Fragment # 3 (Literatura)

Ale stolica nie chciała mnie puścić, czy może, jak jestem skłonna sądzić dzisiaj, była to raczej literatura, która też żyje życiem utajonym, ale zupełnie samodzielnym – i niechętnie wypuszcza tych, których już zdołała pochwycić.

mszyna 664

Kiedy rano wsiadałam do pociągu, przeczytałam w gazecie, że zmarł Gustaw Herling-Grudziński. Był to jeden z moich ulubionych licealnych autorów. […] Szekspir był przewodnikiem, który wprowadził mnie w dziedzinę literatury, wrzucił mnie w nią i otworzył mnie na całą sferę rzeczywistości pisanej, na którą wcześniej jako dziecko pozostawałam zupełnie głucha – jak przystało, bo dzieciństwo to okres szczęśliwej głuchoty, kiedy nie dociera do nas nic poza głosami najbliższych. Dojrzewanie to nic innego jak wychodzenie z tej ciszy, to chwila, kiedy zaczynają do nas dobiegać nowe dźwięki, czasami piękne, a czasami trudne do zniesienia. Więc jeśli Szekspir otworzył moje uszy, to Herling i kilku innych jeszcze autorów wyostrzyli mój słuch. Uświadomili mi, że istnieje coś takiego, jak polski sposób patrzenia i pisania, polski słuch i nadwiślańska barwa głosu – i że odziedziczyłam je zupełnie niechcący, niezależnie od tego, co myślałam sama o sobie i jakie snułam plany na przyszłość. Gdybym kiedyś została człowiekiem pióra – a chciałam przecież nim zostać, chociaż jeszcze bardzo nieśmiało – to Herling na pewno patronowałby moim próbom literackim jak dobrotliwy dziadek. I właśnie on studiował warszawską polonistykę, tę samą, której studentką mogłam się właśnie stać […]. Herling – właśnie Herling – był dowodem obalającym moją dziwaczną teorię, że studiowanie filologii szkodzi pisarzom. Zmarł właśnie teraz, pewnie w dokładnie chwili, kiedy moje nazwisko przytwierdzano pinezkami do instytutowej tablicy ogłoszeń po stronie „Przyjęci”. […]

Komunikat o jego zgonie był jak wezwanie. Bo tak, już wtedy chciałam zostać człowiekiem liter jak on, tak naprawdę nie miałam wyjścia, tylko nie uświadamiałam sobie tego w pełni. Tyle szans marnuje się tylko dlatego, że zbyt późno pojmujemy jakieś prawdy o sobie lub tracimy czas, aby sprawdzić to, co nie wymaga sprawdzenia. Największą przeszkodą bywamy dla siebie sami – my i brak rozpoznania własnych, najbardziej podstawowych odruchów. Czasem trzeba kogoś z zewnątrz, aby nas wybudził; czasami nie pojawia się nikt, więc dryfujemy z prądem, marnujemy czas, żyjemy w ciszy i tęsknimy do dźwięków, które nigdy nie nadchodzą. W końcu gorzkniejemy od tego czekania – i to jest moment, w którym przegrywamy ostatecznie. Wtedy zaś pociągała mnie archeologia. Wierzyłam w to święcie – i nie było jeszcze nikogo, kto uświadomiłby mi, że moja podatność na uroki świata liter nie była przypadkiem, ale przynależała do samej mojej istoty. Nikt jeszcze swoim pisaniem nie nawrócił mnie ostatecznie, a tak to się zwykle odbywa: pojawia się inny autor, którego teksty pociągają nas za sobą i to on staje się naszym literackim ojcem. Nikt nie pokazał mi, że tak naprawdę nic innego nie było w stanie uczynić mnie szczęśliwą, jak tylko podążenie tą drogą; że wszystko inne będzie mi doskonale obojętne i z niczym nie będę się w stanie utożsamić, pod niczym nie będę się chciała podpisać, jak tylko pod działalnością literacką – nawet gdybym miała utrzymywać się z innych rzeczy.

