Fragment #6 (Powierzchniówki)

[…]

Bardzo szybko wyprawa zmieniła się w zwykły spacer, bo szukaliśmy tak, by nic nie znajdować, ciesząc się pierwszymi, bladymi promieniami słońca. Wdychaliśmy kwaśnawe, wiosenne powietrze lub po prostu dawaliśmy odpocząć oczom, które zamiast wyszukiwać drobin w ziemi, zaczynały błądzić po popielatych, nagich wciąż zaroślach na miedzy. Niektórzy z nudów wdawali się w pogawędki, które rzadko jednak dotyczyły rzeczy naprawdę istotnych. Zbyt byliśmy na to znudzeni i zmarznięci, niespecjalnie także zainteresowani sobą nawzajem. Co do mnie – postanowiłam zamienić kilka słów ze szczupłym chłopakiem o ciemnej karnacji, który rzadko pojawiał się na zajęciach, a, jeśli to zrobił, wymykał się zaraz po nich, biegnąc za swoimi sprawami. Od pewnego czasu szliśmy już obok siebie, znaleźliśmy nawet wspólnie wyjątkowo interesujący krzemienny zabytek, nad którym prowadzący rozwodził się dłuższą chwilę.

piasek

Jeśli jednak cokolwiek mogło mnie wówczas zainteresować, był to jakiś okruch życia innego niż archeologia. Coraz częściej wydawało mi się bowiem, że żyję nieswoim życiem, egzystencją pożyczoną od kogoś innego na czas przejściowy, zanim w pełni rozgoszczę się w rzeczywistości. Czułam się, jakby moja osoba i świat zewnętrzny odkleiły się od siebie, jakbym unosiła się tylko bezwolnie nad powierzchnią rzeczy, które żyły swoim rytmem, niezależnym od mojego. Ich pulsu nie rozpoznawałam niemal w ogóle. Być może – co byłam gotowa zaakceptować – było to normalne uczucie. Może dorosłość w ogóle miała polegać na tymczasowości i nierozgoszczeniu się; może chodziło właśnie o to, by wegetować pomimo niezakotwiczenia, by płynąć tam, gdzie akurat mnie niosło – zarabiać, jeść, spać, związać się z kimś lub nie, może urodzić dzieci i płynąć dalej i dalej. Czy nie o tym były wszystkie dzieła egzystencjalistów i postmodernistów? O stawaniu się, o płynności wszystkiego, o tym, że w rzeczywistości my sami i cały świat jesteśmy z piasku, który rozsypuje się w palcach; że chodzi tylko o to, by jak najwięcej tego piasku donieść do mety? Nie chciałam jednak godzić się na to od razu. Gorycz koczowników, bądź co bądź, nie jest uczuciem, które pojawia się za młodu. Zwykle cechuje tych, którzy nie dość, że przegrali, to jeszcze zdążyli się pogodzić z porażką. W wieku dwudziestu lat byłoby jeszcze na to zdecydowanie za wcześnie. Wtedy przecież próbuje się okiełznać rzeczy, zrobić cokolwiek, żeby zostawić na nich swój ślad. Wtedy wierzy się, że kamienie są rzeczywiście twarde i że można w nich rzeźbić.

Miałam także wiele innych hipotez na temat dojrzałości i musiałam sprawdzić wszystkie. Poza tym byłam ciekawa, kim był ów chłopak w wojskowych spodniach i skórzanej kurtce. Wyglądał zresztą nieco komicznie w tym ubraniu, bo nogawki spodni wpuszczał do wysokich butów, przez co powstawało coś na kształt pumpów. Był to jednak dość szlachetny komizm, bo on sam wiedział, że wygląda nietypowo, i obnosił się z tym, jakby miał na sobie mundur.

Nie przychodził na zajęcia, bo miał na głowie drugi kierunek.

– Teologię – wyjaśnił, kiedy go spytałam jaki.

Studiowanie dwóch rzeczy, o czym przekonałam się dość szybko, stanowiło wówczas w Krakowie całkowicie normalną praktykę. Dwa dyplomy, gdyby udało się ich dochrapać, były lepsze niż jeden – ale nie to było głównym motorem postępowania większości studentów. Chodziło przede wszystkim o to, że zajęcia w drugim instytucie stanowiły wygodną wymówkę do unikania obowiązków w pierwszym (i odwrotnie), co od zawsze dla wszystkich studentów świata było korzyścią nie do pogardzenia.

– Dlaczego teologię? To dziwna specjalność – stwierdziłam. Na archeologii było kilka osób, które zaliczały także zajęcia w instytucie historii, byli jacyś historycy sztuki czy etnografowie. Teologia wydawała się jednak z tym wszystkim bardzo nie po drodze. Poza tym ja nie byłam osobą wierzącą, więc wybór studiów religijnych w ogóle nie mieścił mi się w głowie.

Wielokrotnie próbowałam zrekonstruować powody, dla których straciłam wiarę. To znaczy – raczej nie straciłam jej wcale, straciłam jedynie potrzebę jej praktykowania, jakby brak praktyki mógł przynieść ze sobą osłabienie uczuć religijnych. Być może istotnie ma to czasem miejsce: może rezygnacja z udziału w rytach zwykła wygaszać potrzeby duchowe – bo przecież jest tutaj jakaś współzależność. Pascal zalecał praktykowanie religii niewierzącym. Proponował im słynny zakład – na podstawie prawdopodobieństwa oraz rachunku zysków i strat wykazywał, że najbardziej opłacalną taktyką życiową było założyć, że Bóg jest i żyć tak, jakby istniał, a zatem stosować się do norm moralnych i uczestniczyć w liturgii. W najgorszym razie stalibyśmy się uczciwymi ludźmi, co samo w sobie jest przecież wartością, o którą warto zabiegać, a w najlepszym – to znaczy wówczas, gdyby nasz zakład okazał się prawdziwy i Bóg rzeczywiście istniał – zyskalibyśmy życie wieczne. Poza tym, jak zapewniał Pascal, uczestniczenie w liturgii ostatecznie miało przynieść akt wiary. Nasze ciała są bowiem związane z duszami węzłem ciasnym i często tragicznym. To, co robimy, dokąd chodzimy i z kim się spotykamy, ma wpływ na nasze życie duchowe. Modlitwy, sakramenty mogły zatem zrobić z agnostyka człowieka wiary. A ja nie chciałam wierzyć – więc postępowałam odwrotnie. Moje uczucia wobec Boga, którego prawdopodobnie nie było, pozostawały jednak gorące przez niemal cały czas skłócenia z Kościołem. […]

– Jestem agnostykiem – powiedziałam do kolegi z wystudiowanym spokojem, któremu towarzyszył ironiczny uśmieszek. Po tym wystudiowanym spokoju poznaje się właśnie zawiedzionych kochanków Boga. […]