągła obecność upadku, lepiej mieć to zawsze w pamięci. Jadwiga i współcześni jej mecenasi teologicznych nowinek mogliby zaś powtórzyć za Szekspirem, kolejnym geniuszem, który nie mógłby pisać w średniowieczu: We are not the first / Who, with the best meaning, have incurr’d the worst.

[…]

Nie jednak, żeby, wyprawiając nas na te nowe, nieznane wody, devotio moderna nie oferowała  antidotum. Ważnym elementem tej duchowości był nacisk, jaki kładła na aktywne życie chrześcijańskie, zwłaszcza wierne wypełnianie obowiązków stanu. Jeśli jesteś kupcem bławatnym, bądź dobrym kupcem bławatnym – uczono. Bądź aktywny i czyń dobrze, nie oszukuj. Jeśli w twoich żyłach krąży krew królewska, zmierz się z nią. Bądź doskonałym władcą. To niemal jak w XX-wiecznym Opus Dei i różnych świeckich systemach etycznych. Ale zbieżność tego rodzaju nie powinna zaskakiwać: w historii wszystko się powtarza; człowiek posiada wciąż te same zranienia i niespełnienia, więc i odpowiedź na nie musi być taka sama. Bądź wierny, trwaj, doskonal się tam, gdzie jesteś. Nagroda będzie później. Kiedy szuka się pocieszenia w doczesności, wtedy klęski nie da się już powstrzymać. To gorzka nauka, ale niezmiennie prawdziwa.

Nowa pobożność kwitła nie tylko w Niderlandach. Jej drugim centrum stały się Czechy, gdzie pielęgnowali ją kanonicy regularni oraz Uniwersytet w Pradze. To stamtąd duchowość Grootego promieniowała do Polski. W drugiej połowie XIV wieku w Czechach kształciło się wielu polskich studentów, znad Wełtawy przybyli również pierwsi profesorowie odnowionej Akademii Krakowskiej.

Andegawenka ufała czeskim uczonym. W Pradze uczyli się Stanisław ze Skarbimierza czy Piotr Wysz, który dzięki osobistym staraniom Jadwigi stał się biskupem krakowskim. Około 1394 roku spowiednikiem króla był Hieronim Jan Sylwan z Pragi. Kapelanem królowej był z kolei kaznodzieja praski Jan Szczekna, cysters, którego kazania budziły tyle kontrowersji u konserwatywnych polskich panów, że domagano się opuszczenia przezeń Polski. To wreszcie w stolicy Czech w 1397 roku Jadwiga powołała do życia specjalne kolegium, w którym naukę mieli pobierać duchowni skierowani do pracy misyjnej na Litwie. Musieli uczyć się nad Wełtawą, bo starania o odnowienie krakowskiej uczelni trwały i ciągle nie wydawały upragnionych owoców.

Jadwiga i Jagiełło nie chcieli bowiem jedynie importować idei. Zależało im na tym, aby Kraków stał się samodzielny intelektualnie. Stąd wziął pomysł na uniwersytet. Utrzymywali też kontakty z klasztorem kanoników regularnych w czeskiej Roudnicy, znaczącym ośrodkiem devotio moderna. Owocne były zwłaszcza relacje z kłodzką prepozyturą Roudnicy. Duchowni z Kłodzka kilka lat po śmierci królowej utworzyli na Kazimierzu kolejną siedzibę kanoników. Klasztor – ufundowany i znajdujący się do dzisiaj przy kazimierskim kościele Bożego Ciała, położonym dość blisko Skałki – szybko rozkwitł i dochował się własnego świętego. Zaledwie kilkadziesiąt lat później mieszkał i działał tam Stanisław Kaźmierczyk.

Na Wawelu czasów Jadwigi częstymi gośćmi byli też inni uczeni, których formacja przebiegała w Czechach. Profesor Krzysztof Ożóg, który jest chyba najlepszym znawcą tematu, pisze o około czterdziestu intelektualistach. Ja muszę wspomnieć o jednym, Henryku Bitterfeldzie, który przez większą część życia był związany z Uniwersytetem Karola. Do niego zmierzał cały ten wywód, bo to on podjął się napisania dla Jadwigi zwierciadła władcy, traktatu o powinnościach monarchy i swoistej summy czeskiej wersji devotio moderna. Dopóki pod Wawelem nie było uczelni, dopóty ratunkiem pozostawała Praga.