Odkrycie tego było jeszcze przede mną; odkrycie żałosne i wstydliwe, bo nie chcę udawać, że artysta jest kimś lepszym od innych ludzi i że jego słabość do świata liter czy dźwięków to szczególne posłannictwo – to raczej słabość, której musi hołdować, ponieważ nie jest w stanie robić niczego innego. W niczym innym nie będzie użyteczny. Ale nikt jeszcze wówczas tych strasznych prawd o mnie samej mi nie objawił.

[…]

Fragment #2 (Hamlet)

Teresa Budzisz-Krzyżanowska jako Hamlet (fot. Cyfrowe Muzeum Teatru Starego)

Teresa Budzisz-Krzyżanowska jako Hamlet (fot. Cyfrowe Muzeum Teatru Starego)

[…]

Wyników nie byłam pewna, bo egzamin nie należał do tych, z których wychodzi się w spokoju. Pamiętałam, że wpadłam na niego spóźniona, prosto z podróży. W obszernym, ale mrocznym pokoju […] siedzieli chudy adiunkt w wieku lat na oko trzydziestu pięciu, przedsiębiorcza pani profesor w wieku lat sześćdziesięciu i dobroduszny staruszek, który zapewne dorabiał wykładami do emerytury. Chociaż jeden zestaw tego rodzaju spotyka się chyba na każdym egzaminie w każdym instytucie w Polsce, a pomnożony – na każdej radzie instytutu i radzie wydziału. Dobroduszny król-senior, kostyczna królowa i pokorny następca tronu, budulec każdego dworu i polski uniwersytet w pigułce. Siedzieli i patrzyli na mnie, zdyszaną, nieforemną nastolatkę ze Śląska, zupełnie niewyklutą. Pewnie napatrzyli się w życiu na wielu nieopierzonych kandydatów, przerażonych lub zbyt pewnych siebie młodzianków u progu dorosłości. […] Nie należałam zresztą do żadnego z charakterystycznych gatunków; chwilami byłam całkowicie wyzuta z ekspresji, chwilami nadekspresyjna, jakby się jeszcze moja powłoka zewnętrzna nie zdecydowała, jak ma wyglądać, jak się zachowywać i kim właściwie chce być, kanciastym chłopcem czy delikatną dziewczyną, dzieckiem czy dorosłym. Wyglądało pewnie, że raczej chłopcem i raczej dzieckiem – i gdybym była wówczas w stanie zbadać swoje wnętrze, nic prawdopodobnie nie oddawałoby lepiej moich pragnień. […] Taka właśnie byłam – smutny chłopiec z książką w ręku.

Egzamin, oprócz kilku standardowych pytań, sprawdzających wiedzę humanistyczną, miał polegać na dyskusji na temat dzieła wybranego przez kandydata. A ponieważ trzymałam w ręce eseje T.S. Eliota, komisja uznała, że to właśnie ta książka będzie przedmiotem rozmowy.

– Nareszcie coś ciekawego – powiedział adiunkt.

Nie, nie chciałam rozmawiać o Eliocie. Była to książka podróżna i początki znajomości z tym autorem. Kupiłam go kilka dni wcześniej, niemal zupełnie przypadkiem, bo w zbiorze znajdował się esej o księciu duńskim. Moje lektury od zawsze były kapryśne i całkowicie nieprzewidywalne, jak zwykle bywa w przypadku samouków, którym los nie postawił na drodze żadnego prawdziwego doradcy. Jedna książka sprowadzała drugą, a ta kolejną. Wyważałam wiele otwartych drzwi, dokonywałam na własną rękę fascynujących odkryć. Nie dałoby się tutaj opracować żadnego algorytmu.

– Chcę porozmawiać o „Hamlecie”.

Przez twarze komisji przemknął lekki skurcz zawodu. Szekspir to była jednak jazda obowiązkowa, czytanka licealna, tylko trochę wychodząca poza listę podstawowych lektur, bo przerabiało się wówczas w szkołach zwykle „Romea i Julię”. Ja jednak „Hamleta” – i przez to Szekspira w ogóle – także otaczałam wtedy czcią, na jaką stać tylko nastolatka, który ma obsesję na danym punkcie. Niemal zawsze miałam przy sobie egzemplarz tej sztuki – wydanie „Znaku” z lat dziewięćdziesiątych w przekładzie Stanisława Barańczaka, z błękitno-zielonkawą okładką, a w domu kilka innych wersji, w tym oryginalną, którą sama nieporadnie próbowałam tłumaczyć. O ile pamiętam, nie udało mi się skończyć nawet jednej sceny, ale notatnik z próbami również zwykle nosiłam przy sobie. Moment, w którym mogłabym zmierzyć się z Barańczakiem, Tłumaczem, mógł nadejść w każdej chwili.

