Na Wawelu, czyli nigdzie

"Akropolis" w Teatrze Starym, fot. M. Hueckel

„Akropolis” w Teatrze Starym, fot. M. Hueckel

[„Akropolis” dla moich studentów]

Wszystko dzieje się w noc zmartwychwstania, przypominanie dziejów świata, ożywianie posągów i arrasów wpisuje się zatem jakoś w tradycję Wigilii Paschalnej. W oczy rzuca się także – mi przynajmniej – pokrewieństwo dramatu w stosunku do „Dziadów”. Jak wiemy od Mickiewicza, dramat słowiański powinien wyrastać z lokalnych tradycji czy obrzędów – i „Akropolis” rzeczywiście z nich wyrasta, chociaż tym razem nie jest to pogański ryt ku czci zmarłych, tylko arcychrześcijańska uroczystość poprzedzająca Zmartwychwstanie. I tu, i tam dramat odchodzi znacząco od oryginalnego misterium; i tu, i tam mamy jednak do czynienia ze świętą nocą, kiedy porządki historyczny, realny i ponadnaturalny zostają zawieszone, mieszają się ze sobą. Jest to widoczne zwłaszcza w miejscu takim jak Wawel, gdzie współczesność zawsze spotykała się z odwieczną wielkością, dokąd pielgrzymowano w czasach zaborów, gdzie chowano najważniejsze osoby z polskiej historii. Mówiąc krótko – Wyspiański, który lekturę Mickiewiczowskich dramatów i wykładów miał odrobioną, był naturalnym zwieńczeniem polskiego romantyzmu, kimś, kto po prostu musiał się pojawić, aby połączyć romantycznego ducha z zabytkami Krakowa.

Bo rzeczywiście chodzi tutaj o Wawel. Katedra w noc zmartwychwstania staje się miejscem przypominania, uobecniania dawnych mitów i historii biblijnych. Ożywają wawelskie grobowce, z arrasów schodzą postaci. Kościół oddycha, na kilka godzin przestaje być kamiennym cmentarzem. Wygląda to tak, jakby ktoś nagle włączył przycisk „play” i uruchomił zatrzymaną scenę – Chrystus jęczy i kona na czarnym krucyfiksie, ale ożywione posągi nie chcą już kontemplować Jego męki. Pragną – przez trzy godziny wolności, które im dano – zakosztować życia w całej jego intensywności. Muszą nadrabiać stracony czas, szukają silnych doznań. Aniołowie, panny, młodzieńcy rzucają się na siebie wygłodniali – zaczynają się schadzki miłosne, wyznania, uściski i pocałunki (Wyspiański, w przeciwieństwie do swoich współczesnych inscenizatorów, nie był dosłowny. Jedynie wysyłał posągi parami w ciemne zaułki katedry). To zatem, można powiedzieć, pierwszy poziom diagnozy: kiedy dane nam jest podejrzeć tajemne życie wawelskich posągów, okazuje się, że większość z nich nie jest w stanie wyobrazić sobie życia innego niż orgia; że wpatrywanie się w narodowe i święte emblematy tak naprawdę jest dla nich zbyt męczące. Tylko niektóre z figur (Klio i Tempus z grobowca biskupa Kajetana Sołtyka oraz Pani z pomnika Michała Skotnickiego) przekroczą ten poziom i wyjdą szukać prawdziwego życia gdzie indziej. Będą wypatrywać Salwatora, który ma nadejść o świcie.

Potem, w dwóch kolejnych aktach, ożyją postaci z arrasów wawelskich. Pojawią się herosi z dwóch tekstów założycielskich kultury – z „Iliady” i „Księgi Rodzaju”. Poznamy historię oblężonych Trojan. Hektor będzie szykował się do boju, Andromacha będzie go żegnać, Kasandra – wieszczyć, Helena i Parys zaś, podobnie jak posągi, wybiorą niekończące się pieszczoty. Priam będzie patrzył jedynie w przyszłość, a Hekuba podzieli los niektórych matek – skupi się na rozpamiętywaniu przeszłości i bezkrytycznym zachwycaniu się własnym potomstwem, mimo jego oczywistych win i niedostatków. Potem będziemy kontemplować biblijną historię Jakuba – rozpoczynającą się zdradą brata, a kończącą się walką z Czarnym Aniołem, wymuszeniem na nim błogosławieństwa i pojednaniem z Ezawem. Akt czwarty to występ Harfiarza, oczekiwanie Salwatora i Jego nadejście.

Romantyzm trzeba przewalczyć

Cały dramat kręci się wokół Wawelu. Krakowski akropol jest nie tylko miejscem wydarzeń, jest także głównym bohaterem. Katedra mówi do widzów, wyjawia tajniki swojego wnętrza, uruchamia historie, które zwykle widzimy zatrzymane w pół słowa. Sztuka wyrasta także ze sporów, jakie toczyły się na przełomie XIX i XX wieku wokół świętego wzgórza Polaków. Porządkowano je wówczas: usuwano grobowce, które, zdaniem specjalistów, zajmowały niezasłużenie ważne miejsce, zamawiano nowe (na przykład grobowiec Jadwigi Andegaweńskiej), zdejmowano niektóre arrasy. Wyspiański bronił integralności zbioru. Zabytki Wawelu przyrastały przez wieki jak słoje drzewne, ważny był zatem każdy szczegół, nawet nagrobki XIX-wiecznych arystokratów, świadczące o upadku ducha i spodrzędnieniu sztuki. Dlatego w dramacie Wyspiańskiego mówią właśnie te mniej ważne, przesuwane czy usuwane przez bezwzględnych purystów. Zabierają głos w sporze o narodową wielkość. Wyjaśniają, co dokładnie znaczy to, że się do niej nie dorasta. O tym właśnie jest „Akropolis”: o katedrze-labiryncie, jak nazywa ją Ewa Miodońska-Brookes; o świątyni, wobec której trzeba zdobyć się na czyn, jednak bynajmniej nie czyn muzealny, ale prawdziwy; gdzie, konfrontując się z grobami, mamy dorastać do walki o doskonałość. I jest to także sztuka o tym, że nie dorastamy; że wawelska symbolika i groby są dla nas bardziej jak Geniusz z „Wyzwolenia”, tyrańskie i osłabiające; że nas unieruchamiają.

My dzisiaj musimy się zaś konfrontować już i z romantykami, i z Wyspiańskim; z  ich przerostami wyobraźni, rozchwianiem, nadmiarem egzaltacji, czasami zwykłym gadulstwem. Musimy odpowiedzieć na pytanie, czy i na ile pomysły dawnych mistrzów powinny być dla nas inspirujące. Gdybym miała sformułować krótko swój własny program w tej kwestii, powiedziałabym, że nie chodzi bynajmniej o negację romantyzmu, ale o jego przekroczenie, o pójście dalej; o swoisty postromantyzm, który zawierałby w sobie wszystkie pozytywne idee romantyczne, nie dając się jednak temu dziedzictwu omamić i spętać (wolałabym też znaleźć inną nazwę niż postromantyzm, bo przedrostek „post” tchnie dekadencją – to jednak zadanie na inny czas). Chciałabym też na pewno, by wielkie zadania etyczne i duchowe stawiano w pierwszej kolejności przed jednostkami, a dopiero potem przed bytami zbiorowymi takimi jak naród, bo narody mogą być wielkie tylko wtedy, kiedy wielcy są ich członkowie. Za frazesami o zbiorowej misji zbyt często chowamy indywidualną małość.

Ale to tylko ja i moje blogowe refleksje – tymczasem głównym miejscem konfrontacji z tradycją polskiego dramatu powinny być inscenizacje. W przypadku „Akropolis” trudno zaś wyobrazić sobie lepsze okoliczności niż te, jakie właśnie zaistniały: możliwość oglądania sekretnego życia Wawelu na deskach Teatru Starego. Właśnie dlatego poszliśmy na ten spektakl ze studentami. Wspólna wyprawa, którą recenzują potem w pracy zaliczeniowej, staje się powoli kursową tradycją. W tym roku mieli do wyboru kilka tytułów. Wybrali ten.

Zbawiciel nie nadchodzi

Dramaty Wyspiańskiego są wymagające. Trzeba je uzupełniać wizualnie, bo sam tekst nie zawsze potrafi się obronić. Taki zresztą w ogóle był teatr autora „Wyzwolenia”: przemawiał jako całość, stanowił wizję, a słowa, często nierównej jakości, były tylko jednym z równorzędnych elementów. I pierwsze kilkanaście minut krakowskiego spektaklu dawało nadzieję, że będziemy świadkami czegoś, co nawet jeśli nie uchwyci do końca wszystkich sensów oryginału, nawet jeśli nadpisze na nim coś nowomodnego, to przekaże przynajmniej niektóre elementy ducha „Akropolis”. Bo oto po kilku minutach ciemności, w której na zawieszonym pod sufitem ekranie majaczyły zarysy twarzy osób szepczących do siebie słowa miłosne i bezwstydne (co bynajmniej nie kłóci się przecież z wymową Aktu I), na scenie pojawiali się Hektor i Andromaka. Oglądaliśmy scenę pożegnania: mąż bez skazy mówił o swoim wojennym powołaniu, a żona zaklinała go, by po bitwie do niej powrócił. Nadal panował półmrok, a na wielkiej płaszczyźnie nad naszymi głowami wyświetlały się przetworzone cyfrowo sylwetki obojga, wielkie, srebrzyste, upiorne. Przenikające się jak dym. Wyglądali trochę jak Kazimierz Wielki z witrażu, który Wyspiański zaprojektował dla katedry wawelskiej. Tak rozwijające się przedstawienie, odważnie szafujące mrokiem i światłem, z „duchowym” profilem postaci pojawiającym się czasem na wielkim ekranie, mogłoby być naprawdę interesujące.

Moje nadzieje rozwiały się jednak bardzo szybko. Łukasz Twarkowski wcale nie chciał bowiem bawić się w metafizykę, ba!, jak się wydaje, nie chciał w ogóle wystawiać „Akropolis”. Nie chodziło mu wcale o witraże wawelskie. Razem z Anką Herbut, dramaturgiem, oraz resztą kolektywu Identity Problem Group zaproponowali coś, co korzysta wprawdzie z fragmentów dzieła Wyspiańskiego, ale składa się na bardzo niespójną opowieść o współczesnym solipsyzmie, o nas i naszych niespokojnych, samotnych mózgach. Tak, właśnie mózgach, nie umysłach, rozumach czy duszach, bo twórcy przedstawienia nie pozostawiają wątpliwości, że chodzi im o najbardziej podstawową, biologiczną stronę zagadnienia. Grająca w przedstawieniu kilka ról Małgorzata Hajewska-Krzysztofik ma nawet całe wejście à la TEDx, podczas którego opowiada o badaniach nad schizofrenią i wylewie, który doprowadził graną przez nią Jill Bolte Taylor do stanów mistycznych.

Tekst Wyspiańskiego idzie zupełnie obok tego, co widzimy na scenie. Wawelu nie ma tutaj w ogóle. Wielkie postaci kultury i religii, które u Wyspiańskiego pojawiają się zawsze z całym bagażem sensów, zachowały jedynie swoje imiona. Część „trojańska” składa się z kilku poszatkowanych cytatów, obowiązkowej kopulacji Parysa i Heleny oraz paru bezsensownych, niemych powtórzeń, popychających nas raczej w stronę estetyki absurdu. Hektor tańczy do skocznej muzyki, wpadająca na proscenium Hekuba wybucha histerycznym śmiechem i, zataczając się, schodzi ze sceny z Priamem. Nad naszymi głowami pojawiają się filmowe przebitki, przywodzące na myśl sytuacje z „pokoju zwierzeń”, który pojawiał się kiedyś w popularnym show, nagrania z terapii psychiatrycznej czy rozmowy z Halem 9000 odbywane przez bohaterów „Odysei kosmicznej”. W akcję zostają wplecione także dwa samobójstwa. Podobnie oderwany od zamysłu Wyspiańskiego jest akt „biblijny”. Tutaj główną atrakcją jest bitwa Racheli z Lią na tle ściany z kaset wideo; bijatyka połączona z wyzwiskami i darciem rajstop. Walka Jakuba z Aniołem to z kolei nic innego jak solilokwium umęczonego pacjenta. Tymczasem w dramacie to przecież kluczowa, symboliczna chwila. Mówi o tym, że błogosławieństwo dane przez Boga bywa tożsame z przekleństwem. Wyspiański wiedział o tym doskonale z własnego życia, nie wiedzą tego jednak zapewne członkowie Identity Problem Group. Oni mają jedynie problem z tożsamością. Mówią nam: poza pofałdowaną strukturą o dwóch półkulach w twojej głowie nie ma niczego. Jesteś sam.

