Daemonium meridianum (1)

„Dwa rodzaje [smutku] wyróżniamy w acedii: pierwszy, który nas morzy snem w czasie upału i drugi, który zachęca nas do opuszczenia celi” (Rozmowa Jana Kasjana z abba Serapionem o ośmiu wadach głównych).

Lenistwo

Demon południa (daemonium meridianum) nacierał na mnichów w porze największego upału, gdy przeminął już pierwszy zapał do pracy i kontynuowanie jej oznaczało znaczny wysiłek woli. Wówczas pojawiała się acedia, lenistwo, stan, w którym ospałość przegrzanego ciała pociaga za sobą duchowe otępienie i smutek.

Acedia (albo „akedia”) to jednak bynajmniej nie bezmyślne próżnowanie, przed którym od dziecka przestrzegają nas rodzice. Jeśli przetłumaczyć to słowo, okaże się, że oznacza brak troski o własny byt i istnienie, egzystencjalną obojętność. Acedia to osłabienie sił duchowych, omdlenie duszy.

U Herlinga demon południa uderzał najsilniej podczas Ferragosto, kiedy 15 sierpnia, w szczycie lata, granica pomiędzy życiem i samobójczą śmiercią topniała do wąskiej strużki. Stawała się jak przezroczysta żyłka, na której można było się powiesić w poczuciu osamotnienia i z gorąca, znoszonego cierpliwie od ponad dwóch miesięcy i w końcu stającego się czymś ponad siły. Ale to był Rzym latem, gdzie cień i noc nie dają wytchnienia, są tylko inną, ciemniejszą odmianą upału, gdzie powaga wiecznych budynków zmusza do decyzji ostatecznych i uroczystych. Nie pomaga zejście do metra. Z czarnych tuneli wionie gorący powiew, jakby pod samym nosem Watykanu otwarły się wrota piekielne. Dnia następnego, jeśli się przeżyło, przekonuje narrator z Neapolu, można jedynie liczyć obituaria.

Na Zakrzówku acedię powoduje demon o rysach całkowicie powszednich. Słowianie znają go zresztą od dawna i nazywają „Południcą”. Jest jakby rozcieńczony. Naciera już przed południem. Kiedy nadchodzi, powietrze staje nieruchomo, a świerszcze krzyczą ostrzegawczo. Nie porusza się ani jeden liść. Wtedy, jak pisze Ewagriusz, „czarny kruk nocny otacza duszę mrokiem” (Traktat dla Eulogiusza mnicha).

Nasz dom początkowo się broni. W pierwszych dniach upałów panuje tu nadal świeży chłód. Potem jednak zaczynamy przegrywać. Kiedy nadchodzi właściwy demon południa, powietrze staje się podobne do ciepłej piany. Zatyka nos, zakleja usta, tamuje ruchy. Nie można ani poruszać się, ani myśleć. Nie da się uciec, bo na zewnątrz jest jeszcze gorzej.

– Wyjedźmy gdzieś. Gdziekolwiek – mówię do T. każdego popołudnia. Po raz kolejny nie przeczytałam tego, co miałam do przeczytania, i nie napisałam, co miałam do napisania. Wszystkie blaty w domu zasłane są grzbietami otwartych i porzuconych książek. Nie mam siły ani ochoty odkładać ich na miejsce. Przecież zaraz do nich wrócę. – Może Skandynawia – proponuję. Krótki lot, a potem nagle dwadzieścia stopni i chłodne polodowcowe jeziora. Można odpoczywać w kojącym cieniu północnych sosen i oglądać kamienie runiczne. Na samą myśl o północnych wiatrach odczuwam ulgę. Nie słychać tam tych męczących świerszczy. Tylko igliwie chrzęści pod stopami. – Patrz, sąsiad przyjechał. Dlaczego właściwie zawsze parkuje pod naszym oknem?

Acedia jest osłabieniem duszy,
A osłabienie duszy nie ma w sobie nic zgodnego z naturą
[…]
Duch acedii wypędza mnicha z jego celi,
[…]
Wzrok uległego acedii tkwi ciągle w oknie,
A jego umysł wyobraża sobie odwiedzających.
Zaskrzypiały drzwi – ów wyskoczył,
Usłyszał głos – wychylił się przez okno
I nie odejdzie stąd, aż siedząc, zdrętwieje.

Opanowany przez acedię przy czytaniu wciąż ziewa
I łatwo wpada w senność.
Pociera oczy i przeciąga się,
To znów odwracając oczy od księgi, spogląda na ścianę,
Znowu obraca się i czyta nieco,
I kartkując – bada dokladnie końcowki wypowiedzi.
Liczy kartki i ustala liczbę rozdziałów,
Gani pismo i zdobienie.
Wreszcie zamyka księgę, kładzie pod głowę
I wpada w sen niezbyt głęboki,
Ponieważ głód w końcu budzi jego duszę i ulega ona swoim własnym troskom.