– Dobrze, to zacznijmy od Szekspira. Bardzo prosimy.

Zaczęłam zatem snuć refleksje o księciu trochę nadekspresyjnym, a trochę szalonym (ponieważ istnieją przecież granice ekspresji, za którymi zaczyna się nienormalność). Ja jednak w szaleństwo Hamleta nigdy nie chciałam wierzyć. Obłęd księcia był dla mnie zawsze próbą obrony przed rzeczywistością; obrony tak radykalnej, że nie wahał się ranić innych […]; więc ranił ich, byle tylko utrzymać samego siebie „w kupie”, kiedy wszystko inne się rozpadało. Była to forma trzymania dystansu, bo przecież musiał być zdystansowany, żeby nie zwariować – zwłaszcza na dworze takim jak duński, pełnym szpiegów, przyjaciół, którzy byli gotowi go oddać za prospekt kariery, ludzi, którymi książę gardził, ponieważ w tym wszystkim był nie tylko szlachetny, ale i nieco zarozumiały; na dworze z naiwną matką i zbrodniczym stryjem u sterów. On tymczasem dopiero się wykluwał, dorastał do rządów. Był jeszcze bezbronny jak młoda roślina, którą złamać może każdy silniejszy podmuch. Być może już za moment byłby już gotów, żeby władać Danią, ale uniemożliwiono mu rządy. Decyzję podjęto za niego. Konflikt był więc nieunikniony – nawet gdyby się nie pojawił żaden Duch, Hamlet po prostu musiał się upomnieć o władzę, bo mu się należała. Z drugiej strony – czy mógłby kiedykolwiek stać się gotowy, żeby być suwerenem? On, taki nadwrażliwiec, obezwładniony nadmiarem autorefleksji? Sam sposób, w jaki zabrał się do sprawy, te wszystkie teatry-pułapki, udawanie chorego w zależności od kierunku wiatru – już ten sposób dyskwalifikował go jako potencjalnego władcę. Fortynbras zrobiłby to lepiej – szybciej doprowadził do konfrontacji z Klaudiuszem, zmierzył się z nim, pokonał pewnie, przejął rządy. Nie podglądałby stryja z widowni teatralnej, nie snuł dziwacznych intryg z aktorami, tylko od razu ruszyłby do czynu. Nie, Hamlet nie był nawet potencjalnym Markiem Aureliuszem, chociaż wtedy zapewne w to wierzyłam. Był zdecydowanie zbyt miękki, nie było w nim natomiast chłodnego męstwa, które cechowało pisma Aurelego. Dramat Szekspira to opis ześlizgiwania się po równi pochyłej, spadania w nicość. Książęcy komentarz do złej, coraz gorszej sytuacji, bo on sam widział przecież, jak jego szanse na zwycięstwo topnieją, im bardziej nie zgadzał się na zastaną sytuację; bo niezgoda ta, zamiast dodawać mu woli do walki, paraliżowała go. Każda kolejna decyzja była gorsza od poprzedniej. Nie, „Hamlet” to dorastanie nie tyle do władzy, ile do porażki. […]

Tak, Hamlet był bezbronny jak młoda roślina, chociaż niby hodowano go na rycerza. Nie zadziałało już w jego przypadku średniowieczne wychowanie, zestaw przekonań odziedziczony po ojcu. Z drugiej strony – nie był jeszcze w pełni renesansowy, bo nie ma w nim nowożytnej elastyczności. Zupełnie brakuje mu też humanistycznego optymizmu. Nadpsuły go książki, zwłaszcza Montaigne – sceptyk; nauczyły go wątpić, ale jeszcze nie zmieniły do końca. Być może zrobiłyby to, gdyby książę mógł dalej czytać w spokoju. Tymczasem musiał dać odpowiedź natychmiast, a nie był gotowy. Hamlet to chłopiec z pokolenia przełomu, pozbawiony azymutów i nie potrafiący jeszcze stworzyć ich sobie sam. […] 

