Fragment #5 (Sąsiedzi)

[…]

Próbowałam łowić plotki z zakładu fryzjerskiego, te były jednak zupełnie nieinteresujące, pełne imion nieznanych siostrzeńców i wnucząt, problemów żołądkowych czy historii ze świata kolorowych gazet. Dużo większy potencjał miały historie zasłyszane na ulicy lub podczas wspinaczki po schodach.

klatka schodowa

Rodzina Wietnamczyków, która zajmowała całe wschodnie skrzydło na pierwszym piętrze, prowadziła egzystencję wsobną, głośną wprawdzie i wyraźnie dostrzegalną, ale zamkniętą dla obserwatorów z zewnątrz. Był to mikrokosmos nie do końca oswojony, porozumiewający się własnym, egzotycznym językiem. Średnie pokolenie mówiło wprawdzie po polsku z jaką taką biegłością, a najmłodsze, korzystające z lokalnych szkół – już doskonale, ale i tak wszyscy korzystali z przywileju obcości, przy lada okazji wycofując się za mur wietnamskiego. Było jasne, że w ich przypadku brak pełnej asymilacji był raczej wyborem niż traumą niedostosowania. Polska była dla nich przestrzenią kulinarnego podboju, całkiem udanego, bo ich knajpka, identyczna jak inne, podobne lokale, które funkcjonowały w Krakowie w tym czasie, nieźle prosperowała, nawet jeśli nie miała szansy na pojawienie się w poważnych przewodnikach po mieście, nie wspominając nawet o otrzymaniu gwiazdek Michelina czy innych prestiżowych wyróżnień.

Odpowiednio zabezpieczeni materialnie Wietnamczycy trzymali się razem i, jak się wydawało, nie mieli szczególnie wygórowanych ambicji. W kontaktach z obcymi bywali albo uśmiechniętymi restauratorami ze śródmieścia (było to wtedy, kiedy mieli coś do załatwienia), albo pozwalali sobie na dystans, spoglądając na sąsiadów z charakterystycznym, kpiącym uśmiechem (wtedy, kiedy nie musieli załatwiać nic). Zajmując najbardziej reprezentacyjne z pięter starej, krakowskiej kamienicy, tworzyli zalążek czegoś na kształt krakowskiego Little Saigon. Żyli życiem gwarnym, osobnym, nawet jeśli już nie w pełni wietnamskim, to na pewno niepolskim.

Na drugim piętrze atmosfera zmieniała się. Niewielkie mieszkanie naprzeciwko schodów zajmowała tam inna dwujęzyczna rodzina. Ci lokatorzy pochodzili z Rumunii – prawdopodobnie, ponieważ ich narodowości nigdy nie udało mi się ustalić. Było jednak równie prawdopodobne, że przybyli do Krakowa z jednego z państw Kaukazu. Byli to rodzice z synkiem, który uczył się grać na skrzypcach – i dlatego od razu zwrócili moją uwagę. Bolesne rzępolenie początkującego skrzypka, ćwiczenia na pustych strunach, potem proste utwory czy żmudne cyzelowanie gamy G-dur na strunach G i D – to wszystko dochodziło zza drzwi ich mieszkania i przywodziło mi na myśl moje własne dzieciństwo.

Na schodach spotykało się ich rzadko. Przemykali jedynie pomiędzy bramą wejściową i drzwiami swojego mieszkania, zawsze grzeczni i cisi. Cała trójka miała włosy ciemne, chociaż nie krucze, bardzo jasną karnację i duże oczy, które nadawały ich twarzom cechy niemal dziecinne. Ubierali się wyjątkowo skromnie. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek widziała ich w ubraniu jaskrawego koloru lub choćby odważniej skrojonym – i jeśli czymkolwiek wyróżniali się z coraz barwniejszego tłumu, to właśnie swoją szarą nieosobliwością. Między sobą rozmawiali we własnym języku, robili to jednak półgłosem, słychać było zatem tylko melodię tej mowy, zupełnie niesłowiańską. Sąsiadów natomiast pozdrawiali po polsku. „Dzień dobry” lub „dobry wieczór” wypowiadali z tak perfekcyjnym akcentem, całkowicie pozbawionym lokalnego kolorytu czy choćby cienia fonetycznego niedbalstwa, że już samo to pozdrowienie, zbyt doskonałe, zdradzało, że nie byli stąd. Cała ich egzystencja, pozbawiona jakichkolwiek znamion szczególnych, zdawała się wielkim wysiłkiem niezwracania na siebie uwagi.

Cudza dyskrecja powinna być zaraźliwa, dlatego zwykłam przechodzić tamtędy na palcach. Bez wątpienia sąsiedzi ci byli odmiennym rodzajem niepełnej asymilacji – inność Wietnamczyków była jawna, wylewała się z lokum na pierwszym piętrze z ich śmiechem, żartami, które wykrzykiwali do siebie przez na wpół zamknięte drzwi, nie bacząc na sąsiadów przechodzących po schodach. Widać ją było w uśmiechach dzieci, które biegały po klatce pomiędzy kuchnią restauracji i mieszkaniem ze styropianowymi pudełkami pełnymi ryżu i ciastek w kokosowej panierce. Sąsiedzi z drugiego piętra prowadzili podwójne życie: na zewnątrz byli Polakami bez właściwości, jakby trochę zakłopotanymi własną, ukrywaną odmiennością. Można było tylko domyślać się, jacy byli, kiedy znajdowali się w swoim gronie. Musiałam wierzyć, że ich syn kiedykolwiek bywał psotliwy. Na klatce schodowej malec szedł zawsze za swoją łagodną matką, trwożliwie spuszczając oczy. Kiedy spotkało się go samego – co zdarzało się bardzo rzadko i tylko wtedy, kiedy wracał ze szkoły muzycznej z małym futerałem – przyspieszał kroku. Mijał obcych szybko, unikając ich spojrzeń.

Nie wiedziałam, z jakich powodów jego rodzina przyjechała do Krakowa – czy przybyli tu, szukając lepszego losu, czy może z miłości do naszej literatury, bo niewątpliwie znakomicie władali polszczyzną i gdzieś musiano ich jej nauczyć. W obejściu całej trójki było jednak coś ze spłoszenia, które przekraczało zwykłą dyskrecję, dlatego przyzwyczaiłam się myśleć, że zmienili miejsce pobytu nie z własnej woli, o co ostatecznie nie było trudno, jeśli pochodziło się z naszej części Europy.

Trzecie piętro różniło się już od poprzednich. Zostało gruntownie przebudowane. Obniżono sufity, aby poziom wyżej, na poddaszu, mogły powstać pełnowymiarowe mieszkania. Klatka schodowa traciła przez to charakter typowej dla starego budownictwa i zaczynała wyglądać jak zwykła, w bloku. Pozostało tam jednak – obok całego archipelagu garsonier – jedno spore mieszkanie, którego okna wychodziły na oficynę. Miała w nim miejsce prawdziwa tragedia miłosna. Także ona odbywała się w dwóch językach, co nadawało seledynowej kamienicy charakteru miniaturowej wieży Babel. […]

cdn.