CDN.

Jadwiga (6. Skałka)

[Księdzu Danielowi za dobre słowo, które przyszło niespodziewanie, kiedy było potrzebne]

Zapada zmierzch. Kolory nabierają soczystości, ale zaraz zbłękitnieją i pogrążą się w mroku. Stoję przy sadzawce z figurą Stanisława na środku, przy Kropielnicy Polski, naszej Siloe, gdzie miało się zrosnąć ciało zamordowanego Biskupa. Woda pachnie siarczanami, ponoć ma właściwości zdrowotne. Kiedyś, kiedy nie było tu jeszcze kościoła, źródło było rzekomo niewielkim jeziorem. Pewnie ogrodzono je drewnianą cembrowiną lub zrobiono pomost, aby stąd czerpać i odprawiać gusła. Potem ujęto je w elegacką obudowę, ozdobiono barokowymi tralkami, ale nadal bije.

Otacza mnie miękki kokon murów. Jest letni wieczór. Słychać tylko szemranie wody i ostatnie ptaki w ogrodzie zakonnym. Za chwilę zapadnie cisza, bo paulini wyłączą fontannę na noc, ptaki umilkną, kiedy umoszczą się wreszcie na gałęziach, a słońce zajdzie. Ale to za chwilę. Najpierw zakrystian w białym habicie zamknie kościół, wysoko, ponad moją głową, i zejdzie po schodach do ogrodu, dzwoniąc kluczami. Wtedy będę musiała sobie pójść. Ale jeszcze chwila.

800px-Bazylika_Św._Michała_Archanioła,_Sanktuarium_Męczeństwa_Św._Stanisława_Na_Skałce_w_Krakowie,_A-29_oraz_A-196M

Za mną krypta z prochami Wyspiańskiego, Malczewskiego, Miłosza i innych. Są tutaj, wiem o tym. W końcu na to rodzimy się Słowianami, żeby się nawzajem wyczuwać w powietrzu, żeby szukać swojej obecności, zwłaszcza w takich miejscach jak to, nad sadzawką Biskupa. I jest tutaj także krew Stanisława ze Szczepanowa. Kamień, na który trysnęła, nadal przechowuje się w ścianie przy jednym z bocznych ołtarzy. Ta krew ciągle tu jest.

Nie wiemy dokładnie, o co chodziło. Nie wiemy, kto zawinił. Gall Anonim wskazuje na duchownego, Kadłubek – na króla. Tradycja podpowiada nam jednak, że zawinił władca i że jego wina wciąż nie została odpokutowana – a tradycji należy słuchać, bo ona nigdy nie jest subiektywna. Często miewa rację wbrew lakonicznym lub bajkowym zapiskom skrybów, którzy miewają własne interesy i bywają stronniczy. Historia jest najpiękniejsza wówczas, kiedy stwierdza swoja bezsilność, kiedy milknie i rozkłada ręce nad dokumentami, aby ktoś inny mógł mówić dalej; kiedy budzi się pamięć pokoleń, narodowa podświadomość.

Właśnie z tego punktu widzenia tak ważna jest sprawa Stanisława, bo w jej przypadku nie wiemy prawie nic. Przybliżamy się jedynie do tej tajemnicy, aby stwierdzić, że fakty, które zdołaliśmy ustalić, nijak mają się do ich dziejowego znaczenia. Nie wiemy zatem, dlaczego biskup zginął, jak dokładnie to się stało (analiza czaszki wykonana tysiąc lat po morderstwie wskazuje na uderzenie tępym narzędziem, ale czy taka analiza może być wiarygodna? Czy to na pewno ta czaszka?). Nie wiemy też, gdzie spoczęło ciało zabójcy, Bolesława, i czy naprawdę był winny. Wyspiański, który szedł trochę po śladach Słowackiego, uważał, że był to pojedynek dwóch mocarzy ducha i że król go przegrał, zbyt był żądny sławy i mocy. Są tacy, którzy szukali grobu monarchy za granicą, inni uważają, że ostatecznie pochowano go w Tyńcu, gdzie trumnę z jego ciałem przygarnęli benedyktyni, dla których rzeczywiście był szczodry. Chciałabym w to wierzyć, bo, jeśli nie liczyć Wawelu, Tyniec i Skałka to dla mnie dwa najważniejsze kościoły dzisiejszego Krakowa. Wyrastają z przeszłości jak lichtarze, pokryte obficie woskiem dawnych świec. Tego wosku nikt nigdy nie usuwał, przykrył zatem tyle faktów i nazwisk, że chodzi się po nich w onieśmieleniu, jakby pomiędzy epokami, poza historią. Niech i ja ich dotknę, niech ten wosk przykryje i mnie.