Fragment #1 (Warszawa)

Siedziałam zwrócona plecami do trasy W-Z, która tuż za mną wypadała spod ziemi i biegła w stronę Wisły. W ten sposób, opierając się o balustradę, mogłam widzieć niemal wszystko: fasady kamienic u wylotu Krakowskiego Przedmieścia, kolumnę Zygmunta, fragment murów otaczających Starówkę, pierzeję budynków przy Placu Zamkowym, wreszcie, jeśli odwróciłam głowę, sam zamek. Chłonęłam ten widok, zwłaszcza spiętrzenie kamieniczek przy Placu z charakterystyczną, łamaną linią dachów, zza której wyłaniał się szczyt archikatedry. Wygląda to jak sterta pudełek rzuconych w jedno miejsce bez ładu i składu. Nieporadność architektoniczna warszawskiej Starówki zawsze mnie rozczulała. Kolory były soczyste, dachówki – odpowiednio rdzawe, a fasady – kolorowe, bo pogoda była piękna i słońce pozwalało nie dostrzegać brudu. Tak wyglądała Warszawa, której doświadczałam po raz pierwszy.

Fot. Guillaume Speurt.

Fot. Guillaume Speurt.

Właśnie dostałam się na tutejszy uniwersytet. Rozpierała mnie duma. Mogłam wybierać pomiędzy Krakowem i Warszawą – w przypadku tej ostatniej było to zwieńczenie wielkiego młodzieńczego uczucia. Otwierały się różne perspektywy. Rodzice od pewnego czasu zbierali informacje o obydwóch miastach. Było już jasne, że – jak zapewniały znajome, te wszystkie ciotki starej daty, które wiedzą wszystko na każdy temat – w Warszawie poznam wpływowych ludzi i zrobię być może jakąś karierę, większą czy mniejszą, bo wiele tam instytucji, przy których można się „zahaczyć”. Było też wiadomo, że w Krakowie poznam smak studiowania i klimat starego uniwersyteckiego ośrodka, który w stolicy dawno się zatracił – czy też może raczej w ogóle się nie wytworzył, bo stołeczne uniwersytety zawsze muszą zmagać się z miastem, w jakim się znajdują; tam się nie studiuje, tam się odpowiada na zapotrzebowanie historii, administracji i licznych centralnych instytucji.

To, co właściwie zamierzałam studiować, było zupełnie drugorzędne i tym nikt nigdy nie zawracał sobie głowy. Chodziło o dyplom […] i o to, żeby kierunek był odpowiednio oblegany. Im bardziej, tym lepiej; tym bardziej się podziwiało studenta w jego rodzinnych stronach. Z takim dyplomem wszystko potem miało się już  ułożyć. Stąd wziął się późniejszy wysyp filozofów, socjologów i politologów czy nadprodukcja doktorantów. Każdy lokalny prymus ma przecież plan awaryjny – karierę akademicką.

Przekonanie o kluczowej roli studiów w życiu człowieka było także moim posagiem. Niosłam je ze sobą na liczne egzaminy wstępne – bo sztuka godnego opuszczania domu rodzinnego wymagała również tego, żeby dostać się na wiele kierunków w różnych miejscach i następnie dopiero podejmować decyzje, żeby się potem rodzice mieli czym chwalić krewnym i współpracownikom.

Była to, mówiąc krótko, odwieczna historia prowincjusza wysyłanego na studia do wielkiego miasta: hodowanego mniej lub bardziej troskliwie dla chwili, kiedy będzie mógł podjąć naukę z dala od domu, najlepiej w jednym ze sławnych ośrodków akademickich.

Prowincjusze tego typu w szkołach średnich odliczają minuty do upragnionej chwili wyjazdu – bo to są ich właściwe narodziny, wypełnienie obowiązku pochodzenia z rodziny, w której niemal wszyscy coś studiowali i upatrywali w wykształceniu gwarancji na przyszłość. Kiedy byłam dzieckiem, nigdy nie opowiadano mi historii z liceów (cóż ciekawego jest w prowincjonalnych liceach?); opowiadano mi anegdoty z akademików i sal wykładowych. Było jasne, że tylko na wyższej uczelni przeżywa się przygody i tylko tam w pełni poznaje siebie. Z takim przekonaniem wysyłała w świat swoje dzieci inteligencja końca XX wieku, wygłodniała dodatkowo po okresie PRL, ukołysana realiami sprzed transformacji, lecz spragniona sukcesów. Wyposzczeni rodzice, chcący wyposażyć swoje dzieci w to, czego sami nie mieli, żeby nareszcie podbiły świat.