Spektakl kończy się na tej scenie. Oklaski są krótkie i ciche. Nie ma Harfiarza, nie ma hymnu paschalnego, który przywołuje Chrystusa („Na wrogów mych nie będę biadał / nie będę ścigał winnych. / W Tobiem ufności me poskładał; / modlitew chcę dziś innych. […] Rozewrzej strop, rozeprzej ściany, / w rum zwal ołtarze-truny. / Przybywaj, Zbawco, wywołany, / w różanej blaskach łuny” itd.) Nie ma także Paruzji – trudno byłoby się jej zresztą spodziewać w zmedykalizowanym, bezdusznym świecie krakowskiego przedstawienia.

Wawel, który więzi

Trudno oczywiście doszukać się tutaj jakiegokolwiek dialogu z Wyspiańskim. To raczej konfrontacja przez zaniechanie. Nie do końca rozumiem jednak, dlaczego do opowiadania o biologicznym podłożu samotności człowieka koniecznie trzeba wykorzystywać „Akropolis”. Czy nie lepiej, aby dramaturdzy, którzy tak licznie pomagają dzisiaj reżyserom, napisali na ten temat własne teksty, zamiast bezsensownie kroić istniejące?

Szkoda, naprawdę szkoda tego dramatu, szkoda kolejnej zmarnowanej szansy do przewalczania naszych bolączek – bo przecież Wawel, który jest głównym bohaterem „Akropolis”, nie przestaje grać pierwszoplanowej roli w tym, co nam się przydarza. Wystarczy wspomnieć kwestię pochówku Lecha Kaczyńskiego i protesty, jakie wzbudzała ta inicjatywa. Z jednej strony to, że wciąż można być pochowanym w tym właśnie miejscu z całym należnym ceremoniałem, jest dowodem na to, że polska historia się nie skończyła, a Wawel pozostaje otwarty (tę trafną uwagę usłyszałam od Pawła Rojka, nie mam zamiaru odbierać mu autorstwa). Z drugiej strony – co dodałby Wyspiański, a ja z nim – ciągła chłonność Wawelu jest bardzo niebezpieczna dla Polaków, bo jakże szybko, zamiast wykradać stamtąd święty ogień, przymierzać się do wielkości, zaczynamy żyć na poziomie wiecznej żałoby, wspominek i uroczystości rocznicowych. Grób, z którego trzeba wyjść, aby wywalczyć zmartwychwstanie, zamienia się w trumnę, która zawęża horyzont myślowy, więzi. Czy przypadkiem nie mamy z tym do czynienia właśnie teraz? „Akropolis” to przecież sztuka o tym, że – jeśli zadamy siebie trud walki o to, by spotkać Salwatora twarzą w twarz, jeśli dorośniemy do zadanej nam pełni (wcale nie trzeba jej pojmować po katolicku, jeśli akurat ma się alergię na katolicyzm – może to być po prostu teatr wysiłku etycznego); jeśli wreszcie wyjdziemy ponad poziom miłostek, egoizmu, a nawet zbyt jednostronnego heroizmu – to Wawel nie będzie nam już potrzebny. Dlatego w chwili Paruzji, która kończy „Akropolis”, bezcenne zabytki na wzgórzu znikają, rozsypują się w pył. A więc – Wyspiańskiemu chodzi o coś więcej; jemu już nawet nie chodzi o Polskę, jemu chodzi o przebóstwienie.

Oczywiście mamy w dramacie dwuznaczność, nie wiadomo bowiem, czy Zbawiciel na pewno nadszedł. Być może była to jedynie gra cieni, zakończona oślepiającym wschodem słońca. Może to wszystko tylko nam się wydaje. Ale w tej dwuznaczności, w owej niepewności co do tego, kim właściwie jesteśmy i w czym właściwie uczestniczymy, zawiera się nasza istota. To tutaj właśnie tkwi najważniejszy „identity problem” wszech czasów. Tylko że młodzi reżyserzy są impregnowani na taką tematykę. Wydaje się wręcz, że mają swoistą konkurencję – wygrywa ten, kto podejdzie do klasyki z największą dezynwolturą; kto ją najbardziej pokroi, wprowadzi do spektaklu najwięcej absurdalnych pląsów, wątków pożyczonych z popkultury, wrzasków i histerycznego śmiechu, który nijak nie musi wynikać z przebiegu dramatu. Młodzi twórcy doskonale potrafią bowiem korzystać z nowych technologii – ekranów czy ujęć POV – nie potrafią jednak w ogóle unieść sensów, przed jakimi stawiają ich teksty. Są intelektualnie i duchowo nieprzygotowani do ich poprawnego wystawienia, a tym mniej – do krytycznego demontażu. Rzucają się tymczasem na najważniejsze dramaty, co potęguje tylko efekt niezamierzonej groteski. Nie ma bowiem nic bardziej żałosnego, niż oglądanie wielkich dzieł oczami zarozumiałych ignorantów.

A gdyby inscenizować tę sztukę na poważnie, można byłoby przecież powadzić się i z przesadnym krakowskim konserwatyzmem – co niby jest programem Jana Klaty, dyrektora Teatru Starego. Naprawdę, nie on pierwszy ma problem z dusznawą atmosferą Krakowa. Wydaje się jednak, że jego poprzednicy – z Wyspiańskim i Swinarskim na czele – podchodzili do sprawy dużo bardziej serio, więc i efekty ich zmagań stawały się doniosłe.

Fiasko inscenizacji jest jasne także dla osób bez wykształcenia polonistycznego czy teatrologicznego. Moi studenci to muzycy, ludzie bardzo wrażliwi, których nikt nigdy nie poddał indoktrynacji. Przyszli ze mną do teatru, aby potem dyskutować na temat tego, co zobaczyli. Rozmowa jest jeszcze przed nami, ale ich pierwsza reakcja była charakterystyczna: nie klaskali. Wyszli smutni i zmęczeni. – Nareszcie można obejrzeć coś ciekawego – powiedział jeden z nich, kiedy w końcu znaleźliśmy się na wspaniałym foyer Teatru Starego. I ten niewyszukany dowcip jest chyba najlepszym podsumowaniem spektaklu. Bo kiedy na scenie trwa głupkowata dekonstrukcja, do widzów zaczynają mówić ozdoby w przedsionku. Tam przynajmniej nikt nie ma wątpliwości, że i Kraków, i Wyspiański zasługują na coś więcej.

Jadwiga. Boże stópki (fragmenty)

[rezygnuję z numeracji części „Jadwigi”, ponieważ pierwotna kolejność tekstów o „Jadwidze” uległa zaburzeniu]

sopka 2

Wróćmy do najpierwotniejszej funkcji pisma, jaką jest rejestrowanie faktów. Kościół, który znany jest dzisiaj jako świątynia Karmelitów Trzewiczkowych na Piasku, miał powstać już za Władysława Hermana. Książę ufundował ponoć pierwszą budowlę w podziękowaniu za swoje cudowne uzdrowienie. Cierpiał z powodu tajemniczego fetoru, wrzodów i boleści, które dręczyły jego ciało. Archeolodzy nie odkryli jednak żadnych pozostałości romańskich w rejonie Garbarów (bo tak nazywano kiedyś to miejsce, co zdradza zresztą jego pierwotną funkcję – było to przedmieście zamieszkane przez garbarzy skór, okolica zapewne brudna i smrodliwa jak schorzenie Hermana), więc nawet jeśli władca rzeczywiście miał widzenie Najświętszej Marii Panny i rzeczywiście został wysłany za mury podwawelskiej osady, aby szukać fiołków i cudownych piasków – bo tak głosi legenda – to ostatecznie wybudował tam chyba żadnej stałej świątyni, chociaż są w źródłach wzmianki, że próbował.

Pierwszy klasztor na Piasku ufundowali natomiast w 1395 roku Jadwiga i Jagiełło. Podkreśla się zwłaszcza rolę Jadwigi. Królowej chodzić miało o upowszechnianie kultu maryjnego, a w tym specjalizowali się zakonnicy związani z Karmelem. To zatem za sprawą Jadwigi sprowadzono z Pragi pierwszych karmelitów, którzy osiedli w tym miejscu na stałe.

[…]

Świątynia istnieje nadal. Dzisiaj stoi na rogu ulic Karmelickiej i Garbarskiej, ale budynek, chociaż od średniowiecza tkwi fundamentami w tym samym punkcie, jest dużo późniejszy. Okolica była wielokrotnie palona, a klasztor i kościół cierpiały w zasadzie za każdym razem, kiedy pod Kraków podchodziły obce wojska. […]. Teraz, kiedy stoi w ścisłym centrum miasta, niedaleko Teatru Bagatela i znajdującego się tam węzła komunikacyjnego, na którym przesiadają się niemal wszyscy, stracił sporo ze swojego pierwotnego charakteru. Otoczenie sprawia, że jego fasada, szaro-bura, klasycznie barokowa, nie ma w sobie owej nowożytnej zwinności, która cechuje chociażby nieodległy kościół świętej Anny czy wspaniałą pojezuicką świątynię Piotra i Pawła na Grodzkiej. W murach krakowskich Karmelitów Trzewiczkowych znajduje się jednak coś wyjątkowego, co sprawia, że muszę wspomnieć o nich w tej historii. Chodzi o ślad stopy, który rzekomo miała odbić w kamieniu Jadwiga, kiedy odwiedziła plac budowy.

[…]

„Boża stópka” znajduje się na bocznej ścianie kościoła, od zewnątrz od strony ulicy Garbarskiej. Ślad trudno przeoczyć, bo zabezpieczono go kratą, która jest widoczna z daleka. Historia powstania „stópki” jest najzupełniej standardowa. Etnografowie znają tysiące tego typu opowieści. Jadwiga miała osobiście doglądać budowy kościoła. Przechadzała się pomiędzy robotnikami, patrzyła jak pracują, rozdawała datki kamieniarzom i murarzom. Któregoś dnia zobaczyła, że jeden z nich płacze. Kiedy spytała, co się stało, ten opowiedział jej o chorobie swojej małżonki i o tym, że nie ma pieniędzy, aby opłacić lekarzy. Królowa oparła wówczas stopę na leżącym obok kamieniu, odpięła z trzewika drogocenną klamrę i wręczyła ją kamieniarzowi. Po odejściu monarchini okazało się, że po jej stopie pozostał ślad. Rzemieślnik miał podkuć go jeszcze, aby nie było żadnych wątpliwości, że wydarzył się cud. Następnie kamień wmurowano w ścianę kościoła. Kultem zaczęto otaczać go po Potopie, ale ślad Królowej zasłynął dopiero w XIX wieku, kiedy ona sama zaczęła stawać się coraz bardziej popularna. Dzisiaj, okratowany, mijany przez tłumy studentów i zabieganych mieszczan, odcisk nie wzbudza niczyjego zainteresowania.

Oczywiście nikt już nie wierzy, że wklęsła plama widoczna na ścianie kościoła karmelitów to odcisk. Ślady stóp na kamieniach zwróciły uwagę badaczy już na początku XIX wieku – najpierw oczywiście badaczy niemieckich, bo ci katalogują wszystko, a metodologia każdej nauki zaczyna się właściwie wówczas, kiedy zaczynają się nią zajmować Niemcy. W 1820 roku Carl Ritter opublikował w Berlinie dzieło „Die Vorhalle europäischer Völkergeschichten vor Herodotus”, gdzie opisał kilka takich „odcisków” […]. To Ritter postawił tezę, że w przypadku chrześcijaństwa ślady te były zawsze pozostałością pogańską, świętymi kamieniami, które wchodziły do Kościoła razem ze swoimi czcicielami. Ochrzczeni byli tak przywiązani do boskich znaków na kamieniach, że zabierali je ze sobą w nową, chrześcijańską erę. Trzeba było tylko zmienić tożsamość bóstwa, które zostawiło odciski stóp, czasami odczekać trochę, by święty kamień miał szansę przejść duchową kwarantannę.