[…]

[CDN; całość tekstu ukaże się na papierze]

Jadwiga (5. Wilhelm i republika listów)

Eneasz Sylwiusz Piccolomini należał do szerszego chóru, którego pomruki pomogły zablokować pierwszą próbę kanonizacji Jadwigi. Miał dług wdzięczności wobec Habsburgów. Niemal od początku wspierali jego ambicje. Wiedzieli, że jest wytrawnym graczem, który może okazać się przydatny; takiego zawsze warto mieć po swojej stronie. To im będzie zawdzięczał kapelusz kardynalski i, co najważniejsze, zawsze będzie mógł liczyć, że stojąc przy nich uzyska więcej.

Piccolomini musiał zatem być po ich stronie, chociaż o kulturze intelektualnej Niemców wyrażał się bez uznania. Należał jednak do grona dość licznych intelektualistów, którzy za najważniejszy cel swojego życia uznają zrobienie kariery (zatruwa mi to zwykle możliwość delektowania się owocami ich intelektu, nawet jeśli są niebywałe. To przecież historia stara jak świat: na zdolnych perspektywa sławy działa jak niezwykle silny afrodyzjak, bo któż powinien mieć wpływy, jak nie oni? Któż powinien być czytany? O kim powinno się mówić, jeśli nie o tych najzdolniejszych? Lgną więc do każdego, kto może dać im upragniony sukces, jak ćmy do lampy. Bardzo giętki intelekt często nie zauważa przy tym, że już został złamany).

Przyszły papież Pius II, o ile chciał trzymać z Habsburgami, musiał mieć sporo pretensji do Polaków. Jadwiga była wówczas tylko jednym z punktów na rakuskiej liście zażaleń. Eneasz oburzał się głównie w sprawie Warneńczyka, który dopiero co zabrał Habsburgom tron węgierski. Dygresje o Jadwidze, które pojawiają się w jego korespondencji i traktatach, to raczej dąsanie się, że nie po raz pierwszy ród Jagiełły, czyli barbarzyńscy z północy, wchodzą w szkodę jego cesarskim patronom.

eneasz 663

*

Pierwszy proces kanonizacyjny Jadwigi rozpoczął się w 1426 roku, zaledwie 27 lat po śmierci królowej. Wszczął go arcybiskup Wojciech Jastrzębiec, który pod koniec życia Andegawenki pełnił urząd jej kanclerza i widywał ją niemal codziennie. W dekrecie ustanawiającym komisję do badania życia i cnót królowej wspominał, że Jadwiga żyła „życiem wzorowym” […]. Nadawała się jak nikt inny na patronkę krzepnącego państwa polsko-litewskiego, które współzałożyła i które nadal rosło w siłę. Korona krakowska byłaby Koroną Swiętej Jadwigi. Nie wszystkim było to w smak.

[…]

Tak rozpoczęło się specyficzne męczeństwo Jadwigi. Chodziło o przedstawicieli dwóch wielkich dynastii, więc, kiedy królowa zdecydowała się na Litwina, opinia europejska zawrzała. Plotkowano, że skonsumowała związek z Wilhelmem, aby go potem porzucić. Mieli dzielić łoże nawet  piętnaście dni. Każdy, kto oglądał kiedykolwiek średniowieczne rękopisy, wie jak bogata była erotyczna wyobraźnia ówczesnych skrybów. Z autorami było podobnie. Tomasz Ebendorfer, uczony mający posłuch na habsburskich dworach Fryderyka III i Albrechta II, w „Chronica Regum Romanorum” rozpuszczał pogłoski, że Jadwiga regularnie spędzała z Wilhelmem noce w Krakowie, zanim książę został porwany przez Polaków i wywieziony […].