Od kiedy nauczyłam się chodzić było jasne, że kiedyś wyjadę na studia i że będzie to Kraków. […] Warszawa pojawiła się później jako olśnienie. Wydawało się, że przeważy, bo uczucia nastolatków są świeże i obsesyjne. Obiekt miłości pochłania się całym sobą, bezrefleksyjnie, łapczywie, a więc i dramaty są większe, i zawiedzione uczucia bolą dużo dotkliwiej. Miłość nastolatka parzy, chociaż to zimny płomień, bo brakuje w nim ciepła. Później już się tak nie kocha lub robi się to wyjątkowo. Wcześniej jednak, w tym krótkim prześwicie, jakim jest dojrzewanie, wszystko jest jedynie tak, tak – nie, nie; obsesja na plus, obsesja na minus. Kocham – nienawidzę. Podziwiam – gardzę. I Warszawę właśnie kochałam całym sercem, namiętnie. […]

Ile razy potem – po latach – przyjeżdżałam do Warszawy, szukałam w sobie dawnego żaru, ale przykrył go już popiół późniejszych doświadczeń. Miasto tkwiło jednak jak drzazga w moim sercu, pozostało dla mnie wielkim, niezrealizowanym uczuciem. Ale wówczas, w ciepły dzień lipcowy na przełomie tysiącleci, wszystko jeszcze było świeże i stolica nigdy wcześniej nie wydawała mi się tak szlachetna i pociągająca jak wtedy, w chwili tuż przed rozstaniem. Bo rozstanie było nieuniknione. Chciałam studiować, a nie robić karierę w strukturach centralnych – i tego akurat wyboru nigdy nie żałowałam. Wtedy wierzyłam, że tych dwóch rzeczy nie da się pogodzić; nadal zresztą nie jestem pewna, czy to możliwe – więc musiało paść Kraków. […] Przyjechałam na Krakowskie Przedmieście jedynie po wyniki.

[…]

Warszawa czasów ekstatycznych

To była jedna z najwartościowszych generacji w naszych dziejach, a przez hekatombę, jaką sama z siebie złożyła, sprawiła, że przekaz naszej tradycji został mocno nadwyrężony. Z drugiej strony, wartościowość tego pokolenia dostrzegamy właśnie w jego ofierze, a wyrazistość tej ofiary sprawia, że pewne wartości wciąż są dla nas ważne. Powstanie to pytanie, na które niełatwo znaleźć odpowiedź.

*

Inter arma silent musae (W czasie wojny milczą Muzy). Przynajmniej tak bywa na ogół. Mówiąc o wyjątkowości okupowanej polskiej stolicy i Powstania, jakie w niej wybuchło 1 sierpnia 1944 roku, trzeba pamiętać, że Warszawa okazała się niezwykła także i pod tym względem. W miażdżonym przez totalitaryzm mieście muzy nie zamilkły – wprost przeciwnie. Młodzi, przedwcześnie dojrzali ludzie musieli skondensować w ciągu kilku lat wszystko to, na co inni mają dekady spokojnego życia. Kondensowali zatem – nie tylko samo życie, ale intelektualne spory i twórcze poszukiwania. Nie było czasu na zawieszenie odpowiedzi, na postawę agnostyka – dlatego ideowe batalie były zaciekłe, a postawy w nich zajmowane niejednokrotnie trudne do zrozumienia.