[…]

Także w Polsce powstało kilka opracowań tematu. […] W 1907 roku Maksymilian Baruch przeprowadził badania terenowe. Zebrał informacje o podobnych kamieniach, a następnie pytał proboszczów parafii, na terenie których znajdowały się „stópki”, czy wiedzą, że mają u siebie taki kamień i czy znają legendy związane. Zwykle wiedzieli, a historie były na ogół jednakowe – ktoś się objawił, najczęściej Najświętsza Maria Panna lub inni święci, przed czymś ostrzegali lub odpowiadali na jakąś prośbę. Mogły to też być ślady diabelskie. […]

Ślady kultu „bożych stópek” – i ich dziwnej, pieszczotliwej nazwy – znajdziemy już w 1281 roku. Przywilej pomorskiego księcia Mestwina II, omawiając grunty nadawane jednemu z klasztorów, wymienia charakterystyczny kamień leżący na granicy majątku klasztornego i podaje jego nazwę własną: Bozistópka. A to oznacza, że już w 1281 roku Bozistópka była zjawiskiem pradawnym, tajemniczym, po którym pozostała budząca grozę nazwa, bo – gdyby to, co nazwano wówczas „jakimś kamieniem” (quedam lapidem), miało być żywym przedmiotem kultu, nie podano by jego nazwy własnej, ale nadmieniono, że to skała, na której znajduje się cudowny odcisk czyjejś (czyjej?) stopy. Nie podano jednak tych informacji, co znaczy, że w XIII wieku stópka jeszcze nie została ochrzczona i że stanowiła raczej świadectwo wierzeń przedchrześcijańskich.

W Polsce „bożym stópkom” towarzyszą zwykle krzyże lub kapliczki. Często kamienie ze śladami stanowią część kościołów – i tak jest w Krakowie. Wygląda na to, że dawni budowniczowie wmurowali tu głaz, który już wcześniej otaczano kultem, pewnie jeszcze w czasach pogańskich. Potem ślad powiązano z Jadwigą. Mamy tu zatem do czynienia z historią dużo starszą niż Andegawenka, starszą nawet niż Herman i niż całe krakowskie chrześcijaństwo. Chodzi o jakiś pierwotny głód dotykalności bóstwa, obecny wszędzie, nawet tam, gdzie nie dotarli misjonarze chrześcijańscy. Od zawsze przecież chcieliśmy dowodów, że cuda dzieją się naprawdę, że nie są zbiegiem przypadków, ale że coś – sam Bóg pewnie – interweniuje w naszym życiu i to On splątuje okoliczności w niebywały rezultat. Tak, „stópki” to namacalny dowód, że święci, aniołowie i prorocy przebywali z nami; że, chociaż już odeszli, to ktoś nadal nawiguje wśród szalejącego wokół żywiołu przypadkowości, nawet jeśli wydaje się nam, że robi to kapryśnie i tylko od czasu do czasu. Że nie jesteśmy sami. Inaczej to wszystko nie ma sensu; inaczej jesteśmy tylko ogniwem w biologicznym łańcuchu płodzenia i umierania, zupełnie jak owady, które rozdeptać możemy nawet tego nie zauważając.

Ale my nie chcemy być owadami. Więc, kiedy stoję na Garbarskiej przy kracie na ścianie kościoła, to wiem, że patrzę głębiej, zaglądam w ślepia pierwotnego mysterium tremendum et fascinans, które tutaj obłaskawiono zaledwie, wiążąc je ze świętą królową. Zza kamieni, przekazów historycznych i suchych danych biograficznych na temat ludzi, którzy dawniej tu żyli, ale już odeszli, wyłania się tu jakaś blada poświata czy raczej cień, który powoduje zawrót głowy i drżenie dłoni, jakieś podwojenie zarysów wszystkiego. Tak wiele pokoleń przychodziło tu wcześniej i, spoglądając na niewielką skazę na kamieniu, miało nadzieję, że rzeczywiście jesteśmy czymś więcej niż kości i skóra, że się wymykamy rozumowi, językowi, złym słowom, jakie ktoś czasami rzuci w naszą stronę, i że przy całym tym materialnym uwikłaniu, przemijalności wszystkiego rzeczywiście istnieje w nas jakaś mesjańska resztka.

CDN.

Smoleńsk na letnio

[kontynuacja poprzedniego wpisu]

W „Paląc trawę na rykowisku” Agnieszki Urbanowskiej nie ma mowy o perspektywie przedszkolaka czy wystudiowanej naiwności. Wprost przeciwnie, tutaj narratorką jest studentka (powiedziałabym raczej: doktorantka, chociaż bohaterka powieści stawia dopiero pierwsze kroki na studiach), która na każdym kroku podkreśla swoją humanistyczną erudycję.

Palac-trawe-na-rykowisku_Agnieszka-Urbanowska,images_product,3,978-83-7386-535-8Książka to historia młodej kobiety z dobrego (pod)krakowskiego domu, która przeżywa okres buntu (związek z biseksualistą), aby następnie pojednać się ze wspólnotą narodową pod wpływem katastrofy smoleńskiej. Streszczenie brzmi strasznie kiczowato, przyznaję, ale książka jest lepsza niż wskazywałby na to zarys jej fabuły. Moje resumé jest po prostu bardziej adekwatne niż to z okładki – informujące, że czeka nas lektura historii perwersyjnego romansu studentki i wykładowcy i że będzie mowa o „przewrotnie pokazanej relacji, w której nie wiadomo, kto jest mistrzem, a kto uczniem, kto twórcą, a kto muzą”. Nie ma bowiem wątpliwości, że to Gaja – a zatem główna bohaterka – odgrywa tutaj rolę dominującą, a głównym wątkiem są jej apostazja i następujące po katastrofie patriotyczne nawrócenie. Dziwna relacja z nauczycielem akademickim jest dla nich jedynie odpowiednio nowoczesnym tłem, mającym, jak przypuszczam, nadać historii mocy świadectwa: oto smoleńskie uniesienia mogą przydarzyć się nawet zdystansowanym ironistom, osobom bezpruderyjnym, które okazjonalnie popalają trawkę.

To zatem Gaja zastawia zasadzki i zdobywa upatrzonego mężczyznę, ponieważ pociąga ją jego uroda. Nad swoim partnerem dominuje intelektualnie i charakterologicznie, matkuje mu; ba, matkuje niemal wszystkim wokół, na przykład starszej siostrze, a wcześniej koledze z liceum, w którym jest zakochana. Bohaterka Urbanowskiej jest bowiem jedną z tych silnych kobiet, z którymi można się wprawdzie „zakumplować”, dla których trudno jednak stracić głowę – co potwierdza zresztą historia jej miłości. Dzieje podobnych bohaterek pojawiają się w literaturze i bywa, że stają się materiałem na wielkie dzieło – pierwszym przykładem, który przychodzi mi do głowy, jest „Villette”, zdecydowanie niedoceniona powieść Charlotte Brontë. Tej ostatniej udało się jednak uchwycić istotę tragizmu, która tkwi w takim modelu kobiecości – bo przecież brakuje w nim miękkości, jest w nim coś boleśnie niekobiecego, z czym Lucy Snowe, główna bohaterka „Villette”, zmaga się, patrząc bezsilnie, jak ten, w którym jest zakochana, kocha inną; i wiedząc, że jest to nieuniknione. Jednocześnie pod wpływem drugiego mężczyzny Lucy rozwija się intelektualnie, dorasta. Gaja, bohaterka Urbanowskiej, tego nie robi, ponieważ od początku jest całkowicie uformowana. To prymus, który panicznie boi się przyłapania na niewiedzy czy niezaradności. Jest w tym jeszcze coś ze szczeniackiej pokazówki, brakuje natomiast nerwu, który naprawdę chwyciłby za gardło.

Przemiana Gai będzie dotyczyła jedynie stosunku do wspólnoty. Mam jednak pewne wątpliwości co do spójności owej przemiany. Narratorka wspomina bowiem swoje przeżycia po śmierci papieża-Polaka. I wtedy łączyła się ze wspólnotą, uczestniczyła w marszach, chociaż, jak relacjonuje, nastrój podniosłości szybko przeminął, ona zaś powróciła do pozy chłodnej ironistki. Smoleńsk, jak się okazuje, ma dużo większą moc przemiany serc. Gaja powraca na łono wspólnoty narodowej, pozostając nadal w luźnym związku z katolicyzmem. W kościele, jak zapewnia, nadal staje z tyłu, chociaż w ostatnich zdaniach powieści zarysowana zostaje jakaś perspektywa zmiany. Jest to jednak  zaznaczone zbyt słabo, zbyt lakonicznie; także winy, które Gaja rzekomo ma do odpokutowania, w kontekście lekkiego, „klubowego” wręcz tonu powieści nie są przecież zasygnalizowane szczególnie przekonująco. Zakończenie – literacko – jest na wyrost. To słaba koda dla zbyt letniej całości.

Także patriotyczny zwrot Gai jest obciążony charakterystyczną schematycznością. Nie do końca rozumiem, dlaczego jedne wspólnotowe uniesienia miałyby być mniej prawdziwe i trwałe od innych – i dlaczego akurat patriotyczne przeważają nad religijnymi. Dlaczego wreszcie tak zdystansowana bohaterka – bo o tym racjonalistycznym dystansie ciągle nam się przypomina – traci go właśnie w tym kontekście?

Myślę, że jest to niespójność dość symptomatyczna. Odpowiedź, jaką nam się sufluje – że siła rażenia Smoleńska jest tak wielka, bo chodzi o dawną miłość Gai, która zginęła w katastrofie – nie jest do końca przekonująca. Czy bowiem jej ukochany nie był zaangażowany także w sprawy okołopapieskie? Czy to nie pod jego wpływem chodziła kiedyś w białych marszach? Gdyby zatem to jego postać miała być katalizatorem przemiany, nawrócenie Gai miałoby pewnie wielowymiarowy charakter.

Pozostawiam na boku dyskusję na temat tego, czy model Polaka-katolika jest jedynym możliwym. Bez wątpienia u Urbanowskiej to on jest punktem odniesienia, spójrzmy zatem na przemianę jej bohaterki właśnie z tej perspektywy. Widać wyraźnie, że w „Paląc trawę…” pojawia się pewien – nieświadomy może – nawyk myślowy. Historia zdradza pokrewieństwo z emocjami tzw. prawicy smoleńskiej. Zgodnie z obowiązującą tam narracją, tragedia, która wydarzyła się w Smoleńsku, staje się mitem spajającym naszą wspólnotę, skłaniającym ludzi do radykalnych decyzji osobistych i moralnych. To właśnie Smoleńsk staje się miejscem krystalizacji nowoczesnej polskości. Katastrofa jest kolejnym ogniwem wielkiej dziejowej hekatomby; ogniwem współczesnym i dla nas, żyjących, najważniejszym. W kontekście Smoleńska dawna poezja staje się znowu wiążąca (czy zatem wcześniej nie była?). Polskość jest zaś wspólnotą żałobną, skupioną na upamiętnianiu tych, którzy zginęli. Kościół może się do tej narracji dołączyć, ale nie on pozostaje jej dominantą. To nie jest nic nowego; podobne przesunięcie akcentów, choć w innym przebraniu, widać przecież u Jarosława Marka Rymkiewicza czy Wojciecha Wencla. Dokładnie tak rzeczy mają się w książce Urbanowskiej. Zmienia się jedynie decorum.

Zgadzam się, że po katastrofie w Polsce pojawiło się wiele zjawisk, które w sposób zupełnie naturalny skłaniają do opowiedzenia się po stronie wspólnoty smoleńskiej. Czy nie poniżano wdów i ludzi spod krzyża? Czy nie niszczono karier? Czy nie zamazywano faktów, nie wyrzekano się politycznej podmiotowości, nie rozmywano odpowiedzialności? Chcę tutaj bardzo wyraźnie podkreślić: w sprawie Smoleńska jestem całkowicie po stronie tych, którzy chcą wyjaśnić, co się tam stało i oddać cześć tym, którzy zginęli. Wydarzenia z kwietnia 2010 roku to jedna z absolutnie najważniejszych spraw, które mamy do załatwienia.

Czy jednak Smoleńsk może stanowić punkt wyjścia do nowej narracji na temat nas samych? Mam poważne wątpliwości, czy katastrofa rzeczywiście posiada moc, jaką jej się przypisuje i – co ważniejsze – czy rzeczywiście powinna stawać się dla nas wydarzeniem tożsamościowym, a tak przecież jest przedstawiana w książce. Nigdy nie zgodzę się, aby nowoczesną polskość konstruować właśnie na katastrofie smoleńskiej i na symbolicznych sensach, które się tam nadbudowują; nie zgodzę się, aby Smoleńsk podnosić do rangi czegoś, wokół czego powinna się krystalizować nasza wspólnota i tego, co ją katalizuje. Czy przypadkiem nie czynimy krzywdy polskości, sprowadzając ją jedynie do sprawy upamiętniania i żałoby? Przecież Polska to dużo, dużo więcej, a budowanie na Smoleńsku to budowanie na słabości.