Roczniki wiedeńskie podają z kolei, że Wilhelm został koronowany na króla Polski, skonsumował związek, a następnie wygnano go z Polski, by jego miejsce zajął „niejaki Jagiełło”, który zresztą wcześniej fałszywie przyjął chrzest. Rocznikarze krzyżaccy (dla Malborka ślub Jadwigi z Jagiełłą oznaczał katastrofę i przekreślenie planów podboju Litwy) dodawali od siebie, że Jadwiga weszła z Wilhelmem w związek cielesny, a jej rzekome małżeństwo z Litwinem, der Boze Hunt, złym psem, było contubernium adulterium.

O życiu płciowym Jadwigi sporo wiedział też dominikanin Jan Falkenberg, uczony polemista Mateusza z Krakowa, związany z Wiedniem i Krzyżakami. Jak notował, Jagiełło, ledwo ochrzczony, zdobył polski tron i wziął sobie królową za życia jej małżonka, z którym ona wcześniej poznała się cieleśnie – tinctus unda sacri baptismatis regnum Poloniae pervasit et reginam, marito eius vivente et ab eo carnaliter cognitam, accepit in uxorem.

Tych relacji jest sporo. […]

W Rzymie ostatecznie wygrała „polska” wersja wydarzeń, mówiąca o nieskonsumowanym i nieważnym małżeństwie andegaweńsko-habsburskim, wypłacie należnego odszkodowania oraz pełnoprawnym ślubie Jadwigi z Jagiełłą. Prawa Jagiełły zostały uznane przez Stolicę Apostolską po specjalnym procesie, wszczętym na wniosek Krzyżaków. To, czy królowa Polski była nierządnicą czy nie, omawiano szczegółowo przez około dwa lata. Małżeństwo z Jagiełłą zostało uznane za prowomocne, także chrzest Władysława, więc Urban VI, papież, który był człowiekiem zasad, o czym można wnioskować z innych jego decyzji,  w 1388 roku wydał bullę erekcyjną dla katedry w Wilnie.

Pogłoski o rozpuście Jadwigi krążyły jednak przez lata, co ona znosiła bardzo mężnie. […] Wszczęto nawet proces przeciwko niejakiemu Gniewoszowi z Dalewa, który rozsiewał fałszywe pogłoski o potajemnych konszachtach Jadwigi z Wilhelmem, psując mir domowy Andegawenki i Jagiełły. Gniewosz musiał wejść pod stół i – dosłownie – odszczekać wszystkie swoje oszczerstwa. Królowa zaś – jak każdy, komu kontakty ze światem kojarzą się jedynie z nieporozumieniami i nieprzyjemnościami – wycofywała się z życia publicznego, […] była coraz bardziej Marią, a mniej – Martą. Trzeba było temu zaradzić.

[całość ukaże się w druku]

Jadwiga (4. Siena po raz wtóry)

Z okna mojego pokoiku w pensjonacie pani Antonelli widok ograniczał się do ciemnej oficyny, kota na parapecie i świeżo wypranej bielizny, zaskakująco monochromatycznej, zielonej lub niebieskiej. Pod tym względem od czasów Herberta nic się tutaj nie zmieniło.

Przyjechałam do Sieny jak dotąd tylko raz, kilka lat temu i zaledwie na parę dni. Oczywiście, trzeba było w końcu przyjechać, za Herbertem, Herlingiem i innymi, bo przez nich Siena stała się już stałym punktem na mapie polskiej wyobraźni.

Glenn Melig

Toskańskie miasto to labirynt uliczek, opadających w dół lub pnących się w górę, z katedrą, Duomo, spinającą miasto niczym klamra z pasiastego krzemienia. Il Campo, główny plac Sieny, jest bladoróżowy, jakby krew wymieszać z mlekiem. Amfiteatralny w kształcie, spływa łagodnie do marmurowego odpływu w kształcie muszli; ten odpływ jest zaś zawiązkiem konchy samego placu. Żeglują w niej turyści, gołębie, obywatele. Wygrzany w słońcu bruk przyjemnie oddaje swoje ciepło,  Palazzo Publico zamyka widok, zasłania sobą dolinę i łagodne toskańskie wzgórza. Nad głową wieża, „wysoka, biała na szczycie jak kwiat, tak że wokół niej niebo nabiega błękitną krwią”.

No właśnie, Siena, martwy motyl przypięty szpilkami do stronic polskich notatników. Widziana oczami Herberta była przede wszystkim skarbcem sztuki, „miastem trudnym”, które, jak pisał, „słusznie porównywano do tworów przyrody”. Poeta patrzył na nią „okiem jaskółki i historyka” („Siena”). Esej z „Barbarzyńcy w ogrodzie” jest arcydziełem, kunsztownym katalogiem, pełnym miękkich nazwisk i tajemniczych tytułów. Upajałam się nimi swojego czasu, bo polskiemu uchu wystarczy szepnąć: Duccio, żeby słodkość dźwięku zawróciła nam zupełnie w głowie. Po pierwsze – swoim rodowodem, bo słowa tego typu odnoszą nas do samego rdzenia kultury Zachodu, a tam nieustannie chcielibyśmy przebywać. Poza tym polska literatura w swoich najlepszych przejawach jest muzyczna, opiera się na melodii. Stąd owo polskie zamiłowanie do Włoch i tamtejszych nazw, imion i przydomków, stąd tłumy polskich eseistów i poetów, szkolących tam swoje pióra, tak jak kiedyś młodzieńcy i dziewczęta z dobrych domów doskonalili kreskę, smak i wyczucie koloru.

Gustaw Herling-Grudziński pisał później, miał już zatem pod powiekami opisy Herberta. Najsłynniejszy polski neapolitańczyk znał Włochów od podszewki i patrzył bardziej okiem egzystencjalisty niż estety, spostrzegł więc w Sienie charakterystyczną włoską teatralność, którą dosłownie wbudowano w to miasto cegła po cegle, jakby zamiast miasta wznoszono dekoracje. Siena u Herlinga „jest dużą sceną z muszlowatym wklęśnięciem Il Campo pośrodku. Sceną będąc architektonicznie, bogato przy tym dekorowaną, budzi często wrażenie udziału w spontanicznym, tłumnym widowisku teatralnym. Spadzistymi zejściami spływają na Campo, na Pole, turyści, mieszkańcy miasta, wycieczki szkolne”. Nocą wszystko milknie, przedstawienie zostaje przerwane. „Nigdzie nie słyszałem tak głębokiej ciszy snu; i tak równocześnie żywej, podskórnie pulsującej […]. W Fonte Gaia nie odzywa się najlżejszy plusk wody” („Siena i okolice”).

Miłosz, który był tu chyba najwcześniej, nie chciał tego anielskiego spokoju („Siena”): „Więc widzę / niebo błękitne nad murami Sieny. / Ach, zrozumiałym trzeba być. Łodydze / podobną wieżę, turniejów areny. / I krzyże męki na złocie się ważą, / z żurawim skrzydłem i jaskółczą twarzą. // O głodzie głucho tu. Słodyczy dosyć. / Ale ta słodycz od ziemi odpycha. […] // A Siena spada w blask, jakby strząśnięta / Rosa w potoki zbiegające z gór. / A Siena spada w blask i nie pamięta / Wzrok jej kolorów, jej kamiennych, piór. / Cichnie gwar widm, otwarte wrota boju. / Gwiazdo, chroń nas – od szczęścia i spokoju”.

Kiedy przyjechałam do Sieny, miałam lat dwadzieścia parę. Szłam szlakiem przetartym przez mistrzów i koniecznie chciałam być taka jak oni. Tekstami o tym mieście zaczytywałam się od liceum. Teraz, kiedy osobiście przesiadywałam na Il Campo, wertowałam niewielką książeczkę Quentina Skinnera poświęconą freskowi „Dobre i złe rządy” Ambrogia Lorenzettiego, wymalowanemu na jednej ze ścian w Palazzo Publico. Kupiłam ją tutaj, w ratuszu. Skinner omawiał w niej stare tradycje włoskich republik. Pokazywał, że są starsze niż średniowieczne odkrycie Arystotelesa; że już wcześniej komentowano tutaj Cycerona, egzorcyzmując największego demona wszystkich republik, discordia. Starym cnotom politycznym, takim jak fortitudo, prudentia czy iustitia, Lorenzetti nadał kształty kobiet, ubierając je w powłóczyste szaty. Wydawało mi się jasne, że Herling i Herbert przeoczyli ów wątek, nawet jeśli wspominali o fresku i czuli podskórne życie tego miasta. Nie, Siena, nie stała się jeszcze muzeum, chociaż republika nie istniała już tutaj od dawna jako forma rządów. Pozostała widoczna w rytuałach poszczególnych contrad, w ludycznym widowisku konnego wyścigu, Palio. (Siena podzielona jest na dzielnice, contrady, które szczycą się odmiennymi barwami heraldycznymi, różną historią i tradycjami. Na Palio każda każda z nich z nich zwykła wystawiać własnego konia). Wydawało mi się, że moi poprzednicy byli skazani, by to wszystko przeoczyć, bo podróżowali w innym czasie, pełnym zamętu, kiedy szukano raczej kondotierów i wielkiej sztuki, a nie republikanizmu i vinculum concordiae. Chciałam zatem koniecznie napisać o tym esej.

To, oczywiście, była pułapka. Eseje pisze się zdecydowanie zbyt łatwo, w dodatku dają autorowi wrażenie parania się literaturą zanim w ogóle zacznie się nią parać. Trochę się czyta, rozmyśla się, najlepiej w pięknych okolicznościach, a potem przelewa na papier drgnienia własnego wnętrza, jeśli się da – w stylu wysokim. Kiedy nie ma się charakteru albo talentu, a czasami obu tych rzecz naraz, to tak właśnie pisze się esej, depcze z konieczności po cudzych śladach, produkuje pustosłowie. Jeśli Bóg pozwoli, esej będzie chociaż dobry, ale to się zdarza niezmiernie rzadko (Wyka o eseistach: „w kółko kręci się wielu, a tańczą nieliczni; próbuje gadać kulturalnie wielu […], a przemówi najwyżej jeden lub dwóch na pokolenie”).

Zatem marnowałam czas. Przesiadywałam na Il Campo, smakując polski sposób patrzenia na ten plac; przypominałam sobie, co o nim pisano. Opierałam się o Fonte Gaia, o marmury dłuta Jacopo della Quercia, tego samego, który stworzył nagrobek z Lukki (wzór dla pomnika Jadwigi). Jadałam aromatyczne makarony, piłam toskańskie wino. Słuchałam werbli, które rozbrzmiewały w zaułkach. Zbliżało się Palio, reprezentacje poszczególnych dzielnic trenowały widowiskowe sztuczki z flagami, podrzucanymi w takt bębnów. Nocami, zamiast kamiennej ciszy Herlinga, w mieście słychać było śmiech dziewcząt. I one szykowały się do wyścigu. Ich bohater, taki czy inny, miał cwałować na złamanie karku po kamiennym cyrku Il Campo, one miały mu śpiewać. Może na nie spojrzy.

Chodziłam także, jak trzeba, do domu św. Katarzyny Sieneńskiej, który znajdował się o rzut kamieniem od mojego hoteliku (Katarzyna należała do Contrady Gęsi, czym dzielnica do dzisiaj bardzo się chwali). To tutaj dominikanka wspinała się po drabinie mistycznej, pokonywała stopnie doskonałości, których turyści tacy jak ja nie potrafią sobie nawet wyobrazić; to tutaj kosztowała słodyczy Boga, płonęła ogniem Jego miłości, „mieszkając jeszcze w ciele śmiertelnym”; to stąd słała swoje listy, w tym ten, cytowany już, do Elżbiety Łokietkówny czy inny, do Ludwika. „Między ludzkim Niczym i boskim Wszystkim rozpięta była, skąpana we krwi Ukrzyżowanego i własnej, sieneńska mistyczka” – pisał Herling. Głowa świętej, starannie odcięta od tułowia, mała, delikatnie zaróżowiona, niemalże uśmiechnięta, spoczywa niedaleko, parę ulic dalej, na wzgórzu, w kunsztownym relikwiarzu w Kościele Św. Dominika.

Naprzeciwko domu Katarzyny na fasadzie zwykłej kamienicy wisi jedna z licznych sieneńskich Madonn, obraz Riccarda Tommasiego Ferroniego z 1991 roku. Ferroni, który zmarł kilka lat temu, był głową całego klanu artystów; jego syn pojawiał się w pismach Donalda Kuspita jako antidotum na koniec sztuki. Gdyby chcieć porównać Ferroniego do jakiegoś polskiego malarza, do głowy ze względu na swój niewymuszony realizm przyjdzie pewnie Tadeusz Boruta. Pamiętam, że zachwycił mnie wówczas – może nawet bardziej niż wersja Duccia – obraz powieszony na ulicy, dzieło sztuki wkomponowane w zaułek, własność przechodniów. Madonna z obrazu Ferroniego to zamyślona szatynka, zupełnie współczesna, z rozpuszczonymi włosami, długim nosem i dużymi ustami, zbyt szerokimi nawet na jej szczupłej twarzy, prosta dziewczyna w czerwonej sukni i niebieskim płaszczu. Na rękach trzyma nagiego Chłopca. Zapewne bawił się niegrzecznie, płoszył gołębie i przeszkadzał jej w praniu. Nawet teraz nie potrafi usiedzieć spokojnie. Wyciągnął rączkę w kierunku gęsi, która stoi tuż obok, gładzi ją po czole. Ta pieszczota ma w sobie coś magnetyzującego. Patrząc na nią, nieustannie myślałam o swoim eseju. Jak się okazało, nigdy go nie napisałam.

Wspominam o tym teraz, kilka lat później, ponieważ mam potrzebę wprowadzenia do historii o Jadwidze postaci Eneasza Sylwiusza Piccolominiego.

*

Sieneńska katedra, co wie każdy, kto czytał Herberta czy Muratowa, miała być kiedyś największym kościołem świata, jednak budowy nie ukończono z braku środków, Czarnej Śmierci i błędów konstrukcji. Niedoszła ściana frontowa ciągle zamyka plac katedralny. Jest nierzeczywista jak dekoracje włoskiej opery i zupełnie niepotrzebna – a jednak przez 600 lat jej nie zburzono. Być może jest dla sieneńczyków wspomnieniem nieosiągalnej potęgi, stanowi też pewnie godną oprawę dla żywych miejskich rytuałów.

Mimo swoich stosunkowo niewielkich rozmiarów, katedra, która stoi do dzisiaj, jest jednym z najwspanialszych skarbców sztuki trecenta. Tutejsi mistrzowie dołożyli wszelkich starań, żeby miasto nie musiało się jej wstydzić. Słynną posadzkę układało od połowy XIV do połowy XVI wieku niemal 70 różnych mozaikarzy, w większości anonimowych. Najważniejsze jednak – z punktu widzenia tego eseju – są freski z Biblioteki Piccolominich, wymalowane ręką Pinturicchia. Przedstawiają życie jednego z najwybitniejszych obywateli Sieny – papieża Piusa II, Eneasza Sylwiusza Piccolominiego.

Pochodzący spod Sieny Eneasz był diarystą, dyplomatą i poetą, w Sienie studiował, z miastem była związana cała jego rodzina. Herling go uwielbiał. „Historia dwojga kochanków” pióra Piccolominiego jest wielokrotnie wzmiankowana w „Dzienniku pisanym nocą” jako jeden z najlepszych utworów miłosnych włoskiego quattrocenta, a nawet najlepszy utwór literacki, jaki wyszedł spod pióra któregokolwiek z przyszłych papieży.

W Sienie Eneasz został uwieczniony sumptem swojego siostrzeńca Francesca Piccolominiego, który sam został papieżem Piusem III. „Freski te […] z trudem tylko można byłoby namalować gorzej. Żadne stworzenie nie stoi na własnych nogach, żadne ciało nie istnieje; nawet piękno namalowanych przezeń kobiecych twarzy przez bezmyślność i nierozwagę ciągle się powtarza i przez to staje się kwaśne; pod względem koloru freski są jaskrawe i bez smaku. A jednak mają w sobie pewien niezaprzeczalny czar. Nieudane praktycznie pod każdym względem, są niemal doskonałe jako dekoracja architektury” – wystawił im cenzurkę Bernard Berenson (w kieszeni mieliśmy Berensona wszyscy: ja, Herling, Herbert. Miałam też Muratowa, gdyż tak właśnie godzi się jechać do Sieny, kiedy jest się z naszej części Europy, z Rosjanami Berensonem lub Muratowem pod pachą, żeby nam podpowiadali, na co mamy patrzeć. Kiedy Anglicy w XIX wieku jeździli do Florencji, w tym samym celu używali bedekera, co dla nas było jednak zdecydowanie za mało wzniosłe). Herbert przytakuje Berensonowi: „Pinturicchio jest jak kompozytor, o którym mówi się, że co prawda inwencja nie jest najmocniejszą jego stroną, ale ma słuch absolutny i doskonałą znajomość instrumentów, którymi się posługuje”. Herling z kolei kategorycznie się nie zgadza: „dla kogo Pinturicchio jest wyłącznie ‚dekoratorem architektury’, choćby z wiązką należnych superlatywów, temu nie dostaje wrażliwości i wyobraźni”. Muratow: „Freski te cieszą się chyba niezasłużoną sławą. Pinturicchio jest tu zupełnie inny niż ten, którego znamy jako twórcę fresków w apartamentach Borgiów w Watykanie. Jego jaskrawe barwy sprawiają przykre wrażenie”.

Kłótnia estetów. Ja nie mam zdania – w tłumie, który dzisiaj przelewa się przez Bibliotekę jak mętna woda, doprawdy trudno zająć stanowisko w tym sporze, choć przedstawienia są odnowione i mienią się kolorami. Nie mam znajomości, nikt nie wprowadza mnie do katedry po godzinach, nie mogę smakować fresków w samotności, raczej sunę w azjatycko-amerykańskim korowodzie, szeleści papier przewodników, Eneasz wyjeżdża do Bazylei, szumią szepty, Eneasz zostaje papieżem, ktoś nieśmiało robi zdjęcia małym cyfrowym aparatem, Eneasz kanonizuje mistyczkę Katarzynę, nurt niesie mnie dalej i dalej, stopniowo irytacja zwycięża nad estetycznym uniesieniem. Widziane w przelocie, freski zdają się jednak rozbijać ściany wąskiego pomieszczenia, otwierają nowe plany, kiszkowata biblioteka staje się raptem przestrzenna, więcej w niej powietrza, są zatem – doskonałą dekoracją architektury. Ale czy czymś więcej? Nie wiem. Nie mam jednak serca zostawiać Herlinga w momencie, kiedy został tak sromotnie przegłosowany. Dla swoich mistrzów, choćby i dawnych, ma się w sercu zawsze specjalne miejsce, nawet kiedy nie mają racji.

Co jednak umknęło Herlingowi, Eneasz Sylwiusz Piccolomini, bohater fresków, był też przez chwilę obrany na biskupa Warmii, ale nie objął stanowiska, bo sprzeciwiał się temu Kazimierz Jagiellończyk. Przyszły Pius II miał także do wtrącenia swoje trzy grosze, jeśli chodzi o sprawę Jadwigi Andegaweńskiej. Subtelny erudyta pełnił bowiem rolę Habsburskiej tuby propagandowej, jednej zresztą z wielu w sprawie naszej królowej. Jest w jego postaci coś symbolicznego. Eneasz pokazuje, jak łatwo intelektualiści tego pokroju stają się stronniczy. Dla rodzinnej Sieny zrobił jednak sporo, na przykład kanonizował wielką sieneńską mistyczkę, trochę tak jak inny papież-literat wyniósł na ołtarze święte ze swojego miasta, Jadwigę Andegaweńską i inną wielką mistyczkę, siostrę Faustynę.

[CDN; całość tekstu o Jadwidze ukaże się na papierze]