To chyba najbardziej w fenomenie wojennego pokolenia poetów-żołnierzy niezwykłe: owa intensywność życia intelektualnego, pragnącego ocalić nie tylko biologiczny byt narodu, ale także coś dużo bardziej nieuchwytnego, a podstawowego – jego egzystencję duchową, kulturalną. Wojenni autorzy odpowiadali na postawione przez siebie pytania ze śmiertelną powagą, nie mającą w sobie nic z histerii czy egzaltacji. Niezwykła była również „istotność” tych pytań – troską młodych ludzi był bowiem nie tylko kształt polskiej literatury, ale i całej kultury narodowej. Mówiąc słowami Aleksandra Kamińskiego, chodziło nie o to, „czy walczyć”, ale „o co i jak walczyć”. Zastanawiali się nad tym wszyscy, od lewicy po prawicę. Dotyczyło to także ludzi z kręgu pierwszego literackiego periodyku pokolenia, związanego z Konfederacją Narodu pisma „Sztuka i Naród”, stawiających pytania o rolę kultury w życiu narodu i właściwy sposób jej kształtowania. Podobnych środowisk, często znajdujących się na ideologicznych antypodach, było w okupowanej Warszawie więcej, ale niech właśnie „SiNowcy” posłużą mi jako przykład postawy pokolenia.

Dla młodych ludzi skupionych wokół „SiNu” – Tadeusza Gajcego, Andrzeja Trzebińskiego, Zdzisława Stroińskiego czy Wacława Bojarskiego – jasne było to, że sztuka ma moc przemieniania rzeczywistości, dlatego trzeba tworzyć z rozmysłem, świadomie, wiedząc, co poprzez swoje dzieło chce się osiągnąć. Według młodych poetów i motta, które wzięli z Norwida, a które widniało na każdym numerze „SiNu”, artysta miał być organizatorem wyobraźni narodowej. Przedwojenni poeci umyli ręce od tej, podstawowej według młodych twórców, roli sztuki. „Z całą pasją młodości deptaliśmy twórczość okresu przedwojennego. Drażnił nas oportunizm tamtych czasów i twórców, ta cała „wolność tragiczna”, która rozpoczęła się w kabarecie, a zakończyła szkieletami spalonych pojazdów na wrześniowych drogach” – tłumaczył potem inny poeta tego pokolenia, Lesław M. Bartelski.

Poglądy „SiNowców” kształtowały się zatem w opozycji do Dwudziestolecia, które dla poetów z tego kręgu było czasem straconym. Gajcy uderzał w „Skamandra” i jego pustą „kabaretowatość”, polemizował z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim (który duchowo bliższy był starszemu pokoleniu i kiedy chłopcy z „SiNu” zaczynali dopiero publikować, on dysponował już sporym dorobkiem), Trzebiński przeprowadził zaś miażdżącą krytykę „Kwiatów polskich” Tuwima, a w fascynującej polemice starł się z o dekadę starszym Miłoszem (książkę na ten temat napisał kilka lat temu Aleksander Kopiński). Wojna, jak wierzyli redaktorzy „Sztuki i Narodu”, przynosiła szansę na nowe otwarcie w polskiej literaturze, nowy język i nowego ducha, który powinien rozpalać dzieła pokolenia wojennego i późniejszych. Była mowa o aktywnej postawie twórczej, dzięki której zyskuje się lepsze poznanie rzeczywistości, o cierpieniu, którym trzeba okupić prawdziwą twórczość. Sztuka jest ramą, w której krystalizuje się duch narodu, dlatego zadanie artysty jest niezwykle odpowiedzialne – pisali „SiNowcy”.

Pytania o kształt nowej rzeczywistości – bo powrotu do dawnej być nie mogło – zadawali sobie, jak już napisałam, nie tylko poeci z kręgu „SiNu”. Widać tu, rzecz jasna, echa romantyzmu – epoka ta jest dla polskiej literatury wiecznym punktem odniesienia, a zbieżność historyczna tylko pogłębiała łączność młodych poetów z XIX-wiecznymi mistrzami, Mickiewiczem, Słowackim, Norwidem czy Mochnackim: i tu, i tam Polska była zniewolona, i tu, i tam sytuacja wymagała czynu, będąc swoistym katalizatorem dla twórców. Wielki był również wpływ Stanisława Brzozowskiego, którego wojenna młodzież namiętnie czytała. Paradoksalne jest to, że jego „woluntarystyczna” interpretacja marksizmu była natchnieniem dla ludzi z wszelkich środowisk – od lewicy po prawicę. Ową opisywaną tutaj „potrzebę czynu” poszczególni autorzy rozumieli zresztą inaczej: od niezaangażowanej „spokojnej anielskości” Baczyńskiego, która tak dziwiła jego kolegów z „Drogi” (ale która nie przeszkodziła mu zginąć z bronią w ręku już w czwartym dniu Powstania), romantycznej postawy Gajcego, który niejako wcielał w czyn to, co kiedyś, idąc do Powstania Listopadowego, napisał Mochnacki („Czas nareszcie przestać pisać o sztuce. Co innego zapewne mamy teraz w głowie i w sercu. Improwizowaliśmy najśliczniejsze poema Narodowego Powstania! Życie nasze jest poezją. Zgiełk oręża i huk dział. – Ten będzie odtąd nasz rytm i ta melodia”), po swoistą „wolę mocy” Trzebińskiego.

To właśnie ostatni z wymienionych rozwinął najciekawszą filozofię „własną”, szukając – tropem ojca Józefa Warszawskiego i jego specyficznej interpretacji tomizmu – drogi pomiędzy totalizmem, który otoczył Polskę od wschodu i zachodu, a mieliznami rezygnującej z transcendentnych odniesień demokracji liberalnej. „Uniwersalizmu”, bo to on miał być trzecią, pośrednią drogą, nie da się zrozumieć bez odniesień transcendentnych: miał to być system, w którym jednostka, w pełni realizując siebie, działa jednocześnie na korzyść całości. Wbrew temu, co zarzucają Trzebińskiemu nieuważni czytelnicy, na gruncie religijnym taki system jest do pomyślenia – i nie tylko Trzebiński o nim marzył.

Pokoleniowo donioślejsza jest jednak polemika, którą niespełna 21-letni poeta ze „Sztuki i Narodu” odbył z Czesławem Miłoszem, poetą przez wojenne pokolenie szanowanym, chociaż należącym do twórców jeszcze przedwojennych. Najogólniej rzecz ujmując, podzielił ich wówczas właśnie stosunek do czynu, irracjonalizmu i woluntaryzmu. Wypowiadający się z pozycji wierzącego w racjonalność historii, toczącej się niejako pomimo wyborów ludzi, Miłosz decydował się na postawę klerka, Trzebiński pragnął zaś silnego dobra, siły, która – jak przesadnie zarzucali mu interlokutorzy – tym różni się od hitlerowskiej, że jest po stronie Polaków. Żyjemy tutaj i teraz, nie udawajmy zatem, że istniejemy gdzie indziej – tłumaczył młody poeta. Miłosz uznaje świat za nieodwracalnie zepsuty i dlatego umywa ręce od wszelkiej działalności, atakował go Trzebiński. W praktyce, jak się potem okazało, chodziło o prosty wybór: ocalić się w imię kultury (jak zrobił Miłosz, opuszczając Warszawę przed Powstaniem), czy też w imię tej kultury – którą jest coś więcej niż tylko sztuka, bo cały sposób, w jaki się istnieje – zginąć? Drugą opcję wybrali wszyscy młodzi poeci, nawet jeśli ideologicznie byli od Trzebińskiego odlegli. Ich śmierć była męczeństwem, daniem świadectwa o prawdzie, aktem prawdziwie norwidycznym.

Są momenty, kiedy nie wolno skąpić krwi. Myślę, że Powstanie Warszawskie jest jednym z nich. Ale ta podwójność polskich postaw pozostaje pytaniem, które nam, Polakom, zadaje historia. Męstwo polega przecież na roztropności i świadomym wyborze.

*

Jak to było w okupowanej i powstańczej Warszawie? Cóż to było za dziwne uniesienie? Zawsze wstrząsał mnie ten ferment młodych głów, które z zupełną niefrasobliwością rzucały się najpierw na niemieckie napisy i transporty, a potem na niemieckie czołgi. Żeby zrozumieć, jak wyglądała śmiertelność pokolenia, przyjrzyjmy się, jak zginęli redaktorzy samego tylko „SiNu”: pierwszym redaktorem naczelnym pisma był Onufry Bronisław Kopczyński, kompozytor. Po wywiezieniu go na Majdanek stanowisko przejął Wacław Bojarski, który zmarł 5 czerwca 1943 roku w wyniku ran, jakie odniósł podczas akcji złożenia kwiatów pod pomnikiem Mikołaja Kopernika (tego samego, z którego wcześniej niemieckojęzyczną tablicę zdjął inny sławny dwudziestolatek, Maciej Aleksy „Alek” Dawidowski, który z kolei zmarł raniony w akcji pod Arsenałem w marcu 1943 roku). Kolejnym redaktorem „Sztuki i Narodu” został Andrzej Trzebiński, rozstrzelany niecałe pół roku później, 12 listopada 1943 roku, podczas publicznej egzekucji na Nowym Świecie – podobno, co niezwykle wymowne i symboliczne – z zagipsowanymi ustami. Wówczas kierownictwo w redakcji przejął poeta spośród „SiNowców” zdecydowanie najwybitniejszy, Tadeusz Gajcy. Autor Do Potomnego zginął w pierwszych tygodniach Powstania w sierpniu 1944, najprawdopodobniej w Arsenale, czyli tam, gdzie półtora roku wcześniej Tadeusz „Zośka” Zawadzki odbił z rąk gestapo swojego przyjaciela, Jana „Rudego” Bytnara (obydwaj zginęli w 1943 roku).

Muzy nie umilkną nawet w czasie Powstania, chociaż tutaj będzie już mniej miejsca dla sztuki. Ostatni opublikowany numer „Sztuki i Narodu” wyjdzie w lipcu 1944 (kolejny nie trafi już do kolportażu). Żadne inne wydawnictwo nie ukazywało się w okupacyjnej Warszawie tak długo. Związana z PPS „Droga”, której najwybitniejszym poetą był z pewnością Krzysztof Kamil Baczyński, a w której pojawiali się również Jan Nowak-Jeziorański, Tadeusz Borowski i Jan Józef Szczepański, ostatni raz ukaże się w kwietniu 1944. Na powstańczych podwórkach będzie się jednak nadal pisać i recytować poezję – tak jak później w niezliczonej ilości obozowych baraków, o których opowiadała mi kiedyś biorąca udział w Powstaniu Zofia Książek-Bregułowa, aktorka i poetka. Teatrzyki potworzą się nawet pod barykadami, a wiersze, wielokrotnie wzruszająco nieporadne, będą pisane dosłownie z głową na karabinie.

To właśnie pani Zofia Książek-Bregułowa zawsze była dla mnie żywym symbolem całego Powstania: kiedy szła walczyć, była świeżo upieczoną absolwentką podziemnego aktorstwa, a kiedy podczas walk wskutek wybuchu straciła wzrok, cała jej przyszłość na scenie została przekreślona. Dzisiaj jest poetką. Taka była dola młodych artystów z okupowanej Warszawy – jak poeta z Homera i Orchidei, dramatu Gajcego, pani Zofia stała się twórcą, który oślepł i cierpiał, aby okupić rolę wybranego przez Muzy. Wielu za życie w „czasach ekstatycznych” zapłaciło jeszcze wyższą cenę.

Twórczość i postawa tego jednego pokolenia, które dojrzewało w czasie okupacji, jest fenomenem na niezwykłą skalę. Jest prawdziwym tragicznym węzłem: to była jedna z najwartościowszych generacji w naszych dziejach, a przez hekatombę, jaką sama z siebie złożyła, sprawiła, że przekaz naszej tradycji został mocno nadwyrężony. Z drugiej strony, wartościowość tego pokolenia dostrzegamy właśnie w jego ofierze, a wyrazistość tej ofiary sprawia, że pewne wartości wciąż są dla nas ważne. Powstanie to pytanie, na które niełatwo znaleźć odpowiedź.

Wskutek Powstania także Warszawa stała się polskim „miejscem świętym”, prawdziwą stolicą, miejscem, w którym objawiła się, jak pięknie pisał Dariusz Gawin, polska wspólnota – klasyczna i arcypolska idea rzeczy wspólnej i wolności, dla której naprawdę warto było umierać. Jak pisał Gajcy, „Jak nie kochać strzaskanych tych murów, / Tego miasta, co nocą odpływa, / Kiedy obie z greckiego marmuru: / I umarła Warszawa, i żywa”.

(Warszawa, sierpień 2007; Zakrzówek, sierpień 2011)