(Ewagriusz z Pontu, O ośmiu duchach zła, przeł. Leon Nieścior OMI)

*

Brak troski o własny byt i istnienie, egzystencjalna obojętność. Krakowska acedia bywa równie śmiertelna jak rzymska, lecz zabija przewrotnie. Zbiera żniwo przez cały okres upałów. Zakrzówek to zalany kamieniołom, niewyobrażalnie piękny, zwłaszcza jeśli mieszka się w betonowym świecie krakowskich osiedli mieszkaniowych. Woda na tle białych skał ma kolor południowego lazuru, a wokół piętrzą się urwiska z widokiem na Wawel. Zalew jest teoretycznie zamknięty dla krakowian. Toń Zakrzówka jest jednak tak przejrzysta, tak chłodna i tak błękitna, że, kiedy nad miastem wytrzeszcza się oko upału, od wejścia w nią po prostu nie można się powstrzymać. Tłumy mieszkańców miasta zbiegają się zatem nad zatopiony kamieniołom jak zaczarowani, całymi setkami, procesjami, tak jak wypluwa ich z siebie każdy kolejny tramwaj. Najpierw, w maju, jedynie patrzą na zalew z wysokiego urwiska, potem, od czerwca, coraz liczniej schodzą na dół, przechodząc przez dziury wycinane w ogrodzeniu. W lipcu brzegi zalewu mienią się już dzikimi kapieliskami, nawet tam, gdzie teoretycznie zejść w ogóle się nie da, gdzie jedyną drogą na górę jest pnąca sie pionowo kreska wąskiego żlebu.

Pierwszy poziom dna jest kilka metrów pod powierzchnia wody, potem ściany znów opadają pionowo do kilkunastu metrów. W najgłębszym miejscu – aż do trzydziestu. Jeśli wierzyć nurkom, dno spowija mgła toksycznego mułu, pozostałość po umarłych roślinach, które kiedyś rosły w kamieniołomie (w czasie wojny pracował tam bł. Jan Paweł II, wówczas Karol Wojtyła. Pod wodą jest, oczywiście, pamiątkowa tablica).

I z zadziwiającą regularnością ktoś spada w te trujące ciemności. Zaczyna się tak samo – śmiech dziewcząt, popisy młodzieńców, którzy skaczą ze skał jak jacyś poławiacze pereł, piski, dmuchane materace nad wielką głębią, piwo na urwisku. Każdego lata z Zakrzówka wywożą ciała topielców. Latem niemal co tydzień przejeżdża tędy żałobny kondukt straży pożarnej, wiozący nad zalew łodzie ratunkowe. Czasem trudno rozeznać, czy ktoś rzucił się w lazur świadomie, czy tylko pośliznął. Ostatecznie wapień bywa zdradliwy, zwłaszcza kiedy jest wilgotny. Niektóre ciała pojawiają się przy brzegu zupełnie niespodziewanie, są bezpańskie. Nadmiarowe ciało, którego nikt nie szuka – to dopiero kłopot dla policji. Zdarza się, że ktoś, kto zaginął już dawno i zupełnie gdzie indziej, odnajduje się nagle w wodach Zakrzówka.

Na acedię święta Synkletyka zalecała modlitwę i śpiewanie psalmów. Podobnie Ewagriusz:

Opanowany przez acedię mnich jest niekory do modlitwy
I nie wypowie nigdy jej słów.
Jak bowiem chory nie dźwiga wielkich ciężarów,
Tak i uległy acedii nie będzie spełniał gorliwie Bożego dzieła.
Pierwszy bowiem utracił siłę fizyczną,
Drugi zaś jest pozbawiony mocy duszy.

Acedię leczy wytrwałość
I czynienie wszystkiego z wielkiem staraniem i bojaźnią Bożą.
Wyznacz sobie miarę w każdym dziele
I wcześniej nie odstępuj, póki jej nie wypełnisz.
I módl się uważnie i żarliwie,
A duch acedii ucieknie od ciebie.

POST SCRIPTUM

Proszę traktować ten wpis jako nieudaną próbę pokonania acedii i skromny hołd dla Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Niedawno przypadła kolejna rocznica jego śmierci.

(…)

[całość tekstu w książce „Krew z mlekiem”, wyd. Teologia Polityczna 2014]

2 Comments

  1. Najbardziej sugestywny obraz w tych dwóch tekstów – pusta kamienica.
    W ogóle ciąg hipnotyzujących obrazów. Kamieniołom. Cisza.
    A spotkanie z „Południcą” też kiedyś mieliśmy z moją żoną. Dziwne, aż nie chcę opowiadać.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz