Krytyk w drodze do Poznania

Andrzej Horubała to krytyk znakomity. Mówimy tutaj o prawdziwym darze; o przenikliwości połączonej z talentem do opowiadania o tym, co dostrzeżone. To także krytyk skrajnie polityczny – w starym sensie rozumienia polityczności. Sprowadza wszystko do konkretu, pyta autorów o pobudki. Bada konsekwencje, jakie dane dzieło ma tu i teraz dla wspólnoty, do której jest kierowane. Zadaje twórcom pytania, które można byłoby zadać politykom. Łapie ich na niekonsekwencjach, przekłamaniach, konformizmie. Wszystko testuje na sobie i swojej biografii. Czyni z krytyki linię frontu, miejsce intelektualnej konfrontacji. Dzięki temu kultura, zwykle przedmiot bladych ochów i achów wygłaszanych przez kolegów dla kolegów, niemal zupełnie nieważny z punktu widzenia codzienności, ponownie staje się atrakcyjna dla wszystkich. Chyba to właśnie sprawiło, że publicysta „Do Rzeczy” stał się autorem kultowym, docenianym powszechnie nawet przez tych, którzy się z nim nie zgadzają.

Droga_do_Poznania_okladka-306x510

Horubała wydał właśnie swoją trzecią książkę krytyczną – co jest znakomitą wiadomością dla tych, którzy cenią jego pisanie o kulturze. Ale, niestety, jest ona najmniej frapująca z dotychczasowych.

Najnowszy zbiór tekstów publicysty, „Droga do Poznania i inne zapiski”, to tom pokaźnych rozmiarów. Zbiera artykuły z lat 2012, 2013 i 2014, publikowane m.in. na łamach dawnego „Uważam Rze” oraz w pierwszych kilkudziesięciu numerach „Do Rzeczy”. Znajdziemy w tym zbiorze teksty polemiczne i gniewne; znajdziemy zachwyty oraz artykuły bardziej osobiste, zdradzające historię zaangażowań ich autora.

Są tam oczywiście teksty świetne, które z pewnością mogłyby trafić do kompilacji „The best of Horubała”, gdyby taka publikacja miała kiedyś powstać. Znakomity jest, jak zwykle, artykuł o Jarosławie Marku Rymkiewiczu („Przemilczenia Rymkiewicza”), ale także analizy krążące wokół postaci Józefa i Stanisława Cata Mackiewiczów oraz publicystyki Piotra Zychowicza – tak jakby dzieła pisarzy i publicystów, do których jest mu najbliżej, widział Horubała najbardziej jasno. Jeśli chodzi o talent do odnajdywania w dziełach sztuki polskich fantasmagorii i tropienia ich politycznych konsekwencji, Andrzej Horubała był zawsze i pozostaje niekwestionowanym mistrzem. Może jest tak dlatego, że w przypadku Rymkiewicza czy Zychowicza krytykowi łatwo jest przymierzyć się do opisywanych przez siebie autorów i zobaczyć, gdzie jego i ich wrażliwości od siebie „odstają”.

Przewidywalnie i zachowawczo

Pisanie tekstów z tak dużą częstotliwością, z jaką robi to publicysta „Do Rzeczy”, skłania do posiłkowania się wyświechtanymi argumentami i metaforami (jest to widoczne zwłaszcza w kontekście Smoleńska). Czasami jednak widać, że mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko skrótami myślowymi czy okresowym zmęczeniem i że deklaracje krytyka, że mówi on zawsze tylko we własnym imieniu, a nie w imieniu swojego środowiska, bywają na wyrost.

Bo w swoich tekstach z lat 2012-2014 okazuje się Horubała dość przewidywalny:  zasadniczo nie chwali tych, których nie powinno się chwalić (robi wyjątek dla kilku postaci związanych z „Krytyką Polityczną”, ale to na prawicy nie jest bynajmniej aktem obrazoburczym i wyjątkowym). Pokłada nadzieję w nazwiskach, w których wszyscy pokładają nadzieje (Dorota Masłowska). Tych, którzy są dla niego niewygodni, zbywa milczeniem. Nie wychodzi niepotrzebnie przed szereg – dzieła autorów, których w jego środowisku się nie krytykuje, owszem, poddaje analizie, ale nie publikuje tego w prasie wysokonakładowej (bardzo dobry artykuł „Ukryte prawdy Wildsteina” miał premierę w internecie).

Horubała nie podejmuje też żadnej dyskusji z mesjanizmem, który kilka lat temu w różnych wersjach opanował niemal wszystkie redakcje młodej prawicy jako jedna z kilku z generacyjnych mód i aż prosiło się, żeby ktoś, zamiast zaklinać rzeczywistość podejrzanymi terminami, pochylił się nad nimi w sposób życzliwy, ale krytyczny. Któż jak nie on, katolicki kiler, którego wszyscy młodzi czytają z uwagą, nawet jeśli nie podzielają jego opinii? W gorące spory młodych środowisk Horubała wchodzi jedynie mimochodem, od czasu do czasu i na ogół po to, by odesłać wszystkich do Michała Łuczewskiego. Bardzo cenię dorobek Michała, ale przecież i z nim można się o niejedno pospierać – chociażby właśnie o mesjanizm. Także René Girard wszystkiego nie załatwi.

Dalej – publicysta „Do Rzeczy” podziela większość idiosynkrazji prawicowego salonu. Reaguje wysypką na nazwiska i słowa, na które trzeba w jego środowisku taką wysypką reagować. Prędzej zrozumie nieszczęśliwie zakochanego homoseksualistę („Płynące wieżowce, rozmyte granice”) niż walczącą o podmiotowość feministkę – i to jest dość symptomatyczne. Ów nabyty środowiskowo brak wrażliwości sprawia też, że zdarza się Horubale w „Drodze do Poznania” nie uchwycić do końca sensu dzieła – jest tak na przykład w przypadku „Morfiny” Szczepana Twardocha.

Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie dostrzegła, że i o ideologicznych oponentach Horubała potrafi pisać rewelacyjnie – przykładem niech będą „Widzę inaczej”, artykuł, w którym krytyk testuje na sobie teorie na temat homofobii i doskonale się w nich odnajduje, lub tytułowa „Droga do Poznania” o słuchaniu Marii Peszek. Retorycznie znakomite są także eseje „Teatrolog wśród smoleńskich zgliszczy” i „Teatr narodowej zdrady”, chociaż mój odbiór omawianych tam dzieł – zwłaszcza książki Dariusza Kosińskiego – był bardziej zniuansowany. Także poruszający artykuł powstały na marginesie „Włoskich szpilek” Magdaleny Tulli zrobił na mnie wrażenie już podczas lektury w prasie.

Autora „Drogi do Poznania” interesuje w zasadzie tylko to, co dzieje się w szeroko pojętym mainstreamie. To stosunkowo bezpieczny teren łowiecki – tam wszystko zostało już oswojone i nic nie jest kontrowersyjne; można się tam na coś skrzywić lub kogoś poklepać po plecach, nie zmienia to jednak istniejącego status quo. Horubała nie odnotowuje natomiast najważniejszych zjawisk spoza głównego nurtu – jego sporadyczne wypady w stronę rzadziej recenzowanych zjawisk są zwykle omówieniem książek znajomych. Nie jestem zawodowym krytykiem, nie śledzę zbyt wnikliwie tego, co dzieje się w świecie kulturalnym, ale i tak, czytając „Drogę do Poznania”, widzę, że spory obszar rzeczywistości, chociażby działalność kilku poetów, pozostał nieopisany – i w tym sensie trudno książkę Andrzeja Horubały traktować jako wiarygodną kronikę wydarzeń kulturalnych z lat 2012-2014.

Dajmy szansę dojrzewać

Bywa w końcu publicysta przesadnie przywiązany do biograficznej czystości autorów – co objawiło się zwłaszcza w kontekście konferencji na temat Andrzeja Bobkowskiego, podczas której na oczach widzów kruszył się mit niezależnego, przenikliwego i zawsze prawego chuligana („Bobkowski wymyślony”).

Doskonale rozumiem ten zawód. Jak rzadko kiedy potrzeba nam pisarzy, którzy dają świadectwo temu, co piszą. Tak, twórcy nie są amoralnymi zwierzaczkami, co tak trafnie wypunktowane zostało przez Horubałę w kontekście Cata.  Ale przecież – tu spieram się już nie tyle o Bobkowskiego, ile o zasadę – pęknięcia w autorskiej autokreacji nie muszą prowadzić do przewartościowania oceny dorobku pisarza, nawet jeśli odkrywanie prawdy o idolu bywa bolesne. Przecież w literaturze czasem zdarza się tak, że ludzie marni piszą świetnie i pożywnie duchowo, a dzielni – kiepsko i płytko, więc degradowanie lub rugowanie kogoś z pola widzenia jedynie z powodu potknięć w biografii, czasem w dodatku rzekomych, może nas pozbawić wielu nazwisk. Chodzi raczej o to, co dany autor robi ze swoimi upadkami, czy stara się je „przepracować”, czy się ze sobą wadzi, czy dojrzewa – jeśli tak, to przecież może to być doskonałym paliwem dla jego twórczości, a pisarz staje się warty naszej wielkoduszności. Wystarczy przypomnieć sobie Dostojewskiego, polonofoba, epileptyka, człowieka niezrównoważonego, nałogowca, zapewne gwałciciela, który stał się arcymistrzem literatury religijnej. Czy mógłby być dla nas tak ważny, gdybyśmy osądzili go według biografii?

Czepiam się, spieram i stawiam wysokie wymagania, których nie stawiałabym innemu krytykowi – ale oczywiste jest, że Andrzej Horubała to autor wyjątkowy, że od niego po prostu należy wymagać więcej.

Może zatem autor „Drogi do Poznania” miał nieco słabszy okres. Może był to czas, kiedy dawny chuligan załapał się do prawicowego establishmentu, kiedy silne ramię, o którym wspominał w poprzednim tomie, pochwyciło go i wprowadziło do chóru zachwyconych – a to oczywiście nie pozostało bez wpływu na ostrość jego widzenia. A może po prostu jego czytelnicy dojrzeli, także na lekturze jego publicystyki, i łatwiej wychwytują słabości tego pisarstwa. Pewnie i jedno, i drugie.

Tak czy siak Andrzej Horubała pozostaje najważniejszym obecnie komentatorem kulturalnym po prawej stronie. Nawet jeśli popełnia teksty zachowawcze, to i tak jest najbardziej przenikliwym i najchętniej czytanym tego typu publicystą. Pozostaje też, mimo wszystko, najbliższy mojemu ideałowi krytyka – mimo że w „Drodze do Poznania” realizuje go tylko na pół gwizdka.

Ja po prostu byłam i jestem naiwna: chciałabym, żeby krytyka literacka była sporem intelektualistów – szukaniem prawdy, walką o wartość artystyczną dzieła, merytorycznym zbijaniem argumentów. Chciałabym, żeby można było wystąpić także przeciw dziełom przyjaciół czy ludzi, których szanuje się za ich dorobek życiowy, i żeby nie było to odbierane jako zdrada lub świętokradztwo. Paradoksalnie to Horubała w ostatnich latach zwykł dawać mi nadzieję, może złudną, że taka postawa jest możliwa.

Autor „Drogi do Poznania” pisze świetnie, ma swój niepodrabialny styl. Jego teksty nigdy nie są zimne i wystudiowane. Wprost przeciwnie – wydaje się, że to właśnie uczuciowość ich autora sprawia, że stają się tak bardzo precyzyjne. To skłonność do irytacji, empatii, wpadania w gniew lub entuzjazm, czasem pewnie nadmierny, sprawiają, że publicysta „Do Rzeczy” posiada ową niezwykłą zdolność wychwytywania tego, co u danego autora jest najważniejsze. W pisarstwie Horubały jest coś, co za Krzysztofem Koehlerem nazwać można „chrześcijańskim optymizmem”, radością płynącą z aktywnego obcowania z kulturą – i ta radość potrafi się udzielać jego czytelnikom. Piszę, bo wiem po sobie.

Wielkie piękno i postsowiecki kicz

[kontynuacja poprzedniego wpisu]

Czy zatem o tym, jak to jest być stamtąd, opowiada Żanna Słoniowska? 

Powieść Słoniowskiej, z pochodzenia lwowianki, wygrała w konkursie Wydawnictwa Znak tak jak kilkanaście lat temu niezapomniana „Madame” Antoniego Libery – zapowiadała się zatem nie dość, że ciekawa, to i dobra literatura. 

zanna-sloniowska-dom-z-witrazem-wydawnictwo-znak-2015-02-04-514x800

„Dom z witrażem” to historia młodej mieszkanki Lwowa, studentki sztuki. Narratorka opowieści wychowuje się w domu, w którym mieszkają jedynie kobiety – Prababka, Babka, Matka i ona. Dom jest, jak bywa w takich przypadkach, toksyczny: matki chcą kontrolować los córek, córki nie chcą lub nie mogą przeciąć pępowiny (ich mobilność jest ograniczona „kwestią mieszkaniową”), buntują się lub dają sobą sterować, co każdorazowo i nieodwracalnie doprowadza do pretensji i wieloletnich zatargów. Żadna z kobiet osiąga pełnej samodzielności; zdają się żyć jedną, wspólną egzystencją jak mrówki. Dzieje każdej z bohaterek składają się też na charakterystyczną lwowską układankę: Prababka jest niespełnioną śpiewaczką, Polką, której mąż, także Polak, stał się ofiarą przedwojennych stalinowskich czystek. Przyjechała do Lwowa w 1944 roku z małą Abą, Babką. Ta mogła po wojnie wyjechać do Polski z ukochanym muzykiem, ale została we Lwowie, zaszantażowana przez matkę. Wyszła za mąż za Rosjanina i, zamiast malarką, została lekarzem. Matka narratorki, owoc tego małżeństwa, jest zatem w połowie Polką, a w połowie Rosjanką – i zdecydowanie najważniejszą postacią w książce. Marianna postąpiła wbrew woli opiekunek: została śpiewaczką we lwowskiej operze. Pod koniec lat siedemdziesiątych przeżyła krótki romans z przybyszem z Rosji – narratorka, dziecko tego nieznanego mężczyzny, jest już zatem genetycznie bardziej Rosjanką niż Polką. Ma kłopoty z określeniem własnej tożsamości, chętnie podchwytuje więc identyfikację z miastem: jest stąd. Cała czwórka mieszka w zabytkowym domu z niezwykłym witrażem, prawdopodobnie dziełem krakowskich rzemieślników. Wiekowe szkło niszczeje stopniowo, czasem przez niedbalstwo mieszkańców, czasem rozkradane przez miejscowych pijaczków – podejmowane są jednak próby jego ocalenia i zadokumentowania.

Wielkie piękno Lwowa

Wokół rozpada się Lwów – i właśnie splendor niszczejącego miasta jest, obok opisu toksycznych relacji rodzinnych, najmocniejszą stroną książki. Okazuje się doskonałą dekoracją historii, która dzieje się na Ukrainie w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia. Słoniowska opisuje swoje miasto dość szczegółowo – widzimy je w czasach sowieckich, zabiedzone, pełne pustych sklepów i złowieszczych urzędów; widzimy je po upadku ZSSR, kiedy zabytki zaczynają ostatecznie przegrywać z siermięgą powstającego, biednego państwa ukraińskiego, pozbawionego stylu i pomysłu na siebie. Z kamienic spadają balkony, odpadają tynki. W miejsce starych obiektów wstawia się plomby bez charakteru. Narratorka ogląda Lwów podczas spacerów z opiekunkami lub, po kilku latach, w towarzystwie kochanka, który wcześniej był kochankiem jej matki. To on, scenograf, oprowadza ją po mieście.

Autorka „Domu z witrażem” odnotowuje napięcia między poszczególnymi nacjami zamieszkującymi Lwów. Są tam Polacy, a raczej to, co z nich zostało po ich wielkim odpływie do Polski. We Lwowie żyją też Rosjanie, którzy przyjechali do miasta w czasach ZSSR, oraz Ukraińcy. Polacy i Rosjanie mieszają się ze sobą, trzymając się jednak z dala od „rogatych” czy „banderowców”, jak nazywają Ukraińców. Ci ostatni rzadko przenikają do polsko-rosyjskiego świata narratorki; czasem dokuczają jej w szkole, są żywiołem, który spotyka na ulicach i targowiskach. Dla jej rodziny stanowią zjawisko raczej zewnętrzne, czasem groźnawe, którym straszy się dzieci. Miejscowi zaś, nie mogąc i nie chcąc odwoływać się do tradycji polsko-sarmackiej (ta przecież nigdy nie była ich), szukają dla siebie bohaterów. Opieczętowują stare kamienice kiczowatymi płaskorzeźbami, które gloryfikują nieznane nikomu nazwiska. Nie chcą polskiej pomocy w sprawie ochrony zabytków Lwowa, bo traktują ją jako mieszanie się w ich sprawy. Kultywują także pamięć o UPA – jest to fakt i Słoniowska pisze o nim bez większych emocji.

Na nowej Ukrainie mnożą się podobizny Szewczenki. Ten staje się niemal zamiennikiem Lenina. W powieści pojawia się nawet rzeźbiarz, który po upadku imperium przebranżowił się z taśmowej produkcji podobizn wodza rewolucji na produkcję głów poety. Poza tym w literackim świecie narratorki pojawiają się głównie poeci rosyjscy, których recytują sobie jej matka i ojciec. Sienkiewicza nie ma tam w ogóle – nie pojawia się ani jako autor, którego się czyta we Lwowie, ani jako ktoś, kto w jakikolwiek sposób wpływa na wyobraźnię autorki. Wyraźne nawiązania literackie, czasami zresztą nie do końca udane, dotyczą natomiast Michaiła Bułhakowa – i to ważny sygnał. Wyobraźnia powstała za Sanem nie jest postsarmacka, nie jest też wcale postromantyczna – tylko wyraźnie postsowiecka.

Wysubtelnić ukraińskość

Wydaje się jednak, że z tego zapętlenia jest wyjście: matka bohaterki, Marianna, chociaż nie ma w sobie ani kropli miejscowej krwi, już w latach osiemdziesiątych zaczyna deklarować, że jest Ukrainką, używać języka ukraińskiego i śpiewać na wiecach piękne, kozackie pieśni. ZSSR zaraz zacznie się rozpadać, państwo nad Dnieprem zaczyna więc tworzyć własną tożsamość, która od samego początku nie jest ani rosyjska, ani polska, tylko właśnie ukraińska z charakterystycznym postosowieckim skrętem. Żółto-niebieska i czerwono-czarna. (Używanie tych barw nie oznacza oczywiście automatycznie nazizmu, było jednak dotąd zgodą na konsekwentne, urzędowe przemilczanie pewnych kwestii.)

Gest Marianny jest jednak bardzo ważny – matka narratorki jest śpiewaczką operową. Chce costać kimś na wzór Salomei Kruszelnickiej; udowodnić, że można być ze Lwowa i zostać wielką artystką. Niezwykłe właściwości głosu Marianny, jej osobowość, wreszcie śmierć, którą ponosi (z ręki snajpera – Słoniowska ponoć wprowadziła ten wątek na długo przed Majdanem), sprawiają, że matka narratorki staje się dla Ukraińców symbolem oporu. I nawet trochę szkoda, że autorka „Domu z witrażem” nie eksploruje mocniej wątku Majdanu – tak jakby bała się poruszać ten temat lub nie była jeszcze emocjonalnie gotowa do jego przetrawienia. To bardziej ja sufluję tutaj pewne tropy. Bo przecież tragedia, która się wydarzyła na Ukrainie, rzeczywiście może być okazją do zmiany symbolicznej (w polityczną chyba coraz trudniej uwierzyć). Tak, Majdan to jakaś szansa, by w ukraińskim panteonie i na lwowskich tablicach pojawili się nowi bohaterzy, których legenda nie będzie posiadała antypolskiej domieszki. Kruszelnicka zaś – skontrastowana z kiczem nowoukraińskich tablic – jest sygnałem, że i tędy, poprzez wielką sztukę, wiedzie droga do wysubtelnienia Ukrainy. Czy jednak te nadzieje się spełnią?

W „Domu z witrażem” interesująca jest jeszcze jedna kwestia. Pojawia się tam wątek tożsamości pogranicznej, zmieszanej – bez wątpienia jako credo odautorskie, bo Żanna Słoniowska mówi o tym także wywiadach. Chcę podkreślić bardzo wyraźnie – tak, wierzę w tożsamości lokalne. Tak, jeśli ktoś urodził się na pograniczu, jeśli w jego rodzinie krzyżują się wpływy wielu tradycji, to bez wątpienia ma prawo do szczególnej więzi z miejscem swojego pochodzenia. Ale oprócz tożsamości miejscowych, zmieszanych, są przecież i te większe – nie tylko identyfikacje narodowe, także kulturowe, religijne i tak dalej. Zanurzenie w historię oznacza zawsze wybór jednej lub kilku z tych szerszych, wybór, który jednak nie unieważnia – nie powinien unieważniać – więzi lokalnych, tożsamości zmieszanych. Z kolei deklaracja bycia jedynie lwowianką (wilniukiem, Ślązakiem, itp. – niepotrzebne skreślić), bez przyjęcia owych większych zobowiązań, jest po prostu formą dezercji. Egzaltowany gest Marianny, osłabiany wzmiankami o tym, że to markietanka, gotowa w zasadzie walczyć o cokolwiek, w co akurat wierzy, jest zatem bardziej znaczący niż zblazowana lwowskość jej córki; lwowskość, dodajmy, suflowana jej przez kochanka, kiedy oboje rezygnują nie tylko z więzi narodowych czy religijnych, ale i rodzinnych. Kochani lokalsi, nie ma tak łatwo. Pochodzenie z pogranicza, igranie z różnymi formami czy tradycjami nie usprawiedliwia kapitulacji. Nawet jeśli Słoniowska to przeczuwa, to na pewno nie pozwala temu wybrzmieć.

Ta książka mogła zatem być bardzo dobra. Mogła być świetna. Autorce zabrakło może doświadczenia i cierpliwości, żeby przemianę bohaterki doprowadzić do końca i przekonująco opisać. Wątki ważne i mniej istotne majaczą jedynie tu i ówdzie w tle niezbyt wiarygodnego romansu. Dom kobiet pustoszeje, związek z Mikołajem nie owocuje wielką sztuką – nie wiemy jednak, co zmienia się w bohaterce, jaki jest rezultat odcięcia pępowiny. Majdan, którego impresjonistyczny opis pojawia się jako epilog, niczego nie domyka i nie wyjaśnia. Pomiędzy nim a śmiercią Aby rozciąga się jakaś nieopisana dekada. Narratorka pójdzie chyba w ślady swojej matki, zanurzy w historię – a zatem pewnie zacznie współtworzyć Ukrainę, tak jak w latach osiemdziesiątych uczyniła Marianna. Jednak nie mam pewności, dośpiewuję to sobie. Ja bym pewnie tak zrobiła, gdybym była stamtąd. Może jednak narratorka książki przeżywa po prostu kolejne zauroczenie, tym razem dzielnymi chłopcami z Majdanu? Nie wiem. Książka jest niedopracowana, niedomknięta, w dodatku nie do końca przemyślana – i dlatego, mimo sporego potencjału, jest to powieść jedynie średnia.

PS. A propos lokalności jako przykrywki dla zblazowania – w czasie świąt przeczytałam dziennik Szczepana Twardocha („Wieloryby i ćmy”). Już „Drach”, ostatnia powieść śląskiego pisarza, był zdecydowanie gorszy od „Morfiny”, bo Twardoch przestawał w nim mocować się ze sprawami większymi niż prywatne i lokalne. Dziennik jest już bardzo słaby, wręcz przykry w czytaniu. Zmanierowanie tego autora ciągle się pogłębia.

Inteligencki sen o Ukrainie

Najnowsza powieść Wojciecha Kudyby, poety, literaturoznawcy, profesora UKSW, ukazała się w nieprzypadkowym momencie. Dopiero co opinię publiczną zelektryzowały i przeraziły wydarzenia na kijowskim Majdanie, potem na terytorium naszego sąsiada wybuchła wojna. Tematyka ukraińska zdominowała na pewien czas polskie gazety, pojawiły się książki publicystyczne i reportaże z Kijowa. Ukazały się także utwory literackie, które starają się przetwarzać i oswajać sprawy związane z tym, co dzieje się na wschodzie – i do takich bez wątpienia należy „Nazywam się Majdan”.

Narratorem książki jest ukraiński doktorant kulturoznawstwa, mamy więc w niej podwójność spojrzenia: z jednej strony ma to być opowieść intelektualisty, z drugiej – produkt wrażliwości ukraińskiej, a nawet kresowej. Wszystko dzieje się w czasach współczesnych. W „Nazywam się Majdan” znajdziemy echa Pomarańczowej Rewolucji, Euromajdanu i jeszcze kilku innych wydarzeń. Prawdziwe wydarzenia historyczne mieszają się jednak z fantastycznymi, a w akcji biorą udział nie tylko postaci z krwi i kości.

maxi_p2310729996

Wojciech Kudyba napisał bowiem menippeę. To forma, która daje autorowi niemal zupełnie wolną rękę. Michał Bachtin zauważał, że gatunek ten cechuje „wyjątkowa swoboda fabularnej i filozoficznej fikcji”. To rodzaj fantastyki eksperymentalnej, czułej na bieżące wydarzenia w sposób niemal publicystyczny, nieskrępowanej jednak regułami prawdopodobieństwa. Przy pomocy elementów baśniowych, komicznych, turpistycznych i tym podobnych menippea próbuje jednak sięgać stanu faktycznego. Ze zderzenia motywów powinna pojawić się, niemal jak nowa cząstka w akceleratorze, jakaś ważka prawda o egzystencji.

Wschodnie zapętlenie

Czasami może wydawać się, że, wobec zapętlenia spraw wschodnich, menippea to ostatnia deska ratunku dla pisarzy, którzy chcieliby opisać wzajemne stosunki Polaków i Ukraińców. Bo przecież ponad tymi prywatnymi, ludzkimi, często serdecznymi, są jeszcze relacje międzypaństwowe i międzynarodowe, nie mniej skomplikowane – i te nigdy nie są, bo nie mogą być, przedłużeniem osobistych sentymentów. Nic dziwnego zatem, że powieść Wojciecha Kudyby to nie pierwszy utwór na temat spraw kresowych, który nawiązuje do satyry menippejskiej.

Podczas lektury „Nazywam się Majdan” co chwila przypominał mi się poemat Tomasza Różyckiego „Dwanaście stacji”, stanowiący jak gdyby lustrzane odbicie książki Kudyby. Poemat Różyckiego, pisany przed ponad dekadą, był groteskową opowieścią o przesiedleńcach z Kresów, którzy marzą o powrocie w rodzinne strony. Rozpoczynał się opisem przedziwnej wegetacji dawnych Kresowiaków rzuconych po wojnie do Opola i w okolice tego miasta – opisem zabawnym, ale prawdziwym, co jest jasne dla każdego, kto miał styczność z tymi niezwykłymi staruszkami lepiącymi pierogi z ziemniakami czy kaszą gryczaną, wspominającymi przy śniadaniu zbrodnie Armii Czerwonej i rzezie UPA i pozostającymi na bakier ze zdobyczami nowoczesności. Ich świat stopniowo rozpada się, tak jak rozpadają się nieremontowane gospodarstwa, w których zamieszkują – życie dawnych Kresowian to bowiem raczej jakieś trwanie pomimo zmieniającej się rzeczywistości, podszyte nadzieją na powrót do miejsc, w których, jak im się zdaje, żyli kiedyś naprawdę. Źródłem surrealizmu i groteski w wykonaniu Różyckiego było więc samo życie, nie trzeba go było nawet specjalnie przetwarzać. Potem jednak poemat coraz bardziej odrywał się od rzeczywistości: najpierw zmieniała się topografia Opola, potem narrator zabierał nas na prowincję – bo Wnuk, główny bohater, skrzykiwał po wioskach krewnych i znajomych, by dawni Kresowianie mogli wyruszyć pociągiem na Wschód. Wszystko pozostawało oniryczne, nie mogło się dokonać, grzęzło. Różycki opisał zarówno bujność przyrody, jak i siermiężność współczesnego postkomunistycznego miasta; przypisywana pokoleniu babć naiwność zderzana była z optyką ich lepiej wykształconych wnuków, a akcja mieszała to, co realne, z tym, co fantastyczne. Tęsknoty, plany na przyszłość i rzeczywista niemożność splatały się ze sobą w prawdziwie tragikomiczną całość, w węzeł skomplikowany jak śląskie torowiska, których nie da się przebyć szczęśliwie. Mówiąc krótko: Różycki w „Dwunastu stacjach” zrealizował z grubsza wszystko to, co w swojej menippei próbuje zawrzeć Wojciech Kudyba.

No ale właśnie – Różycki czerpał z własnego doświadczenia, co dodało jego opowieści blasku. Poeta pochodzi z Opola, zna Kresowiaków, od lat śledzi ich oderwanie od bieżącej rzeczywistości, wie, skąd bierze się ta zawieszona egzystencja, coś pomiędzy czuwaniem, oczekiwaniem na powrót a rezygnacją. Kiedy zaś Wojciech Kudyba pisze o Ukrainie, kiedy próbuje napisać monolog Ukraińca, to tworzy konstrukt. Nie wychował się za Bugiem, on się tylko domyśla, jak to jest być stamtąd – i to jest widoczne od pierwszej strony „Nazywam się Majdan”.

Polski orientalizm

Poziomów nieautentyczności w książce jest kilka. Czasami jest zamierzona. Jest tak w przypadku języka – archaizowanego, zawdzięczającego sporo Sienkiewiczowi (choć nie tylko), próbującego lokować całość gdzieś w postsarmackim uniwersum, sprawiającego wrażenie, że mamy do czynienia z epopeją. To mowa odmienna zarówno od języka absolwentów dawnych wschodnich gimnazjów czy przesiedleńców spod Lwowa, jak i od dzisiejszego ukraińskiego. Nieautentyczny jest także narrator – i tutaj przyczyny wydają się bardziej złożone. Petro Majdan to współczesny Ukrainiec, mówiący ową polszczyzną Sienkiewicza, której nauczyć miała go babunia spod Kijowa, Polka. Wiemy, że Petro ma wśród przodków także przedstawicieli innych narodowości, w tym Rosjan – a zatem jest absolutnym mieszańcem, który dopiero wykuwa własną tożsamość i który źródeł Ukrainy upatruje raczej na Rusi Kijowskiej, w poezji Szewczenki i heroizmie Kliczki niż w ideach Bandery. Nazwisko bohatera podkreśla owo zmieszanie tożsamości, bo słowo „majdan” – Kudyba daje to do zrozumienia wiele razy – odnosi się nie tylko do placu spotkań politycznych i dysput, ale i do miejsca zabaw; oznacza tygiel, gdzie mieszają się tradycje, formy i historie.

Wiadomo, że Petro czuje się Europejczykiem. Kształcił się na Zachodzie (w Niemczech, choć trafia i do Warszawy), że jego rodzina zarobkuje w krajach Unii Europejskiej lub dorabia, szmuglując do Polski to i owo. Sam Petro potrafi sypnąć terminami z dziedziny literaturoznawstwa, zaskoczyć znajomością Dostojewskiego i Tołstoja. Pozostaje przy tym prostoduszny i naiwny jak Longinus Podbipięta; nie potrafi ani analizować rzeczywistości, ani jej wyjaśniać innym. Jest dziecinny i pełen przesądów, duchowo nieukształtowany. Japończyka Yokotę, który przyjechał na Ukrainę, szybciej poskromi nieuczona babcia Petra. Z książki dowiemy się też, że przyroda w kraju nad Dnieprem jest wyjątkowo bujna, a miasta – zaniedbane; że robienie biznesu na Ukrainie to sprawa zmienna i ryzykowna jak gra w „Monopol” z samym diabłem. W tle rozgrywa się historia najnowsza, która jednak, podana przez Majdana, traci swój groźny i skomplikowany charakter. Juszczenko kłóci się z Tymoszenko (są to „burzliwe kłótnie w rodzinie”, co przecież w ogóle nie wyjaśnia pęknięć i napięć w obozie powstałym po Pomarańczowej Rewolucji). Czasami ktoś z krewnych Petra zostanie wytarmoszony w jakiejś ruchawce, a losy Euromajdanu streszczone zostają za pomocą baśni. Są to jednak raczej sygnały, które pomagają nam odnaleźć się w powieściowej czasoprzestrzeni. Na Ukrainie po prostu jest niestabilnie.

Nie rozstrzygam tutaj, które z powyższych intuicji są prawdziwe, a które fałszywe – ważny jest raczej ich zestaw. Myślę, że nawet najwięksi miłośnicy Ukrainy zgodzą się, że „Nazywam się Majdan” to, przy całym swoim wykrzywieniu i zamierzonej baśniowości, raczej opowieść o tym, jakie wyobrażenie na temat uśrednionego Ukraińca ma polski inteligent, niż diagnoza dotycząca tego, co rzeczywiście dzieje się za Sanem. To tyleż menippejskie pomieszanie prawdy i fantastyki, ile miks faktów, stereotypów i postulatów; to sen o dobrodusznej, niewyklutej ciągle Ukrainie, przedłużeniu dawnych Kresów, stworzony na potrzeby polskich serc – i ten obraz z prawdziwą Ukrainą nie ma chyba zbyt wiele wspólnego, bo, w przeciwieństwie do państwa ze stolicą w Kijowie, od wielu lat się nie zmienia. To polski mit na temat wschodniego sąsiada, w dodatku nieco protekcjonalny, w którym wnikliwy czytelnik Edwarda Saida dopatrzyłby się pewnie śladów orientalizmu w wersji warszawskiej.

Książka broniłaby się lepiej, gdyby naiwność i bohatera, i autorskiej optyki zostały na końcu zanegowane; gdyby okazywało się, że ani przeciętny Ukrainiec nie jest tak prostoduszny i niewykluty, ani inteligencko-polska wizja Ukrainy taka prosta. Gdyby Wojciech Kudyba pokusił się o rozłożenie rąk i opowieść zostawiała nas z niepokojem – że, owszem, Ukraina to jeden z naszych kluczowych sąsiadów, że mamy wspólną, trudną historię, a Kijów znów znalazł się na zakręcie dziejów, ale tak naprawdę kraj ten i jego mieszkańcy pozostają nam nieznani i że, pielęgnując nawyki myślenia o nich, nie posuwamy rozmowy o sprawach wschodnich ani o krok do przodu i nie jesteśmy w stanie uprawiać dobrej polityki. (Nie rozstrzygam tutaj, jak taka polityka miałaby wyglądać – i nie sądzę, że literatura powinna to robić. Twierdzę jedynie, że polityka fundowana na pobieżnych opiniach, marzeniach i protekcjonalnej pobłażliwości po prostu nie może być dobra.)

Książka Wojciecha Kudyby jest zatem zgrabnie napisaną i dowcipną zabawką formalną, udaną żonglerką motywami, jest też wyrazem solidarności z dzisiejszą Ukrainą – wydaje się jednak, że od zrozumienia tego, co naprawdę dzieje się na Wschodzie, zarówno w polityce, jak i głowach naszych sąsiadów, raczej nas oddala.

Czy zatem o tym, jak to jest być stamtąd, opowiada Żanna Słoniowska? Kontynuacja wpisu >>>

CDN.

PS. Profesorowi Wojciechowi Kudybie zawdzięczam bardzo wiele. To jedna z tych osób, które wspierały mnie od samego początku, to jest od 2003 roku, kiedy jako bardzo młoda autorka debiutowałam w „Toposie”. Z jego olbrzymią życzliwością spotkał się także mój debiut książkowy sprzed roku. Chciałam mu za to jeszcze raz z całego serca podziękować. Powyższa recenzja pisana była ze świadomością, że spieram się z kimś, kogo bardzo cenię i wobec kogo mam dług wdzięczności.

Wojciech Kudyba, Nazywam się Majdan, Warszawa 2015.

Andrzej Kijowski – projekt niedokończony 

[Poniższy tekst powstał kilka miesięcy temu na zamówienie Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie. Napisałam go szybko, w zasadzie w zaledwie kilka dni, dlatego wnikliwy czytelnik znajdzie w nim pewne braki. Całość dostępna tutaj: http://skarbsolidarnosci.pl/wp-content/uploads/2014/02/Kwaśnicka-Kijowski-projekt-niedokończony.pdf ]

andrzej kijowski

*

Kiedy myślimy o tym, co warto ocalić z dorobku Solidarności, zwykliśmy wymieniać zjawiska z zakresu życia społecznego: pojednanie, poczucie odpowiedzialności za wspólnotę polityczną – i tak dalej. Wydaje się jednak, że dziedzictwo to można potraktować szerzej – bo przecież proces, który doprowadził do Sierpnia 1980 roku i późniejszych wydarzeń, rozpoczął się wcześniej, jeszcze w latach 1970-tych, i od samego początku byli weń zaangażowani czołowi polscy intelektualiści tego okresu. Każdy z nich wchodził do środowiska opozycyjnego z własnym dorobkiem, każdy też sam był potem przez Solidarność kształtowany.

Dokładnie tak było w przypadku Andrzeja Kijowskiego (1928-1985). […] Kijowski brał udział w najważniejszych przełomach politycznych swojego czasu. W 1968 roku był autorem słynnej rezolucji Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich, żądającej zniesienia cenzury. W latach 1970-tych angażował się w działalność powstającej opozycji, był sygnatariuszem listów protestacyjnych do władz PRL np. Memoriału 101 czy w obronie robotników Radomia. Kiedy w 1980 roku wybuchła Solidarność, nie pojechał do Gdańska, chociaż mógł. […] Ostatecznie zaangażował się, ale zbyt późno – i pojechał wspierać strajk w Szczecinie.

Był także Kijowski – last but not least – krytykiem literackim, i to zdecydowanie lepszym niż pisarzem; jednym z najlepszych krytyków, jacy pojawili się nad Wisłą w XX wieku. Piszę to z pełną świadomością, pamiętając chociażby o Stanisławie Brzozowskim czy Karolu Irzykowskim i zdając sobie sprawę z tego, że teksty Kijowskiego były nierówne i niejednorodne. Zarzucano mu przecież, że pozycje, z jakich krytykował innych, zmieniał jak rękawiczki, i że ciągle przeczył sam sobie. Zdzisław Łapiński nazwał go nawet „gwałtownikiem nieistniejącej sprawy” – choć to akurat określenie jest nieco na wyrost, bo u Kijowskiego nie zmieniało się przecież jedno: marzenie o arcydziele. To ono kierowało jego poszukiwaniami, czasami chaotycznymi, a jednak mającymi doprowadzić go do wymarzonego celu. Przez całe życie pracował nad projektem satysfakcjonującej go literatury. Rozwijał się, próbował rożnych kryteriów.

Zaczynał jako nieco nieortodoksyjny marksista – jak cała szkoła krytyków, która terminowała pod okiem Kazimierza Wyki. Kijowski przeszedł przez nią w latach powojennych, studiując na krakowskiej polonistyce razem z autorami tak później ważnymi jak Jan Błoński czy Konstanty Puzyna. Przeżył okres fascynacji Gombrowiczem, aby wreszcie wyrosnąć z jego egotyzmu i zarzucić mu, że „stylem zastąpił myślenie”. Sam chciał napisać nowe „Próby” (a zatem dzieło na miarę Montaigne’a, wielkie i przełomowe, choć fragmentaryczne). Tworzył eseje historyczne – zasłynął zwłaszcza jego „Listopadowy wieczór”. Popularyzował literaturę polską – i tak powstał szkic o Marii Dąbrowskiej. Przekładał Baudelaire’a, bo był dla niego przykładem geniusza, który wielkie dzieło stworzył z okruchów, a mimo to dokonał przełomu literackiego. Kijowskiego fascynowała wreszcie osobowość Maurycego Mochnackiego, żarliwa, spalająca się w akcie krytycznym, oddana sprawie literatury narodowej – a zatem i ducha narodowego, bo literatura jest przecież zawsze jest czymś więcej niż tylko literaturą; jest sprawozdaniem i projektem życia duchowego.

Przez całe lata 1970-te autor „Kronik Dedala” stopniowo zbliżał się do Kościoła, z którym zerwał za młodu. Zmagał się z wiarą „oficjalną”. Pod koniec życia – pod wpływem pontyfikatu polskiego papieża, ale nie tylko – odkrył Kościół na nowo. Wzbogacił wtedy swoje marzenia o wielkiej literaturze zapiskami na marginesie świętego Augustyna, a pisarstwo – które zawsze było dla niego czynnością wyższą, niemal mistyczną – zyskało obudowę teologiczną. Stało się chrześcijańskim powołaniem.

Mimo tak licznych inspiracji, kapryśności wręcz, transformacja Kijowskiego była zatem spójna, chociaż nie została dokończona – i pewnie dlatego tak trudno jest podsumować twórczość autora „Tropów” czy choćby poddać ją rzeczowej krytyce. Andrzej Horubała zarzucał późnym, religijnym tekstom Kijowskiego intelektualne kapitulanctwo. „[W „Tropach”] tworzy […] teksty poniżej swoich możliwości. Poniżej swojej drapieżnej inteligencji, tak wspaniale owocującej w polemice […]. Przeskok z niewiary w wiarę powoduje, iż osobiste wątpliwości, jakie towarzyszyły dawniej autorowi, zagłusza ton apologetyczny bądź opowieść o przeciętnych, powszechnych oporach budzonych przez fałszywe rozumienie Kościoła” – notował Horubała.

Do pewnego stopnia miał rację; Kijowski piszący o wierze nie pozostawił po sobie spuścizny o takiej sile rażenia jak jego pisma krytyczne. Powiem więcej: Kijowski w ogóle nigdy nie stał się pisarzem w pełni suwerennym, ani szukając wiary (bo przecież „Dziennik” pełen jest zapisków na jej temat; krytyk przepracowywał ją w sobie przez całe niemal dorosłe życie, więc jego nawrócenie było efektem długiego procesu, co wiemy dzisiaj, bogatsi o lekturę jego notatek osobistych), ani po jej odnalezieniu i utożsamieniu się z Kościołem. Nigdy nie stał się suwerenny, jeśli przez suwerenność będziemy rozumieć wypracowanie własnej formy myślenia i stosunku do rzeczywistości, która czyni danego autora wyrazistym punktem odniesienia w historii literatury. Wiedział to sam Kijowski – jego „Dziennik” to także nieustanne poszukiwanie swojego pisarskiego „ja”, ubolewanie nad własną nieforemnością, zapis niekończących się literackich stanów depresyjnych. Jego proza jest trudna w czytaniu, obsesyjna, żmudna. Autor „Arcydzieła nieznanego” zachwyca swoją drapieżnością i przenikliwością poszczególnych sądów, nie stając się nigdy w pełni literacką osobowością – bo osobowość taka musi wchłonąć i przekształcić świat, który opisuje, a Kijowski poddawał mu się i sam przez ten świat był przekształcany. Jego umysł pracował bez zarzutu tylko wówczas, kiedy posiadał punkt odniesienia w postaci cudzych tekstów, z którymi mógł polemizować. Świecił jedynie światłem odbitym.

Mimo to Kijowski może inspirować. Autor „Listopadowego wieczoru”, co zauważano wielokrotnie, przeszedł typową drogę intelektualisty PRL. Jak się okazało, doprowadziła go ona do chrześcijaństwa i Solidarności. Jego dorobek pozostał jednak otwarty. […] Czy zatem dziedzictwem Solidarności może być (niedokończony) projekt literatury i krytyki literackiej? Myślę, że warto się nad tym przynajmniej zastanowić. Poniżej postaram się wskazać kilka (spośród wielu) inspirujących punktów.

Krytyka literacka i automatyzm społeczny. Pisanie po Gombrowiczu 

Droga Kijowskiego była charakterystyczna także i pod tym względem, że – jak większość literatów polskich XX wieku – przeszedł okres głębokiej fascynacji Witoldem Gombrowiczem. Autor Ferdydurke był dla Kijowskiego niezmiennie ważnym punktem odniesienia, stał się też przedmiotem studium literaturoznawczego Strategia Gombrowicza, napisanego przez Kijowskiego dla PAN i drukowanego potem w „Twórczości”. Fascynacja ta została jednak zakończona uznaniem niewystarczalności filozofii autora Ślubu. Dzisiaj, kiedy dziedzictwo Gombrowicza nadal pozostaje w dużej mierze nieprzetrawione przez polskich czytelników, a mimo to nie przestaje oddziaływać na polską literaturę i fascynować jej kolejnych odbiorców, warto wziąć pod uwagę uwagi Kijowskiego – zarówno te, które poczynił w okresie, kiedy znajdował się pod wpływem Gombrowicza, jak i zastrzeżenia, które wysuwał przeciwko swojemu mistrzowi, kiedy ich literackie drogi rozeszły się, w latach 1970-tych oraz na początku lat 1980-tych.

[…]

Zbyt dużo ideologii, zbyt mało poczucia winy 

Kijowski wskazywał, że nasza literatura rodziła się nie, jak na Zachodzie, z chanson de geste, ale traktatów o naprawie Rzeczypospolitej; była zawsze pełna dydaktycznych wierszy, napomnień i przestróg. „Literatura ta nie może zgubić raz przyjętego tonu kaznodziejskiego: może z niego szydzić, ale nie obejdzie się bez niego nigdy. Wszystko, co produkuje poza tym urzędem nauczycielskim wydaje się jej nieistotne”. Właśnie dlatego nie interesuje się rzeczywistością, życiem i coraz trudniej jej jest nawiązać kontakt z człowiekiem jako żywą istotą, uwikłaną w nieusuwalne tragiczne dysonanse.

[…] Ten stan rzeczy miał, zdaniem Kijowskiego, swoją wyraźną przyczynę. Jak zauważał w jednej ze swoich najbardziej błyskotliwych szarż, literatura polska jest „niezmiernie zadowolona z siebie, pomimo wszystkich kompleksów niższości, jakie posiada. Jest taka od dawna, chyba od początków XIX wieku, od utraty niepodległości, od schyłku literatury stanisławowskiej […] – odkąd uznała się za literaturę narodu niewinnego. Poczucie niewinności uodporniło ją na przeżycia, które były decydujące dla literatury europejskiej XIX, a potem XX wieku. Uodporniło ją przede wszystkim na Dostojewskiego, na Dostojewskiego, który postawił kulturę właśnie przed problemem winy”.

[…]

„Wyznania” jako literatura totalna 

Każda prawdziwa literatura jest autobiograficzna, nawet jeśli doświadczenia autora są skrzętnie ukrywane pod postaciami jego bohaterów. Andrzej Kijowski przez całe życie chciał napisać jakiś rodzaj prozy autobiograficznej, pamiętnik lub powieść, a rozważania na temat tego, jak powinien to zrobić, jak żyć, aby było to godnym materiałem literatury, wreszcie – w którym miejscu zacząć narrację i jak uniknąć błędów, które popełniali inni autorzy tego typu dzieł (chociażby Maria Dąbrowska – Przygody człowieka myślącego zaczęła „zanadto z dala”) stanowią leitmotiv jego Dziennika. […] Marzenie o autobiografii nie zmieniło się także po nawróceniu krytyka. Powróciwszy na łono Kościoła, Kijowski chciał jednak literatury jeszcze prawdziwszej – i właśnie dlatego pod koniec życia – przeczuwając już, że ten koniec się zbliża – sięgnął po Hipponatę.

„Co mnie naprawdę pociąga: spisywanie czegoś w rodzaju autobiografii intelektualno-uczuciowej […]. Napisać w nich szkice […] – szkicować swoje własne Wyznanie, które będzie nie tyle wyznaniem, co zamknięciem pewnej epoki. Autobiografia, której nie ja będę bohaterem” – notował. Nie chodziło zatem o proste opowiedzenie o sobie, bo takie jest często aktem autodestrukcji. Autor opowiadający zbyt wcześnie i zbyt szczerze, nie mający nic do przekazania poza własną rozpaczą, po prostu rozmienia się na drobne i przestaje istnieć […]. Augustyn wyznawał tymczasem nie siebie, ale swoją wiarę; to nie był „akt samozniszczenia, lecz samoocalenia”.

[…] Dopiski do „Wyznań” świętego Augustyna pozostały zbiorem intuicji i wytycznych, których jak dotąd nie podjęto, jeśli nie liczyć coraz liczniejszych – trzeba przyznać – literaturoznawczych gloss do twórczości samego Kijowskiego. Wyznania świętego Augustyna nie stały się dla nikogo modelem literatury. Wielka katolicka księga w języku polskim, „mityczna księga polskiego intelektualisty, księga-wyzwanie, która w okruchach i niedopełnieniach swoich istnieje i stanowi najwyższy, niedokonany wyraz polskiej kultury”, pozostaje nienapisana. Może warto zatem, poznawszy drogę i testament Andrzeja Kijowskiego, pójść właśnie tym tropem?

Cały tekst na stronie „Skarb Solidarności”: http://skarbsolidarnosci.pl/wp-content/uploads/2014/02/Kwaśnicka-Kijowski-projekt-niedokończony.pdf 

Jak zepsuć Szekspira (na przykładzie Jana Klaty)

„Król Lear” to dramat dotyczący relacji człowieka i jego królewskiego tytułu. To – mówiąc prościej – sztuka o osobie, która tak bardzo uwierzyła w zajmowane przez siebie stanowisko i otaczający ją system zależności, że świat interpretuje jedynie przez pryzmat swojej godności. Tak, Lear jest łasy na pozory, utożsamił się ze swoją pozycją, stracił dla niej zupełnie głowę i nie jest już w stanie rozpoznać, gdzie leży prawda. Dlatego osądza niesprawiedliwie. Tak zaczyna się tragedia.

Ale przecież, podejmując decyzję o podziale władzy, Lear naraża się na katastrofę. Bo dzieło Szekspira to również historia podwładnych – córek, książąt i hrabiów, którzy doskonale zorientowali się w królewskiej mentalności i grają w grę pozorów lepiej od władcy. Wiedzą, że wystarczy pochlebstwo i autoreklama, aby owinąć go sobie wokół palca. Potem jednak, przejąwszy rządy, spróbują go zniszczyć. I zrobią to – ponieważ Lear nie jest jednak tożsamy ze swoją koroną. 

lear zoom

„Król Lear” to także dzieło o tych, którzy wiedzą, że istnieją rzeczy ważniejsze niż porządek zaszczytów i władzy – i którzy wolą przegrać zupełnie niż wejść w koleiny dworskich rytuałów. Zwykle przegrywają, co Szekspir pokazuje w charakterystyczny dla siebie, okrutny sposób. Kordelia to przecież nie tylko figura kobiety, która wybacza zawsze i wszystko, nawet największą szorstkość czy niesprawiedliwość. To postać, która – podobnie jak Kent, Gloster i chory na prawdomówność Błazen – potrafi zobaczyć Leara jako takiego i być wierna człowiekowi, a nie jego stanowisku. Lear to jej ojciec; jest wobec niego lojalna, nie bacząc na korzyści lub ich brak – nie chce jednak, by ponosił ją sentymentalizm, i stąd bierze się jej przegrana.

„Król Lear” to sztuka, która doskonale nadaje się do tego, by ją czytać i wystawiać współcześnie. Pokazuje bezwzględną walkę o władzę, toczoną pod przykryciem pozorów – a niemal wszyscy, którzy nas otaczają, uczestniczą przecież w pogoni za tytułem i sukcesem. Afrodyzjak sławy działa na każdego, nawet na najzdolniejszych. Bezwstydnie robią wokół siebie szum, nie pozwalają na to, by mówiły za nich ich osiągnięcia. Robią słodkie miny do stojących nad nimi, wywyższają się kosztem znajdujących się niżej czy po prostu mniej głośnych, karmią się upadkiem innych (lub rzekomym upadkiem – jak Edmund, który niszczy Edgara). Ludzi takich jak Regan, Goneril i Edmund – czyli młode pokolenie w „Learze” – jest mnóstwo po obu stronach wszystkich ideologicznych barykad. Różnią się między sobą tylko pozornie – w rzeczywistości są podobni w smaku jak dwa leśne jabłka.

Wróćmy jednak do Leara, bo to on jest najważniejszy i to nim Szekspir zabawia się najokrutniej. Lear jest bezbronnym osiemdziesięcioletnim starcem, momentami naprawdę śmiesznym w swoich roszczeniach. Jan Kott nazwie go „naiwnym i głupim” i stwierdzi, że nigdy nie jest w stanie zasłużyć na naszą litość. W tej ostatniej kwestii zupełnie się z nim nie zgadzam – litujemy się przecież nad tymi, którzy źle rozpoznają swoją sytuację. Złe rozpoznane to esencja ironii tragicznej, stąd i nasza gotowość do wybaczenia. Lear jest kapryśny i porywczy, przemawia władczo, kiedy nie ma do tego prawa – i jest wówczas naprawdę żałosny, jak pająk, który zaplątał się we własną sieć, ale wydaje mu się, że nadal poluje. Traci wszystko po kolei, władzę, poczucie własnej wartości, rozum, ulubioną córkę – ale uraczy nas (on i jeszcze kilku innych, którzy upadają razem z nim, bo Szekspir nie odmawia przegranym wzniosłej wymowności) paroma monologami o urodzie tak niezwykłej, że wystarczy po prostu wyrecytować je ze sceny, nie odciągając od nich uwagi, żeby spektakl zadziałał na widza jak powinien. To przecież Szekspir; tu nie potrzeba nawet kostiumów i rozbudowanych dekoracji. Wystarczy przypomnieć ascetyczną inscenizację Teatru Powszechnego sprzed trzynastu lat, w której Zbigniew Zapasiewicz zagrał Leara w sposób zupełnie prosty, a jednak tak przejmujący, że przedstawienie to jeszcze kilka dni siedziało w głowie.

Wydawało się, że – mając do dyspozycji aktorów Teatru Starego – Klata nie mógł zepsuć Szekspira. Szłam zatem na Plac Szczepański z nadzieją, chociaż plakaty, na których grający tytułową rolę Jerzy Grałek ubrany był w papieską sutannę, mogły zapowiadać katastrofę.

I niestety – na krakowskiej scenie jest tylko publicystyka, i to najniższego rodzaju. Kościół z pewnością można krytykować za wiele rzeczy, jednak diagnoza na poziomie „stary, zniedołężniały papież trzymany pod kloszem nie może zrobić nic, kiedy wokół niego knuje watykański dwór” oraz „kobiety, tak wierne, traktuje się niesprawiedliwie” (czytaj: nie ma dla nich kapłaństwa) – nie, taka diagnoza po prostu nie broni się w żaden sposób. To jakaś zideologizowana sztampa; to nie zrobi wrażenia nawet na nieco bardziej oczytanym antyklerykale. Oczywiście w spektaklu są też aluzje dotyczące homoseksualizmu w Kościele, co rzeczywiście jest problemem bolesnym i aż skóra cierpnie, że robi się z tego teatralną ulotkę; są wreszcie sugestie, że duch wionie, kędy chce (z wyłączeniem hierarchii kościelnej): bo mamy na scenie i wirującego derwisza, i ekstatyczkę (Błazen/Kordelia – połączenie tych postaci to akurat niezły pomysł; mogłaby powstać z tej mieszanki jakaś fantastyczna wieszczka, ukryta królewna, ale niestety nie powstaje – to raczej papieżyca czy matka Joanna od Aniołów; w tej roli Jaśmina Polak); mamy wreszcie cichego, ale wiernego pielęgniarza (Kent, grany przez Jerzego Święcha). Oni wszyscy – z Learem-papieżem na szpitalnym łóżku włącznie – pozostają niejako poza nawiasem zapamiętałego w walce o wpływy Kościoła hierarchicznego. Ten ostatni nie ma zaś w sobie nic z boskości. Tam są tylko niewydarzeni, podstarzali mężczyźni (świetne wykorzystanie aparycji Mieczysława Grąbki) i wydelikaceni klerycy, którzy zrobią wszystko, aby wspiąć się na szczyt.

Pozostaje niesmak – bo robienie w Krakowie sztuki o zniedołężniałym, hospitalizowanym papieżu, który odkleił się od rzeczywistości i, wierząc pochlebstwom, uczestniczy w kościelnym fałszowaniu świata – to jednak jest w jakiś sposób niesmaczne. Nie będę tutaj wymachiwała argumentami z misterium Kościoła, jego podwójnej, bosko-ludzkiej natury, bo mają one ograniczony zasięg i trafią tylko do praktykujących katolików. Chodzi mi tutaj raczej o naruszenie jakiejś elementarnej delikatności, którą niby powinniśmy pielęgnować jako ludzie cywilizowani; tej samej, która na przykład nie pozwala obrażać zmarłego przy jego najbliższych. Ale dobrze – ja rozumiem, że Klata ma potrzebę poepatowania Krakowa. Tylko że tego typu epatowanie to jednak straszliwa lichota, taniocha wręcz. Ja bym bardzo chciała, żeby ktoś wreszcie zrobił spektakl, który naprawdę mnie poruszy, nawet gdyby miał nieco obrazić moje uczucia. Takiego spektaklu nie widziałam od wielu lat, do takiego spektaklu tęsknię.

Żadne z przedstawień Klaty, na jakich byłam, nie wzbudziło we mnie nigdy najmniejszych emocji – a przynajmniej nie tych, po które idzie się do teatru. A idzie się tam po jakąś powagę, gravitas, po jakieś wzruszenie, wreszcie, bo nadal można w tej kwestii wierzyć Arystotelesowi, idzie się po trwogę i litość. Ja z teatru robionego przez Klatę wychodzę znudzona, z poczuciem zmarnowanego czasu. Jedyną stałą reakcją jest złość, że na moich oczach psuje się klasyczne teksty i dokonuje dziwnych manipulacji na wielkiej literaturze. Jeśli bowiem sądzić na podstawie krakowskich inscenizacji, Jan Klata nie potrafi w ogóle czytać literatury, on jej nie czuje i nie rozumie – a to umiejętność konieczna, by stać się wielkim reżyserem. On sobie otwiera teksty konceptem jak puszkę otwieraczem do konserw, więc jego interpretacje są naskórkowe lub bardzo doraźne, publicystyczne. Ja jednak nie chodzę do teatru po publicystykę, bo zwykle jest to publicystyka bardzo niskiego lotu.

W krakowskim „Learze” jest kilka dobrych pomysłów, które jednak gubią się w ogólnym zamyśle; jest trochę jasnych punktów. Żal mi na przykład scenografii Justyny Łagowskiej – naprawdę dobrej, dającej spore możliwości inscenizacyjne. Doceniam pomysł z kamerą, która pokazuje nam aktorów z „boskiego” punktu widzenia, to jest z góry. Widzimy ich jednocześnie z przodu i z lotu ptaka. Czyste kolory kostiumów (biel i czerń sutann, kardynalska czerwień), które tak pięknie grają z tępym kolorem tła, można byłoby wykorzystać przy projektowaniu zwykłych, niekościelnych strojów, gdyby Klata chciał wystawić „Leara” tak, jak ten dramat na to zasługuje.

Bo najbardziej jest mi żal mi Szekspira. Bo przecież nie po to się go wystawia, żeby nie dawać wybrzmieć jego wspaniałym monologom, a jego diagnozy upychać na siłę w tani projekt publicystyczny. Nie po to się wystawia Szekspira, by nie dało się odtworzyć treści sztuki i by zmieniać jej zakończenie. By Szekspir przestawał być przenikliwym antropologiem, a okazywał się tanim demagogiem. By wszystko okazywało się koszmarnym, rozwibrowanym snem – dosłownie i w przenośni.

Ja bym chciała – jeszcze raz, tak po prostu – zobaczyć na scenie historię zdradzonego króla. Bo to jest dramat tej miary, że stanie się komentarzem do rzeczywistości nawet bez ingerencji reżyserskich. On jest jak „Hamlet”, który, jak głosi oklepany cytat z Kotta-szekspirologa, „jest jak gąbka. Jeśli go tylko nie stylizować i nie grać antykwarycznie, wchłania w siebie od razu całą współczesność”. Kott niczego tutaj nie odkrył: owa chłonność, otwartość to cecha największych dzieł teatralnych w ogóle – jeżeli tylko pozwoli im się wybrzmieć. To samo można przecież powiedzieć o naszych „Dziadach” czy „Nie-Boskiej Komedii” (swoją drogą widziałam ostatnio inscenizacje nawiązujące do obu tych dramatów. To temat na inny wpis; tutaj wspomnę tylko o chwili, kiedy duet Strzępka-Demirski w swoim najnowszym spektaklu na krótki moment oddają głos Krasińskiemu. Ich pomysł jest samobójczy i doskonale pokazuje problem, o którym mówię: jedna scena z „Nie-Boskiej”, zagrana porządnie przez duet Małgorzata Hajewska-Krzysztofik – Marcin Czarnik, po prostu unicestwia resztę przedstawienia).

Mówiąc krótko – jeżeli chcemy katharsis, jeżeli chcemy, by Szekspir czy romantycy naprawdę nas poruszyli, dlaczego nie wystawić ich tak po prostu?

Ale nie, myślę sobie, Klata nie mógł nam opowiedzieć historii Leara. Musiałby pokazać, że jest pokorny wobec tekstu, że go rozumie i że, co pewnie przyszłoby mu najtrudniej, szanuje widza. Poza tym wówczas zobaczylibyśmy, że to opowieść o everymanie, który poczuł się zbyt pewnie na swoim stanowisku. Może jednak wynikłaby z tej autoanalizy jakaś wielka sztuka.

Nie, nic z tego. Doprawdy – najłatwiej zasłaniać się papieżem.

POST SCRIPTUM

No dobrze. Pisząc ten artykuł, byłam bardzo zdenerwowana po obejrzeniu złego spektaklu. Ochłonąwszy, przyznaję, że Jan Klata potrafił kiedyś czytać Szekspira ze sporym polotem, czego dowodem był „Hamlet” zrealizowany w Stoczni Gdańskiej.

lear_plakat_szymonroginski

Smoleńsk na letnio

[kontynuacja poprzedniego wpisu]

W „Paląc trawę na rykowisku” Agnieszki Urbanowskiej nie ma mowy o perspektywie przedszkolaka czy wystudiowanej naiwności. Wprost przeciwnie, tutaj narratorką jest studentka (powiedziałabym raczej: doktorantka, chociaż bohaterka powieści stawia dopiero pierwsze kroki na studiach), która na każdym kroku podkreśla swoją humanistyczną erudycję.

Palac-trawe-na-rykowisku_Agnieszka-Urbanowska,images_product,3,978-83-7386-535-8Książka to historia młodej kobiety z dobrego (pod)krakowskiego domu, która przeżywa okres buntu (związek z biseksualistą), aby następnie pojednać się ze wspólnotą narodową pod wpływem katastrofy smoleńskiej. Streszczenie brzmi strasznie kiczowato, przyznaję, ale książka jest lepsza niż wskazywałby na to zarys jej fabuły. Moje resumé jest po prostu bardziej adekwatne niż to z okładki – informujące, że czeka nas lektura historii perwersyjnego romansu studentki i wykładowcy i że będzie mowa o „przewrotnie pokazanej relacji, w której nie wiadomo, kto jest mistrzem, a kto uczniem, kto twórcą, a kto muzą”. Nie ma bowiem wątpliwości, że to Gaja – a zatem główna bohaterka – odgrywa tutaj rolę dominującą, a głównym wątkiem są jej apostazja i następujące po katastrofie patriotyczne nawrócenie. Dziwna relacja z nauczycielem akademickim jest dla nich jedynie odpowiednio nowoczesnym tłem, mającym, jak przypuszczam, nadać historii mocy świadectwa: oto smoleńskie uniesienia mogą przydarzyć się nawet zdystansowanym ironistom, osobom bezpruderyjnym, które okazjonalnie popalają trawkę.

To zatem Gaja zastawia zasadzki i zdobywa upatrzonego mężczyznę, ponieważ pociąga ją jego uroda. Nad swoim partnerem dominuje intelektualnie i charakterologicznie, matkuje mu; ba, matkuje niemal wszystkim wokół, na przykład starszej siostrze, a wcześniej koledze z liceum, w którym jest zakochana. Bohaterka Urbanowskiej jest bowiem jedną z tych silnych kobiet, z którymi można się wprawdzie „zakumplować”, dla których trudno jednak stracić głowę – co potwierdza zresztą historia jej miłości. Dzieje podobnych bohaterek pojawiają się w literaturze i bywa, że stają się materiałem na wielkie dzieło – pierwszym przykładem, który przychodzi mi do głowy, jest „Villette”, zdecydowanie niedoceniona powieść Charlotte Brontë. Tej ostatniej udało się jednak uchwycić istotę tragizmu, która tkwi w takim modelu kobiecości – bo przecież brakuje w nim miękkości, jest w nim coś boleśnie niekobiecego, z czym Lucy Snowe, główna bohaterka „Villette”, zmaga się, patrząc bezsilnie, jak ten, w którym jest zakochana, kocha inną; i wiedząc, że jest to nieuniknione. Jednocześnie pod wpływem drugiego mężczyzny Lucy rozwija się intelektualnie, dorasta. Gaja, bohaterka Urbanowskiej, tego nie robi, ponieważ od początku jest całkowicie uformowana. To prymus, który panicznie boi się przyłapania na niewiedzy czy niezaradności. Jest w tym jeszcze coś ze szczeniackiej pokazówki, brakuje natomiast nerwu, który naprawdę chwyciłby za gardło.

Przemiana Gai będzie dotyczyła jedynie stosunku do wspólnoty. Mam jednak pewne wątpliwości co do spójności owej przemiany. Narratorka wspomina bowiem swoje przeżycia po śmierci papieża-Polaka. I wtedy łączyła się ze wspólnotą, uczestniczyła w marszach, chociaż, jak relacjonuje, nastrój podniosłości szybko przeminął, ona zaś powróciła do pozy chłodnej ironistki. Smoleńsk, jak się okazuje, ma dużo większą moc przemiany serc. Gaja powraca na łono wspólnoty narodowej, pozostając nadal w luźnym związku z katolicyzmem. W kościele, jak zapewnia, nadal staje z tyłu, chociaż w ostatnich zdaniach powieści zarysowana zostaje jakaś perspektywa zmiany. Jest to jednak  zaznaczone zbyt słabo, zbyt lakonicznie; także winy, które Gaja rzekomo ma do odpokutowania, w kontekście lekkiego, „klubowego” wręcz tonu powieści nie są przecież zasygnalizowane szczególnie przekonująco. Zakończenie – literacko – jest na wyrost. To słaba koda dla zbyt letniej całości.

Także patriotyczny zwrot Gai jest obciążony charakterystyczną schematycznością. Nie do końca rozumiem, dlaczego jedne wspólnotowe uniesienia miałyby być mniej prawdziwe i trwałe od innych – i dlaczego akurat patriotyczne przeważają nad religijnymi. Dlaczego wreszcie tak zdystansowana bohaterka – bo o tym racjonalistycznym dystansie ciągle nam się przypomina – traci go właśnie w tym kontekście?

Myślę, że jest to niespójność dość symptomatyczna. Odpowiedź, jaką nam się sufluje – że siła rażenia Smoleńska jest tak wielka, bo chodzi o dawną miłość Gai, która zginęła w katastrofie – nie jest do końca przekonująca. Czy bowiem jej ukochany nie był zaangażowany także w sprawy okołopapieskie? Czy to nie pod jego wpływem chodziła kiedyś w białych marszach? Gdyby zatem to jego postać miała być katalizatorem przemiany, nawrócenie Gai miałoby pewnie wielowymiarowy charakter.

Pozostawiam na boku dyskusję na temat tego, czy model Polaka-katolika jest jedynym możliwym. Bez wątpienia u Urbanowskiej to on jest punktem odniesienia, spójrzmy zatem na przemianę jej bohaterki właśnie z tej perspektywy. Widać wyraźnie, że w „Paląc trawę…” pojawia się pewien – nieświadomy może – nawyk myślowy. Historia zdradza pokrewieństwo z emocjami tzw. prawicy smoleńskiej. Zgodnie z obowiązującą tam narracją, tragedia, która wydarzyła się w Smoleńsku, staje się mitem spajającym naszą wspólnotę, skłaniającym ludzi do radykalnych decyzji osobistych i moralnych. To właśnie Smoleńsk staje się miejscem krystalizacji nowoczesnej polskości. Katastrofa jest kolejnym ogniwem wielkiej dziejowej hekatomby; ogniwem współczesnym i dla nas, żyjących, najważniejszym. W kontekście Smoleńska dawna poezja staje się znowu wiążąca (czy zatem wcześniej nie była?). Polskość jest zaś wspólnotą żałobną, skupioną na upamiętnianiu tych, którzy zginęli. Kościół może się do tej narracji dołączyć, ale nie on pozostaje jej dominantą. To nie jest nic nowego; podobne przesunięcie akcentów, choć w innym przebraniu, widać przecież u Jarosława Marka Rymkiewicza czy Wojciecha Wencla. Dokładnie tak rzeczy mają się w książce Urbanowskiej. Zmienia się jedynie decorum.

Zgadzam się, że po katastrofie w Polsce pojawiło się wiele zjawisk, które w sposób zupełnie naturalny skłaniają do opowiedzenia się po stronie wspólnoty smoleńskiej. Czy nie poniżano wdów i ludzi spod krzyża? Czy nie niszczono karier? Czy nie zamazywano faktów, nie wyrzekano się politycznej podmiotowości, nie rozmywano odpowiedzialności? Chcę tutaj bardzo wyraźnie podkreślić: w sprawie Smoleńska jestem całkowicie po stronie tych, którzy chcą wyjaśnić, co się tam stało i oddać cześć tym, którzy zginęli. Wydarzenia z kwietnia 2010 roku to jedna z absolutnie najważniejszych spraw, które mamy do załatwienia.

Czy jednak Smoleńsk może stanowić punkt wyjścia do nowej narracji na temat nas samych? Mam poważne wątpliwości, czy katastrofa rzeczywiście posiada moc, jaką jej się przypisuje i – co ważniejsze – czy rzeczywiście powinna stawać się dla nas wydarzeniem tożsamościowym, a tak przecież jest przedstawiana w książce. Nigdy nie zgodzę się, aby nowoczesną polskość konstruować właśnie na katastrofie smoleńskiej i na symbolicznych sensach, które się tam nadbudowują; nie zgodzę się, aby Smoleńsk podnosić do rangi czegoś, wokół czego powinna się krystalizować nasza wspólnota i tego, co ją katalizuje. Czy przypadkiem nie czynimy krzywdy polskości, sprowadzając ją jedynie do sprawy upamiętniania i żałoby? Przecież Polska to dużo, dużo więcej, a budowanie na Smoleńsku to budowanie na słabości.

Te wszystkie wątpliwości, wychodzące przecież daleko poza debiut Agnieszki Urbanowskiej, to jednak dywagacje na marginesie, które nie przesłaniają mi faktu, że, gdyby na przykład porównać jej książkę do, dajmy na to, „My zdzies’ emigranty” Manueli Gretkowskiej, która to powieść bywała uznawana za pozycję pokoleniową roczników 1960-tych (o „Znakach szczególnych”, czyli rzekomym manifeście mojego pokolenia nawet nie wspominając), to „Paląc trawę na rykowisku” jest literaturą zdecydowanie lepszą. W przeciwieństwie do rozszczebiotanej prozy Gretkowskiej, pełnej humanistycznych pseudo-dylematów, lub czyniącej trywialne spostrzeżenia Wilk, Urbanowska stara się mierzyć z prawdziwymi problemami i odpowiadać na poważne pytania. Cóż, zwykle robi to zbyt pobieżnie, ale pewnie takie jest prawo debiutanta. Są jednak w książce momenty bardzo dobre, na przykład wyznanie miłosne przeplatane fragmentami akademii patriotycznej; mieszanina, która znakomicie stapia ze sobą akcenty kiczu i szczeniackiego sentymentalizmu, aby z obu wydobyć blask czegoś prawdziwego. Autorka panuje nad tym, co chce opowiedzieć czytelnikowi; nie epatuje sobą, nie daje się ponieść własnemu ego. Ma dobre pióro. To już dużo. Myślę, że Agnieszka Urbanowska jeszcze nie raz pozytywnie nas zaskoczy.

Paulina Wilk, Znaki szczególne, Kraków 2014.
Agnieszka Urbanowska, Paląc trawę na rykowisku, Warszawa 2014.

Perspektywa przedszkolaka 

„Idzie nowe pokolenie, które nie ma od siebie nic do powiedzenia. Pokolenie, które nie ma biografii” – pisał Andrzej Kijowski na początku lat 60-tych. Bo rzeczywiście: debiutowali wówczas pisarze, którzy nie mieli za sobą ani porządnej aktywności wojennej, ani żadnych wspomnień z Dwudziestolecia. Byli wytworem smutnych czasów powojnia, nie potrafili – a może nie chcieli – znaleźć dla siebie tzw. wielkiej tematyki, więc zadowalali się namiastkami, które „wydłubywali” z własnych biografii. I to samo w przybliżeniu można chyba powiedzieć o autorach urodzonych pomiędzy 1980 i 1990 rokiem, rosnących w nijakim okresie transformacji; zbyt młodych, aby mocować się z historią – wspominać koniec PRLu czy brać udział w budowie nowego porządku. Oni sami wołają jednak co chwila: przecież mamy, mamy biografię, i to jaką! I na dowód tego piszą kolejne powieści pokoleniowe.Wilk_Znaki_m

Młodzi pisarze starają się zaznaczyć swoją obecność w literaturze – i to dobrze. Szukają czegoś, co odróżniłby ich od poprzednich roczników, a co byłoby bardziej namacalne niż ogólnik, który słyszą od dawna – że niemal na wszystko się spóźnili i że mogli tylko dyskontować przemiany dokonane przez kogoś innego. Przeglądają więc własną historię, aby pokazać momenty, które uczyniły ich wyjątkowymi. Było tak na przykład w „Boidudzie” Jakuba Lubelskiego, o której pisałam dwa lata temu. Teraz wpadły mi w ręce dwie kolejne powieści tego typu. Obie książki są zapisem doświadczenia pokoleniowego osób urodzonych w latach 1980-tych i wyszły spod pióra dwóch kobiet. Pierwszą są „Znaki szczególne” Pauliny Wilk, drugą – „Paląc trawę na rykowisku”, debiut Agnieszki Urbanowskiej.

Zacznijmy od „Znaków szczególnych”, bo o tej pozycji napisano sporo. To książka, która została chyba pomyślana jako produkt na uświetnienie 25-lecia wyborów czerwcowych – jak inaczej wyjaśnić bowiem, że tak słaba opowieść ukazała się nakładem prestiżowego Wydawnictwa Literackiego? Książka reklamowana jest jako „prywatny zapis dorastania w czasie demokratycznych przemian”, „osobisty i przejmujący”. Jak na reportażystkę przystało, Wilk rzeczywiście świetnie rejestruje szczegóły – opis dorastania pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków jest niezwykle drobiazgowy. Z tą drobiazgowością jest jednak pewien problem: poza litanią gadżetów charakterystycznych dla okresu transformacji, wspominaniem chińskich kalkulatorów na światło i długopisów ze złotą końcówką, jakie dostawało się na komunię, „gier-jajeczek”, które mieli wszyscy, czy trzepaków, z których się spadało; poza pobieżnym przywołaniem specyfiki ówczesnych stosunków sąsiedzkich, przywołaniem tych wszystkich przyszywanych cioć i wujków, jakich rzeczywiście miał każdy, nie znajdziemy w tej książce absolutnie nic. Nie da się bowiem z tego potoku wspomnień wydobyć nawet uncji prawdziwej literatury. Nie ma jej ani na poziomie stylu, ani na gruncie treści. Paulina Wilk trzyma się kurczowo swoich miałkich opisów i nigdy nie robi kroku w kierunku jakiegoś ich przetrawienia czy zrozumienia. Nie stara się wymościć dla siebie miejsca w zbiorowej wyobraźni; jest detaliczna i boleśnie wręcz naskórkowa.

Powtarzane jak mantra zaklęcia o indywidualizmie pokolenia urodzonego w okolicach roku 1980 nie znajdują najmniejszego potwierdzenia w samym tekście: autorka posługuje się ciągle podmiotem zbiorowym („my”) i boi się jak ognia jakichkolwiek własnych przemyśleń na temat rzeczywistości. W ostateczności w celu uporządkowania zjawisk posługuje się gazetowymi sloganami, tak powierzchownymi, że trudno uwierzyć, że autorką tekstu jest osoba 34-letnia.

Transformacja to zatem przejście od biedy do względnego bogactwa. Europa jest światem dobrobytu, a cel Polaków rysuje się jasno: dogonić Zachód pod względem gospodarczym i mentalnym. „Opóźnieni, zapóźnieni, zacofani, zaściankowi – tak o sobie myśleliśmy. Tak myślano o nas – notuje w książce Wilk, opisując wczesne lata 1990. –  Nie wiem, czy jest inna dziedzina, w której równie jednomyślnie i intensywnie pracowaliśmy nad przemianą”. A potem, w kontekście wyjazdów do Egiptu odbywanych w latach 2000. autorka „Znaków szczególnych” odnotowuje z ulgą: „za płotem bieda, tym razem nie nasza”.

Także na gruncie polskim niemal wszystko zmieniło się na lepsze. Społeczeństwo wprawdzie się zatomizowało, niektórym się nie powiodło – ale ostatecznie czyż nie jest tak i na Zachodzie? Poza tym, jak pisze Wilk, „Zaczarowany ołówek nie był nam już potrzebny – tonęliśmy w oceanie przedmiotów i możliwości”. I zapewnia: „za sprawą osłabienia Unii poprawiło się […] nasze samopoczucie. Na tle zapadającej się Europy utrzymaliśmy niezłą formę. Młoda gospodarka długo opierała się wirusowi kryzysu […]. Rozwojowe opóźnienie połączone z dalekowzrocznością twórców ustaw z początku transformacji tym razem zapewniły nam przewagę”. To przecież opinie jak z jakiegoś satyrycznego profilu na Facebooku, chociażby z „Młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków”. Tylko że tutaj zostały napisane na serio.

Nawet kiedy autorka „Znaków szczególnych” opowiada o czymś, co zdarzyło jej się całkiem niedawno, już jako osobie dorosłej, nie wyzbywa się tonu małej dziewczynki, zafascynowanej nowoczesnością. Kiedy opisuje, czym jest smartfon i wirtualne pieniądze, robi to dokładnie tak samo, jak wcześniej relacjonowała dziecięce zabawy na torowisku. Jej zdania nadal brzmią jakby były żywcem wyjęte z elementarza dla klasy pierwszej.

Nigdy nie miałam ambicji napisania powieści pokoleniowej, nie jestem również krytykiem literackim, proszę zatem potraktować moje refleksje jako uwagi stojącego z boku dyletanta. Wydaje mi się jednak, że książka tego rodzaju powinna zakorzeniać partykularne doświadczenia autora (a zatem i jego rówieśników) w zbiorowej wyobraźni odbiorców literatury pisanej w danym języku. Wspominanie „Zaczarowanego ołówka” czy „Kapitana Hawka” to zatem zdecydowanie za mało, bo takie doświadczenia są błahe, w dodatku całkowicie partykularne. One nikogo nie interesują, nawet mnie, chociaż – muszę przyznać – oglądałam te same kreskówki. W prozie pokoleniowej chodzi raczej o wplatanie własnego wątku w szerszy plan; wplatanie na tyle odważne i głębokie, aby już tam na zawsze pozostał, wzbogacając odbiór całej literatury.

„Znaki szczególne” są książką tak płytką, że o wplataniu czegokolwiek w cokolwiek po prostu nie może być mowy. Jest to modelowy wręcz przykład „perspektywy przedszkolaka”, która pojawia się coraz częściej w literaturze pisanej ostatnio w naszym kraju. Chodzi mi o programowe opisywanie rzeczywistości z pozycji osoby młodej, niedoświadczonej czy niewykształconej. Chwyt ten daje pewne możliwości literackie; przede wszystkim umożliwia pokazanie rozwoju bohatera lub zaprezentowanie jego naiwnego, ale niezwykłego doświadczenia (o ile rzeczywiście jest ono niezwykłe – tą drogą próbował iść Ignacy Karpowicz w wydanej ostatnio „Sońce”, powieści płynącej na fali mody na regionalne tożsamości).

Możliwości związane z przyjęciem „perspektywy przedszkolaka” rzadko są jednak wykorzystywane przez współczesnych autorów; najczęściej jest ona po prostu pójściem na łatwiznę, listkiem figowym, który ukrywać ma miałkość przemyśleń pisarza. Zwykle widać ją jednak doskonale. Powiedzmy sobie szczerze: punkt widzenia przedszkolaków i uczniów szkoły podstawowej po prostu nie jest doniosły cywilizacyjnie. Nie jest taki również płaski opis własnej adolescencji. „Znaki szczególne” to książka fatalna, portret pokolenia zupełnie miałkiego i nieciekawego. Czy naprawdę jest z nim aż tak źle?

CDN.

Gombrowicz – polski romans z nominalizmem

“Nie róbcie ze mnie taniego demona” – apelował Gombrowicz (tom II, s. 17; cytaty za wydaniem Wydawnictwa Literackiego). I miał rację. Zbyt go wyegzorcowaliśmy. Oddaliśmy go całkowicie w złe ręce. Tymczasem Gombrowicz był Polakiem, miał się za Polaka i chciał uleczyć polską kulturę. Tak jak umiał. Reakcje Jaśnie Panicza są przesadne, Ale jego „Dziennik” to lektura, której nie może nam dzisiaj zabraknąć; w warstwie krytycznej pełna intuicji wprost genialnych.

*

Kultura to rzeczywistość, którą ciągle musimy wykuwać na nowo; nie jest muzealną wystawką, gdzie nie wolno palcować Mickiewicza i Słowackiego, gdzie pod sufitem, ponad naszym zasięgiem, wisi portret Wyspiańskiego, a innych pisarzy w ogóle się nie pokazuje. Polska kultura to wyzwanie i obowiązek, to ściąganie na ziemię, ciągle i bez końca, rzeczywistości wiecznej. Wyrzucanie części autorów na śmietnik lub opisywanie ich kompromitujących przygód zamiast rzetelnego namysłu nad tym, co mieli do powiedzenia, jest odwróceniem się od tego obowiązku (por. tekst o Gombrowiczu we Frondzie 59; ten artykuł mógłby być dodatkiem do tekstu krytycznego, ale nie jego zamiennikiem). „Niepodobna rozróżnić, co jest w Was dążeniem do prawdy, a co dążeniem do mobilizacji psychicznej w tej walce” (I, 30) – pisał Gombrowicz. Tak, rzeczywiście, czasami trudno to odróżnić.

Gombrowicza można jednak czytać inaczej – nie tylko przez pryzmat synczyźnianej, PRLowskiej recepcji jego twórczości. W literaturze polskiej ostatnich 200 lat można inaczej rozpisać głosy. Jeden z dwóch ważnych dla mnie nurtów, mistyczny, często filozoficznie ciążący ku neoplatonizmowi, wydał wiele wspaniałych kwiatów, włącznie z talentem Mickiewicza; drugi, krytyczny, wydał między innymi Gombrowicza, Bobkowskiego i właśnie Norwida.

Gombrowicz i Norwid będą mieli sporo wspólnego. Będzie dla nich jasne, że Ojczyzna to coś więcej niż ziemia (w “Dzienniku” Gombrowicz będzie pisał słowo “kraj” z dużej litery). Będą rozumieli Ojczyznę jako coś, co powinno realizować się tam, gdzie jest dany Polak, niekoniecznie w Polsce: “Wiedzcie, że Ojczyzna wasza to nie Grójec, ani Skierniewice, nawet nie kraj cały, i niech krew uderzy wam na policzki rumieńcem na myśl, że ojczyzną waszą wy jesteście” (I, 95) – pisze Gombrowicz.

Jaśnie Panicz, tak samo jak Norwid, będzie ubolewał nad twórczą niemocą Polaków. Gombrowicz zwróci uwagę na powód tego kopiowania: „Bezsilność Polaka wobec kultury. Dla Polaka kultura nie jest czymś, czego i on jest współtwórcą, ona przychodzi mu z zewnątrz jako coś wyższego, nadludzkiego – i ona mu imponuje”. Bo i jest coś nie tak z naszym podejściem do kultury: większość z nas jest wobec kultury wyobcowana, nie ma ochoty wchodzić z nią w twórczy dialog, współtworzyć jej. W paradygmacie Mickiewicza poeta jest wieszczem, a zatem ma kontakt ze sferą wyższą; jest kapłanem, przez którego dłonie lud ma kontakt z Pięknem i Prawdą. “Nominaliści” w duchu Gombrowicza uważają tymczasem, że każdy może – i powinien – być współtwórcą kultury, na takim poziomie, na jakim chce i potrafi. Kultura to bowiem nie tylko natchniona poezja (Gombrowicz, jak wiadomo, w ogóle specjalnie jej nie cenił). I ta ostatnia propozycja, to, wybaczcie moje natręctwo, dużo bardziej republikańskie podejście.

W “Dzienniku” znajdziemy krytykę ślepego podążania za Europą: “Miłosz jest po stronie Brzozowskiego, Miłosz chce, aby inteligencja polska dogoniła Zachód. Jest […] wyrazicielem powojennego polskiego zrywu w kierunku “europejskości” i “nowoczesności”. A ja, szlachcic-hreczkosiej panie święty starej daty, wyciągam rękę i powiadam: – Z wolna! Nie tędy droga! Po diabła wam to? […] To, co dotychczas było waszym wstydem, może być wprowadzone w Europę jako punkt wyjściowy zbawiennej rewizji” (III, 59-60).

*

Nie można nie odnieść wrażenia, że Gombrowicz to sprężyna, która odskakuje zbyt mocno po tym, jak ją zbyt mocno przygięto. Autor “Dziennika” piętnuje jednostronność polskiej kultury, to, że przez dekady miała do zaoferowania tylko jeden model pozytywny, męczeński. „Historia zmusiła nas do hodowania w sobie pewnych tylko cech naszej natury i jesteśmy nadmiernie tym, czym jesteśmy – jesteśmy przestylizowani. A to tym bardziej iż, wyczuwając w sobie obecność tamtych, innych, możliwości, pragniemy je gwałtem unicestwić […]. Jeśli przyjrzymy się innym naszym cechom narodowym (jak miłość ojczyzny, wiara, zacność, honor…), to w nich wszystkich dostrzeżemy ów przerost […]. Ale stąd wynika, że Polak jest zubożony ściśle o połowę siebie samego, przy czym nawet ta połowa, której przyznaje się prawo głosu, nie może się ujawnić w sposób naturalny. […] A zatem przekora powinna stać się dominantą naszego rozwoju” (I, 172-173).

Zdaniem Gombra, II RP była porażką, ponieważ nie zmieniła owego domyślnego modelu polskości. „Powietrze wolności zostało nam dane, abyśmy przystąpili do rozprawy z wrogiem bardziej dręczącym niż dotychczasowi ciemiężcy – z sobą […]. Póki byliśmy pochłonięci buntem przeciw obcej przemocy, pytania: kim jesteśmy? co mamy z siebie zrobić? jak gdyby zasnęły – ale niepodległość zbudziła śpiącą w nas zagadkę. Z odzyskaniem wolności powstał przed nami problem istnienia. Na to, aby naprawdę zaistnieć, musielibyśmy się przerobić” (I, 238). Nie chodzi jednak o odejście od polskości, o rezygnację z bycia Polakami. Nie chodzi nawet o rezygnację z miłości Ojczyzny, bo Gombrowicz uważa, że z braku innych cech, także te, które posiadamy, nie mogą odpowiednio wybrzmieć. Autor “Dziennika” za wszelką cenę pragnie stworzyć nowy model, alternatywny. “Podchodzę do Polaka i mówię mu: – Ty całe życie padałeś przed nią na kolana. […] Powstań. Pomyśl, że nie tylko ty masz Jej służyć – że ona także ma służyć tobie, twemu rozwojowi […]. Niechętnie zabierałbym się do wynaradawiania… Wszak powiedziałem już: nie jestem wielbicielem kosmopolityzmu” (II, 21-22). I jeszcze: „Marna jest ta kultura polska, która tylko wiąże i przykuwa, godna uznania i twórcza i żywa ta, która wiąże i wyzwala jednocześnie” (I, 174). Gombrowicz godzi się na związanie, ale związanie, które jednocześnie wyzwala. Chce mieć wolność wyboru. Ot, woluntarysta.

*

Gombrowicz mocno się buntuje; jak zwykle, doprowadza postawę przeciwną do skrajności. Uwagi o Polsce znajdziemy wśród rozważań o klęsce artystycznej Beethovena, Cezanne’a i Czajkowskiego. Ale to absolutnie genialna fanfaronada! Jaśnie Panicz palcuje wielkich twórców (pamiętamy rolę palca w “Ślubie”; to metafora, którą Gombrowicz po prostu mi narzuca), palcuje polską tradycję. “Moje pragnienie “przezwyciężenia Polski” było jednoznaczne z chęcią wzmocnienia naszej indywidualnej polskości” (II, 22-23) – wyjaśnia.

Czasami schodzi jednak na mielizny. Stawia Polaka ponad Polską, ponieważ jednostka ma dla niego pierwszeństwo przed bytem zbiorowym. I tu zgoda; chociaż każdy pogląd, jeśli doprowadzić go do skrajności, okazuje się fałszywy. U Gombrowicza wzmacnianie Polski może być pomyślane tylko i wyłącznie jako wzmacnianie jednostkowego Polaka. Nie ma zatem mowy o jakimkolwiek poświęcaniu dla innych. Wyrzucamy do kosza zarówno przesadną martyrologię, jak i zdrową odpowiedzialność za wspólnotę.

Jaśnie Panicz idzie także zbyt daleko, kiedy proponuje własne rozwiązanie genialnie zdiagnozowanego kryzysu polskiej kultury. A zatem o ile zgodzę się z nim, że „naród prawdziwie dojrzały powinien z umiarem sądzić własne zasługi”, nie zgodzę się, że naród „prawdziwie żytwotny musi nauczyć się je lekceważyć” (I, 16). A Gombrowicz idzie przecież jeszcze dalej: „Objawiło mi się paradoksalnie, że jedyny sposób, w jaki ja, Polak, mogłem stać się zjawiskiem pełnowartościowym w kulturze, był ten: nie ukrywać mojej niedojrzałości, ale przyznać się do niej”. Zdeprecjonować Polskę i z tej deprecjacji uczynić własny oręż. To już o krok za daleko. Co dalej? „Resztą zupełnie się nie przejmowałem. Reszta – prędzej czy później – zrobi się sama” (I, 264).

To nieodpowiedzialność egocentryka. “‘Ja’ rosnące zakłóca mu coraz bardziej stosunek do świata” (II, 151) – pisze sam o sobie. „Czy jestem człowiekiem pozbawionym zmysłu moralnego? […] Jestem naturą raczej szlachetną, choć niewypowiedzianie słabą” (I, 299-300) – przyznaje się. Właśnie dlatego za podążanie za swoim przykładem nie ręczy: “Na żadnego ‘przywódcę’ nie reflektuję […]. Ja chcę być Gombrowiczem tylko, niczym więcej” (II, 74).

Jaśnie Panicz schodzi na mielizny także tam, gdzie katolicyzm czyni winnym kulturalnej nijakości Polski (impotencja w kulturze „gdyż Bóg nas prowadził za rączkę”  – por. I, 280). Katolicyzm jest niewyczerpanym źródłem, tylko należy z niego należycie czerpać. Wkrótce pokażę jeden ze zdrojów.

 

Norwid czyli polska szkoła myślenia krytycznego

W naszej literaturze niewiele jest postaci takich jak Norwid. Osobnych i trzeźwych. Starających się myśleć ostro i odpowiedzialnie.

To zabawne, ale Norwid jest dziś dla nas zaledwie źródłem bon motów, które wyjęte z kontekstu stają się na ogół wypranymi z treści frazesami (tragiczny koniec wspaniałej twórczości). Poeta z Głuch jest zapomniany do tego stopnia, że nie dostrzega się jego ewidentnego wpływu na kluczowe postaci polskiej historii.

Niedawno przez polską prawicę przetoczył się spór o to, do jakiego stopnia Jan Paweł II był dziedzicem romantyków – i to w ich heterodoksyjnej wersji. Tymczasem oficjalne pisma papieża Jana Pawła II wprowadzają na łono Kościoła powszechnego tylko ortodoksyjnego Norwida.

Papież był mesjanistą norwidycznym, czyli pod względem wszelkich „przeanieleń” bardzo umiarkowanym, trzeźwo stąpającym po ziemi. Nie miał wątpliwości, że rzeczywistość trzeba przebóstwiać (jestem przywiązana do tego słowa – występuje m.in. w liturgii i w teologii; wystarcza nam na razie za wszelkie heterodoksyjne synonimy, w tym niebezpieczny mesjanizm, który wciąż musimy przemyśleć) i że chrześcijańska Polska może przemienić Europę.

Rozmawiałam o tym z norwidologiem, prof. Markiem Busiem. Mówił mi: „Karol Wojtyła jeszcze w teatrze szkolnym recytował Promethidiona, głębiej wszedł w Norwida w założonym przez swego nauczyciela, Mieczysława Kotlarczyka, tajnym Teatrze Rapsodycznym. Nawiązań do poety w twórczości i nauczaniu Jana Pawła II są liczne dziesiątki (moja uczennica, Krystyna Wójcik, napisała o tych wielorakich związkach obszerną i i ciekawą pracę magisterską, życzliwie przyjętą w Watykanie). Jednak poemat „o pięknie i pracy” zajmował zawsze, od czasu młodzieńczych fascynacji, miejsce szczególne i jako przedmiot estetycznej fascynacji, i jako źródło mądrości, wzór lapidarnego i plastycznego ujmowania trudnych zagadnień. Papież cytował Promethidiona wielokrotnie, czasem z pamięci, jako biskup i jako papież, zarówno na spotkaniach ze środowiskami artystycznymi czy naukowymi, jak i zwracając się do zebranych tłumów wiernych. W szczególności upodobał sobie, dziś już słynny, dystych „Bo piękno na to jest, by zachwycało / Do pracy – praca, by się zmartwychwstało”, który poprzez grę znaczeń i wieloznaczności wskazuje i na sprawczy aspekt piękna (chwytać, wciągać, nie tylko budzić zachwyt), i na teologiczny wymiar pracy. Najgłośniejszym dokumentem jest, oczywiście, głośny, przypominający też że piękno „kształtem jest miłości” List do artystów, w którym cytat ten powraca kilkukrotnie. Tezy Promethidiona były, jego zdaniem, tak ważne, a ich sformułowania tak celne, że trzeba było je „zadać” wszystkim (czy tylko chrześcijańskim?) artystom”.

Norwid był jednym z ewidentnych źródeł Wojtyliańskiej teologii pracy, kapłaństwa powszechnego (jeszcze w czasach Soboru Watykańskiego II) i papieskich pomysłów na relacje chrześcijanie-judaizm. Dowodów fascynacji było więcej. Jeszcze jako biskup, Karol Wojtyła patronował wydaniu dzieł zebranych Norwida (prace trwają do dzisiaj), chciał doprowadzić do ich przekładu na podstawowe języki europejskie.

*

Norwid był także bezlitosnym krytykiem polskiej małości. Widział, że bardzo często w wysokim emocjonalnym c znajdujemy rekompensatę własnych niedostatków. Uważał, że za bardzo upajamy się Polską, że szastamy polską krwią, co jest zaprzeczeniem prawdziwego męczeństwa, wreszcie – że bezkrytycznie przyjmujemy kulturę europejską, ale nie wnosimy do tej kultury nic od siebie. Tymczasem to właśnie kultura jest prawem narodu do istnienia. To zaskakujące, ale te same zarzuty znajdziemy później u Gombrowicza. Myślę, że na historię naszej literatury ostatnich 200 lat można patrzeć i w ten sposób: w Gombrowiczu znajdziemy areligijnego kontynuatora Norwida (napiszę o tym następnym razem). Do tej samej rodziny myślenia będzie należał Bobkowski. Każdy znajdzie inne rozwiązanie „polskiego kompleksu”.

Religijne rozwiązanie Norwida powstało w okresie zaborów, a i tak jest, jak dotąd, najlepsze. Trafność jego uwag o Polsce i polskich elitach stawia włosy na głowie. A więc już wtedy byliśmy tacy? Już wtedy baliśmy się samodzielnie myśleć, nie dbaliśmy o prawdę i bezkrytycznie kłanialiśmy się Europie? Czy to błędne koło? Jak z niego wyjść?

Norwid spełnił swój własny postulat dzięki Janowi Pawłowi II. Polacy mają kształtować kulturę powszechną? Proszę bardzo: oto Norwid staje się miejscem poznania teologicznego w papieskich dokumentach. Mówiąc krótko, chcemy pamiętać o Papieżu, nie zapominajmy o Norwidzie.

 

POST SCRIPTUM

Pełna wersja mojej rozmowy z prof. Markiem Busiem ukazała się w styczniowym numerze „Pressji”. Można go przeczytać tutaj.