Te wszystkie wątpliwości, wychodzące przecież daleko poza debiut Agnieszki Urbanowskiej, to jednak dywagacje na marginesie, które nie przesłaniają mi faktu, że, gdyby na przykład porównać jej książkę do, dajmy na to, „My zdzies’ emigranty” Manueli Gretkowskiej, która to powieść bywała uznawana za pozycję pokoleniową roczników 1960-tych (o „Znakach szczególnych”, czyli rzekomym manifeście mojego pokolenia nawet nie wspominając), to „Paląc trawę na rykowisku” jest literaturą zdecydowanie lepszą. W przeciwieństwie do rozszczebiotanej prozy Gretkowskiej, pełnej humanistycznych pseudo-dylematów, lub czyniącej trywialne spostrzeżenia Wilk, Urbanowska stara się mierzyć z prawdziwymi problemami i odpowiadać na poważne pytania. Cóż, zwykle robi to zbyt pobieżnie, ale pewnie takie jest prawo debiutanta. Są jednak w książce momenty bardzo dobre, na przykład wyznanie miłosne przeplatane fragmentami akademii patriotycznej; mieszanina, która znakomicie stapia ze sobą akcenty kiczu i szczeniackiego sentymentalizmu, aby z obu wydobyć blask czegoś prawdziwego. Autorka panuje nad tym, co chce opowiedzieć czytelnikowi; nie epatuje sobą, nie daje się ponieść własnemu ego. Ma dobre pióro. To już dużo. Myślę, że Agnieszka Urbanowska jeszcze nie raz pozytywnie nas zaskoczy.

Paulina Wilk, Znaki szczególne, Kraków 2014.
Agnieszka Urbanowska, Paląc trawę na rykowisku, Warszawa 2014.

Perspektywa przedszkolaka 

„Idzie nowe pokolenie, które nie ma od siebie nic do powiedzenia. Pokolenie, które nie ma biografii” – pisał Andrzej Kijowski na początku lat 60-tych. Bo rzeczywiście: debiutowali wówczas pisarze, którzy nie mieli za sobą ani porządnej aktywności wojennej, ani żadnych wspomnień z Dwudziestolecia. Byli wytworem smutnych czasów powojnia, nie potrafili – a może nie chcieli – znaleźć dla siebie tzw. wielkiej tematyki, więc zadowalali się namiastkami, które „wydłubywali” z własnych biografii. I to samo w przybliżeniu można chyba powiedzieć o autorach urodzonych pomiędzy 1980 i 1990 rokiem, rosnących w nijakim okresie transformacji; zbyt młodych, aby mocować się z historią – wspominać koniec PRLu czy brać udział w budowie nowego porządku. Oni sami wołają jednak co chwila: przecież mamy, mamy biografię, i to jaką! I na dowód tego piszą kolejne powieści pokoleniowe.Wilk_Znaki_m

Młodzi pisarze starają się zaznaczyć swoją obecność w literaturze – i to dobrze. Szukają czegoś, co odróżniłby ich od poprzednich roczników, a co byłoby bardziej namacalne niż ogólnik, który słyszą od dawna – że niemal na wszystko się spóźnili i że mogli tylko dyskontować przemiany dokonane przez kogoś innego. Przeglądają więc własną historię, aby pokazać momenty, które uczyniły ich wyjątkowymi. Było tak na przykład w „Boidudzie” Jakuba Lubelskiego, o której pisałam dwa lata temu. Teraz wpadły mi w ręce dwie kolejne powieści tego typu. Obie książki są zapisem doświadczenia pokoleniowego osób urodzonych w latach 1980-tych i wyszły spod pióra dwóch kobiet. Pierwszą są „Znaki szczególne” Pauliny Wilk, drugą – „Paląc trawę na rykowisku”, debiut Agnieszki Urbanowskiej.

Zacznijmy od „Znaków szczególnych”, bo o tej pozycji napisano sporo. To książka, która została chyba pomyślana jako produkt na uświetnienie 25-lecia wyborów czerwcowych – jak inaczej wyjaśnić bowiem, że tak słaba opowieść ukazała się nakładem prestiżowego Wydawnictwa Literackiego? Książka reklamowana jest jako „prywatny zapis dorastania w czasie demokratycznych przemian”, „osobisty i przejmujący”. Jak na reportażystkę przystało, Wilk rzeczywiście świetnie rejestruje szczegóły – opis dorastania pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków jest niezwykle drobiazgowy. Z tą drobiazgowością jest jednak pewien problem: poza litanią gadżetów charakterystycznych dla okresu transformacji, wspominaniem chińskich kalkulatorów na światło i długopisów ze złotą końcówką, jakie dostawało się na komunię, „gier-jajeczek”, które mieli wszyscy, czy trzepaków, z których się spadało; poza pobieżnym przywołaniem specyfiki ówczesnych stosunków sąsiedzkich, przywołaniem tych wszystkich przyszywanych cioć i wujków, jakich rzeczywiście miał każdy, nie znajdziemy w tej książce absolutnie nic. Nie da się bowiem z tego potoku wspomnień wydobyć nawet uncji prawdziwej literatury. Nie ma jej ani na poziomie stylu, ani na gruncie treści. Paulina Wilk trzyma się kurczowo swoich miałkich opisów i nigdy nie robi kroku w kierunku jakiegoś ich przetrawienia czy zrozumienia. Nie stara się wymościć dla siebie miejsca w zbiorowej wyobraźni; jest detaliczna i boleśnie wręcz naskórkowa.

Powtarzane jak mantra zaklęcia o indywidualizmie pokolenia urodzonego w okolicach roku 1980 nie znajdują najmniejszego potwierdzenia w samym tekście: autorka posługuje się ciągle podmiotem zbiorowym („my”) i boi się jak ognia jakichkolwiek własnych przemyśleń na temat rzeczywistości. W ostateczności w celu uporządkowania zjawisk posługuje się gazetowymi sloganami, tak powierzchownymi, że trudno uwierzyć, że autorką tekstu jest osoba 34-letnia.

Transformacja to zatem przejście od biedy do względnego bogactwa. Europa jest światem dobrobytu, a cel Polaków rysuje się jasno: dogonić Zachód pod względem gospodarczym i mentalnym. „Opóźnieni, zapóźnieni, zacofani, zaściankowi – tak o sobie myśleliśmy. Tak myślano o nas – notuje w książce Wilk, opisując wczesne lata 1990. –  Nie wiem, czy jest inna dziedzina, w której równie jednomyślnie i intensywnie pracowaliśmy nad przemianą”. A potem, w kontekście wyjazdów do Egiptu odbywanych w latach 2000. autorka „Znaków szczególnych” odnotowuje z ulgą: „za płotem bieda, tym razem nie nasza”.

Także na gruncie polskim niemal wszystko zmieniło się na lepsze. Społeczeństwo wprawdzie się zatomizowało, niektórym się nie powiodło – ale ostatecznie czyż nie jest tak i na Zachodzie? Poza tym, jak pisze Wilk, „Zaczarowany ołówek nie był nam już potrzebny – tonęliśmy w oceanie przedmiotów i możliwości”. I zapewnia: „za sprawą osłabienia Unii poprawiło się […] nasze samopoczucie. Na tle zapadającej się Europy utrzymaliśmy niezłą formę. Młoda gospodarka długo opierała się wirusowi kryzysu […]. Rozwojowe opóźnienie połączone z dalekowzrocznością twórców ustaw z początku transformacji tym razem zapewniły nam przewagę”. To przecież opinie jak z jakiegoś satyrycznego profilu na Facebooku, chociażby z „Młodych, wykształconych i z wielkich ośrodków”. Tylko że tutaj zostały napisane na serio.

Nawet kiedy autorka „Znaków szczególnych” opowiada o czymś, co zdarzyło jej się całkiem niedawno, już jako osobie dorosłej, nie wyzbywa się tonu małej dziewczynki, zafascynowanej nowoczesnością. Kiedy opisuje, czym jest smartfon i wirtualne pieniądze, robi to dokładnie tak samo, jak wcześniej relacjonowała dziecięce zabawy na torowisku. Jej zdania nadal brzmią jakby były żywcem wyjęte z elementarza dla klasy pierwszej.

Nigdy nie miałam ambicji napisania powieści pokoleniowej, nie jestem również krytykiem literackim, proszę zatem potraktować moje refleksje jako uwagi stojącego z boku dyletanta. Wydaje mi się jednak, że książka tego rodzaju powinna zakorzeniać partykularne doświadczenia autora (a zatem i jego rówieśników) w zbiorowej wyobraźni odbiorców literatury pisanej w danym języku. Wspominanie „Zaczarowanego ołówka” czy „Kapitana Hawka” to zatem zdecydowanie za mało, bo takie doświadczenia są błahe, w dodatku całkowicie partykularne. One nikogo nie interesują, nawet mnie, chociaż – muszę przyznać – oglądałam te same kreskówki. W prozie pokoleniowej chodzi raczej o wplatanie własnego wątku w szerszy plan; wplatanie na tyle odważne i głębokie, aby już tam na zawsze pozostał, wzbogacając odbiór całej literatury.

„Znaki szczególne” są książką tak płytką, że o wplataniu czegokolwiek w cokolwiek po prostu nie może być mowy. Jest to modelowy wręcz przykład „perspektywy przedszkolaka”, która pojawia się coraz częściej w literaturze pisanej ostatnio w naszym kraju. Chodzi mi o programowe opisywanie rzeczywistości z pozycji osoby młodej, niedoświadczonej czy niewykształconej. Chwyt ten daje pewne możliwości literackie; przede wszystkim umożliwia pokazanie rozwoju bohatera lub zaprezentowanie jego naiwnego, ale niezwykłego doświadczenia (o ile rzeczywiście jest ono niezwykłe – tą drogą próbował iść Ignacy Karpowicz w wydanej ostatnio „Sońce”, powieści płynącej na fali mody na regionalne tożsamości).

Możliwości związane z przyjęciem „perspektywy przedszkolaka” rzadko są jednak wykorzystywane przez współczesnych autorów; najczęściej jest ona po prostu pójściem na łatwiznę, listkiem figowym, który ukrywać ma miałkość przemyśleń pisarza. Zwykle widać ją jednak doskonale. Powiedzmy sobie szczerze: punkt widzenia przedszkolaków i uczniów szkoły podstawowej po prostu nie jest doniosły cywilizacyjnie. Nie jest taki również płaski opis własnej adolescencji. „Znaki szczególne” to książka fatalna, portret pokolenia zupełnie miałkiego i nieciekawego. Czy naprawdę jest z nim aż tak źle?

CDN.

Jadwiga (3. Zbyt mało Marty)

Może to natura kobiety, może kwestia charakteru. Zabiegana, rozchodzona, zbierająca okruchy życia minuta po minucie, bez chwili na wytchnienie, ze ścierką w dłoniach. Albo z pieluchami, zupką i niekończącymi się tematami rozmów na temat tego, kiedy Jaś zaczął gaworzyć, a Małgosia chodzić. Schodzą się dwie matki i po kilku sekundach całkowicie są już pochłonięte tym swoim small talkiem, dla osoby postronnej, trzeba to szczerze powiedzieć, kompletnie nieinteresującym. Kobieta to niemal z definicji Marta.

velazquez_marthaNo więc trzyma ścierkę, jest zdumiona, zapomniała nawet zamknąć usta. Stoi w drzwiach, które oddzielają kuchnię od pokoju, w którym siedzą goście. Maria u stóp Jezusa, rozmarzony wzrok. – Maria wybrała najlepszą cząstkę i nie będzie jej pozbawiona – mówi On. Tego już za wiele. Marta zawsze czuła się gorsza, zawsze miała kompleksy. Przecież nigdy nie zwątpiła w Chrystusa, nawet po śmierci Łazarza wiedziała, że On może wszystko odmienić, zawsze wierzyła w każde Jego słowo, przecież ego credidi quia tu es Christus Filius Dei qui in mundum venisti; teraz chciała Mu tylko odpowiednio usłużyć. A tutaj: za dużo się troszczysz, zbyt wiele zabiegasz. Lepiej siadaj i słuchaj, dopóki tutaj jestem, odłóż ścierkę. Maria, krnąbrna i nieużyteczna, wpatruje się w Jezusa niebieskimi oczami, wielkimi jak spodki. Spija Mu słowa z warg, zapomniała o bożym świecie, jej tutaj po prostu nie ma. Kobieta to także bardzo często Maria.

Marta i Maria z Betanii, ikony kultury. Ich zachowanie komentowano od początku istnienia chrześcijaństwa, zwłaszcza w średniowieczu, poszukując równowagi pomiędzy życiem aktywnym i przebywaniem w świecie a wycofaniem ze świata i kontemplacją. Są symbolami postawy chrześcijanina, nie tylko kobiet. „Figury umysłu i działania są opisane wyjątkowo pięknie w Ewangelii w postaciach Marty i Marii” – notował w czasach Karola Wielkiego Rabanus Maurus. I wcale nie było tak, że zawsze na piedestale stawiano  Marię. Czasami siostry przeciwstawiano sobie, ale jeszcze częściej ich zachowanie było postrzegane nie tyle jako konkurencyjne, ile uzupełniające się. Zawsze jednak podskórnie pulsował spór, czyją postawę należy uważać za lepszą. W okresie reformy kluniackiej i cysterskiej dominował pogląd, że kontemplacja Marii, związana z wycofaniem się ze świata, jest lepszą postawą niż aktywizm Marty. Św. Franciszek z Asyżu uważał z kolei, że „Marty”, a zatem opaci i biskupi, powinni mieć pieczę nad „Mariami”, a zatem tymi, których przeznaczeniem jest klauzura. W XIV wieku, kiedy żyła Jadwiga, siostry znalazły się w centrum uwagi, a Marta na stałe wyszła z cienia. Św. Brygda Szwedzka, Jan Gerson czy Ryszard Rolle kładli nacisk na to, że kontemplacja i aktywizm powinny występować razem, bo jedno czerpie z drugiego. Dwieście lat później tą drogą, bardzo nowoczesną, pójdzie św. Ignacy z Loyoli. Także św. Katarzyna ze Sieny, Doktor Kościoła i jedna z największych mistyczek wszech czasów, nazwała się w jedym ze swoich listów „Katarzyną Martą”, widząc palącą konieczność działania w świecie (etapy mistycznych uniesień pociągały u niej za sobą okresy natężonej aktywności). Jeszcze dalej szli bracia wspólnego życia, wielcy ogrodnicy devotio moderna, którzy po prostu przedkładali Martę nad Marię. Podobną tendencję znajdziemy u Mistrza Eckharta i Tomasza à Kempis.

Jadwiga żyła tym napięciem, bo była z natury Marią, kiedy musiała być także choć trochę Martą; Marty w niej trochę brakowało. Jak możemy przypuszczać, królowa chciała iść za Brygidą Szwedzką i modelem równowagi pomiędzy postawami sióstr – o tym, że teksty wizjonerki znajdowały się wśród lektur królowej i że w ogóle były wówczas czytane w Polsce, zaświadcza Jan Długosz. Wiemy też, że mowę na procesie kanonizacyjnym Brygidy w roku 1391 wygłosił Mateusz z Krakowa, praski teolog związany z Jadwigą i dziełem odnowy krakowskiego uniwersytetu. Mamy wreszcie tajemniczy znak „mm”, który znajdziemy na przedmiotach związanych z królową: na Psałterzu Floriańskim czy roztruchanie drezdeńskim, kunsztownym naczyniu, dzisiaj przechowywanym w Dreźnie, które początkowo było zapewne darem królowej Jadwigi dla katedry wawelskiej lub św. Wita w Pradze. Istnieje sporo interpretacji owego „mm”, od „miserere mei” po astrologiczny symbol Ryb. Najczęściej – i chyba najsłuszniej – zakłada się jednak, że Jadwiga podpisywała się w ten sposób jako ta, która chce być „rozmodlona jak Maria, zapracowana jak Marta”.

Wiemy też, że królowa interesowała się Katarzyną ze Sieny. Kultura to wielki palimpsest, spod jednego wątku nieodmiennie wyłania się drugi. 

[…]

[CDN]

POST SCRIPTUM

Pisząc o Jadwidze, korzystam, oczywiście, z wielu różnych, nieswoich badań. Ich autorów podam na końcu.

Pełna wersja „Jadwigi” ukaże się pewnie kiedyś na papierze.

 

Morfina. Potyczki z polską formą

Szczepan Twardoch to enfant terrible polskich środowisk prawicowych i konserwatywnych. Wszyscy chcieliby go chwalić, ale czują się zakłopotani, bo jak można chwalić kogoś, kto waha się co do swojej tożsamości i raz po raz wygłasza na jej temat mniej lub bardziej mądre opinie. Stąd problem z jego najnowszą powieścią, od razu zdradzę, że bardzo dobrą. Szokujące, że najlepszym omówieniem ”Morfiny”, jakie dotąd wpadło mi w ręce, była recenzja w „Gazecie Wyborczej”.

Jak każdą porządną powieść, „Morfinę” można czytać na kilku poziomach. Po pierwsze zatem to historia bon vivanta, któremu wojna bardzo przeszkadza, bo w czasie jej trwania nie może żyć tak jak wcześniej. Trudniej mu o kochanki i morfinę, do tego żona stawia mu nowe wymagania, ponieważ polska forma wymaga zaangażowania w podziemie. Konstanty Willeman tymczasem jest Ślązakiem, Niemcem co najmniej półkrwi, a owa wspomniana już „polska forma”, do której wcześniej się przyznawał, bardzo go do siebie rozczarowała. Twardoch sugeruje nam, że formy polskości zostały poddane inflacji – a przynajmniej tak to postrzega Willeman na początku książki – i że w dużej mierze stały się one pieniądzem bez pokrycia. Na tym poziomie mamy to, co tak bulwersuje niektórych czytelników: odrzucanie polskości jako tego, co się nie sprawdziło, pochwałę używek i niewierności.

Kiedy zatem w Warszawie pojawiają się Niemcy, Willeman zaczyna się wahać. Ponieważ nie wie, kim jest, miota się pomiędzy formą polską i niemiecką, przypuszcza, że ta ostatnia może się okazać lepiej dla niego skrojona, jak na hitlerowski mundur przystało. Niepewność powoduje w życiu Konstantego, nazwijmy to oględnie, spory nieporządek. Sytuację pogarsza fakt, że jego matka, która panuje nad nim psychicznie, dotąd Polka z wyboru, postanowiła właśnie zostać Niemką, bo i jej zdaniem polskość się skończyła.

Pozostający pod panowaniem form Willeman jest także (nieprzypadkowo) więźniem morfiny i swoich popędów, zwłaszcza seksualnego; u kobiet szuka potwierdzenia własnej męskości, pojawia się tutaj zatem nuta psychoanalityczna. W tle przesunie nam się nawet postać podobna do doktora Junga, zakochanego czy opętanego swoją pacjentką, a i cała relacja Konstantego z matką ma w sobie coś rodem z myśli twórców psychoanalizy. Ciekawy zabieg.

Morfinizujący się i wahający Kostek to jednak tylko punkt wyjścia, bo Willeman przejdzie przecież na stronach powieści wewnętrzną przemianę, a przyczyną tej przemiany będzie Dzidzia. Długonosa panna Rochacewicz to polskość pewna siebie, bardzo ludzka, stojąca ponad formą, bo bynajmniej nie to, że z niej wyzwolona – ta kobieta jest przecież cała z Polski, tylko pozbawiona patosu, nie lubiąca wysokiego ‚c’. Dzidzia konspiruje z miłości do samego liberum conspiro, jest arystokratką, ale dla kraju może spać pod gołym niebem, naraża się, walczy, zginie, więc jest Polką, nawet kiedy zestawić ją z wysokimi wymaganiami formy. Tylko – właśnie – jej wychodzi to naturalnie, może zatem spokojnie pozwolić sobie na drobne odstępstwa. A zatem, żeby pofechtować trochę terminologią filozoficzną, chyba zresztą nie do końca trafnie, ale doskonale zrozumieją Państwo, o co mi chodzi, u Dzidzi forma i istnienie są tym samym. Taka „wolna polskość” jest zaś urzekająca: przedziwny twór metafizyczny, który odzywa się czasem w książce w pierwszej osobie (nazwijmy go germańskością, chociaż tak naprawdę nie wiadomo dokładnie, jak go/ją interpretować) boi się Dzidzi, zupełnie jej nie rozumie i ostatecznie przed nią skapituluje.

Dzidzia, pewna siebie, czerpiąca radość z tego, kim jest, nie tłamsząca w sobie porażki, nie miętoląca cierpienia, jeśli trzeba, przyjmująca je i realizująca się w działaniu, urzeka Willemana. Trochę to wszystko nietzcheańskie, nadludzkie, przyznaję, mocno przerysowane i nie wiem, czy w ogóle osiągalne, ale – ostatecznie – bardzo optymistyczne. A zatem polskość jest atrakcyjna, tylko nie każda, nie jeśli jest złożona z samych form jak domek z kart; jednak wcale nie jest tak, że Twardoch odrzuca Polskę i nie jest w niej stanie dostrzec żadnego piękna.

Panna Rochacewicz zresztą nie sprawdza tożsamości Konstantego, dla niej to, czy jest Niemcem, czy Polakiem, jest kwestią po prostu drugorzędną. Odrzuci zatem z łatwością umizgi bon vivanta, żeby zakochać się w nim, kiedy ten w końcu odważy się być sobą i wyjdzie ponad poziom form. Ostatecznie do niczego między nimi nie dojdzie, ale przemiana Willemana jest faktem: wystarczy chociażby porównać to, jak widzi swoją kochankę Salome na początku książki (wcielenie demonicznej kobiecości) z tym, jak postrzega ją na końcu, kiedy jest już panem własnych popędów (sympatyczna, ale pospolita ruska dziwka). Zmieni się także jego stosunek do matki. I do morfiny.

Oczywiście, sporo tutaj momentów, z którymi się nie zgadzam. Najsłabsze są te metafizyczne, kiedy wracamy w okolice „Wiecznego Grunwaldu”, bo to już było i nieco się zgrało. Główny bohater nadal jest ubezwłasnowolniająco piękny, tak jak to bywało we wcześniejszych książkach pisarza z Pilchowic i podobnie jak wcześniej możemy przypuszczać, że autor dopatruje się w Konstantym swoich własnych cech – ale tym razem ten narcyzm jest sympatyczny. Jestem także w stanie zaakceptować konwencję, nie będę się nawet specjalnie krzywić na nadmiary golizny, ponieważ są tutaj środkiem, który czemuś służy.

Nie sposób nie zauważyć, że zmaganie Konstantego z formą to intuicje jakoś tam pokrewne Gombrowiczowi, także bohater Twardocha jest przez nią tłamszony, i tutaj chce się nas z form (albo ponad formy) wyprowadzić. Kiedy Konstanty się z nich wyzwoli, zginie – i będzie to śmierć dość paradoksalna. Z jednej strony umrze jako polski bohater, bo wypełnił zadanie, a jego misja na pewno szybko wyjdzie na jaw (w kieszeni wciąż ma plany, które przemycił). Hela zostanie zatem wdową po herosie, dokładnie tak jak chciała. Ale Konstantego zabija ta sama polska forma, która robi z niego bohatera – bo podziemie nie wybacza zdrady, a Willeman, żeby wypełnić misję, musiał przyjąć niemiecką tożsamość. Główny bohater „Morfiny” jest zatem trochę jak książę Filip na końcu „Iwony księżniczki Burgunda”. Przeszedł całą tę przemianę, sporo się nawojował wewnętrznie, a ostatecznie i tak musi klęknąć, jak wszyscy. Istnieje jednak pewna różnica: Filip wraca do punktu wyjścia, Willeman – nie.

A to przecież tylko jedno z możliwych odczytań tej książki. Można przecież pochylić się chociażby nad woluntarystycznymi wątkami, które sufluje nam nazwisko bohatera, można wreszcie dopatrywać się tutaj jakiegoś quasi-schulzowskiego traktatu o odmianach silnej kobiecości i jej destrukcyjnym wpływie na mężczyzn.

Muszę przypomnieć, że dotąd byłam zawiedziona książkami Szczepana Twardocha. Nie były dla mnie przekonujące, nawet „Wieczny Grunwald”. Naiwnym „Obłędem rotmistrza von Egern” machano mi przed nosem zeszłej wiosny jako koronnym dowodem, że autor z Pilchowic potrafi wzniośle pisać o kobietach, machano bez skutku; „Przemienienie” zostało zatopione przez ego autora, kolejne teksty często były niestrawne. „Morfina” mnie przekonuje. Sygnalizowana na wstępie inflacja polskich form nigdy nie była i nie będzie problemem wyssanym z palca, trzeba o nie nieustannie zabiegać, ciągle je sprawdzać i aktualizować. Tutaj się po postu nie ma na co oburzać. Z Twardochem można polemizować, ale jednego odmówić mu się nie da: oto mamy pisarza i powieść z prawdziwego zdarzenia.

POST SCRIPTUM

Zapomniałam wspomnieć o okładce. Ale to dlatego, że nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

Jadwiga (2. Neapol. Opowieść idioty)

Od czasów Jadwigi sporo się w Krakowie zmieniło, chociaż nie wszystko. Ostatecznie to miasto długiego trwania. Przybyłą z południa królową mogły dziwić tutejsze mgły. Pojawiają się o każdej porze roku, chociaż te najbardziej efektowne zdarzają się wiosną i jesienią. Nawet teraz, kiedy wyglądam przez okno, widzę jedynie tępą biel. Miasto leży w kotlinie i bardzo często – tak często, że stało się to już jego wizytówką – wypełnia się mleczną zawiesiną, bardzo gęstą, niemal kleistą, przez którą nie widać nawet rzeczy odległych o kilka metrów. Podczas takich mgieł Wawel w ogóle znika z krajobrazu. Panuje wtedy, jak teraz, przenikliwy chłód, chociaż zdarza się, że nad falami białego puchu świeci Słońce, złocąc cienie lub sprawiając, że biel dosłownie się jarzy. Wieczorami z kolei światło latarni gra z gałęziami drzew i zostawia na zawiesinie ciemne smugi. Kiedy mieszka się w Krakowie, do tych wilgotnych dymów znad Wisły po prostu trzeba przywyknąć. Ich najsłynniejszym dokumentalistą był Wyspiański. Wiek później są tutaj nadal. Takie mgły zdarzały się też na pewno w czasach Jadwigi, z naturą miejsca po prostu się nie wygra.

*

Karolowi Robertowi, synowi Martela, dziadkowi Jadwigi, bogate dziedzictwo ojca rozeszło się w rękach jak obłok. Neapol utracił na rzecz stryja, zostały mu Węgry, chociaż i na nie było wówczas sporo chętnych, bo władza Andegawenów nie była przecież nad Dunajem specjalnie ugruntowana.  Właśnie dlatego Karol Robert znalazł naturalnego sojusznika w świeżo zjednoczonej Polsce i na jego dworze pojawiła się młodziutka królowa, Elżbieta Łokietkówna, córka Łokietka, siostra Kazimierza Wielkiego.

Łokietkówna była z pewnością jedną z najwybitniejszych kobiet swojej epoki, ponoć zdolniejszą nawet niż jej brat. Wyrosła na piastowskim dworze, gdzie królowe nie odkrywały większej roli, ich rolą było urodzić dzieci i pozostać w cieniu. Kiedy jednak w wieku kilkunastu lat Elżbieta została wydana za sporo starszego do siebie władcę Węgier znakomicie odnalazła się w roli władczyni, i to na dworze pierwszej jasności w Europie. Była bardzo pobożna, sławna z aktów dobroczynności. Odmawiała godziny kanoniczne, a codziennie rano cały jej dwór uczestniczył we mszy. Zaangażowała się w działalność mecenacką, fundowała klasztory, w tym ten, w którym ją pochowano i gdzie spędziła starość, w Starej Budzie, dla ukochanych klarysek, bo w ich klasztorze w Starym Sączu bywała z matką jako dziewczynka.

Piastowie w ogóle byli związani z łagodną duchowością franciszkańską, Elżbieta musiała tymczasem dostosować się do standardów świata Andegawenów, a były to standardy szekspirowskie. Po śmierci Karola Roberta, którego przeżyła o wiele lat, odgrywała ważną rolę na dworze i w polityce syna Ludwika, którego my nazywamy Węgierskim. Jeździła i władała tam, gdzie on akurat nie mógł, sprawowała regencję w Polsce, kiedy Ludwik objął tron krakowski. Korespondowała z wielkimi tego świata, paktowała z papieżem (jeśli wierzyć Kazimierzowi Chłędowskiemu, po Rzymie dla większego szyku jeździła rydwanem), udała się także do Neapolu troszczyć się o sprawy swojego drugiego syna Andrzeja, stryja Jadwigi.

Ale nie od razu tak było. Dopóki żył jej mąż, pozostawała w cieniu. Oto kobieta i drobne wątpliwości; będą potem nurtowały Jadwigę, tak bardzo, że jej doradcy zamówią dla niej traktat teologiczny o właściwych proporcjach pomiędzy kontemplacją i życiem aktywnym, bo monarcha po prostu musi działać. Kobietę tymczasem pożerają skrupuły: jeśli nie jestem potrzebna, lepiej pozostanę w domowej klauzurze, wychowam dzieci, jeśli je mam, a jeśli nie, będę się modlić, tkwić u stóp czarnego krucyfiksu. Jeśli jestem potrzebna, pójdę do walki, do pierwszej linii. Tylko, to pytanie jest jak brzęczyk, nieustannie pulsuje pod czaszką, odbierając chęć działania, czy na pewno jestem potrzebna?

*

Więzy z Neapolem za Elżbiety i Ludwika wciąż były silne. Niewiele wcześniej skończyły się rządy Roberta, „złego brata” Karola Martela. Za jego czasów przez miasto przemknęli Giotto, rychło przepłoszony skąpstwem władcy, i Boccaccio. W Neapolu Roberta pojawił się także Petrarka, którego władca wysoko cenił, co było ponoć niezwykłe, bo nad literaturę zdecydowanie przedkładał astronomię. Petrarka uzyskał od króla Neapolu laury literackie, wspominał go zatem bardzo ciepło, w jego listach imię króla Roberta idzie zawsze w otoczeniu świty pozytywnych przymiotników.

Robert przeżył swojego syna, dlatego zdecydował się przekazać koronę wnuczce, Joannie. Żeby jednak uspokoić pretensje starszej linii Andegawenów, Joannę wydał za Andrzeja, młodszego brata Ludwika Węgierskiego, kiedy oboje byli jeszcze małymi dziećmi. Andrzej i Joanna mieli na równych prawach dziedziczyć koronę i razem władać południowym królestwem. Los się jednak do Andrzeja nie uśmiechnął. Przebywał w Neapolu, ale stronnictwo Joanny  odmawiało mu prawa do koronacji, pędził zatem na dworze mało wdzięczny żywot księcia-małżonka. Andegawen pojawia się w jednym z listów, które Petrarka wysyłał z Neapolu do przyjaciela. Autor Canzoniere wspomina o chłopcu mimochodem w kontekście wizyty na dworze Joanny, mówi o nim niemal jakby był jakimś Hamletem: „książe Andrzej, chłopiec wzniosłego ducha, puer alti animi, jeśli kiedykolwiek zdoła założyć koronę, której mu się odmawia”. Ale to nie ta historia.

Elżbieta Łokietkówna udała się do Neapolu, aby rozwiązać ten kłopot; w 1344 roku uzyskała nawet papieską zgodę na koronację syna. Sprawa zakończyła się tragicznie, ponieważ niedługo po wyjeździe matki w Półwyspu Apenińskiego, Andrzej został zamordowany, jak można przypuszczać za wiedzą swojej żony Joanny Andegaweńskiej (Długosz: „powiesiła męża na jedwabnym sznurze”). Wdowa zresztą szybko pocieszyła się w ramionach jednego z zabójców męża, ich wspólnego kuzyna; już wcześniej był zapewne jej kochankiem. Ludwik w odpowiedzi dwukrotnie ruszył na Neapol z wojskami i przez chwilę był także władcą czarnych, wulkanicznych wybrzeży pod stożkiem Wezuwiusza, tamtejszych winnic, zasypanych miast, o których przetrwaniu jeszcze wówczas nie wiedziano, ogrodów brzoskwiniowych i cierpliwej ludności, która nawykła do życia w cieniu strasznej góry i zmiennych władców. Ale był to tylko epizod w karierze politycznej Ludwika Węgierskiego, Neapol tak naprawdę był dla niego stracony. Z czasem dostanie inny tron, w Krakowie, po innym dziadku.

Z Neapolem to może lepiej, Petrarka zostawił sporo uwag o tym mieście. Już wtedy miasto nie było zbyt przyjazne, także ja ze swoich dwóch wizyt wyniosłam wrażenie, że warto je odwiedzić głównie ze względu na to, co znajduje się w okolicy. „Nocna przechadzka jest tu ryzykowna i pełna niebezpieczeństw jak w najgęstszym lesie – pisał poeta. – Ulice okupują uzbrojeni młodzieńcy z dobrych rodzin, których zuchwałości nie zdołał okiełznać autorytet ojców, nakazy urzędników ani władza i majestat królów […]. Wergiliusz nazywa je słodkim (jako jedyne z miast), dziś napiętnowałby je słusznie niesławą Bistonii: z ziemi okrutnej, z łapczywego brzegu uchodź co prędzej”. Dwór Joanny pozostał jednak sławny, odwiedzały go wielkie postaci epoki, wśród gości była między innymi św. Brygida Szwedzka, która jeszcze się tutaj pojawi. (Żeby jednak dokończyć wątek rozpustnej wdowy po Andrzeju, muszę napisać, że Joanna, przeżywszy kilku mężów, zginęła zamordowana w 1382 roku z polecenia swojego następcy, Karola Durazzo, a ten kilka lat później – z polecenia Elżbiety Bośniaczki, pięknej żony Ludwika Węgierskiego, matki Jadwigi, która wreszcie sama została zamordowana. Niemal jak u Szekspira: The queen, my lord, is dead. […] / Life’s but a walking shadow, a poor player / That struts and frets his hour upon the stage / And then is heard no more: it is a tale / Told by an idiot, full of sound and fury, /Signifying nothing).

[CDN; całość tekstu ukaże się na papierze]

 

Jadwiga

[W ostatnim miesiącu miałam sporo na głowie, chciałam też odpocząć od bloga. Nie skończyłam jeszcze czytać Herlinga – zrobiłam sobie przerwę na początku III tomu. To znakomita proza, ale podawana w zbyt dużej dawce po prosu zaczyna nudzić. Na pewno wrócę do tej lektury, więc istnieje szansa, że „Dziennik” jeszcze się tutaj pojawi. Teraz czytam „Morfinę” i pewnie wkrótce ją omówię. Po drodze przydarzył mi się jednak tekst o Jadwidze. Odnowiła uniwersytet, niech zadziała w mikroskali i odnowi bloga.]

*

W południowym ramieniu ambitu krakowskiej katedry postawiono sarkofag z białego marmuru kararyjskiego, jednego z najbardziej płodnych kulturowo rodzajów kamienia, lekko popielatego, z regularną siecią żyłek i plam, które zapewne grałyby wspaniale ze Słońcem, ale Słońce, niestety, nieczęsto tu zagląda. Marmur z Carrary jest sławny od czasów starożytnych, można go znaleźć w rzymskim Panteonie i na kolumnie Trajana, to materiał Berniniego i Michała Anioła. Wybór takiego kamienia to zatem deklaracja kulturowa – i właśnie dlatego sumptem Karola Lanckorońskiego w 1902 roku Antoni Madeyski wykonał z niego sarkofag dla królowej Jadwigi Andegaweńskiej. Wzorował się na nagrobku Ilarii del Qareto wykonanym w XV wieku dla katedry w Lukce, wyrzeźbionym przez Jacopa della Quercia, artystę bardziej znanego z marmurowej oprawy Radosnego Źródła, Fonte Gaia, w Sienie. Jadwiga z sarkofagu Madeyskiego jest, jak na materiał i wzorzec przystało, niezwykle piękna, choć, jeśli spojrzeć na miękkie poduszki i modną fryzurę lukkańskiej Ilarii, trzeba powiedzieć szczerze: w stosunku do owocu włoskiego quattrocenta dzieło polskiego rzeźbiarza doby zaborów pokazuje piękno nieco ascetyczne i odcieleśnione. Jadwiga ma smukły nos i lekko otwarte usta. Jej włosy przykrywa welon. Jest pogrążona we śnie, ma złożone ręce (Ilaria – nie), a u jej stóp leży pies, symbol wierności. Jest w tym sporo sublimacji, tak charakterystycznej dla okresu zaborów.

Pierwsza wersja nagrobka była inna, bardziej zbliżona do rzeźby z Lukki. Włosy Jadwigi nie były wprawdzie upięte w skomplikowany sposób, tylko rozpuszczone opadały miękko na poduszkę. Ręce królowej miały być skrzyżowane na podołku, a w prawej miała trzymać książkę. Projekt jednak nie spodobał się nad Wisłą. Madeyskiemu nakazano odejście od estetyki włoskiego renesansu i stworzenie czegoś bardziej zbliżonego do gotyku, który dominował w Krakowie w chwili śmierci Jadwigi. Ostatecznie w grudniu 1902 roku na Wawelu stanął nagrobek, który wszyscy doskonale znamy, nie tyle gotycki, ile w ogóle bezczasowy, podobny do typu ikonograficznego Matki Boskiej Niepokalanie Poczętej. Reakcje były skrajne. Jan Sas Zubrzycki odnalazł na nim swój ideał kobiety, „rozmiłował się w twarzy, którą miał przed sobą” i ponieważ tak go rozogniły zimne marmury, chciał ich dotknąć, „wyciągnął dłonie… ale postać… pełna mocy ducha… była posągiem!” Takie są losy niektórych polskich uniesień. Całe szczęście, zawsze  kiedy ktoś przeżywa coś podobnego, ktoś inny w pobliżu zaczyna kasłać z zakłopotania. Wyspiański był zdegustowany: „śmiech mię bierze na to zbieranie materiałów do Wawelu”, pisał w liście, nazywając nagrobek „stearynową Jadwigą Madeyskiego”. Bardzo raziła go woskowa lalka całkowicie pozbawiona ekspresji. Jego smak był jednak  odmienny od gustów Lanckorońskiego i kardynała Puzyny. Tematu witraży, które autor „Wesela” miałby przygotować na potrzeby katedry Wawelskiej, oficjalnie nigdy nie podjęto.

Herling, wykorzystując przewrotnie termin romantyków, pisał wielokrotnie o polskim narodowym przeanieleniu – Polacy uwielbiają widzieć siebie jako nieskalane ofiary, jak marmurowe posągi z marmuru, leżące na mlecznym piedestale, pogrążone we śnie, najlepiej ze złożonymi rękami. Ostatecznie sarkofag królowej wygląda w ten sposób nie bez konkretnej przyczyny. Od XIX wieku taki jest model polskiego cierpienia: święta monarchini, poświęcająca szczęście osobiste dla dobra swojego kraju, porzucająca, jak wtedy mówiono, prawdziwą miłość dla unii z Litwą, powinna być bardziej z ducha, mniej z kości.

Nagrobek wrósł tymczasem w katedrę i stał się podstawowym wizerunkiem, który staje przed oczami, kiedy mowa o Andegawence. Trochę nam się Jadwiga, pierwszy polski kanonizowany monarcha, w tych kararyjskich marmurach i odcieleśnionych zachwytach zatraciła. Tymczasem pod jej jasną skórą, zupełnie niekamienną, płynęła krew Kapetyngów, Arpadów, Habsburgów i Piastów, bulgotały bałkańskie instynkty. Przeżywała niemal współczesne dramaty. Nie mogła urodzić dziecka Jagielle, choć bardzo pragnęła, do tego sprawa z Wilhelmem, przez którą stała się przedmiotem plotek na wielu zachodnich dworach, postępowała jednak konsekwentnie, starała się jak najlepiej uczynić zadość swojemu pochodzeniu i przeznaczeniu.

Martel

Pradziadkiem Jadwigi w linii prostej był Karol Martel, bohater „Boskiej Komedii” Dantego. Dante bardzo go kochał, umieścił go w Raju, co przecież samo w sobie jest niezwykłym wyróżnieniem, w dodatku poświęcił mu niemal całą Pieśń ósmą i część dziewiątej.

[…]

[CDN, całość tekstu ukaże się na papierze]

O chuliganie i kołach ratunkowych

„Nie po to się czyta młodych krytyków, aby dowiedzieć się, co sądzą o Boileau lub o stylu Montherlanta. Czyta się ich zupełnie w tym samym celu, co powieści i wiersze: aby wciągnąć w nos współczesne powietrze, aby przejąć ich niepokój, ich pasję, ich dreszcze” – pisał Andrzej Kijowski. Ale to przecież dotyczy całej krytyki, także sprzed lat. To znaczy – tej, w której w ogóle są jakieś dreszcze, bo jest i krytyka sztampowa, zbyt uczona, która przemawia z wysokości koturnów i jeszcze dodatkowo wspina się na palce, żeby na pewno przemówić z góry.

Wpadła mi właśnie w ręce jedna z książeczek, w których „Więź” od kilku lat publikuje rozproszone teksty Andrzeja Bobkowskiego. Tym razem to „Ikkos i Sotion”. Czytam ją kilka lat po premierze (2009), ale Bobkowski w ogóle dociera do mnie w rozcieńczeniu. Wcale mi nie szkoda, bo nie ma większej radości od czytania takiego autora na świeżo, po raz pierwszy (ta radość zbliża się do końca, ponieważ z wydanych tekstów Boba zostały mi już tylko listy do Anieli Mieczysławskiej). Podobnych jemu autorów nie ma i nigdy nie było wielu, a pewne wrażenia przeżywa się tylko podczas pierwszej lektury tekstu, kiedy w mózgu otwierają się niespodziewane zapadnie. Wpadamy w nie z radością, bo na ogół prezentują nowy, nieznany korytarz, kto wie, dokąd on zaprowadzi. Druga lektura zna już najważniejsze niespodzianki, nie ma zatem tego wspaniałego efektu zaskoczenia, kiedy się nam ziemia usuwa spod intelektualnych nóg.

Teksty ze zbioru „Ikkos i Sotion” koneserom znane są od dawna, w tym „Keyserling” i „Krzyk chuligana” (zwłaszcza ten ostatni; przecież Bobkowski to „chuligan wolności”, w warszawskich Łazienkach była nawet wystawa pod tym tytułem). Bobkowski staje się w nich krytykiem, a ponieważ pisze „z bebechów”, jednocześnie opowiada nam o sobie. Widzimy tutaj jak w soczewce historię łańcucha literackich wpływów i fascynacji, widzimy, jak to się wszystko odbywa. Jeden autor rzuca mimochodem intuicję lub pomysł, drugi, obudzony przez nią, podchwytuje ją i rzuca dalej w przyszłość, gdzie już czeka następny, a potem następny. I tak dalej.

Zacznijmy od „Keyserlinga” (1946). To esej, w którym Bobkowski oddaje hołd jednemu z najważniejszych, jego zdaniem, filozofów XX wieku. Dla autora „Szkiców piórkiem” był nim bez wątpienia, chociażby jako autor „Dziennika podróży filozofa”. Wiadomo, że Bob czytał go jeszcze w latach studenckich i można przypuszczać, że „Dziennik” jednego wpłynął na „Szkice” drugiego. Ale atrakcyjna dla Bobkowskiego była również filozofia Keyserlinga. „Człowiek w każdym myśleniu musi być żywym – relacjonuje ją. – Filozofia nie jest nauką, lecz sztuką, a mądrość nie jest sumą wiadomości, lecz formą życia, zaletą duszy, bodźcem”.

No właśnie, bodźcem. Czytając tekst o Keyserlingu napotkamy także słowa „katalizator” i „akuszer”. Dotyczą A. Harnacka Chamberlaina, który był takim „wyzwalaczem” dla Keyserlinga, ale nie można nie odnieść wrażenia, że Bobkowski w ten subtelny sposób opowiada nam o tym, kto w rzeczywistości był akuszerem dla niego (wprost napisze jedynie, że Keyserling był „dostarczycielem duchowego chleba”).

Rola takich „katalizatorów” w literaturze jest bardzo doniosła. Pisanie to jakby puszczanie w ruch kołyski Newtona, rzucanie kół ratunkowych na niespokojne wody. Nigdy nie wiadomo, kto złapie i w jakich okolicznościach. Czasami, podejrzewam, może to być dla rzucającego sporym zaskoczeniem, bo przecież każdy ma pomysł na swojego idealnego spadkobiercę, a tymczasem dziedziczyć może ktoś, kto się autorowi po prostu nie mieści w głowie.

Od drugiej strony sprawa jest nieco prostsza: to wybudzenie, eureka, jakby ktoś dostroił się do naszych fal radiowych. Od urodzenia słyszeliśmy w eterze tylko szum, a nagle rozlega się ludzki głos i mówi właśnie do nas: chodź. Czytając kogoś, nagle rozkochujemy się w rzemiośle, które tamten uprawia i myślimy sobie: ja też tak chcę, też tak potrafię. A czasami nawet bardziej brawurowo: potrafię lepiej.  I to jest elektron, który wybudza cały układ, dotąd tkwiący w uśpieniu lub działający co najwyżej miernie. Keyserling był jednym z  tych, którzy wybudzili Bobkowskiego.

Ślady podobnego mechanizmu znajdziemy w „Krzyku chuligana”. To tekst późniejszy, z 1958 roku. Jest jeszcze ciekawszy, bo afera z kołami ratunkowymi dotyczy tutaj większej ilości osób, w dodatku aktywnych w polskiej literaturze, i Flauberta, który temu wszystkiemu patronuje. Ta fala oddziaływania ma zresztą swój symbol, słowo, po którym można ją śledzić: „chuligan”. Zaczęło się od Andrzeja Kijowskiego, który napisał o Hłasce: „Rodzi się nowa obyczajowość i nowa moralność człowieka zbuntowanego przeciwko organizowaniu i administrowaniu form życia. Tu i tam są ludzie, którzy przestali skandować. Jedni stali się przez to intelektualistami lub poetami, inni – chuliganami. Hłasko jest i z jednych, i z drugich. To prawda. Bo człowiek wolny, intelektualista i artysta naprawdę wolny – więcej – który chce być wolnym, będzie do końca świata miał w sobie coś z chuligana. Jak Flaubert, jak wieku innych”.

Cytat pochodzi ze zbioru „Różowe i czarne”. Ta książka to debiut Kijowskiego, a jednocześnie rozrachunek z socrealizmem, w który Kijowski wcześniej się zaangażował. Nie dajmy się jednak zwieść tym okolicznościom, Kijowski to jeden z krytyków-burzycieli, dla których literatura była jak „walka byków” i gra o najwyższą stawkę, a krytyka literacka – zaangażowaniem niemal egzystencjalnym, dawaniem twarzy, braniem odpowiedzialności za literaturę. Ugniataniem arcydzieła, mówieniem przykrych rzeczy, ale tylko po to, żeby autor miał szansę się poprawić albo zripostować. Krytyk to podmiot wolny, mający prawo narzucić książce arbitralnie „konceptualizm” i „własne idee” („Miniatury krytyczne”). Z tej arbitralności bierze się pewnie zarzucana czasem Kijowskiemu niekonsekwencja (Kisielewski: „Od lat obserwuję pisarstwo tego ogromnie zdolnego człowieka i od lat stwierdzam, że nigdy nie wiem, co z niego za chwilę wyskoczy. Wieloletnia jego działalność nie układa się w żaden uporządkowany i konsekwentny system myślowy”).

Nawiasem mówiąc, od kilku dni czytam, co ja mówię: pochłaniam Kijowskiego. To jedno z moich ważniejszych odkryć podczas tych wakacji. Nie jestem pewna, jak mogłam przeżyć trzy dekady, nie czytając autora „Kronik Dedala”. Oczywiście, wiedziałam o jego istnieniu, ale wpadł mi w ręce dopiero teraz, bo zawsze było co innego na głowie; nikt nie płaci i nie płacił mi przecież za zajmowanie się literaturą, w dodatku wydawało mi się, że zawsze znajdzie się coś ciekawszego niż felietony sprzed kilkudziesięciu lat. Błędne założenie. Teraz sięgnęłam po Kijowskiego, bo jasne jest to, że ktoś, kto tak „pogonił” Bobkowskiego, musi mieć w sobie coś specjalnego. I ma rzeczywiście. Choćby błyskotliwa intuicja z „Bolesnych prowokacji”, dotycząca młodzieży, której nie wolno spychać do gett pism młodzieżowych ani zmuszać do dostrajania się do starszego pokolenia; zadaniem młodych jest właśnie „szczypanie” tych starszych, zrzucanie ich z piedestału, bo inaczej kultura stoi w miejscu. Jakie to aktualne, na dzisiejszej tzw. młodej prawicy jest zastraszająco dużo podrabianych staruszków.

W każdym razie – Kijowski swoim cytatem „wrzuca” nam temat wiecznie wolnego chuligana. I od 1957 roku raz na jakiś czas pojawia się ktoś, kto takiego chuligana wypatruje, jednocześnie zerkając w lustro i doszukując się we własnej twarzy chuligańskich rysów. Dla Bobkowskiego cytat o chuliganie był jak smagnięcie biczem. W 1958 roku podjął ten temat, czekając na „gorący krzyk, le cri du Garcon młodego, który jeszcze nie boi się krzyczeć, w którym – na szczęście – giętki intelektualista nie zabił jeszcze chuligana. Bo zagadnienie chuligana nie jest takie proste, jak chcą tego aptekarze”. Dla Bobkowskiego to mógłby być Hłasko, ale i ktokolwiek inny, byle utalentowany, szlachetny i szczery. „Buntują się i krzyczą – pisze Bobkowski o młodym pokoleniu. – Tym bardziej gdy wokoło siebie i na każdej zadrukowanej stronicy, w każdym publicznym wystąpieniu ludzi skądinąd mądrych i myślących, dostrzegają ponury absurd poszukiwań tam, gdzie nic się nie znajdzie, i przemyślnego węszenia obliczonego na to, aby się nigdy niczego nie dowąchać”. „Krzyk chuligana” Bobkowskiego to zresztą esej wyjątkowo autotematyczny, niby o Flaubercie, niby o młodym pokoleniu, ale tak naprawdę widać od razu, że Bobkowski nakłada na chuligana własne cechy i że szuka duchowego potomka. To czas, kiedy już go regularnie operują. Dzisiaj wiemy, że zostały mu trzy lata życia. Po raz kolejny rzuca koło.

I nagle znajdujemy je w rękach Andrzeja Horubały, któremu „pozostał sen o chuliganie, chuliganie, który skalą talentu przewyższyłby wszystkich rewizjonistycznych pisarzy, którego gest odrzucenia marksizmu, wyśmiania go, zakwestionowania byłby silniejszy niż wielotomowe rozważania Leszka Kołakowskiego o głównych nurtach tej zbrodniczej i niemądrej ideologii. Chuliganie, który by wreszcie siłą swego talentu umożliwił Jerzemu Giedroyciowi postawienie na mocniejszego i pewniejszego konia niż rewizjonistów pokąsanych przez Hegla” („Marzenie o chuliganie”, 1998. To naprawdę wspaniały esej, podobnie zresztą jak sąsiedni, o prymusie).

Czekamy zatem na wielki talent, który przyćmi blaskiem wszystkich innych, który będzie trochę jak Neo z Matrixa i nie będzie już musiał uciekać przed agentami, bo to oni będą uciekać przed nim. Oto marzenie (chuligana) o silnym dobru, oto chuligańska wola mocy, ciągle niezrealizowana.

Mam tylko wrażenie, że chuligani pojawiają się regularnie, ale wciąż mało kto na nich stawia. Oni na siebie też nie („Tyle książek – i co? – pisał Bobkowski w okresie gwatemalskim. –  I raptem ta jedna, moja, będzie czymś specjalnym w tych milionach?” [List do Mieczysława Grydzewskiego]). Dlatego pozostają na wieki jedynie autorami didaskaliów, jakże błyskotliwych.

(Andrzej Bobkowski, Ikkos i Sotion oraz inne szkice, Biblioteka Więzi, Warszawa 2009).

POST SCRIPTUM

Ten wpis powstał dwa tygodnie temu. Listy do Anieli Mieczysławskiej, niestety, także mam już przeczytane.

 

Władcy piłki w czasie epickim (odczepcie się od Smudy)

Camus uważał, że wszystkiego, co wie o moralności, nauczył się dzięki piłce nożnej i teatrowi. „Vraiment, le peu de morale que je sais, je l’ai appris sur les terrains de football et les scènes de théâtre qui resteront mes vraies universités” („Naprawdę, całą swoją niewielką wiedzę o moralności zdobyłem na boiskach piłkarskich i scenach teatralnych, które stały się moimi prawdziwymi uniwersytetami”) – twierdził. I to nie raz, nie tylko w słynnym tekście „Ce que je dois au football” („Co zawdzięczam futbolowi”), nie tylko we wspomnieniach. Podobne sądy wygłaszał w „Upadku”. Cud, że Opatrzność podłożyła wątpiącemu futbolówkę pod nogi, bo stał się dzięki temu wielkim pisarzem.

Dzielę z Camusem przekonanie, że teatr i piłka nożna są krewniakami. Futbol to pełnokrwisty sport, ale lepszy jeszcze od innych, bo niezwykle widowiskowy. Może stać się wielkim katalizatorem emocji, zwłaszcza w wersji narodowej. To popkulturowy zamiennik eposów i klasycznych dramatów, na piłce można się bowiem naprawdę sporo nauczyć: jak znosić porażkę, że rzeczą piękną jest się nie poddawać, że można wygrywać nawet kiedy jest się słabszym, jak robić to pięknie, jak stać wiernie za przyjaciółmi z drużyny i jak postępować honorowo. Jak walczyć ze sobą i siebie zwyciężać. Na oczach tysięcy.

Nie mam wątpliwości, że w Polsce nastał teraz czas epicki. Nasza wrażliwość narodowa została pobudzona. Dwudziestu kilku chłopaków i ich sztab szkoleniowy to nasi Achillesowie, Rolandowie i Gofredowie na zielonych, gładkich polach bitewnych.

Mój typ zawodnika? Wiadomo, że w ulubionych bohaterach szukamy cech, które już mamy i które chcielibyśmy posiadać. A zatem: niewysoki centrocampista, może być filigranowy, jak Andres Iniesta, byle był szybki, pomysłowy i technicznie rozkładał na łopatki dwukrotnie większych od siebie. Prawdziwy baletmistrz, władca piłki. Trzyma ją blisko przy nodze, jakby przypiętą do czubka palców niewidzialną żyłką. Spróbujcie mu ją zabrać. Musi przyjść po nią aż trzech lub czterech.

Dla mnie napastnicy mogliby nie istnieć, jeśli tylko pomocnicy potrafią dobrze strzelać. A przecież mamy takich w kadrze. Po pierwsze – niezłomnego Kubę. To dla mnie absolutny numer jeden, nawet kiedy obok stoi Lewandowski, który jest wybornym snajperem i stał się już prawdziwą gwiazdą futbolu. Mamy też pieniacza Obraniaka, krótkonogiego chuligana z Bordeaux winnorodnego, który jak nikt wykonuje stałe fragmenty gry. Jest i niezmordowany Adrian Mierzejewski ze złotych portów Trabzonu, nie taki znowu niski, ale drobny, który, jeśli jest w formie, gra naprawdę błyskotliwie i po prostu bilokuje; jest wreszcie zadziorny Rybus, który po każdej szalonej szarży lewą stroną mierzwi sobie czuprynę.

Mamy i innych pomocników. Murawski i Dudka na pierwszy rzut oka wydają się mało charyzmatyczni. Tak naprawdę są jednak tam, gdzie mają być i potrafią grać naprawdę dobrze. Pokazali to w meczu z Rosją. Do tego jest jeszcze Eugen Polanski z fryzurą i fizjonomią amanta z lat 30-tych. Jest naprawdę groźny i w środku pola, i pod bramką. Na ławce przyczaił się Wolski.

Nasza kadra toczy epickie pojedynki. Wychodzą na nie jak rycerze. Najpierw Szczęsny, jeden na jednego, zupełnie samobójczo. Przyjął kartkę z miną strapionego nastolatka, który chciałby udać, że jest niewinny, ale rozumie, że mu się należy. Więc pojawia się zmiennik, który musi wejść w rolę bez przygotowania, a przecież potrafi ją udźwignąć, zupełnie jak w jakimś eposie. Przyklęka na kolano, krótko się modli, a potem bierze się za bary z fatalną sytuacją, w której się znalazł nie z własnej winy. I broni tego karnego. Prawdziwy Tytoń, Tytek, nie spala się nigdy.

Nasi chłopcy, jak Wasyl, niemal matczynym gestem uciszają i przyduszają rosyjskich przeciwników, żeby się za bardzo nie skarżyli, kiedy zostali sfaulowani ostrym wślizgiem niedaleko pola karnego. To w końcu męska gra, „to wojna”, jak powiedział Damien Perquis, nasz drugi stoper, kiedy zszywano mu ranę na nodze. Perquis hymn polski śpiewa w prawdziwym uniesieniu, nawet jeśli czasami jego wargi nie idą posłusznie za tekstem.

Jest jeszcze Piszczek, polska odpowiedź na Daniego Alvesa, oraz wiecznie uśmiechnięty Boenisch, który mówi po polsku lepiej od samego Smudy i stara się być bronią zaczepno-odporną po lewej stronie.

A w ogóle to odczepcie się od Smudy. Daliście mu kiedyś kredyt zaufania, więc teraz wywiążcie się z umowy. Może nie jest nowoczesnym trenerem z hipsterskich snów, ale zna się na piłce na pewno lepiej od wszystkich ugrzecznionych komentatorów, którzy w najlepszym razie nazywają go „jurodiwym”. Nie wygląda jak Guardiola, nie ma daru wymowy, nie jest pewny siebie jak Mourinho. Ale zna swoich zawodników, to przecież on stworzył tę grupę, którą uznaliśmy za swoją, której skład jestem stanie wymienić obudzona w środku nocy, bo to moi przedstawiciele na tym turnieju. Dajcie mu szansę podejmowania własnych decyzji, nawet jeśli miałyby się potem okazać niesłuszne. Nawet jeśli Polacy mieliby odpaść.

Bo Smuda już osiągnął sukces. Uczynił tę drużynę obiektem naszych emocji. Piłka wznosi się na swoje wyżyny, kiedy przestaje być siermiężną rutyną, a zaczyna władać masową wyobraźnią; kiedy odkleja się od rzemiosła i staje się kulturą, ludycznym widowiskiem, teatrem właśnie, pełnym zwielokrotnionych „och!” i potysiąckrotnych „nie!”, lepszym nawet od teatru (Camus też przedkładał piłkę nad teatr), bo dziejącym się naprawdę, nieudawanym. Oto miliony wstrzymują oddech, widząc zupełnie zwykłe elementy futbolowej rutyny: jak piłka spada z wysokości i „gasi” ją przy ziemi jeden ruch nogi zawodnika, jak pomocnik wyprowadza piętką w pole kilku obrońców; jak Tytoń, Szczęsny lub Fabiański (to moi trzej ulubieni polscy bramkarze, do licha z Borucem) szybują ponad głowami wrogich napastników, jak na nich szarżują, łapią lub odbijają piłkę, jak Obraniak dośrodkowuje z rożnego. Kiedy Lewy główkuje, Tytoń się żegna, wstaje i odwraca, kiedy Kuba posyła w powietrze piłkę swoją lewą, niby słabszą nogą, a ona leci jak pocisk, skręca lekko, aby ominąć bramkarza i wpaść w okienko, wtedy następuje narodowa ekstaza. To jest piękne.

Wydaje mi się, że uniesienie po remisie z Rosją wynikało nie tyle z tego, że nie przegraliśmy (bo, grając u siebie i mając tak dobrą reprezentację, moglibyśmy chcieć jeszcze więcej), ale z tego, że nareszcie zobaczyliśmy drużynę, z jakiej możemy i powinniśmy być dumni. Waleczną, gryzącą murawę, wierzącą do końca. W piłce nożnej można przegrywać, byle była to porażka po prawdziwej walce, jak śmierć Rolanda; byle się pokazywało w tej rywalizacji wielkie serce i zostawiało na boisku krew, skórę i pot.

Zobaczyliśmy drużynę, która się nie poddaje. Oni już pokazali więcej niż reprezentacje ostatniej dekady. Oni nie będą trzeciego meczu grali o honor, tylko o wszystko. Tak właśnie być powinno i oby tak dalej.

POST SCRIPTUM

Jeśli ktoś narzeka, że Polacy flagi wieszają tylko na Euro, niech pojedzie do Sieny, starej włoskiej republiki, w której obywatelskie emocje od wieków kumulują się wokół Palio. Tam po kaplicach święci się konie, a uliczki nigdy nie są tak oflagowane, jak na kilka dni przed wyścigiem. Dopiero wtedy widać, kto jest z jakiej contrady. Rywalizacja sportowa budzi w nas uczucia zupełnie pierwotne, wzmacnia poczucie przynależności do wspólnoty. Mecze piłki nożnej przenoszą to na jeszcze wyższy poziom. Anglicy sądzą, że ich spotkania z Niemcami powinny być transmitowane w czarno-bieli, a komentatorem powinien być ktoś o głosie Churchilla. A zatem nie tylko my tak mamy. (Ale, oczywiście, wolałabym, żeby te flagi pojawiały się częściej.)

W omawianiu literatury prawicowej robię sobie chwilę przerwy, cykl na pewno jednak powróci. Przecież przed nami kolejne premiery książkowe, a wielu autorów nawet nie wymieniłam, choć na pewno zasługują, aby im poświęcić kilka słów. Sama bardzo jestem ciekawa, co będzie dalej.